Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

Archiwum kategorii: 'Pożegnania'

Druh Andrzej

Odszedł na wieczną wartę kolejny instruktor. To niezwykle banalne znów pisać: taki, który harcerzem był na całe życie. Ale to prawda. Andrzeja bliżej poznałem bardzo późno, gdy zaproponował mi wejście w skład chorągwianej komisji historycznej i przejęcie redagowania “Biuletynu historycznego” Chorągwi Stołecznej. Muszę przyznać, że dzięki temu wydałem kilka bardzo dobrych, moim zdaniem, numerów. Gdy ktoś będzie w przyszłości wspominał moje osiągnięcia, wydaje się, że powinien także napisać o biuletynie.
Andrzej miał trudne zadanie - mobilizować kilkunastu instruktorów w starszym wieku, instruktorów, którzy pamiętali dawne, dobre czasy, aby zechcieli podejmować działanie na rzecz współczesnego harcerstwa. Ale z tym trudnym zadaniem spokojnie sobie radził. Nie, nie mieliśmy pod jego kierownictwem oszałamiających sukcesów - gdy ktoś z nas miał autentyczną pasję, wykazywał inicjatywę, efekty były. Dlatego poza biuletynem wydaliśmy oryginalny materiał - sprawozdania władz przedstawiane na wszystkie, od 1957 roku, konferencje sprawozdawczo-wyborcze/ zjazdy chorągwi. Dla przyszłych historyków dwa tomy nie do przecenienia. To nasze wspólne dzieło - Andrzeja i moje. Ale inicjatywa wyszła z jego strony, to on dostarczał mi materiały, on mobilizował. I, co najważniejsze, przekonał Komendanta Chorągwi do zapłacenia za to wydawnictwo. Gdyby ocenić, który z nas wniósł więcej pracy w opublikowanie tych dwóch tomów, to na pewno Andrzej.
Był księgowym, człowiekiem ułożonym, solidnym, odpowiedzialnym - takim, jakim księgowy być powinien. Od czasu, gdy się z nim zetknąłem, a przecież to miało miejsce pół wieku temu, działał w chorągwi. Pełnił tam różne funkcje. Zawsze z sukcesem. I nie dziwmy się, że w pewnym okresie był także głównym księgowym chorągwi.
Nosił nazwisko, które każdy zapisałby przez “ż”, a ono zaczynało się na “rz”. Był taki moment, kiedy widziałem Andrzeja zdenerwowanego: - Ile razy mam powtarzać, że nazywam się Rzuchowski? - no tak, powtarzać pewnie musiał pewnie wiele razy…
Ponad dziesięć lat temu, gdy byłem radnym Warszawy i aktywnie działałem w komisji kultury, niespodziewanie spotkaliśmy się w Centrum Łowicka. Ja występowałem jako ważny działacz samorządowy, on jako księgowy tego ośrodka kultury. Zdziwiłem się - przecież był w wieku emerytalnym. Dzięki Andrzejowi bliżej zapoznałem się bliżej z działalnością Łowickiej. A było warto.
Tak jak odpowiedzialnie kierował komisją historyczną, tak samo odpowiedzialnie odszedł z tej funkcji. Gdy stan zdrowia nie pozwolił mu na aktywną działalność, znalazł następcę, przekazał kierownictwo. Tak jak powinien uczynić każdy z nas.
Na pogrzebie pożegnali go instruktorzy w wieku seniorackim. Chorągiew wystawiła sztandar. Było skromne pożegnanie, w trakcie którego jego wnuk mówił też o Andrzejowej działalności. Pozostanie po nim dobra, bardzo dobra pamięć.

Druh Andrzej

Nie, nigdy nie byłem członkiem “Gawędy”, ale obiłem się o ten zespół i miałem niewątpliwą przyjemność być podopiecznym druha harcmistrza Andrzeja Kieruzalskiego. Gdy w nowo otwartym Pałacu Kultury (pamiętacie że przez lata pod neonem można było odczytać, iż nosi imię Józefa Stalina) uruchomiono w jego części Pałac Młodzieży, zapisałem się (a właściwie zostałem zapisany) do jednej z grup. Był to pałacowy teatrzyk kukiełkowy. Dlaczego do takiego zespołu? Wytłumaczenie wymagałoby napisania odrębnego felietonu. Ten felieton jeszcze napiszę…
Najpierw zajmował się nami druh Wesołowski - znakomity specjalista od tej formy teatru a następnie zaopiekował się nami druh Andrzej. Pracował on wówczas na warszawskiej Pradze z powiększającą się ekipą dzieciaków, które nazwały swój teatr “Gawędą”. Myśmy nazwy nie mieli. Oni byli od nas lepsi - pracowali dłużej i operowali nie takimi zwykłymi kukiełkami, ale marionetkami! Tak, mieli kłopot, bardzo się starali, aby nitki się nie poplątały. Widziałem sukcesy, ale widziałem też ich klęskę, gdy marionetki “padły”. Ale to było tylko raz. W jakichś przeglądach bili nas na głowę.
Pracował więc druh Andrzej z nami. Znakomicie. Tekst “Żaczka Szkolaczka” mogę wyrecytować i dziś. Piosenkę Żaczka w wersji wesołej i w wersji smutnej mogę zaśpiewać. A nauczyłem się tekstów sześćdziesiąt lat temu! Laleczki robiliśmy sami, choć oczywiście pod bacznym okiem naszego druha. Graliśmy naszego “Żaczka” kilkakrotnie - a to w jakimś miejskim przeglądzie, a to na imprezie noworocznej w Pałacu. Największym przeżyciem był występ przed Siergiejem Obrazcowem, najwybitniejszym rosyjskim, światowej sławy aktorze i twórcy teatru lalek. Przyjechał on do Polski i siedział przed nami w sali, gdzie występowaliśmy na co dzień. Nie był to mój najlepszy występ. Pomyliłem się, skróciłem fragment drugiego aktu. Ale na szczęście (poza druhem Andrzejem) nikt tego nie zauważył.
Dzięki druhowi Kieruzalskiemu po raz pierwszy moje zdjęcie znalazło się w książce, a właściwie książeczce. To poradniczek “Z kukiełką w plecaku”. Stoję roześmiany grając (cudzą) lalką osła. Mam może dwanaście lat.
Pracowaliśmy czasem wspólnie z “Gawędą”. Ot, nagrywaliśmy dialogi i piosenki do “szkolnego” programu telewizyjnego. Ja długo przy Myśliwieckiej nie popracowałem. Okazało się (czego jeszcze nie było na scenie słychać), że rozpoczęła się u mnie mutacja. Już czyściutko zaśpiewać nie umiałem. I w ten sposób skończyła się moja aktywność w Pałacu Młodzieży. A właśnie wtedy, gdy mnie już w zespoliku kukiełkowym nie było druh Andrzej przeniósł swój zespół z Pragi do śródmiejskiego Pałacu i zaczął rozwijać “Gawędę” w całkiem inny, ogromny, odnoszący sukcesy zespół. Ale już beze mnie. Czasem tego żałuję.
Z druhem Andrzejem spotykałem się na mojej harcerskiej i instruktorskiej drodze kilkukrotnie. Ku mojemu zdziwieniu pamiętał mnie. Rozróżniał wśród setek swych wychowanków. Przez lata mnie to cieszyło.
Druh harcmistrz Andrzej Kieruzalski zmarł kilka dni temu. Inni będą Go wspominać bardziej patetycznie. Znali go dłużej i lepiej. Ja byłem jego wychowankiem tylko dwa lata. Ale to były świetne dwa lata mojego życia.

Jacek

I znów pożegnanie. Dziś zmarł Jacek. Jeden z tych (jak to brzmi banalnie), który całe życie poświęcił harcerstwu. I czynił to z zapałem, z nieprawdopodobnym zapałem i zaangażowaniem. Czasami z Jackiem rozmawiałem, czasami korespondowałem. Czytałem jego zapiski na fb, był tam bardzo aktywny. Ciągle zamieszczał zdjęcia swoich ukochanych “Powsinóg”. Wczoraj, zupełnie przypadkowo, znalazłem na biurku jego życzenia świąteczne z roku 2012. Jak zwykle wypisane skośnym, równym pismem. Nie wiedziałem, że to jakiś symbol, że wtedy był na granicy życia i śmierci.
Otwieram ostatnią dłuższą korespondencję. Lato 2016 roku. Zapraszam go do naszego ośrodka w Ocyplu, bo spotykam tam (oczywiście przypadkowo) członków jego środowiska. Byłoby miło porozmawiać w towarzystwie wychowanków jego wychowanków. Jacek wychodził właśnie ze szpitala, uczył się robić zastrzyki. Cukrzyca. Nie, nie mógł przyjechać na Kociewie. Ot, piszemy do siebie, że może się spotkamy w Warszawie, może w Opolu. Ale od dzisiaj wiem, że się nie spotkamy…
Widziałem Jacka dobrych kilka lat temu. Miał kłopoty. Sytuacja, w jakiej się znalazł, z własnej winy, była mało sympatyczna. Starszy pan zrobił głupstwo, wstydził się tego, a powiedział o dwa zdania za dużo. Groziło mu (jemu, najcudowniejszemu z harcerzy) usunięcie ze Związku. Karę przyjął z właściwą sobie pokorą. Cierpiał i dostosował się do decyzji harcerskich władz. Rozumiałem Jacka, współczułem mu. Może dlatego, że co prawdę jestem odrobinę od niego starszy, ale nasze życiorysy troszeczkę, troszeczkę były zbieżne?
Dla mnie Jacek nie był przede wszystkim szefem “Powsinóg”, nie był świetnym muzykiem, autorem piosenek, kawalerem Orderu Uśmiechu. Nie, był tym, który zupełnie bezinteresownie zaczął pomagać harcerzom na Ukrainie. Przed laty byłem z Jackiem (i Misią) we Lwowie, staraliśmy się nawiązać normalne relacje z odradzającym się na Ukrainie polskim harcerstwem. Wówczas nam się to udało, a dalsze niepowodzenia to na pewno nie my. Wtedy to “Powsinogi” zaopiekowały się środowiskiem harcerskim w Drohobyczu. Czyli zaopiekował się nimi Jacek. Obozy, spotkania, pomoc - bardzo za to Jacka ceniłem.
No nie, ceniłem go za całokształt. Za postawę, za zaangażowanie, za uśmiech, za dobroć. I oczywiście nie będę Jacka wspominał jak jego liczni wychowankowie. Nie mam szans. Od dziś jest o jednego prawdziwego harcmistrza mniej. Ogromna szkoda, ogromny żal.
PS W sobotę 28 stycznia pogrzeb w Opolu. Piękne słońce. Tłum. Starych i młodych. Harcerzy i cywili. Pogrzeb godny harcerskiego instruktora. Piękne, mądre kazanie księdza, który znał Jacka. Nad grobem kilka zdań prezydenta miasta i dwóch instruktorów. Głos więźnie im w gardłach. Pozostanie po nim pamięć, dobra pamięć u wielu, wielu z nas.

Zofija

Pożegnanie. Po raz kolejny. I inaczej być nie może. Czas płynie. Ludzie odchodzą z naszego najlepszego ze światów. Niektórzy przygotowują się do tego wydarzenia latami i miesiącami. A inni opuszczają nas niespodziewanie. We śnie. Tak jak Zofija. Była z nami stosunkowo krótko, cztery czy pięć lat. Jednak zdążyła w swej karierze przez rok być szczepową. Opisywanie dziejów “mojego” szczepu, który w tamtych latach tworzyłem własnymi rękami, zajęłoby zbyt wiele miejsca. Istotne, że Zofija najpierw była szeregową harcerką, później drużynową, a w roku 1973/74 kierowała niewielkim wówczas Szczepem 3 WDH. Zofija poszła swoją drogą, studiowała historię sztuki i nie miała z naszym środowiskiem wielu kontaktów. Ale, i o tym chciałbym tu napisać, do końca życia pozostała harcerką. I wydaje się, że to harcerstwo ją ukształtowało. To nasze obozy wędrowne w Bieszczadach i Beskidzie Niskim pozostawiły w Zofiji trwały ślad. Całe dorosłe życie interesowała się kulturą Łemków, znała się na ikonach, pisała je, ratowała cerkwie, w tym jedną z nich dosłownie.
Bardzo interesujący jest fragment wspomnienia, jakie zostało zamieszczone na stronie Studenckiego Koła Przewodników Beskidzkich. Oto, co pisze autor wspomnienia:
- Z mojej perspektywy Zocha była przede wszystkim harcerką, najlepszej próby. To wyjaśnia, jak pracowała z ludźmi już w czasach poharcerskich. Wielu znalazło dzięki niej ulgę dla duszy i ciała. Kontynuowała tradycję rodzinną - jej ojciec był twórcą i wieloletnim dyrektorem Centralnej Składnicy Harcerskiej. Spytajcie ludzi pamiętających Warszawę z czasów PRL, co to była za instytucja. Na przykład jako pierwsza oficjalna placówka handlowa sprzedawała komputery. W latach 1978-81 Zofia Szanter zorganizowała akcję (z udziałem ludzi z SKPB), która uratowała przed zawaleniem cerkiew w Przysłopiu. Wymieniono przegniły dolne wieńce zrębu, zrobiono odwodnienie. Praca była czysto społeczna i mało zmechanizowana. Uwarunkowania „zewnętrzne” inne niż dziś, gdy władze terenowe uważają dawne cerkwie za swój atut i nie szczędzą środków unijnych i własnych na ich remonty.
Tak, po prostu Zofija była przede wszystkim harcerką. Jak kilka setek wychowanków naszego środowiska. We wspomnieniach, jakie zostały o niej spisane, ta cerkiew jest głównym punktem. Ale mnie się wydaje, że te czterdzieści kilka lat wcale nas nie dzieli. Zofija jest blisko. Ze swoimi harcerskimi pasjami, ze swoim harcerskim, aż do bólu, życiem.

Janek

Zmarł Janek, instruktor w warszawskim harcerstwie mityczna. Miał prawie 90 lat. Z nich bardzo wiele poświęcił naszemu ruchowi. Zaczynał harcerską działalność w Szarych Szeregach. Był drużynowym. A później pełnił bardzo wiele funkcji w kilku środowiskach, także u nas - na Pradze Południe. Janka pamiętać będę przede wszystkim jako instruktora, o którym można było opowiadać niezliczone anegdoty.
Był człowiekiem - “pistoletem”, szybkim, zdecydowanym, konkretnym. Mógł być przez harcerskie władze wysyłany na różne fronty do załatwienia jednej sprawy. W jednym hufcu bywał rok, dwa, trzy. Załatwiał sprawę i był przerzucany dalej.
Ostatni raz widziałem Janka jakiś czas temu na spotkaniu chorągwianej komisji historycznej. Spięliśmy się raz i drugi. Dawno już ze sobą nie współpracowaliśmy. I co zrobił konkretny i rzeczowy Janek? Nie obraził się, nie. Po prostu napisał pisemko, że rezygnuje z pracy w komisji. Taki był.
Był fanem punktualności. Gdy mówił, że zaczyna spotkanie o 17.17, to choćby się waliło, choćby burza z piorunami szalała wokół, spotkanie zaczynał punktualnie. I, uwaga, uwaga – też punktualnie kończył. Na dodatek wszelkie narady, zbiórki, odprawy prowadził krótko i rzeczowo.
Kiedyś zdumiał nas. Jakąś zbiórkę rozpoczął z 6-minutowym opóźnieniem. Oczywiście z naszej winy – niesubordynowanych instruktorów. Mieliśmy ją zakończyć po godzinie. Co czyni druh J.? Komunikuje nam: - Zaczynamy z sześciominutowym opóźnieniem, zakończymy spotkanie sześć minut wcześniej. – No i zbiórka trwała 12 minut krócej. I wszystko, co należało, na niej zostało omówione.
Nie dziw więc, że gdy któryś z naszych komendantów spóźnił się ze swoim obozem z rajdu około godziny (a obozowaliśmy w Wołosatem – do rozpoczęcia Operacji Bieszczady 40 było jeszcze kilka lat), Janek pozbawił go funkcji i karnie przeniósł do innego obozu.
Tu należy wam się chwila radosnej zadumy, bo życie z zegarkiem w ręku nie jest proste. Na tym samym obozie Janek na własnej skórze o tym przekonał. Lubił on, jak tu delikatnie powiedzieć…, lubił płeć piękną a i liczne dziewczęta patrzyły w niego jak w obraz. To było dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Janek był nieduży, szczupły. No, Adonisem nie był. A dziewczyny były nim zafascynowane.
Wróćmy do obozu w Bieszczadach. Zdecydował się tam na spacer z pielęgniarką (a może księgową?) na Tarnicę. Ot – wejdą, zejdą. Nic trudnego. Nie wiem do dziś co się tam wydarzyło, poszli na Rozsypaniec? Dotarli do Zgniłochy? W każdym razie nie wrócili na noc do obozu! A było to po ukaraniu owego komendanta obozu za godzinne spóźnienie! Już chcieliśmy zaangażować do pracy GOPR, gdy zmarnowana para pojawił się w obozie. Janek był o krok od zdjęcia siebie samego z funkcji. Tylko nie miał go kto zastąpić, więc do końca obozu dotrwał na swym stanowisku.
Janek, jako że cenił płeć przeciwną, nie uznawał obozów koedukacyjnych. Twierdził, że prawdziwy mężczyzna nie może oglądać kobiety (nawet takiej 16-letniej) w bieliźnie, w piżamie, nieumytej, nieuczesanej i bez odpowiednio zrobionego makijażu. (Nasze obozy były organizowane dla harcerzy, którzy mieli co najmniej lat). Twierdził, że harcerki mają wyglądać ślicznie i mają się chłopcom podobać. I to był podstawowy argument przeciw takiej koedukacji.
Tak, to harcerstwo Janka było jakby całkiem inne niż moje, ale wierzcie, choć czasem nielubiany był skuteczny w swym działaniu. Na krótko, przecież był “pistoletem”.

« Previous PageNext Page »