Adam Czetwertyński

Harcerstwo (187) Kuchnia (23) Kultura (268) Polityka (37) Pożegnania (26) Szkoła (74) Varia (105)

Archiwum kategorii: 'Kuchnia'

Tragedia Płatonowa

Pisać o dramacie Czechowa? O jakości gry aktorskiej młodych studentów Akademii Teatralnej? O reżyserii Moniki Strzępki? Scenografii i kostiumach? A może o fakcie, że dla współczesnego przeciętnego widza czterogodzinne przedstawienie jest zdecydowanie za długie? Co wybrać do oceny? Jakim tematem szerzej się zająć? “Płatonow” - jeden z tych dramatów, w których zawarte są wartości uniwersalne, ale też pokazana jest rosyjska “dusza” ludzi błądzących, ludzkich marzeń i nadziei. Może dlatego tak lubimy oglądać “Trzy siostry” czy “Wiśniowy sad”. Wydaje mi się, że gdy popatrzymy na te utwory, gdy słuchamy dysput bohaterów, może się wydawać, że rzecz jest o jednej rodzinie, o tej samej społeczności. Dla widza Czechow to Czechow. Tu mamy rzecz o dobrym człowieku. naprawdę dobrym. Nie chce nikogo skrzywdzić. Walczy i przegrywa. Ale przegranych w dramacie Czechowa jest więcej. Bo kto tu wygrał? Nikt.
To trochę trudne - wystawiać dramat wyłącznie przez studentów, dramat, w którym występują bohaterowie różnych pokoleń. Nie wystarczy dokleić wąsy, by dwudziestodwuletni młodzian stał się pięćdziesięciolatkiem. To kłopot, tym razem nie najlepiej zrealizowany. Bo jeżeli te wąsy rażą, nie jest dobrze. I co jeszcze nie zachwyca? Scenografia. Rozumiem, że ma być nowocześnie, Ale te ścierki symbolizujące ściany. Ale te skrzyniotrumny, z których wyłaniają się bohaterowie (kukiełki?). Ta szafa raz będąca rzeczywiście szafą, ale zazwyczaj zwykłymi drzwiami… Nie, to nie to. Ginie przez to ów nastrój, któremu chcielibyśmy się poddać. Na początku mamy wyświetlane na tych szmatach didaskalia. To jakiś pomysł. Pokazać widzowi, że pełna prezentacja utworu wymaga jednak modyfikacji. Tekstu także - ten pomysł ze skrzypcami zamienionymi na pianino. Świetny. Kostiumy też nie zachwycają. Są, jakie są. Choć nie da się ukryć, że zróżnicowanie wyglądu czterech kobiet Płatonowa było dobre. Sukienka Marii (plus okulary!) znakomita.
Oglądałem dwa przedstawienia ostatniego roku AT. Grali słabiutko. Może na przykład zabawa w czasach antycznych ich przekraczała? Bo tu ekipa była niezła. Dobry Płatonow, dobra Sasza. Trochę dziwny Żyd grany przez dziewczynę, taka sobie Anna. Ale w sumie wypadło to nieźle. Może Monika Strzępka potrafi młodych aktorów właściwie poprowadzić?
Tylko te cztery godziny… Jakoś przeżyłem. I dotrwałem do końca. Bo do końca warto było dotrwać.

A w Świdnicy…

To jest niezwykle interesujące - oceniać nasze restauracje dające nam posiłki na tzw. prowincji. Gdyby patrzeć wyłącznie na programy telewizyjne Magdy Gessler, można by sądzić, że w całej Polsce karmią nas fatalnie. Gdy się w mało znanych miastach i miasteczkach przebywa, obraz ten nie wygląda najgorzej. Ba, wygląda zupełnie nieźle.
Będzie o dwóch jakże różnych miejscach.
Pierwsze z nich to restauracja w centrum miasta, restauracja w hotelu stylizowanym na taki, którego tradycje sięgają XIX wieku. Hotel “Fado”. obrusy, serwetki wyglądające jak z materiału, sztućce o ciekawych kształtach. Kelner w ukłonach proponuje “stolik ten sam, co zawsze, ten, który Pani lubi”. Opiekuje się nami jak dziećmi. Doradza, komentuje, pyta. A jedzenie? Dobre. Biały barszcz z ziemniakami (niepolecany przez kelnera) bardzo smaczny, w barszczu jajko przepiórki, wędzonka. Na drugie danie wędzona pierś z kaczki (to takie danie, które pozostało z Walentynek), popcorn z kaszy gryczanej i kilka udziwnionych dodatków. Te dodatki zdecydowanie można sobie darować, bo kaczka znakomita. Miękka, soczysta i, jak zapowiedziano, wędzona. Zdecydowane cztery z plusem. Obok mnie G. wcina łososia. - Przesuszony - mówi. Jak przesuszony, to przesuszony. Niech będzie. I jakieś interesujące desery, których nie jadłem - po barszczu i kaczce nic więcej włożyć w siebie nie mogłem.
A drugie świdnickie miejsce to “TreMonti”. Skąd te włoskie trzy góry? Pytamy panią kelnerkę. - Nie wiem, to tak ładnie brzmi - pada odpowiedź. Bo “nie wiem” albo “nie umiem” to cecha tej włoskiej nowej restauracji. Takiej na przedmieściu, opisanej: - Do nas trzeba skręcić na wprost stacji benzynowej. Jeszcze błotniste podwórko i wchodzimy od ogrodu do bardzo miłego, bezpretensjonalnego miejsca. Płonie ogień - można piec pizzę. Pani kelnerka nieprzytomna - coś zapisuje. Pytanie, czy na pewno wie, jakie było zamówienie. Nie, nie przejmujmy się tą panią. Bo podaje dobrą, włoską, zupę pomidorową. Podaje dziwną zupę z rydzami i wędzoną rybką. No i te drugie dania. Pierś kurczaka na koprze włoskim. Tego nie da się opisać, jak to wygląda. I dlaczego te frytki są osobno? Ale razem - smaczne. Obok mnie na talerzu polędwica wołowa. Dobra. I rydze. Czy mogą być dobre gotowane rydze? Wcześniej zamrożone? Kto to wymyślił? Ale - uwaga, uwaga - to nie jest gorsza kuchnia niż w hotelu w środku miasta. A o ile taniej. Tylko ta panienka, która nawet talerzy nie zabiera po zjedzonym przez nas posiłku. Ale może to był jej pierwszy dzień pracy.
Dwie restauracje w Świdnicy. Da się w tym mieście dobrze zjeść.

New West Side

To bardzo dobry spacer. W pełni mnie satysfakcjonuje. Idziemy z domu w kierunku górki Szczęśliwickiej, to kilka minut. Wchodzimy do parku, przechodzimy obok górki - najpierw zachwycamy się szczęśliwymi psami hasającymi jak oszalałe na łączce. Może jest ich dziesięć? Radosne towarzystwo. Później obserwujemy szczęśliwego zagubionego psa, który tak się rozszczęśliwił, że zagubił własną panią. Pani biegła za psem, ale czy szczęśliwego psa da się dogonić? Przez pewien czas pani była więc nieszczęśliwa, ale uciekinier zaczął myśleć, zatrzymał się i do pani (już uszczęśliwionej) wrócił. Idziemy dalej patrząc na radosne dzieci hasające (czy tam wszyscy hasają?) jak oszalałe między różnymi atrakcyjnymi urządzeniami. Między nimi - psami i dziećmi - płot. To ważne - oddzielić dzieci od psów i psy od dzieci. Mogłyby się zjeść.
Tak, w tym parku bardzo wyraźnie spacerowicze dzielą się na tych hodujących psy i tych hodujących dzieci. Ta trzecia grupa - bez psów i bez dzieci jest w zdecydowanej mniejszości. Idziemy dalej, przechodzimy po mostku i już jesteśmy w “New West Side”. Tam hodowcy dzieci przeważają, ale tu i ówdzie w tej restauracji wystaje ogon albo łapa psa różnej wielkości.
Lokal w bardzo dobrej formie. takie miejsce na końcu świata z widokiem na staw i górkę. W weekendy oblężony. I ja rozumiem, dlaczego. Po pierwsze ten widok - nie są to Łazienki, ale to nie przeszkadza powiedzieć, że panorama prześliczna. Po drugie rodzinna atmosfera (te dzieci i psy - wyczuwacie to?, i trzy zestawy dań dla maluchów), po trzecie zupełnie przyzwoite menu dla dorosłych. Ponieważ nie byliśmy tam po raz pierwszy, mogę spokojnie i z pełną odpowiedzialnością stwierdzić, że to przyzwoita, normalna kuchnia europejska. Przystawki smaczne, makarony godnej wielkości, drugie dania bez zastrzeżeń. Nie będę recenzował sosów czy jakości wysmażenia mięs. Po prostu normalne, przyzwoite jedzenie bez żadnych nadzwyczajnych fanaberii.
Powrót do domu. Po drodze knajpa parkowa (dobry grill), restauracja chińska (dobra kaczka po pekińsku)i restauracja grecka (dobrzy Kręgliccy). Nie, do żadnej z nich nie chce się wejść. Ten spacer mnie usatysfakcjonował. Przecież był po to, aby zjeść coś dobrego.

Restauracyjny tydzień

Ten restaurant week kusi. Warto spróbować czegoś nowego, jakiegoś nowego dania w nowej restauracji. Restauracyjny tydzień przestaje powoli kusić ceną, bo dla jednej osoby te trzy niewielkie danka, taki zestaw degustacyjny kosztuje już 49 złotych. Co prawda “starzy” uczestnicy weeków dostają 10% zniżki, ale gdy damy kelnerce (kelnerowi też) napiwek, no to nadal pozostaje wydatek około 5100 złotych na dwie osoby.
No ale niech tam - degustacja jest pomysłem super. Zawsze można chcieć wrócić do konkretnego lokalu. Na kolację, na lunch, na kawę z oryginalnym deserem. Nie zawsze to lokal, do którego można wybrać się co tydzień, bo w tygodniu restauracyjnym biorą udział lokale z wyższej i niższej półki. Czasem z całkiem tej najwyższej, dla przeciętnej kieszeni niedostępne.
Stosunkowo dużo wśród licznych propozycji jest kuchni etnicznych, na szczęście nie tylko włoskich. Warto więc na ciekawy obiad, a właściwie obiadek, się wybrać. Może do takiej tajemniczej, która nazywa się “Munja”. Munja to ponoć po serbsku piorun. Ale prowadzi ją rodzina pochodząca z Czarnogóry i jest to generalnie kuchnia bałkańska. Nie będę tu cytował fragmentów karty, spisywał, co można w “Munji” zjeść (lunche po 24 złotych, całkiem przystępna cena). Dostaliśmy (grillowane?) śliwki z jakimś wędzonym mięskiem na czipsach z patatów, był gulasz z jagnięciny (okazuje się, że kajmak to tłusty biały serek), był mus migdałowy… Było to niezwykle ciekawe doświadczenie dla naszych kubków smakowych. Przy gulaszu małe plasterki papryki. Może od nich wzięła się owa nazwa “Piorun”, bo papryka robi rzeczywiście piorunujące wrażenie. Dobre, było to smaczne, chce się tę restaurację odwiedzić jeszcze raz.
Lokal mieści się w nowym wieżowcu. Jest jedną długą kiszką. Ale jak ciekawą! Przy wejściu lodówka z pięknymi kawałkami łososia, z pstrągami na lodzie. I dalej - grill, kuchnia, miejsce przygotowywania różnych dań. Wszystko dzieje się na oczach tych, którzy zajmą stoliki bliżej wejścia. Dalej stoliki, stoliki. Na końcu owego długaśnego lokalu ściana z winami. Jak można przeczytać w karcie - z Czarnogóry. Jakie są te wina? Nie wiem, nie próbowałem. Ale goście przy sąsiednich stolikach wydaje się, że czuli się usatysfakcjonowani.
“Munję” warto jeszcze raz odwiedzić, jedzenie świeżutkie, ciekawe smaki, kelnerki miłe i profesjonalne. Stoliki w lokalu tak ustawione, że chętni mogą siedzieć odgrodzeni od innych, chętni na samym środku przy przejściu (i wtedy obserwować pracę kucharzy). Tak, “Muniję” warto odwiedzić.

Berek

Telefon: - Pójdziecie z nami do “Berka”? Zamówiliśmy stolik. - Niedzielne popołudnie. Może być i “Berek”. Nic o tej restauracji nie wiem. Więc może tak samo być “Skakanka”, “Kółko graniaste”, jak i “Berek”. Telefon: - To jeszcze będzie P. - Liczę, sześcioro dorosłych, troje dzieci. Już niezła gromadka.
Otwieram komputer - no tak, ta nazwa nie jest związana z zabawami dla dzieci. To żydowskie imię, bo to po prostu restauracja żydowska. Ma żydowskie menu, żydowskiego szefa kuchni. I należy do dużej sieci (czego oczywiście nie wiedziałem) rozlicznych restauracji w Warszawie czy w Krakowie.
W ‘Berku” tłok, wczesne niedzielne popołudnie - duży lokal na dwóch poziomach - nie ma ani jednego stolika. Kuchnia pracuje na 120%. Na pizzę (oczywiście żydowską) czekać trzeba ponad godzinę. Balony “Berka” szybują gdzieś pod sufitem. Armia kelnerów biega po lokalu. Głośno, bardzo głośno.
Wieprzowiny nie ma. Ale karta dość bogata, choć taka ze średniej półki. Takiej nam trzeba. Nie przesadzajmy z wydatkami.
Nie, nie zamawiamy śniadań (serwowanych każdego dnia do 24.00), bierzemy shipudim. Owe tajemnicze dania to zwykłe, duże grillowane szaszłyki. Ze wszystkiego. Z kurzych wątróbek (nie próbowaliśmy), z kurcząt (smaczne, bardzo delikatne), z ryb (dobre!), z owoców morza - krewetek i kalmarów - (jak zwykle jakieś kawałki trzeba wypluwać), z polędwicy wołowej… Tych najciekawszych - z ośmiornic - nikt nie zamówił.
Do szaszłyków dostaliśmy pitę i talerzyki z przystawkami - meze. Meze to zwykły ogórek kiszony, marchewka różnie przygotowana, humus w dwóch smakach, buraczki, kapusta i coś tam jeszcze. Generalnie zielenina kiszona, pieczona, gotowana. Ale także na przykład tzatziki. Meze można potraktować jako oddzielne danie, wtedy dostaje się dziesięć różnych przystaweczek. Można się najeść.
I jeszcze desery. Mus czekoladowy jest musem, pysznym. Krem bawarski dobry. Czy to krem, czy kremogalaretka? Trudno powiedzieć. Jeszcze próbowaliśmy niezłego kremu z jabłkami i jakieś tajemnicze danie, którego chyba nie ma w karcie… Można do “Berka” wpaść na kawę i deser.
To ciekawe - dlaczego dobra, ale wcale nie bardzo dobra restauracja cieszy się tak wielkim zainteresowaniem. Miła atmosfera, dobra obsługa. Ciekawe menu. Ale takich miejsc w Warszawie jest wiele. Dlaczego właśnie ta?

Next Page »