Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

Archiwum kategorii: 'Kuchnia'

Street

Raz, drugi, trzeci… Jeżeli człowiek, mając duży wybór miejsc do jedzenia w centrum handlowym, wybiera cały czas to samo, o czymś to świadczy. No tak, nie można uniknąć obecności w centrach handlowych. I to niezależnie od tego, czy ma się zamiar wyjechać za granicę na wczasy, czy chce się kupić dziecku prezent urodzinowy, czy też trzeba porozmawiać w sprawie zmiany warunków umowy w biurze którejś sieci telefonicznej. Wszystko w jednym miejscu. Wiemy, znamy, nie rozwijam tematu. To się może, ba, to się musi podobać. Jak myśmy mogli żyć w czasach, gdy takich centrów nie było? No tak, nie było również telefonów komórkowych.
Przez lata obserwowałem, jak rozwija się wielkie (na warunki szwedzkie) takie centrum w jednej z dzielnic Sztokholmu. Najpierw było kilka budynków koło stacji metra, w których na parterze były sklepy, na piętrze biblioteka, biura albo ośrodek zdrowia. Powstały też stosunkowo niewielkie domy handlowe znanych sieci. I ogromny garaż. Później zaczęto te budynki łączyć, jedna z uliczek otrzymała dach, jakiś kawałek dobudowano, zadaszono drugą uliczkę, przeprowadzono kolejne remonty, tworząc wygodne ciągi pieszych. Chyba na końcu utworzono duże centrum gastronomiczne z kilkoma punktami, zupełnie tak jak u nas. Tam wszystko ewaluowało, myśmy mogli z ich doświadczeń korzystać. Nie musimy jakichś dachów dobudowywać.
Dziś mogę, jak i w Sztokholmie, wybrać sobie miejsce, gdzie chcę zjeść w miarę tanio i w miarę smacznie. Wybrać jedno miejsce z dziesięciu innych. I w Arkadii, i w Blue City jest to “Street”. Na początku, przy pierwszej tam obecności niepokoi bardzo długa karta. I makarony, i coś meksykańskiego, i zupy, i sałatki, i takie normalne dania mięsne/rybne, i naleśniki, i pierogi, dania sezonowe (na wiosnę ze szparagami) itd., itd. Dużo tego, za dużo. jak się w tym nie zgubić? Gdzieś przeczytałem, że to kuchnia amerykańska. Nie wiem, dlaczego tak napisano. Bo dużo dań grillowanych? Na dodatek w sali ekrany i do oglądania filmiki, gdy ktoś wpada do basenu albo pies udaje człowieka a człowiek psa. Żenada.
I tam właśnie do tego “amerykańskiego” lokalu od pewnego czasu bardzo lubię chodzić na lunche czy późniejsze obiady. Wszystko jest na swoim miejscu. Jest tak, jak powinno. Mięso jest właściwie upieczone, usmażone czy grillowane, frytki są świeże, sałatka jakby zrobiona specjalnie dla mnie, świetny dressing, ładnie podane, ciepłe (co wcale nie jest typowe w naszych restauracjach). Na dodatek kelnerki nieco bardziej profesjonalne niż w innych lokalach. Próbowałem pierś z kurczaka, polędwiczki wieprzowe, gyros, placek zwany zbójnickim, indyka i coś tam jeszcze. To wszystko było smaczne, ani razu się nie zawiodłem. Gdy w obu centrach handlowych zastanawiam się na parterze, czy wjechać na piętro i wybierać między stoiskami z dobrym jedzeniem, pozostaję na dole i idę do “Streeta”. Ciekaw jestem, kiedy mi przejdzie miłość do tej minisieci (mają tylko trzy lokale). Kto inny podbije moje serce. Na razie nie ma konkurencji.

Zjeść na próbę

Wszyscy już chyba zapomnieliśmy o restauracyjnym promocyjnym tygodniu, który przemknął pod koniec października przez sporą część Polski i na pewno dał się także zauważyć w Warszawie. Pomysł jest znakomity. Dobre, podobno najlepsze w mieście, restauracje zaprosiły na obiady/lunche degustacyjne za stosunkowo niewielkie pieniądze. Płaciliśmy równo po 39 złotych za każdy zestaw w każdej restauracji. Za taką sumę moglibyśmy na co dzień dostać w nich przystawkę. A tu przystawka, drugie danie i deser. Oczywiście za napoje należało dodatkowo zapłacić i w efekcie to jedzonko nie było już takie tanie. Zawsze mnie dziwi, że buteleczka wody mineralnej, która kosztuje złotówkę, w restauracji musi kosztować sześć złotych. Ale czego się nie robi, aby zażyć odrobiny luksusu.
Tu dygresja - w stosunkowo nowej na Ochocie restauracji “Zest by Kibart” (też wzięła udział w akcji promocyjnej) trochę oszczędzając , trochę wypróbowując kelnerkę poprosiliśmy o szklankę wody z kranu. Rzecz na świecie normalna a woda “kranówa” w Warszawie coraz smaczniejsza. Pani kelnerka zastanawia się i po chwili mówi: - Ale ja nie wiem, ile Państwo mają za taką wodę zapłacić. - Dalej poszło łatwo, wytłumaczyliśmy panience, że wodę z kranu restauracja serwuje gratis. No i taką wodę (na razie bez cytryny, na naukę w tej sprawie przyjdzie jeszcze pora) otrzymaliśmy. Właściciel jest ponoć doskonałym kucharzem, nad swoim personelem musi jeszcze popracować.
Z naszego tygodnia restauracyjnego zapamiętamy i polecać będziemy jeden lokal. To “N31″. Trafiliśmy tam zupełnie przypadkowo, bo przypadkowy musi być wybór w masie propozycji zawieszonych w internecie. Ot, interesujące menu. Na dodatek gdzieś zauważyliśmy w menu ośmiorniczki. I co się okazało? Ta restauracja to prawie “Sowa i przyjaciele”, tyle że bez przyjaciół. Znany w całej Polsce i okolicach świetny restaurator ma nową restaurację w centrum miasta, obok byłego hotelu “Forum”. I daje znakomicie jeść. Ten tatar - niepowtarzalny, ten dorsz - palce lizać, a jakie dodatki! I jeszcze deser. Pyszny. A ośmiorniczki? Na nasze pytania, dlaczego nie otrzymaliśmy tego popularnego dziś dania, usłyszeliśmy odpowiedź, że owszem, w karcie są (to jednak Sowa}, ale nie proponowano ich do degustacji. Szkoda. A w restauracji jeszcze jeden (poza jedzeniem) plus - profesjonalni kelnerzy. Jeżeli zostali “przeniesieni” z ulicy Czerniakowskiej, wcale się nie dziwię.
Tydzień gastronomiczny już dawno za nami a ja ciągle szukam właściwej okazji, by wybrać się na Nowogrodzką. I znów zjeść coś tak pysznego jak poprzednim razem.

Coś zjeść

Idziemy dowolną ulicą w Warszawie. Na prawo bar, na lewo restauracja, kilkadziesiąt metrów dalej kebab. Jest gdzie zjeść lunch. Jest gdzie zjeść obiad. Coraz częściej widać też napis, że w lokalu serwowane są śniadania. Tylko jeść i pić.

Po “Latającym kufrze”
W najbliższej okolicy mojego mieszkania lokalów gastronomicznych niewiele. Przy Baśniowej długo był “Latający kufer”, później krótko “Pinkcrow” (jedzenie przeciętne), a teraz jest “Zest”, popierający się nazwiskiem jednego z kucharzy biorących udział w którymś z konkursów kulinarnych. I niespodzianką. Zupełnie dobre, nietradycyjne menu. Po pierwsze krótka karta. Po drugie smaczne dania. Jedliście chłodnik z avokado? No właśnie. Jedliście dobrze zdobione policzki wołowe? Ją wiem, że policzki teraz są w modzie, co drugą restauracja je serwuje. Ale jeszcze trzeba je umieć zrobić.

Po meksykańskiej
W Alejach Ujazdowskich, zaraz za placem Trzech Krzyży była restauracja meksykańska. Jakież dobre było tam gaspacho! I ni z tego, ni z owego pojawili się tam Gruzini. Nie pracują w poniedziałki, co mnie zdumialo. Ale gruzińska kuchnia mi odpowiada. I nie tylko mnie. Idę zjeść tam zwykły lunch, a tam pełno, jeden stolik przy wejściu w przeciągu. No dobrze, udało się. I samo jedzenie nie najgorsze. Co jest w karcie, opowiadać nie będę, sprawdźcie sami.

U Najsztuba
Całkiem niedaleko od Alei przy Mokotowskiej zjeść można u Najsztuba. Czy znane dziennikarskie nazwisko przyciąga? Fakt, sporo w knajpce ludzi. Punkt pierwszy - drogo. Punkt drugi - tak dają jeść w całej Warszawie. Czym się to miejsce charakteryzuje? Tym, że przez lata był tam sklep spożywczy czy też sklep ze sznurami? Nie wiem. Naprawdę są ciekawsze miejsca niż ta mała przeciętna restauracyjka. Jaką jest ogromną różnica między knajpką na Mokotowskiej a tą przy Baśniowej!

W Warszawie jest gdzie zjeść. To dobrze. Różnie. Też dobrze. Ale następnym razem będzie o lodach. Też różnych.

Degustacja w Szklarni

Nowa (dla mnie) moda. Zamiast normalnych, pełnych, dużych (jak w wielu tzw. polskich restauracjach) - kilka malutkich dań. Takich na jeden ząb, no, może na dwa. Dań degustacyjnych. Po zjedzeniu sześciu (a może ośmiu) takich porcji powinienem być najedzony, choć nie przejedzony.
W zagłębiu żywieniowo-kulturalno-mieszkaniowym przy Mińskiej restauracja “Szklarnia”. Podobno to rzeczywiście dawny budynek, w którym chodowano rózne rośliny. Drzewek cytrynowych już nie ma, ale inne rośliny są. Nie sposób chodząc po terenie postindustrialnym zorientować się, co mieściło się w kolejnych fabrycznych budynkach. Są one zmieniane, dekorowane, na przykład PRL-owskimi neonami. Ślicznie wygląda, wydaje się, że autentyczny, neon “Warszawy Wschodniej” (restauracji należącej do najmłodszego pokolenia Gesslerów).
“Szklarnia”, w której zjadłem sześć dań, to świetne miejsce dla rodzin z małymi dziećmi. Oczywiście w ciepłe słoneczne dni. Jest gdzie pobiegać (mając dwa czy cztery lata), pobawić się w plastikowym domku czy pozjeżdżać na zjeżdżalni.
Ale mnie pasjonowały kolejne dania. Z możliwości zjechania na zjeżdżalni nie skorzystałem. Najpierw podano śledzia holenderskiego na grzance przypieczonej na oleju rydzowym (nie, nie jest olej z rydzów, lecz z dość popularnej rośliny oleistej). Później rewelacyjna zupa-krem z kapusty kiszonej. Rewelacyjna, bo takiej zupy nigdy nie jadłem. Niby kapuśniak, ale nie do końca. Kolejne danie mnie nie zachwyciło. Była to sałatka z buraczków. Ale ja po prostu buraczków nie lubię. Mdłe to jakieś, bez dominującego smaku. Dalej dorsz (chyba gotowany na parze) położony na czymś w rodzaju kuskusu. Tu najlepsze były warzywa zasmażane (chyba) w sosie pomarańczowym. Bardzo ciekawe połaczenie delikatnego dorsza z wyraźną smakowo pomarańczą. Później jeszcze coś w rodzaju zapiekanki ziemniaczanej z dziczyzną. Ciekawy smak jelenia czy dzika. I na koniec ciasto czekoladowe. Usłyszałem, że to pudding. Może był to pudding, ale dla mnie bardzo dobry kawałek ciasta.
Co ciekawe - wszystkie dania były oryginalne. To ogromny plus szefowej kuchni. Żadnego schabowego z kapustą, żednych frytek, żadnej sałatki greckiej. Zestaw degustacyjny wypadł na piątkę. Trzeby by pójść tam na normalny obiad.
Modne też stały się brunche. Pisuję tu rzadko, więc nie znalazł się felietonik o saskokępskim “Domu Polskim”, gdzie niedzielny brunch jadłem. A to ciekawe miejsce i, co naważniejsze, mają tam bardzo dobrą kuchnię. Więc choć jednym zdaniem moją obecność przy Francuskiej zaznaczę.

Balijska

Nie, nie będę się wymądrzał, że znam się na kuchni balijskiej. Po prostu czasami, gdy bywam w “Blue”, jem tam lunch. I lunch jest zupełnie nietypowy. Bo większość dań przygotowywana jest na parze. Te dania to na przykład pierożki, do których wkłada się bardzo różne produkty. Ja jako człowiek mięsny, proszę o odpowiednie ingrediencje. Znajduje się tam mięsko, które jest dosyć bezbarwne w smaku. Trzeba jednak pamiętać, że jest ono przygotowywane na parze. Więc ta zawartość jest jakby ugotowana.
Właśnie - ja zjadam mięsko, ale wegetarianie i weganie mają dużo możliwości pierożkowych, bo wkładane są do nich różne warzywka albo jakiś farsz szpinakowy.
Ostatnio jednak jadłem tam chili z kurczakiem (a może kurczaka w chili?). Na pozór coś podobnego do serwowanych nam dań wietnamsko-chińskich w naszych rozlicznych barach i budkach. Ale jaka jest różnica między warzywkami na parze i między kurczakiem też tak przygotowanym! Smaczne i (tak, tak) dietetyczne. Ani grama tłuszczu, ani miligrama przypraw polepszających smak. nawet soli niewiele.
Tylko czy to gotowanie na parze jest charakterystyczne dla kuchni balijskiej? Latem w Szwecji spotkałem takie same pierożki, takie same drewniane sitka, w których produkty się przygotowuje (a później w nich podaje) w barze, który nazywał się (w tłumaczeniu na język polski) “Pekin”. A więc to chińszczyzna? Powtarzam, nie znam się na tej kuchni, ale niezależnie skąd pochodzą owe pierożki, są one smaczne i znów w pobliskim “Blue City” pewnie je zamówię.

« Previous PageNext Page »