Adam Czetwertyński

Harcerstwo (193) Kuchnia (25) Kultura (273) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

Archiwum kategorii: 'Kuchnia'

Zjeść w Radzie Miasta

To nie jest proste. Znaleźć w mało znanym mieście miejsce, gdzie można dobrze i spokojnie zjeść obiad. Oczywiście można wchodzić do kolejnych gdańskich restauracji (a jest ich wiele i na ulicy stoją naganiacze - z ulotkami i bez). Można iść do sprawdzonego lokalu, a taki mamy. Wiadomo, że serować tam będą doskonałe potrawy. Ale znaleźć się tam po raz kolejny? Nie wypróbować kolejnego miejsca? Może jednak nie. Ale mamy internet i tam wszystko napisane. Nie tylko historia Wolnego Miasta Gdańska (okazało się, czy ktoś mógł mi to powiedzieć, że moje ulubione Kąty Rybackie też należały do Gdańska), ale i gdańskie miejsca zbiorowego żywienia. A internet podpowiada - idźcie do Rady Miasta. Budynek dawnego ratusza miejskiego, blisko dworca, blisko centrum, gdzie toczy się turystyczne życie miasta.
Wchodzimy do piwnicy. Ciemnej, dużej, z charakterystycznymi łukami. Otwarta kuchnia, widać brodatego szefa, który instruuje dwóch Ukraińców. Wyglądają na bardzo świeży restauracyjny narybek. Spokój, cisza. Głodny lud jeszcze nie wpadł do lokalu, który charakteryzuje się przede wszystkim ogromnym wyborem win i krótką kartą. Winami nie jestem zainteresowany, a fakt, że karta jest krótka, tylko o restauracji dobrze świadczy. Obsługuje nas jeden kelner, ale uważnie na jego pracę patrzy szefowa sali. Jest dobrze. Nie jem zupy botwinkowej, ale słyszę: - Jakaż to wspaniała zupa, jak dobrze doprawione ziemniaki. Coś przepysznego. - Ja tylko mogę zrecenzować kukurydzianego kurczaka. Kurczak jak kurczak, mógłby być chwilę dłużej grillowany. Skórki nie da się ze smakiem zjeść. Szkoda. Skórkę odkładam i ze smakiem jem mięso. Ale poza kurczakiem na talerzu są produkty, których nie je się codziennie. Jakieś zapieczone ziemniaki, które nazwano gratin i wyglądają jak ładne ciasteczka, pyszna salsa z papryki (a papryki za bardzo nie lubię) i marynowana, podane na ciepło grillowana kapusta rzymska. Razem - rewelacja.
I dlatego warto, ot, po drodze na dworzec, wpaść do Rady Miasta. Na pewno coś tam jeszcze innego smacznego podadzą.
PS Rozczulające są te prawdziwe słomki do napojów. Słomki ze słomy, jak za czasów mojej młodości. Do czego to już w ekologicznym Gdańsku doszło.

Street

Co takiego jest w restauracjach “Street”, że do nich wracamy jak bumerang? I to do obu - tej w “Arkadii” i tej w “Blue…”. W obu centrach handlowych jest tyle różnorodnych miejsc do jedzenia, a my jadamy w “Street’cie”. No nie, czasem próbujemy coś w restauracji balijskiej, czasem w “Wikingu”, bywa, że w jakimś barze indyjskim.. Trzeba przecież próbować, wybierać, sprawdzać. Ale po tej próbie następuje powrót. Zawsze.
Dla takich jak ja “piękno” tego obiektu nie zachwyca. Taki styl amerykańsko-motocyklowy. Na ścianach monitory, gdzie cały czas lecą głupie kręcone amatorsko gagi. A to panna młoda wpada do basenu, a to kotek wisi na kandelabrze. Śmiechu co niemiara. Więc to nie to. Karta długa, koszmarnie długa. Gdy się ją czyta, także potrafi zniechęcić. Jakim cudem w kuchni są w stanie przygotowywać tak wiele tak różnorodnych potraw? A jednak…
Cały urok “Streeta” polega na tym, że dostajemy zawsze, ale to zawsze, świeże, ciepłe, dobrze przygotowane danie. Świeża sałatka z dobrym dresingiem, dobry sos kurkowy do polędwiczek wieprzowych, naleśnik napełniony farszem takim, jak opisano go w karcie, kawałki piersi kurczaka z grilla rzeczywiście na tym grillu były przygotowywane. Nawet frytki są smaczne, choć pewnie są takie same, jak te, które są serwowane w pięciu barkach w tym samym centrum handlowym.
I jeszcze jedno - to miejsce nazwano restauracją, i słusznie, ale na zamówione danie nie czeka się godziny, jak w wielu miejscach mniej lub bardziej zbiorowego żywienia. Piętnaście minut i zamówioną potrawę mamy na stole. Jak oni to robią, nie wiem. Przypominam - karta jak stąd do Księżyca. Nie mogą mieć wszystkiego przygotowanego w formie półproduktów. To tajemnica kuchni. I niech tajemnicą kuchni zostanie. Ważne jest, że dostajemy w efekcie bardzo dobrze, bardzo smacznie podane jedzenie. A o to nam przecież chodzi.
PS Napisałem ten tekst, przeczytałem go i zauważyłem, że nie napisałem nic o cenach. A to przecież ważne. Ceny są, delikatnie mówiąc, umiarkowane. Może również dlatego obie restauracje (trzeciej z tej minisieci nie znam) są tak popularne i może również dlatego tam stosunkowo często bywam.
PS Dzień po napisaniu tego tekstu jadłem dość przypadkowo w “Street’cie” naleśniki po bułgarsku. To było bardzo dobre!

Tragedia Płatonowa

Pisać o dramacie Czechowa? O jakości gry aktorskiej młodych studentów Akademii Teatralnej? O reżyserii Moniki Strzępki? Scenografii i kostiumach? A może o fakcie, że dla współczesnego przeciętnego widza czterogodzinne przedstawienie jest zdecydowanie za długie? Co wybrać do oceny? Jakim tematem szerzej się zająć? “Płatonow” - jeden z tych dramatów, w których zawarte są wartości uniwersalne, ale też pokazana jest rosyjska “dusza” ludzi błądzących, ludzkich marzeń i nadziei. Może dlatego tak lubimy oglądać “Trzy siostry” czy “Wiśniowy sad”. Wydaje mi się, że gdy popatrzymy na te utwory, gdy słuchamy dysput bohaterów, może się wydawać, że rzecz jest o jednej rodzinie, o tej samej społeczności. Dla widza Czechow to Czechow. Tu mamy rzecz o dobrym człowieku. naprawdę dobrym. Nie chce nikogo skrzywdzić. Walczy i przegrywa. Ale przegranych w dramacie Czechowa jest więcej. Bo kto tu wygrał? Nikt.
To trochę trudne - wystawiać dramat wyłącznie przez studentów, dramat, w którym występują bohaterowie różnych pokoleń. Nie wystarczy dokleić wąsy, by dwudziestodwuletni młodzian stał się pięćdziesięciolatkiem. To kłopot, tym razem nie najlepiej zrealizowany. Bo jeżeli te wąsy rażą, nie jest dobrze. I co jeszcze nie zachwyca? Scenografia. Rozumiem, że ma być nowocześnie, Ale te ścierki symbolizujące ściany. Ale te skrzyniotrumny, z których wyłaniają się bohaterowie (kukiełki?). Ta szafa raz będąca rzeczywiście szafą, ale zazwyczaj zwykłymi drzwiami… Nie, to nie to. Ginie przez to ów nastrój, któremu chcielibyśmy się poddać. Na początku mamy wyświetlane na tych szmatach didaskalia. To jakiś pomysł. Pokazać widzowi, że pełna prezentacja utworu wymaga jednak modyfikacji. Tekstu także - ten pomysł ze skrzypcami zamienionymi na pianino. Świetny. Kostiumy też nie zachwycają. Są, jakie są. Choć nie da się ukryć, że zróżnicowanie wyglądu czterech kobiet Płatonowa było dobre. Sukienka Marii (plus okulary!) znakomita.
Oglądałem dwa przedstawienia ostatniego roku AT. Grali słabiutko. Może na przykład zabawa w czasach antycznych ich przekraczała? Bo tu ekipa była niezła. Dobry Płatonow, dobra Sasza. Trochę dziwny Żyd grany przez dziewczynę, taka sobie Anna. Ale w sumie wypadło to nieźle. Może Monika Strzępka potrafi młodych aktorów właściwie poprowadzić?
Tylko te cztery godziny… Jakoś przeżyłem. I dotrwałem do końca. Bo do końca warto było dotrwać.

A w Świdnicy…

To jest niezwykle interesujące - oceniać nasze restauracje dające nam posiłki na tzw. prowincji. Gdyby patrzeć wyłącznie na programy telewizyjne Magdy Gessler, można by sądzić, że w całej Polsce karmią nas fatalnie. Gdy się w mało znanych miastach i miasteczkach przebywa, obraz ten nie wygląda najgorzej. Ba, wygląda zupełnie nieźle.
Będzie o dwóch jakże różnych miejscach.
Pierwsze z nich to restauracja w centrum miasta, restauracja w hotelu stylizowanym na taki, którego tradycje sięgają XIX wieku. Hotel “Fado”. obrusy, serwetki wyglądające jak z materiału, sztućce o ciekawych kształtach. Kelner w ukłonach proponuje “stolik ten sam, co zawsze, ten, który Pani lubi”. Opiekuje się nami jak dziećmi. Doradza, komentuje, pyta. A jedzenie? Dobre. Biały barszcz z ziemniakami (niepolecany przez kelnera) bardzo smaczny, w barszczu jajko przepiórki, wędzonka. Na drugie danie wędzona pierś z kaczki (to takie danie, które pozostało z Walentynek), popcorn z kaszy gryczanej i kilka udziwnionych dodatków. Te dodatki zdecydowanie można sobie darować, bo kaczka znakomita. Miękka, soczysta i, jak zapowiedziano, wędzona. Zdecydowane cztery z plusem. Obok mnie G. wcina łososia. - Przesuszony - mówi. Jak przesuszony, to przesuszony. Niech będzie. I jakieś interesujące desery, których nie jadłem - po barszczu i kaczce nic więcej włożyć w siebie nie mogłem.
A drugie świdnickie miejsce to “TreMonti”. Skąd te włoskie trzy góry? Pytamy panią kelnerkę. - Nie wiem, to tak ładnie brzmi - pada odpowiedź. Bo “nie wiem” albo “nie umiem” to cecha tej włoskiej nowej restauracji. Takiej na przedmieściu, opisanej: - Do nas trzeba skręcić na wprost stacji benzynowej. Jeszcze błotniste podwórko i wchodzimy od ogrodu do bardzo miłego, bezpretensjonalnego miejsca. Płonie ogień - można piec pizzę. Pani kelnerka nieprzytomna - coś zapisuje. Pytanie, czy na pewno wie, jakie było zamówienie. Nie, nie przejmujmy się tą panią. Bo podaje dobrą, włoską, zupę pomidorową. Podaje dziwną zupę z rydzami i wędzoną rybką. No i te drugie dania. Pierś kurczaka na koprze włoskim. Tego nie da się opisać, jak to wygląda. I dlaczego te frytki są osobno? Ale razem - smaczne. Obok mnie na talerzu polędwica wołowa. Dobra. I rydze. Czy mogą być dobre gotowane rydze? Wcześniej zamrożone? Kto to wymyślił? Ale - uwaga, uwaga - to nie jest gorsza kuchnia niż w hotelu w środku miasta. A o ile taniej. Tylko ta panienka, która nawet talerzy nie zabiera po zjedzonym przez nas posiłku. Ale może to był jej pierwszy dzień pracy.
Dwie restauracje w Świdnicy. Da się w tym mieście dobrze zjeść.

New West Side

To bardzo dobry spacer. W pełni mnie satysfakcjonuje. Idziemy z domu w kierunku górki Szczęśliwickiej, to kilka minut. Wchodzimy do parku, przechodzimy obok górki - najpierw zachwycamy się szczęśliwymi psami hasającymi jak oszalałe na łączce. Może jest ich dziesięć? Radosne towarzystwo. Później obserwujemy szczęśliwego zagubionego psa, który tak się rozszczęśliwił, że zagubił własną panią. Pani biegła za psem, ale czy szczęśliwego psa da się dogonić? Przez pewien czas pani była więc nieszczęśliwa, ale uciekinier zaczął myśleć, zatrzymał się i do pani (już uszczęśliwionej) wrócił. Idziemy dalej patrząc na radosne dzieci hasające (czy tam wszyscy hasają?) jak oszalałe między różnymi atrakcyjnymi urządzeniami. Między nimi - psami i dziećmi - płot. To ważne - oddzielić dzieci od psów i psy od dzieci. Mogłyby się zjeść.
Tak, w tym parku bardzo wyraźnie spacerowicze dzielą się na tych hodujących psy i tych hodujących dzieci. Ta trzecia grupa - bez psów i bez dzieci jest w zdecydowanej mniejszości. Idziemy dalej, przechodzimy po mostku i już jesteśmy w “New West Side”. Tam hodowcy dzieci przeważają, ale tu i ówdzie w tej restauracji wystaje ogon albo łapa psa różnej wielkości.
Lokal w bardzo dobrej formie. takie miejsce na końcu świata z widokiem na staw i górkę. W weekendy oblężony. I ja rozumiem, dlaczego. Po pierwsze ten widok - nie są to Łazienki, ale to nie przeszkadza powiedzieć, że panorama prześliczna. Po drugie rodzinna atmosfera (te dzieci i psy - wyczuwacie to?, i trzy zestawy dań dla maluchów), po trzecie zupełnie przyzwoite menu dla dorosłych. Ponieważ nie byliśmy tam po raz pierwszy, mogę spokojnie i z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że to przyzwoita, normalna kuchnia europejska. Przystawki smaczne, makarony godnej wielkości, drugie dania bez zastrzeżeń. Nie będę recenzował sosów czy jakości wysmażenia mięs. Po prostu normalne, przyzwoite jedzenie bez żadnych nadzwyczajnych fanaberii.
Powrót do domu. Po drodze knajpa parkowa (dobry grill), restauracja chińska (dobra kaczka po pekińsku)i restauracja grecka (dobrzy Kręgliccy). Nie, do żadnej z nich nie chce się wejść. Ten spacer mnie usatysfakcjonował. Przecież był po to, aby zjeść coś dobrego.

Next Page »