Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

Archiwum kategorii: 'Pożegnania'

Tadek

Czytam przegląd wiadomości. Między różnymi mniej i bardziej ważnymi skromna informacja - pod Warszawą rozbił się samolot, zginął pilot. Cóż, nic nadzwyczajnego, częściej czytamy o śmierci na szosach, ale piloci też giną. Patrzę jednak na tego newsa i oczom nie wierzę. Tym, który odszedł do lepszego ze światów, a odejść na pewno nie chciał, jest Tadek. W newsach różne informacje - że biznesmen, że milioner, że współtwórca polskiej “czarnej skrzynki” (była także zamontowana w samolocie, który rozbił się pod Smoleńskiem), że wiceprezes Aeroklubu. że opracował jakąś polską mapę lotniczą. Tylko nie ma informacji, że to “nasz” harcerz, że to dawny instruktor naszej “Trójki”.
Tadek był prawdziwym harcerzem. Po czym to można było poznać? Już kilka razy opowiadałem o nim, choć nie podawałem imienia. Otóż zaskoczył on mnie, zaskoczył pozytywnie, gdy na jednym z obozów wędrownych sam z siebie, przez nikogo nienakłaniany, niezmuszany, gdy szliśmy pod górę, wziął od najsłabszej, zmęczonej harcerki jej plecak i spokojnie pod tę górę szedł z dwoma pleckami. Podaję tu ten przykład na “harcerskość” Tadka, gdyż nasi najsilniejsi harcerze zazwyczaj marudzili, że idziemy tak wolno, że ich takie wolne chodzenie męczy. Żaden z nich nie zachował się jak Tadek.
Był świetnym matematykiem, był świetnym uczniem, świetnym kolegą. No, po prostu był świetny. Spokojny i radosny zarazem. Potrafił poprowadzić patrol na ogólnopolskim rajdzie i tak poprowadzić, że nasi harcerze zwyciężali. Potrafił zorganizować wędrowny obóz rowerowy. Potrafił też (na co wówczas patrzyłem niechętnie) zorganizować naukę brydża. Gdy przejęliśmy w szkole klub PTTK, szefem tego klubu (już harcerskiego) został Tadek.
Potrafił działać po swojemu. Tak trochę (ale tylko trochę) inaczej niż ja. Dobrym przykładem była na naszym zimowisku wyjście do kościoła. Czasy były takie, że poprosiłem harcerzy, aby poszli na mszę po cywilnemu. Tadek tylko częściowo uznał moje racje i namówił harcerzy, aby wszyscy założyli harcerskie nakrycia głowy. Taki mały bunt. Nadal z uśmiechem.
Tak. Harcerskość Tadeusza jeszcze w jednym momencie się ukazała - jego żoną została nasza harcerka, bardzo dobra harcerka.
Pokochał latanie, chwalił się tym, był zachwycony, że miał własny samolocik. Cóż, 1 maja coś go zawiodło - sam popełnił błąd? W samolocie coś zawiodło? Pożegnamy Tadeusz. Bardzo tego żegnania moich instruktorów nie lubię. Ten tam na górze znów popełnił błąd.
PS Byłem na pogrzebie. Bardzo dużo ludzi - starszych i młodszych. Długie kazanie księdza związanego z lotnictwem, dużo mądrych słów o Tadeuszu. We wspomnieniu rodziny znaleźliśmy się my - harcerze. W skrócie było to, co napisałem powyżej, ale także to zdanie, nad którym się długo zastanawiałem… Że Tadeusz czasem tłumaczył nauczycielom matematyki i fizyki, jak rozwiązać jakieś zadania. Tego nie powinno się pisać - był od nich lepszy. Nie pamiętałem, że udało mu się uzyskać średnią ocen 5. To tak, jakby dziś któryś uczeń miał na koniec półrocza średnią 6. Tak, tego nie pamiętałem.

Mietek

Jego nazwisko przewinęło się w przestrzeni publicznej. Nie mówiono o nim, ot - padło gdzieś to nazwisko. Pomyślałem - trzeba sprawdzić, co się z Mietkiem dzieje, tak dawno go nie widziałem. Sprawdziłem - Mietek zmarł kilka lat temu. Nic o tym nie wiedziałem. Było lato, nikt do mnie nie zadzwonił, nikt nie napisał nekrologu, który by do mnie dotarł.

Mietek był niezwyczajnym człowiekiem. Jednym z najbardziej inteligentnych i zarazem najsympatyczniejszych ludzi, jakich znałem. Potrafił pisać, potrafił czytać, potrafił rozmawiać, organizować i bawić się. Harcmistrz, zrozumiał, czym są zuchy i nawet po 1956 roku prowadził przez jakiś czas drużynę - swoją Bandę z Nowolipek. Pracował w Głównej Kwaterze ZHP a następnie z pierwszego piętra (tam mieszczą się pokoje GK) przeszedł na drugie piętro - do wydawnictwa.

Poznałem go w 1970 roku, gdy zaczynałem pracę w Wydawnictwie Harcerskim. Był zastępcą redaktora naczelnego. Wydawnictwo było niewielkie. Ale rozwijające się, tak jak rozwijało się ówcześnie harcerstwo. Rozwijało się dzięki Mietkowi. Planował, rozmawiał, czytał. Był motorem tego naszego rozwoju. Poza książkami harcerskimi, a nimi się zajmowałem, wydawaliśmy literaturę piękną i popularnonaukową. Minkowski, Dańkowka, Niziurski, Siesicka, Warneńska, Niekrasz… I przynoszący największe zyski “Tytus…” papcia Chmiela.

W tamtych czasach modne było organizowanie wystaw książek i przy okazji zbiorowych wyjazdów autorów i redaktorów w teren. Ciężko tam pracowaliśmy, ale pod wodzą Mietka świetnie się bawiliśmy, bo Mietek był duszą towarzystwa. Zielona Góra, Piotrków, Jastrzębia Góra, Ruciane… Tam się działo.

Był Żydem i o tym nie mówił. Którymś razem zgadaliśmy się jednak o roku 1968. - Nie chciałeś wyjechać, nie zmuszano Cię do wyjazdu? - Tak. Prowadzono ze mną rozmowę w tej sprawie. Powiedziałem, że nigdzie nie wyjadę. Wszystko, co mam, zawdzięczam Polsce Ludowej. Wychowałem się w domu dziecka, tu się uczyłem, tu pracuję. Ot, zmieniłem pracę - Mietek uśmiechnął się.

Dopiero gdy odszedł z wydawnictwa po włączeniu nas do Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, gdy zaczął kręcić filmy, gdy zdecydowanie wydoroślał, jego pochodzenie zaczęło wpływać na to, co robił i co pisał. Swoją najważniejszą książkę, będącą zapisem rozmów ze zbrodniarzem hitlerowskim Erichem Kochem, zaczyna słowami: Miałem niespełna siedem lat, gdy skazano mnie na śmierć. Aryjskie dzieci posłano do szkoły – ja trafiłem do warszawskiego getta. Konferencja w Wannsee wpisała się w dzieje nieludzkiej cywilizacji programem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” i ten eufemizm oznaczał w nowomowie rasy nadludzi zagładę milionów tych, którym człowieczeństwo zostało odebrane. Mieli jej dokonać Niemcy i Niemcy jej dokonali. Książka wyszła chwilę po śmierci Mietka.

On sam pozostanie w mojej pamięci dobrym, naprawdę dobrym człowiekiem. Bardzo żałuję, że nie byłem na jego pogrzebie.

Druh Andrzej

Odszedł na wieczną wartę kolejny instruktor. To niezwykle banalne znów pisać: taki, który harcerzem był na całe życie. Ale to prawda. Andrzeja bliżej poznałem bardzo późno, gdy zaproponował mi wejście w skład chorągwianej komisji historycznej i przejęcie redagowania “Biuletynu historycznego” Chorągwi Stołecznej. Muszę przyznać, że dzięki temu wydałem kilka bardzo dobrych, moim zdaniem, numerów. Gdy ktoś będzie w przyszłości wspominał moje osiągnięcia, wydaje się, że powinien także napisać o biuletynie.
Andrzej miał trudne zadanie - mobilizować kilkunastu instruktorów w starszym wieku, instruktorów, którzy pamiętali dawne, dobre czasy, aby zechcieli podejmować działanie na rzecz współczesnego harcerstwa. Ale z tym trudnym zadaniem spokojnie sobie radził. Nie, nie mieliśmy pod jego kierownictwem oszałamiających sukcesów - gdy ktoś z nas miał autentyczną pasję, wykazywał inicjatywę, efekty były. Dlatego poza biuletynem wydaliśmy oryginalny materiał - sprawozdania władz przedstawiane na wszystkie, od 1957 roku, konferencje sprawozdawczo-wyborcze/ zjazdy chorągwi. Dla przyszłych historyków dwa tomy nie do przecenienia. To nasze wspólne dzieło - Andrzeja i moje. Ale inicjatywa wyszła z jego strony, to on dostarczał mi materiały, on mobilizował. I, co najważniejsze, przekonał Komendanta Chorągwi do zapłacenia za to wydawnictwo. Gdyby ocenić, który z nas wniósł więcej pracy w opublikowanie tych dwóch tomów, to na pewno Andrzej.
Był księgowym, człowiekiem ułożonym, solidnym, odpowiedzialnym - takim, jakim księgowy być powinien. Od czasu, gdy się z nim zetknąłem, a przecież to miało miejsce pół wieku temu, działał w chorągwi. Pełnił tam różne funkcje. Zawsze z sukcesem. I nie dziwmy się, że w pewnym okresie był także głównym księgowym chorągwi.
Nosił nazwisko, które każdy zapisałby przez “ż”, a ono zaczynało się na “rz”. Był taki moment, kiedy widziałem Andrzeja zdenerwowanego: - Ile razy mam powtarzać, że nazywam się Rzuchowski? - no tak, powtarzać pewnie musiał pewnie wiele razy…
Ponad dziesięć lat temu, gdy byłem radnym Warszawy i aktywnie działałem w komisji kultury, niespodziewanie spotkaliśmy się w Centrum Łowicka. Ja występowałem jako ważny działacz samorządowy, on jako księgowy tego ośrodka kultury. Zdziwiłem się - przecież był w wieku emerytalnym. Dzięki Andrzejowi bliżej zapoznałem się bliżej z działalnością Łowickiej. A było warto.
Tak jak odpowiedzialnie kierował komisją historyczną, tak samo odpowiedzialnie odszedł z tej funkcji. Gdy stan zdrowia nie pozwolił mu na aktywną działalność, znalazł następcę, przekazał kierownictwo. Tak jak powinien uczynić każdy z nas.
Na pogrzebie pożegnali go instruktorzy w wieku seniorackim. Chorągiew wystawiła sztandar. Było skromne pożegnanie, w trakcie którego jego wnuk mówił też o Andrzejowej działalności. Pozostanie po nim dobra, bardzo dobra pamięć.

Druh Andrzej

Nie, nigdy nie byłem członkiem “Gawędy”, ale obiłem się o ten zespół i miałem niewątpliwą przyjemność być podopiecznym druha harcmistrza Andrzeja Kieruzalskiego. Gdy w nowo otwartym Pałacu Kultury (pamiętacie że przez lata pod neonem można było odczytać, iż nosi imię Józefa Stalina) uruchomiono w jego części Pałac Młodzieży, zapisałem się (a właściwie zostałem zapisany) do jednej z grup. Był to pałacowy teatrzyk kukiełkowy. Dlaczego do takiego zespołu? Wytłumaczenie wymagałoby napisania odrębnego felietonu. Ten felieton jeszcze napiszę…
Najpierw zajmował się nami druh Wesołowski - znakomity specjalista od tej formy teatru a następnie zaopiekował się nami druh Andrzej. Pracował on wówczas na warszawskiej Pradze z powiększającą się ekipą dzieciaków, które nazwały swój teatr “Gawędą”. Myśmy nazwy nie mieli. Oni byli od nas lepsi - pracowali dłużej i operowali nie takimi zwykłymi kukiełkami, ale marionetkami! Tak, mieli kłopot, bardzo się starali, aby nitki się nie poplątały. Widziałem sukcesy, ale widziałem też ich klęskę, gdy marionetki “padły”. Ale to było tylko raz. W jakichś przeglądach bili nas na głowę.
Pracował więc druh Andrzej z nami. Znakomicie. Tekst “Żaczka Szkolaczka” mogę wyrecytować i dziś. Piosenkę Żaczka w wersji wesołej i w wersji smutnej mogę zaśpiewać. A nauczyłem się tekstów sześćdziesiąt lat temu! Laleczki robiliśmy sami, choć oczywiście pod bacznym okiem naszego druha. Graliśmy naszego “Żaczka” kilkakrotnie - a to w jakimś miejskim przeglądzie, a to na imprezie noworocznej w Pałacu. Największym przeżyciem był występ przed Siergiejem Obrazcowem, najwybitniejszym rosyjskim, światowej sławy aktorze i twórcy teatru lalek. Przyjechał on do Polski i siedział przed nami w sali, gdzie występowaliśmy na co dzień. Nie był to mój najlepszy występ. Pomyliłem się, skróciłem fragment drugiego aktu. Ale na szczęście (poza druhem Andrzejem) nikt tego nie zauważył.
Dzięki druhowi Kieruzalskiemu po raz pierwszy moje zdjęcie znalazło się w książce, a właściwie książeczce. To poradniczek “Z kukiełką w plecaku”. Stoję roześmiany grając (cudzą) lalką osła. Mam może dwanaście lat.
Pracowaliśmy czasem wspólnie z “Gawędą”. Ot, nagrywaliśmy dialogi i piosenki do “szkolnego” programu telewizyjnego. Ja długo przy Myśliwieckiej nie popracowałem. Okazało się (czego jeszcze nie było na scenie słychać), że rozpoczęła się u mnie mutacja. Już czyściutko zaśpiewać nie umiałem. I w ten sposób skończyła się moja aktywność w Pałacu Młodzieży. A właśnie wtedy, gdy mnie już w zespoliku kukiełkowym nie było druh Andrzej przeniósł swój zespół z Pragi do śródmiejskiego Pałacu i zaczął rozwijać “Gawędę” w całkiem inny, ogromny, odnoszący sukcesy zespół. Ale już beze mnie. Czasem tego żałuję.
Z druhem Andrzejem spotykałem się na mojej harcerskiej i instruktorskiej drodze kilkukrotnie. Ku mojemu zdziwieniu pamiętał mnie. Rozróżniał wśród setek swych wychowanków. Przez lata mnie to cieszyło.
Druh harcmistrz Andrzej Kieruzalski zmarł kilka dni temu. Inni będą Go wspominać bardziej patetycznie. Znali go dłużej i lepiej. Ja byłem jego wychowankiem tylko dwa lata. Ale to były świetne dwa lata mojego życia.

Jacek

I znów pożegnanie. Dziś zmarł Jacek. Jeden z tych (jak to brzmi banalnie), który całe życie poświęcił harcerstwu. I czynił to z zapałem, z nieprawdopodobnym zapałem i zaangażowaniem. Czasami z Jackiem rozmawiałem, czasami korespondowałem. Czytałem jego zapiski na fb, był tam bardzo aktywny. Ciągle zamieszczał zdjęcia swoich ukochanych “Powsinóg”. Wczoraj, zupełnie przypadkowo, znalazłem na biurku jego życzenia świąteczne z roku 2012. Jak zwykle wypisane skośnym, równym pismem. Nie wiedziałem, że to jakiś symbol, że wtedy był na granicy życia i śmierci.
Otwieram ostatnią dłuższą korespondencję. Lato 2016 roku. Zapraszam go do naszego ośrodka w Ocyplu, bo spotykam tam (oczywiście przypadkowo) członków jego środowiska. Byłoby miło porozmawiać w towarzystwie wychowanków jego wychowanków. Jacek wychodził właśnie ze szpitala, uczył się robić zastrzyki. Cukrzyca. Nie, nie mógł przyjechać na Kociewie. Ot, piszemy do siebie, że może się spotkamy w Warszawie, może w Opolu. Ale od dzisiaj wiem, że się nie spotkamy…
Widziałem Jacka dobrych kilka lat temu. Miał kłopoty. Sytuacja, w jakiej się znalazł, z własnej winy, była mało sympatyczna. Starszy pan zrobił głupstwo, wstydził się tego, a powiedział o dwa zdania za dużo. Groziło mu (jemu, najcudowniejszemu z harcerzy) usunięcie ze Związku. Karę przyjął z właściwą sobie pokorą. Cierpiał i dostosował się do decyzji harcerskich władz. Rozumiałem Jacka, współczułem mu. Może dlatego, że co prawdę jestem odrobinę od niego starszy, ale nasze życiorysy troszeczkę, troszeczkę były zbieżne?
Dla mnie Jacek nie był przede wszystkim szefem “Powsinóg”, nie był świetnym muzykiem, autorem piosenek, kawalerem Orderu Uśmiechu. Nie, był tym, który zupełnie bezinteresownie zaczął pomagać harcerzom na Ukrainie. Przed laty byłem z Jackiem (i Misią) we Lwowie, staraliśmy się nawiązać normalne relacje z odradzającym się na Ukrainie polskim harcerstwem. Wówczas nam się to udało, a dalsze niepowodzenia to na pewno nie my. Wtedy to “Powsinogi” zaopiekowały się środowiskiem harcerskim w Drohobyczu. Czyli zaopiekował się nimi Jacek. Obozy, spotkania, pomoc - bardzo za to Jacka ceniłem.
No nie, ceniłem go za całokształt. Za postawę, za zaangażowanie, za uśmiech, za dobroć. I oczywiście nie będę Jacka wspominał jak jego liczni wychowankowie. Nie mam szans. Od dziś jest o jednego prawdziwego harcmistrza mniej. Ogromna szkoda, ogromny żal.
PS W sobotę 28 stycznia pogrzeb w Opolu. Piękne słońce. Tłum. Starych i młodych. Harcerzy i cywili. Pogrzeb godny harcerskiego instruktora. Piękne, mądre kazanie księdza, który znał Jacka. Nad grobem kilka zdań prezydenta miasta i dwóch instruktorów. Głos więźnie im w gardłach. Pozostanie po nim pamięć, dobra pamięć u wielu, wielu z nas.

Next Page »