Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Archiwum kategorii: 'Pożegnania'

Basia

Basia nie była moją bardzo dobrą znajomą. Oczywiście mówiła do mnie: - Adasiu. - Ja do niej: - Basiu. - Oczywiście, gdy spotykaliśmy się, było takie typowe “buzi - buzi”. Basia zauważała mnie na swoich kominkach i spotkaniach, ale nie była to znajomość bliska. Ot, harcersko-szkolno-samorządowa. Takich znajomych jak ja Basia miała tysiąc a może dwa tysiące. Więcej na ten temat mógłby powiedzieć Krzysio Jakubiec, który był instruktorem towarzyszącym Basi w jej wielu inicjatywach, więcej mógłby powiedzieć (były instruktor harcerski!) Andrzej Golimont. Dziś Basię, fioletową Basię z Podlasia, pożegnamy na warszawskich Powązkach.
Basia była kobietą - instytucją. Kobietą, znakomitą artystką, mistrzem, autentycznym mistrzem mowy polskiej (niepotrzebne tu wielkie litery), która potrafiła porwać tłumy. Prezentowała swoje pasje dotyczące ludzi ważnych i tych trochę mniej znaczących w historii Polski, i których potrafiła postawić na pomnikach. We wspomnieniach i nekrologach wymieniane są jej liczne książki, te o charakterze biograficznym. Sienkiewicz, Żeromski, wielcy romantycy. Ale dla mnie była ona autorką opowieści o harcerzach. Ta wierna rzeka harcerstwa jest najważniejsza. Kominki szaroszeregowe. Kominki o założycielach harcerstwa, o wielkich Polakach. I wigilie polskie, realizowane w Poznaniu. I ten ostatni wrocławski.
Zauważcie - Basia z nami, instruktorami harcerskimi, była wszędzie - przy grobie Aleksandra Kamińskiego, na apelu Rajdu Arsenał, w trakcie rocznic i uroczystości ZHP, w Muzeum Harcerstwa, na naszych zlotach krajowych i na naszych zbiórkach. Basia “ciągnęła” projekt arsenałowy dla warszawskich szkół, polegający na odkrywaniu cichych bohaterów z okresu II wojny. Ale “Arsenał pamięci”, ten dziś Krzysia, zaczęła w Łodzi.
Basia była patriotką. Promowała polskość w najlepszym jej znaczeniu. Kochała tych, którzy mieszkali na Wschodzie, tych, którzy emigrowali na Zachód. Ot, jej ulubionym bohaterem był Polak-Białorusin Tadeusz Kościuszko. To on wiązał swoją osobą, swoją walką te dwie ważne dla Polaków części świata.
Tak, Basia kochała być w centrum uwagi, ona - dama w każdym calu - pokazywała tych najlepszych, najważniejszych w naszej historii Polaków, ale poruszała się między nimi swobodnie, jakby była jedną z nich. Basia, tak kolorowa postać naszej współczesnej kultury, odeszła do lepszego ze światów. Jeżeli gdzieś w Polsce spadnie fioletowy deszcz, to na pewno będzie Jej sprawka. Powinniśmy Basię pamiętać, naprawdę wiele jej zawdzięczamy.
PS Byłem na pogrzebie. Setki jej przyjaciół. Mądre listy prominentów i mądre wypowiedzi. Pogrzeb jakiś taki “nasz”, harcerski. I (jak mi się to podobało) troszkę żywiołowy, troszkę improwizowany. Prochy Basi pochowano przy samym wejściu na Powązki Wojskowe. Każdy, wchodząc na cmentarz, będzie musiał zastanowić się, zapytać: - A to kto? - My na szczęście wiemy. I na serio będziemy o niej pamiętać.

Tadek

Czytam przegląd wiadomości. Między różnymi mniej i bardziej ważnymi skromna informacja - pod Warszawą rozbił się samolot, zginął pilot. Cóż, nic nadzwyczajnego, częściej czytamy o śmierci na szosach, ale piloci też giną. Patrzę jednak na tego newsa i oczom nie wierzę. Tym, który odszedł do lepszego ze światów, a odejść na pewno nie chciał, jest Tadek. W newsach różne informacje - że biznesmen, że milioner, że współtwórca polskiej “czarnej skrzynki” (była także zamontowana w samolocie, który rozbił się pod Smoleńskiem), że wiceprezes Aeroklubu. że opracował jakąś polską mapę lotniczą. Tylko nie ma informacji, że to “nasz” harcerz, że to dawny instruktor naszej “Trójki”.
Tadek był prawdziwym harcerzem. Po czym to można było poznać? Już kilka razy opowiadałem o nim, choć nie podawałem imienia. Otóż zaskoczył on mnie, zaskoczył pozytywnie, gdy na jednym z obozów wędrownych sam z siebie, przez nikogo nienakłaniany, niezmuszany, gdy szliśmy pod górę, wziął od najsłabszej, zmęczonej harcerki jej plecak i spokojnie pod tę górę szedł z dwoma pleckami. Podaję tu ten przykład na “harcerskość” Tadka, gdyż nasi najsilniejsi harcerze zazwyczaj marudzili, że idziemy tak wolno, że ich takie wolne chodzenie męczy. Żaden z nich nie zachował się jak Tadek.
Był świetnym matematykiem, był świetnym uczniem, świetnym kolegą. No, po prostu był świetny. Spokojny i radosny zarazem. Potrafił poprowadzić patrol na ogólnopolskim rajdzie i tak poprowadzić, że nasi harcerze zwyciężali. Potrafił zorganizować wędrowny obóz rowerowy. Potrafił też (na co wówczas patrzyłem niechętnie) zorganizować naukę brydża. Gdy przejęliśmy w szkole klub PTTK, szefem tego klubu (już harcerskiego) został Tadek.
Potrafił działać po swojemu. Tak trochę (ale tylko trochę) inaczej niż ja. Dobrym przykładem była na naszym zimowisku wyjście do kościoła. Czasy były takie, że poprosiłem harcerzy, aby poszli na mszę po cywilnemu. Tadek tylko częściowo uznał moje racje i namówił harcerzy, aby wszyscy założyli harcerskie nakrycia głowy. Taki mały bunt. Nadal z uśmiechem.
Tak. Harcerskość Tadeusza jeszcze w jednym momencie się ukazała - jego żoną została nasza harcerka, bardzo dobra harcerka.
Pokochał latanie, chwalił się tym, był zachwycony, że miał własny samolocik. Cóż, 1 maja coś go zawiodło - sam popełnił błąd? W samolocie coś zawiodło? Pożegnamy Tadeusz. Bardzo tego żegnania moich instruktorów nie lubię. Ten tam na górze znów popełnił błąd.
PS Byłem na pogrzebie. Bardzo dużo ludzi - starszych i młodszych. Długie kazanie księdza związanego z lotnictwem, dużo mądrych słów o Tadeuszu. We wspomnieniu rodziny znaleźliśmy się my - harcerze. W skrócie było to, co napisałem powyżej, ale także to zdanie, nad którym się długo zastanawiałem… Że Tadeusz czasem tłumaczył nauczycielom matematyki i fizyki, jak rozwiązać jakieś zadania. Tego nie powinno się pisać - był od nich lepszy. Nie pamiętałem, że udało mu się uzyskać średnią ocen 5. To tak, jakby dziś któryś uczeń miał na koniec półrocza średnią 6. Tak, tego nie pamiętałem.

Mietek

Jego nazwisko przewinęło się w przestrzeni publicznej. Nie mówiono o nim, ot - padło gdzieś to nazwisko. Pomyślałem - trzeba sprawdzić, co się z Mietkiem dzieje, tak dawno go nie widziałem. Sprawdziłem - Mietek zmarł kilka lat temu. Nic o tym nie wiedziałem. Było lato, nikt do mnie nie zadzwonił, nikt nie napisał nekrologu, który by do mnie dotarł.

Mietek był niezwyczajnym człowiekiem. Jednym z najbardziej inteligentnych i zarazem najsympatyczniejszych ludzi, jakich znałem. Potrafił pisać, potrafił czytać, potrafił rozmawiać, organizować i bawić się. Harcmistrz, zrozumiał, czym są zuchy i nawet po 1956 roku prowadził przez jakiś czas drużynę - swoją Bandę z Nowolipek. Pracował w Głównej Kwaterze ZHP a następnie z pierwszego piętra (tam mieszczą się pokoje GK) przeszedł na drugie piętro - do wydawnictwa.

Poznałem go w 1970 roku, gdy zaczynałem pracę w Wydawnictwie Harcerskim. Był zastępcą redaktora naczelnego. Wydawnictwo było niewielkie. Ale rozwijające się, tak jak rozwijało się ówcześnie harcerstwo. Rozwijało się dzięki Mietkowi. Planował, rozmawiał, czytał. Był motorem tego naszego rozwoju. Poza książkami harcerskimi, a nimi się zajmowałem, wydawaliśmy literaturę piękną i popularnonaukową. Minkowski, Dańkowka, Niziurski, Siesicka, Warneńska, Niekrasz… I przynoszący największe zyski “Tytus…” papcia Chmiela.

W tamtych czasach modne było organizowanie wystaw książek i przy okazji zbiorowych wyjazdów autorów i redaktorów w teren. Ciężko tam pracowaliśmy, ale pod wodzą Mietka świetnie się bawiliśmy, bo Mietek był duszą towarzystwa. Zielona Góra, Piotrków, Jastrzębia Góra, Ruciane… Tam się działo.

Był Żydem i o tym nie mówił. Którymś razem zgadaliśmy się jednak o roku 1968. - Nie chciałeś wyjechać, nie zmuszano Cię do wyjazdu? - Tak. Prowadzono ze mną rozmowę w tej sprawie. Powiedziałem, że nigdzie nie wyjadę. Wszystko, co mam, zawdzięczam Polsce Ludowej. Wychowałem się w domu dziecka, tu się uczyłem, tu pracuję. Ot, zmieniłem pracę - Mietek uśmiechnął się.

Dopiero gdy odszedł z wydawnictwa po włączeniu nas do Młodzieżowej Agencji Wydawniczej, gdy zaczął kręcić filmy, gdy zdecydowanie wydoroślał, jego pochodzenie zaczęło wpływać na to, co robił i co pisał. Swoją najważniejszą książkę, będącą zapisem rozmów ze zbrodniarzem hitlerowskim Erichem Kochem, zaczyna słowami: Miałem niespełna siedem lat, gdy skazano mnie na śmierć. Aryjskie dzieci posłano do szkoły – ja trafiłem do warszawskiego getta. Konferencja w Wannsee wpisała się w dzieje nieludzkiej cywilizacji programem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” i ten eufemizm oznaczał w nowomowie rasy nadludzi zagładę milionów tych, którym człowieczeństwo zostało odebrane. Mieli jej dokonać Niemcy i Niemcy jej dokonali. Książka wyszła chwilę po śmierci Mietka.

On sam pozostanie w mojej pamięci dobrym, naprawdę dobrym człowiekiem. Bardzo żałuję, że nie byłem na jego pogrzebie.

Druh Andrzej

Odszedł na wieczną wartę kolejny instruktor. To niezwykle banalne znów pisać: taki, który harcerzem był na całe życie. Ale to prawda. Andrzeja bliżej poznałem bardzo późno, gdy zaproponował mi wejście w skład chorągwianej komisji historycznej i przejęcie redagowania “Biuletynu historycznego” Chorągwi Stołecznej. Muszę przyznać, że dzięki temu wydałem kilka bardzo dobrych, moim zdaniem, numerów. Gdy ktoś będzie w przyszłości wspominał moje osiągnięcia, wydaje się, że powinien także napisać o biuletynie.
Andrzej miał trudne zadanie - mobilizować kilkunastu instruktorów w starszym wieku, instruktorów, którzy pamiętali dawne, dobre czasy, aby zechcieli podejmować działanie na rzecz współczesnego harcerstwa. Ale z tym trudnym zadaniem spokojnie sobie radził. Nie, nie mieliśmy pod jego kierownictwem oszałamiających sukcesów - gdy ktoś z nas miał autentyczną pasję, wykazywał inicjatywę, efekty były. Dlatego poza biuletynem wydaliśmy oryginalny materiał - sprawozdania władz przedstawiane na wszystkie, od 1957 roku, konferencje sprawozdawczo-wyborcze/ zjazdy chorągwi. Dla przyszłych historyków dwa tomy nie do przecenienia. To nasze wspólne dzieło - Andrzeja i moje. Ale inicjatywa wyszła z jego strony, to on dostarczał mi materiały, on mobilizował. I, co najważniejsze, przekonał Komendanta Chorągwi do zapłacenia za to wydawnictwo. Gdyby ocenić, który z nas wniósł więcej pracy w opublikowanie tych dwóch tomów, to na pewno Andrzej.
Był księgowym, człowiekiem ułożonym, solidnym, odpowiedzialnym - takim, jakim księgowy być powinien. Od czasu, gdy się z nim zetknąłem, a przecież to miało miejsce pół wieku temu, działał w chorągwi. Pełnił tam różne funkcje. Zawsze z sukcesem. I nie dziwmy się, że w pewnym okresie był także głównym księgowym chorągwi.
Nosił nazwisko, które każdy zapisałby przez “ż”, a ono zaczynało się na “rz”. Był taki moment, kiedy widziałem Andrzeja zdenerwowanego: - Ile razy mam powtarzać, że nazywam się Rzuchowski? - no tak, powtarzać pewnie musiał pewnie wiele razy…
Ponad dziesięć lat temu, gdy byłem radnym Warszawy i aktywnie działałem w komisji kultury, niespodziewanie spotkaliśmy się w Centrum Łowicka. Ja występowałem jako ważny działacz samorządowy, on jako księgowy tego ośrodka kultury. Zdziwiłem się - przecież był w wieku emerytalnym. Dzięki Andrzejowi bliżej zapoznałem się bliżej z działalnością Łowickiej. A było warto.
Tak jak odpowiedzialnie kierował komisją historyczną, tak samo odpowiedzialnie odszedł z tej funkcji. Gdy stan zdrowia nie pozwolił mu na aktywną działalność, znalazł następcę, przekazał kierownictwo. Tak jak powinien uczynić każdy z nas.
Na pogrzebie pożegnali go instruktorzy w wieku seniorackim. Chorągiew wystawiła sztandar. Było skromne pożegnanie, w trakcie którego jego wnuk mówił też o Andrzejowej działalności. Pozostanie po nim dobra, bardzo dobra pamięć.

Druh Andrzej

Nie, nigdy nie byłem członkiem “Gawędy”, ale obiłem się o ten zespół i miałem niewątpliwą przyjemność być podopiecznym druha harcmistrza Andrzeja Kieruzalskiego. Gdy w nowo otwartym Pałacu Kultury (pamiętacie że przez lata pod neonem można było odczytać, iż nosi imię Józefa Stalina) uruchomiono w jego części Pałac Młodzieży, zapisałem się (a właściwie zostałem zapisany) do jednej z grup. Był to pałacowy teatrzyk kukiełkowy. Dlaczego do takiego zespołu? Wytłumaczenie wymagałoby napisania odrębnego felietonu. Ten felieton jeszcze napiszę…
Najpierw zajmował się nami druh Wesołowski - znakomity specjalista od tej formy teatru a następnie zaopiekował się nami druh Andrzej. Pracował on wówczas na warszawskiej Pradze z powiększającą się ekipą dzieciaków, które nazwały swój teatr “Gawędą”. Myśmy nazwy nie mieli. Oni byli od nas lepsi - pracowali dłużej i operowali nie takimi zwykłymi kukiełkami, ale marionetkami! Tak, mieli kłopot, bardzo się starali, aby nitki się nie poplątały. Widziałem sukcesy, ale widziałem też ich klęskę, gdy marionetki “padły”. Ale to było tylko raz. W jakichś przeglądach bili nas na głowę.
Pracował więc druh Andrzej z nami. Znakomicie. Tekst “Żaczka Szkolaczka” mogę wyrecytować i dziś. Piosenkę Żaczka w wersji wesołej i w wersji smutnej mogę zaśpiewać. A nauczyłem się tekstów sześćdziesiąt lat temu! Laleczki robiliśmy sami, choć oczywiście pod bacznym okiem naszego druha. Graliśmy naszego “Żaczka” kilkakrotnie - a to w jakimś miejskim przeglądzie, a to na imprezie noworocznej w Pałacu. Największym przeżyciem był występ przed Siergiejem Obrazcowem, najwybitniejszym rosyjskim, światowej sławy aktorze i twórcy teatru lalek. Przyjechał on do Polski i siedział przed nami w sali, gdzie występowaliśmy na co dzień. Nie był to mój najlepszy występ. Pomyliłem się, skróciłem fragment drugiego aktu. Ale na szczęście (poza druhem Andrzejem) nikt tego nie zauważył.
Dzięki druhowi Kieruzalskiemu po raz pierwszy moje zdjęcie znalazło się w książce, a właściwie książeczce. To poradniczek “Z kukiełką w plecaku”. Stoję roześmiany grając (cudzą) lalką osła. Mam może dwanaście lat.
Pracowaliśmy czasem wspólnie z “Gawędą”. Ot, nagrywaliśmy dialogi i piosenki do “szkolnego” programu telewizyjnego. Ja długo przy Myśliwieckiej nie popracowałem. Okazało się (czego jeszcze nie było na scenie słychać), że rozpoczęła się u mnie mutacja. Już czyściutko zaśpiewać nie umiałem. I w ten sposób skończyła się moja aktywność w Pałacu Młodzieży. A właśnie wtedy, gdy mnie już w zespoliku kukiełkowym nie było druh Andrzej przeniósł swój zespół z Pragi do śródmiejskiego Pałacu i zaczął rozwijać “Gawędę” w całkiem inny, ogromny, odnoszący sukcesy zespół. Ale już beze mnie. Czasem tego żałuję.
Z druhem Andrzejem spotykałem się na mojej harcerskiej i instruktorskiej drodze kilkukrotnie. Ku mojemu zdziwieniu pamiętał mnie. Rozróżniał wśród setek swych wychowanków. Przez lata mnie to cieszyło.
Druh harcmistrz Andrzej Kieruzalski zmarł kilka dni temu. Inni będą Go wspominać bardziej patetycznie. Znali go dłużej i lepiej. Ja byłem jego wychowankiem tylko dwa lata. Ale to były świetne dwa lata mojego życia.

Next Page »