Adam Czetwertyński

Harcerstwo (197) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

Archiwum kategorii: 'Pożegnania'

Czoczo

Pożegnaliśmy Czocza. Miał 40 lat. Przez ostatnie miesiące zbieraliśmy pieniądze na jego leczenie. Leży ich na koncie prawie 300 tysięcy złotych. Wpłaty od kilku złotych do 10 tysięcy. Na leczenie już ich Czoczo nie wykorzysta. Ogromny żal.
Siedzieliśmy i staliśmy w salce domu pogrzebowego koło Cmentarza Brudzieńskiego. Upał to mało powiedziane. Tropik w samo południe. Przed nami urna, zdjęcie, nieco kwiatów. Przed urną zmienia się asysta honorowa - nasi instruktorzy oddają cześć zmarłemu. Rodzina. W tłumie, który nie jest w stanie cały wejść do salki, wiele mundurów harcerskich. Ale “cywile”, a i ja do nich należę, to też harcerscy instruktorzy. Czoczo - członek Głównej Kwatery, Czoczo - człowiek “od wędrownictwa”, Czoczo lubiany, a także szanowany.
W trakcie pożegnań motyw nieczęsty na pogrzebach. Mówi się o zmarłym z uśmiechem i mówi o fakcie, że był uparty, że przekonywał do własnych racji, że potrafił dyskutować godzinami… I oczywiście, że był wspaniałym kolegą, przyjacielem. Ale także pracownikiem. Ale także synem , mężem i ojcem. Choć, i to też nietypowe - wśród zdań pożegnania pada uwaga, że Czoczo czuł, iż za mało kocha swe dzieci, że jakoś ich kochać jeszcze mocno nie potrafi. Te szczere wypowiedzi przy urnie są zupełnie nietypowe, ale jak dobrze, że właśnie w tym dniu padają.
Bo jawi się nam zmarły autentyczny. Radosny, zazwyczaj uśmiechnięty. Człowiek odnoszący sukces w życiu. Człowiek, przed którym, wydawało się rok temu, że ma przed sobą kilkadziesiąt lat szczęśliwego życia. Stąd pretensje do losu. Bo do kogoś trzeba mieć pretensje. Dlaczego właśnie on? Tyle przecież miał do zrobienia…
Czocza znałem słabo. Aktualne Wędrownicze Watry to już nie mój harcerski świat. Ruch wędrowniczy bardziej znam z lektur niż z czynnego w nim uczestniczenia. W Głównej Kwaterze przed laty mijaliśmy się na korytarzu. A i przed rokiem jako członek Głównej Kwatery jeszcze Czoczo nie rozwinął skrzydeł. Lecz gdy słuchałem o nim wspomnień, nic mnie nie dziwiło. Augustów, który ukochał, wędrownictwo, początkowa aktywność w GK. O wszystkim wiedziałem. Może był on tak aktywny, tylko się o nim mówiło?
Żegnaj, Czoczo. Może jednak spotkamy się, jak w piosence, którą śpiewaliśmy, na niebieskich połoninach…

Wiesiek

I znów taka sama wiadomość. Odchodzi kolejny instruktor harcerski, z którym na co dzień pracowałem/współpracowałem kilka dobrych lat. I o którym od lat myślałem, jak o wielu innych, że byłoby dobrze się z nim spotkać, przypomnieć dawne czasy. Wypić kawę. Porozmawiać o starych znajomych.
Z Wieśkiem pracowaliśmy w “Drużynie” w latach osiemdziesiątych. Była to końcówka poprzedniego ustroju, gdy cała prasa harcerska była wydawana przez Młodzieżową Agencję Wydawniczą. Zmiany ustrojowe to między innymi likwidacja MAWu, a więc w roku 1990 staliśmy się bezrobotnymi. Nasze drogi się rozeszły. Ja zacząłem organizować dział wydawniczy w Głównej Kwaterze, a gdzie rozpoczął pracę Wiesiek? Nie wiem.
“Drużyna” była trzema autonomicznymi miesięcznikami. Szefową była Jola, Wiesiek jej zastępcą. Nie wtrącali się do tego, jak redaguję “Drużynę - Na Tropie”. I do dziś jestem im (a teraz oboje przeszli do tego lepszego ze światów) wdzięczny. To naprawdę, wierzcie mi, najlepsza cecha szefów - nie przeszkadzać w wykonywaniu codziennej pracy. Wiesiek i Jola przyszli do naszego pisma z “Motywów”, byli od lat zaprzyjaźnieni.
Wiesio był tak samo długo instruktorem, jak ja. Tyle że on wychował się w Hufcu Warszawa Ochota, w “21″, na Ochocie był instruktorem zuchowym, jakiś czas namiestnikiem, był też komendantem Hufca Śródmieście. Opowiadał o prowadzonych przez siebie obozach. O harcerskiej służbie. Wiesiek pracował też w Głównej Kwaterze. Ja, instruktor z Pragi-Południe i Wydawnictwa Harcerskiego byłem w zespole “Drużyny” nieznany. I nie da się ukryć, że między innymi dzięki Wiesiowi nowy dziennikarz, jakim wówczas byłem, poczułem się w tym towarzystwie jak w cudownej harcerskiej rodzinie.
W nekrologu jego prawdziwa rodzina napisała, iż był dziennikarzem harcerskim. To prawda. Wiesiek znał się na dziennikarstwie. Znał się na harcerstwie. Nie pisał tak wiele jak ja, był za to doskonałym organizatorem naszej wspólnej pracy. Bardzo dobry zastępca Joli, która nami kierowała. Wiesiek był też szefem ówczesnej mutacji młodszoharcerskiej “Drużyna - Propozycje”.
Nie da się ukryć - czas pracy w “Drużynie” to był także czas naszej powoli odchodzącej młodości. Może dlatego bawiliśmy się też tak ochoczo w naszej redakcyjnej niewielkiej ekipie? Często z Wieśkiem na czele, który był człowiekiem tak radosnym. Bawiliśmy się w redakcji w starym budynku, dziś chyba przeznaczonym do remontu przy Prostej (Rondo ONZ). Bawiliśmy się w Załęczu, na wyjeździe do Berlina, w “Perkozie”… jak to było, że wszyscy w kilkuosobowej redakcji bardzo się lubiliśmy. A teraz nasz mały zespół znów się zmniejszył. Żal.
PS W czasie uroczystości pogrzebowych podszedł do mnie D. - przyjaciel Wieśka - i powiedział: - Wiesz, ostatnio Wiesiek mówił, że bardzo chciałby się z tobą zobaczyć. Chciałem znaleźć kontakt do ciebie, ale jakoś mi się nie udało. - Cóż, na tym świecie już się nasze spotkanie nie odbędzie.

Janusz

Druhu Januszu, druhu harcmistrzu, druhu komendancie!
Odszedłeś w wieku 61 lat na wieczną wartę, pozostawiłeś nas, wszystkich tych, którzy Cię znali od lat w smutku i żałobie. W hufcu ZHP Warszawa Praga-Południe byłeś przede wszystkim znany jako ojciec znakomitego instruktora harcerskiego, jako ojciec dorastającej córki związanej z harcerstwem oraz mąż harcerskiej instruktorki. Pamiętamy, że jesteście jedną w wielu rodzin naszej wspólnoty, bo wszak wasz związek to małżeństwo instruktorskie. Wiedzieliśmy także, że aktywnie współpracujesz z teatrem „Paradox”, że jesteś tam osobą niezbędną, gdyż bez takich osób jak Ty, tych zajmujących się techniczną stroną widowisk, żadne z nich nie mogłoby się odbyć. Wiedzieliśmy, jak temu środowisku jesteś bliski. Zdajemy sobie również sprawę, że zainteresowałeś się historią harcerstwa, działasz w zespole historycznym hufca i nawiązałeś kontakt z Muzeum Harcerstwa.
Druhu Januszu, cały czas zdawaliśmy sobie sprawę, jak wiele czasu poświęcałeś pracy społecznej, choć ostatnio stałeś w drugim szeregu naszych instruktorów, nie pracowałeś bezpośrednio z dziećmi i młodzieżą, nie meldowałeś się na zbiórkach, apelach, nie było Cię widać w hufcu czy szczepie. Jednak taka praca, spokojna, mrówcza, była nam, naszemu środowisku bardzo, bardzo potrzebna. Bo bardzo potrzebni są wśród nas tacy jak Ty.
Dziś, gdy Cię nie ma, interesujemy się Twoją przeszłością. Czterdzieści lat temu byłeś drużynowym zuchowym, jeździłeś z druhem Romanowskim do Ocypla. Potem, po latach także dzięki Tobie budowane były na Kaszubach bazy Szczepu „31” w Gołubiu i w Stężycy. A gdy odszedł od nas do lepszego ze światów komendant „31”, podjąłeś się pełnienia funkcji szczepowego. Wybierano Cię do chorągwianej komisji rewizyjnej, byłeś jej przewodniczącym, w hufcu byłeś także namiestnikiem harcerskim… Dziś widzimy, że miałeś bardzo ciekawą i bardzo długą drogę instruktorską!
Zapamiętamy Cię jako dobrego, zawsze uśmiechniętego, spokojnego, rozsądnego człowieka. Przyjaznego ludziom, chętnego do udzielania im pomocy. Ogromny żal, że odszedłeś tak wcześnie. Miałeś przecież tak wiele do zrobienia…
Druhu Januszu, za Twój wieloletni trud, za Twoją instruktorską służbę zostałeś pośmiertnie odznaczony przez Przewodniczącego ZHP Krzyżem Za Zasługi dla ZHP.
Januszu, spotkamy się na niebieskim, już innym harcerskim szlaku, czekaj tam na nas, a dziś odpoczywaj w spokoju.
Czuwaj!
PS To napisane przeze mnie pożegnanie zostało wygłoszone przez przedstawiciela Komendy Hufca w trakcie pogrzebu hm. Janusza Gzyla.

Druh Stefan

Tak, to koniec pewnej epoki. Odejście druha Stefana do lepszego ze światów zamyka długi etap istnienia, funkcjonowania, działania Hufca Praga-Południe. Oczywiście pierwszym, jakby zwrotnym momentem było przekazanie władzy w hufcu Andrzejkowi. To prawda. Ale wśród nas ciągle była wyczuwalna obecność druha Stefana. Był czynnym instruktorem ZHP. Popularność naszego komendanta, fakt, że dziś honorowego, widać było to niedawnej uroczystości rocznicowej, gdy wszyscy życzyli mu 100 lat życia. Niestety, nasze życzenia nie spełniły się.
W którym roku poznałem druha Stefana? Może w 1957, nie pamiętam, ale na pewno w 1958, gdy pojechałem na prowadzone przez niego zgrupowanie w Kolibkach koło Sopotu. Ja - szeregowy harcerz, on - nasz komendant. Ja w “133″, on - szef Hufca Saska Kępa. Na jego ręce składałem tam 22 lipca Przyrzeczenie Harcerskie. Ile lat temu? No tak, sześćdziesiąt. Przez te sześćdziesiąt lat działaliśmy razem. Raz bliżej, raz dalej. Ale zawsze w jednym hufcu. Przez krótki czas byłem nawet jego zastępcą, byłem namiestnikiem starszoharcerskim, byłem szczepowym. Blisko, bardzo blisko. Redagowałem niektóre książki przez niego napisane. Ta najbardziej osobista, wspomnieniowa, podobała mi się. Inne po prostu były potrzebne.
O naszych relacjach od pewnego czasu mówi się “szorstka przyjaźń”? Tak, była ona bardzo szorstka. Lecz o tych relacjach może napiszę w innym czasie.
Rzadko się widzi człowieka tak zaangażowanego w pracę organizacji. Przez te sześćdziesiąt lat (z krótką przerwą związaną z problemami osobistymi), jakie pamiętam, druh Stefan żył harcerstwem i dla harcerstwa. Takich ludzi już nie ma. Może działo się tak dlatego, że nie miał własnych dzieci? Że tymi dziećmi (czasem mało dopieszczanymi) byliśmy my wszyscy? Setki i tysiące wychowanków. Ogromny życiowy sukces. Tych harcerskich sukcesów (ale także zawodowych) miał wiele. Żartowaliśmy sobie z “Zuchmistrza”, że taki staroświecki, mało nowoczesny. Ale był on wykorzystywany w bardzo wielu gromadach w całej Polsce. Czy to nie sukces? Ocypel… O nim można pisać długie opowieści. Krąg “Romanosów”. Czy to nie ogromne sukcesy? I tak dalej, i tak dalej.
Druh Stefan, nawet gdy nie był instruktorem czynnie włączającym się w pracę hufca, był cały czas z nami, był swoistym punktem odniesienia. Patrzył na nas krytycznie. I był nam potrzebny.
Nieco niespodziewanie nas opuścił. Nie wytrzymało serce. Żal.

Druh Adamkiewicz

Odszedł na wieczną wartę kolejny harcerski instruktor - hm. Adam Kiewicz. Czlowiek-harcerska legenda. Instruktor, nazwijmy go - kontrowersyjny. Wymienię dwie jego najważniejsze, moim zdaniem, cechy. Po pierwsze był człowiekiem konsekwentnym i rzeczowym. Po drugie był człowiekiem lewicy. Czy należy coś do tego dodać, by zauważyć, że jego życie nie moglo być usiane różami? I nic w tej ocenie nie zmienią wysokie państwowe odznaczenia i wysoki społeczny prestiż.
Druha Kiewicza poznałem na przełomie lat 1960/61. Ja - uczestnik jednego z kilku kursów drużynowych zuchów. On - komendant Zuchowej Chałupy. Szef naszego kursu - instruktor z Łodzi - opowiadał nam o kadrze szkoły. W pewnym momencie padło zdanie: - Komendantem naszej Chałupy - pięknego pałacu Schafgotschów - jest druh Adamkiewicz. - Bardzo długo zastanawiałem się, jak nasz komendant ma na imię. W Cieplicach miało miejsce ważne wydarzeenie. Złożyłem Zobowiązanie Instruktorskie. Gdy nieco później brałem udział w tej samej Zuchowej Chałupie w kursie podharcmistrzowskim, już takich problemów nie miałem. Ale i wtedy zachowywałem w stosunku do niego ogromny dystans. Miał swoisty autorytet człowieka, który wie wszystko, decyduje o wszystkim i jest prawdziwym szefem.
Druh Adam zawsze moim zdaniem był stary. Nieduży, o ostrych rysach. Zawsze nieslychanie precyzyjny…
Zetknąłem się z nim kilka razy znacznie, znacznie później. Najpierw w nowej, może nawet piękniejszej zuchowej szkole w Oleśnicy, lecz ona nie miała w sobie tego ducha tej starej - cieplickiej. Byłem na jej otwarciu i nigdy jej na serio nie polubiłem.
A później, gdy już w XXI wieku druh Miejsca nawiązał kontakt z moim komendantem hufca (komendantem sprzed lat), wydając roczniki historii harcerstwa. Wiedziałem, że jest historykiem. I jako jeden z nielicznych starał się w miarę obiektywnie pokazać dzieje harcerstwa w Polsce Ludowej. Chwała mu za to, bo do jego monografii sięgać będą przyszłe pokolenia. Roczniki były czystą amatorszczyznę, lecz i do tych materiałów można czasem sięgnąć, znajdując tam wartościowe teksty.
Odszedł mając 95 lat. Piękny wiek. A życie miał bardzo urozmaicone, lecz o tym napiszą na pewno inni.

Next Page »