Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Archiwum kategorii: 'Szkoła'

Wiem, nie wiem

Moi uczniowie, skądinąd sympatyczni i niegłupi młodzi ludzie, mający 18 a nawet 19 lat, czasem mnie ogromnie zadziwiali. Zadziwiali znajomością, a właściwie nieznajomością pewnych słów czy pojęć. Pal sześć, gdy to jest to takie słowo, jak pleonazm. Nie wybijałem im do głowy słów ważnych, ale takich, które nie będą im w życiu niezbędne. Ale są słowa w języku polskim, które po prostu znać należy. Nawet jeśli wyszły z użycia, nawet jeśli nie posługujemy się nimi na co dzień. Pisałem już o tym i temat ten jakoś mnie nie opuszcza.
Ku mojemu zdziwieniu nie mieli oni kłopotu ze zrozumieniem “Bogurodzicy”. Słowo po słowie tłumaczyliśmy i tekst stawał się czytelny. Nawet to “dziela” dawało się wytłumaczyć. Także owo giełzłeczko Kochanowskiego i inne słowa z czasów renesansu jakoś zrozumiane. Może dlatego, że w podręczniku były przypisy. Dlatego prawdziwy kłopot zaczynał się, gdy czytaliśmy znacznie później napisane lektury. Bo na przykład okazywało się, że uczniowie z Warszawy zupełnie nie znają wsi i prostego wydawałoby się słownictwa.
Zacznijmy od konia w kieracie. Mało udolnie każdej kolejnej klasie rysowałem ów kierat znajdujący się za stodołą. Wyjaśniałem, jak działa system przekładni. Tak wielkiego kłopotu nie miałem z żurawiem. Zawsze w klasie znalazł się jakiś uczeń, który objaśnił, jak czerpano wodę z wielu studni. Pług - znany, socha - większościn znana. Ale lemiesz i skiba ziemi już nie. No i brona. Co to znaczy bronować? Przebojem w każdej klasie jest miedza. Ta także z Mickiewiczowskiej inwokacji “Pana Tadeusza”. Co to może być miedza? Nie będę wymieniał większej liczby tych
trudnych słów. I tak w każdej klasie było inaczej. Czasem się znalazł ktoś, kto dobrze znał realia wsi lub realia miasta. (O co chodzi Tuwimowi z tymi nocnikami w “Mieszkańcach”? Co pod łóżkiem robi nocnik?). Czasem było gorzej.
Gorzej, całkiem niedobrze było ze zrozumieniem Sienkiewicza. Ale ja “Potop” traktowałem jako mało istotną lekturę, więc i język autora w tym utworze nie był tak bardzo istotny. Dobrze było, jeżeli uczniowie przeczytali cały utwór.
Lecz czytanie utworów (i nieczytanie) to już całkiem inna historia. Może na ten temat - już w ramach nauczycielskich wspomnień - coś napiszę.
PS To już rok, gdy nie uczę w szkole. Jakoś dało się przeżyć bez sprawdzania klasówek. Ale nie da się ukryć - trochę tej pracy mi brakuje.

Moja szkoła

Siedzę w Mickiewiczu - uroczystość 120-lecia mojej szkoły. Przepracowałem w niej tak nieco hobbystycznie ponad 40 lat. Obok mnie moi koledzy i koleżanki - nauczyciele. Ci dziś uczący, ale i wielu emerytów, pedagogów, którzy odeszli ze szkoły przed kilku czy kilkunastu laty. Ktoś przemawia, ktoś bije brawo, za chwilę będą występować uczniowie. Dyrektorka, pani B., będąca symbolem naszego liceum (jak ona dobrze wygląda, a przecież jest ode mnie znacznie starsza) wyraźnie wzruszona. 120-lecie mojej szkoły? Na pewno mojej?
Z moimi kolegami z klasy siaduję w naszym starym “Sułtanie”, który dziś nazywa się “Maska”. “Sułtan” to kawałek historii Saskiej Kępy i równocześnie nas - absolwentów Prusa. Bo to liceum jest naszą szkołą. Zbieramy zdjęcia z tamtych czasów, przypominamy sobie kolegów i koleżanki. Zbiera się nas niewielkie grono, około 10-osobowe, mamy kontakt jeszcze z kilkoma naszymi przyjaciółmi z klasy. Są tacy, na szczęście jeszcze nieliczni, których odwiedzimy 1 listopada. A część naszej klasy z naszej szkoły gdzieś nam zaginęła.
A przecież moją szkołą jest podstawówka. Tej, której nie ma, nosząca numer 17. Nasza “Koza” - wychowawczyni, która zawsze była stara, a zaczynała uczyć jeszcze przed wojną. Uczyła nas siedem lat. Uczyła nas czytać, pisać, liczyć i rysować w pierwszej czy drugiej klasie, a gdy już nas nauczyła, tego, co najważniejsze, pozostała nauczycielką matematyki i biologii. Takie to były czasy - nasza pani była od wszystkiego. Także od pokrzykiwania na nas i karania. Nie, nie klęczeliśmy na grochu, ale do kąta czasem nas kierowała (- Jesteś na lekcji niegrzeczny, będziesz w czasie zajęć stał w kącie). Najczęstszą karą było zostawanie po lekcjach w szkole. Po prostu - zakaz wyjścia ze szkoły przez godzinę lub dwie. (Tak na marginesie - nie było telefonów komórkowych, ba, w domach nieliczni, naprawdę nieliczni mieli na Saskiej Kępie telefony. Siedzieliśmy w szkole i nikt się nie martwił, że się zagubiliśmy. Co by było, gdyby dziś zastosowano taką karę?).
Zachowało się nasze zdjęcie z drugiej klasy. Grupa dzieciaków w granatowych fartuszkach. Wszyscy chodziliśmy do szkoły w fartuszkach, chłopcy, dziewczynki. Tak, to była moja klasa w mojej szkole.
No tak, każda z tych trzech szkół to moja szkoła. Moje wspomnienia, moja nauka (i nauczanie), moi koledzy i koleżanki. Która jest najbardziej “moja”? Nie, na kolejnym etapie życia każda z nich była i nadal moją jest. I tak już zostanie. Na zawsze.

To choroba?

Ten felieton pisałem długo. Może dlatego warto podzielić go na rozdziały. Czyli najpierw stary
Rozdział I
Narzekanie, szczególnie narzekanie na dzisiejszą młodzież nie ma sensu. Przecież młodzież dorasta i już wtedy jest całkiem inna. I choć na owych dorosłych też można sobie ponarzekać, to już z zupełnie innych powodów.
Ale raz na jakiś czas pomarudzić można. Ba, nawet trzeba. A było to tak. Siedzę wczoraj w kinie. “Ave Cesar”. Przede mną normalna współczesna panienka. Może ma 17 lat? Ot, dziewczyna w wieku moich uczennic z liceum. W ręku komórka. Włączona cały czas. Co jakiś czas komórka rozświetla się - pewnie ktoś dzwoni, a może to sms? Panienka odrywa wzrok z ekranu i patrzy na komórkę. Po chwili odpisuje i znów spogląda na ekran. Na komórkę i ekran. Żyje w trzech rzeczywistościach - tej filmowej, tej komórkowej i jeszcze w realnym życiu. Takie roztrojenie jaźni.
Teraz rozdział wspomnieniowy.
Rozdział II
Klasa szkolna. Lekcja polskiego. Nieistotne, czy rozmawiamy o Gombrowiczu czy Mickiewiczu. A może o Tuwimie. - W. - schowaj komórkę. - Oczywiście, panie profesorze. - Komórka znika na pięć minut. Po jakiejś chwili: - W., daj mi komórkę. - Odbieram aparat i odkładam blisko mnie. Czasem pokrzykuję, czasem ośmieszam. Nic. Bez efektów. Raz, drugi, trzeci… To nie jest lekceważenie nauczyciela. Nie. W. po prostu musi na komórkę patrzeć, korzystać z niej co jakiś czas. Niech się wali, niech się pali. Komórka jest najważniejsza.
No i rozdział - marudzenie.
Rozdział III
Mamy nowy świat. Nowe obyczaje. Nową młodzież. Dlatego w tymże świecie świadomie pozostawiam komórkę w domu. Nie, nie mogę się od niej uzależnić. Kiedyś nie mieliśmy w domach telefonów. Żadnych. Jakoś się umawialiśmy, spotykaliśmy, żyliśmy intensywnie. Także o sobie wiele wiedzieliśmy. Dziś bez telefonu komórkowego niektórzy nie widzą życia. To choroba. Z niej można się wyleczyć. Tak sądzę.

Pożegnanie

Dziś w Mickiewiczu skromne pożegnanie. Kwiatki, drobny prezent, kilka słów z mojej strony (wszak nie odchodzę na serio ze szkoły, coś muszę zrobić, coś musimy zrobić z wychowawcami klas pierwszych, z całą radą pedagogiczną, aby odrodzić “Trójkę”; dopiero, gdy drużyna harcerska będzie w szkole działała, będę mógł powiedzieć - odchodzę na emeryturę). Rzecz nie byłaby warta opisywania, bo było miło, ale to przecież taki incydent, drobny fragmencik rady pedagogicznej, gdyby nie list, a właściwie fragmencik listu, jaki wystosowała pod moim adresem nasza pani Dyrektor.
Otóż w liście tym znalazł się cytat, który brzmi: “W emeryturze nie ma nic złego pod warunkiem, że nie dopuścimy, aby przeszkadzała w pracy”. I nie jest istotne, czy to rzeczywiście powiedział jeden z amerykańskich prezydentów. Ważna jest mądra w rzeczywistości myśl, że w każdym wieku można pracować. Ba, że nie powinniśmy od tej pracy uciekać. Jedni powiedzą: - Pracuję na działce. - Inni będą pisali pamiętniki, ktoś jeszcze opiekować się będzie chorym kuzynem czy wnukami. Emeryt cały czas pracuje.
Ciągle ktoś zadaje mi pytanie, jeżeli już nie pracujesz w szkole, jeżeli już nie otrzymujesz pieniędzy z ZHP, to chyba się ogromnie nudzisz. Odpowiadam, że nuda jest niemożliwa. Bo jest redakcja “Czuwaj”, jest nasz hufcowy “Praski Świerszcz” - co miesiąc pisanie i redagowanie tekstów. Jest rocznik “Harcerstwo”, który lada chwila trzeba dać do druku. Jest hufcowa komisja stopni oraz zespół kształcenia, jest opieka nad stroną hufca. (Ta strona, niby taka drobna sprawa, a zajmuje mi sporo czasu). Są harcerze z Białorusi, dla których szykujemy obóz (i na którym to obozie będę - to prawie trzy tygodnie ciężkiej pracy). W najbliższym czasie mam też przydzielone przez dyrekcję redagowanie wydawnictwa z okazji 120-lecia Mickiewicza (oczywiście liceum noszącego jego imię). No i mam kilka pomysłów na przyszłość, w tym wielkie domowe sprzątanie - to praca na pół roku.
Strasznie mi się podoba - emerytura ma nie przeszkadzać w pracy. Muszę sobie gdzieś zapisać to zdanie. A na razie w najbliższy poniedziałek jadę do szkoły, by przez cztery godziny w komisji rekrutacyjnej przyjmować świadectwa gimnazjalistów, którzy chcą od września zostać uczniami Mickiewicza. Pożegnanie było, ale obowiązki pozostają obowiązkami. I wcale się tym nie martwię.

…i po szkole

To był wrzesień 1974 roku. Tak, to było ponad 40 lat temu. Wtedy po raz pierwszy przekroczyłem progi Liceum Mickiewicza jako nauczyciel. Nie, nie taki na pełnym etacie. “Etatowcem” byłem wówczas w Wydawnictwie Harcerskim. Tam podpisywałem codziennie listę obecności, tam miałem normy wykonywania różnych prac redakcyjnych. Tutaj, w Mickiewiczu, pani dyrektor Brożek wyraziła zgodę, abym pouczył jedną klasę języka polskiego. Stanęły przede mną dwa wyzwania - uczyć (jak najlepiej) trzydziestkę uczniów i wzmacniać w szkole działalność harcerstwa. Czy pierwsze się powiodło, mogą moi uczniowie (ci pierwsi liczący dziś 57 lat, ale i młodsi) powiedzieć. Drugie powiodło się na pewno. Bo tak w rzeczywistości moja praca w szkole była istotna ze względu na losy “Trójki” - naszej 3 WDH im. x Józefa Poniatowskiego. To było moje oczko w głowie. Zatem etat cały czas gdzieś poza szkołą miałem, a w szkole uczyłem kilka godzin w tygodniu.
Od września 74 roku zaczęła się zatem moja przygoda ze szkołą. Nauczycielska przygoda, która właśnie powoli się kończy. Nie dziwmy się. Taka jest nasza droga. Wszystko w życiu musi się zakończyć. Praca zawodowa, nawet na części etatu, też. Czas więc na podsumowania. Na pewno nie zakończę ich na tym felietonie. To chyba jasne.
Przez wiele lat uczyłem więc jedną klasę. W maju wypuszczałem maturzystów, we wrześniu rozpoczynałem pracę z klasą pierwszą. Oczywiście były czasem jakieś zamieszania, jakieś zmiany. Ale byliśmy z panią dyrektor konsekwentni. Dopiero za czasów obu następnych pań dyrektorek, gdy już miałem więcej czasu, dostawałem (z różnych powodów, zazwyczaj gdy któraś z nauczycielek polskiego musiała na jakiś czas przerwać pracę w szkole) dodatkowe klasy. Niedawno zdarzyło mi się, że miałem w szkole pełny etat! Zadziwiające.
Kolejne moje klasy nie mogły tego zauważyć, ale wydaje mi się, że z biegiem lat byłem coraz lepszym nauczycielem. Że takie apogeum osiągnąłem ostatnio. Że gdybym jeszcze uczył, czyniłbym to bardzo dobrze. Ale decyzja pozostaje decyzją. Skończyłem pracę w szkole.
To bycie dobrym nauczycielem niesie za sobą jedną uwagę. Fakt, lekcje zawsze były przegadane, nigdy nie miałem cierpliwości, aby do końca wysłuchać uczniowskiej analizy, uczniowskich poglądów. Ale, wierzcie mi, pracowałem nad sobą. Bardzo się starałem, by nie zabijać poglądów młodych. Młodzi co prawda nie zawsze chcieli ze mną współpracować (i tu mógłbym zacząć wymieniać na przykład imiona tegorocznych maturzystów - a uczyłem dwie klasy), ale tak pewnie być musi. No i dumny jestem ze swoich dygresji. To ważne. Zjawiska społeczne nie mieszczą się w zamkniętych szufladkach. A o nich na lekcjach polskiego mówiliśmy. Pojęcia etyczne nie dotyczą jednej epoki. Mógłbym te myśli rozwijać.
Czeka mnie więc opisanie moich największych sukcesów (oj, będzie trudno) i największych klęsk (te są łatwiejsze do opisania). Jak to jednak uczynić, aby nie wymieniać konkretnych osób? Nie pokazywać ich palcem? Zobaczę. Na razie czekam na wyniki tegorocznej matury pisemnej. To prawie sześćdziesiąt osób, za które czuję się (niezależnie od tego, co oni sobie o mnie myślą) odpowiedzialny. To jeszcze miesiąc.
Czeka mnie też przygotowanie się do rozmów z absolwentami liceum w czasie tegorocznych jesiennych obchodów 120-lecia szkoły. Popatrzę na listy wychowanków sprzed lat. Byłoby miło, gdybym mógł rozpoznać kogoś z nich. Powiedzieć: - Pamiętam. Pamiętam. - I nie skłamać.

Next Page »