Adam Czetwertyński

Harcerstwo (108) Kultura (168) Polityka (30) Szkoła (45) Varia (59)

Archiwum kategorii: 'Szkoła'

I znów szkoła

Nie wiem, jak inni nauczyciele, ale ja w okolicach pierwszego września zaczynam kolejny etap życia. I dzieje się to co roku, niezależnie od tego, czy rozpoczynam pracę z nową klasą, czy kontynuuję nauczanie w już mi znanej. Ciągle coś nowego: dzieci się starzeją (to znaczy dorastają), programy się zmieniają (no, modernizują), pojawiają się co chwila nowoczesniejsze metody nauczania. Na dodatek jeszcze internet, komórki, Wikipedia, ściągi do przepisywania z róznych miejsc i tłumy chętnych do pisania wypracowań (za pieniądze) lub przygotowujących za uczniów prezentacje maturalne. Można się pogubić. Czasmi siadam przy komputerze i wprowadzam co bardziej interesujące sformułowania do przeglądarki. Co drugi raz (a czasem częściej) trafiam. Jedni lepiej, inni gorzej przepisują różne cudze fragmenty. Niedawno tłumaczyłem: - To jest kradzież, normalna kradzież. Przecież nie chcecie być złodziejami…
Na dodatek mam w pamięci sprawdzane przeze mnie w maju matury. I cały czas się zastanawiam, co zrobić, aby moi uczniowie się nie kompromitowali, aby czytający ich teksty egzaminator nie myślał tego, co ja myślałem o maturzystach, których prace czytałem. Właściwie to bardzo dobrze, iż są to absolutnie anonimowe teksty i nie muszę przejmować się dopiskami w rodzaju “Ja wiem, że napisałem słabo, ale bardzo proszę o zaliczenie mi tej matury”. Na szczęście takich dopisków nie jest wiele.
A więc początek roku szkolnego. Jedną klasę mi zabrano, inną dano. Opowiadam koleżance, która przejęła “moją” drugą: zeszycik kulturalny, projekty, wiedza o Warszawie, tablice chrono;ogiczne, portfolio, obiecana “normalna” matura, zeszyt z wypracowaniami, wizyty w teatrze… Strasznie tego dużo. Jakby program, treści w nim zawarte gdzieś były na dalszym planie. Czego moi “byli” nie będą mieli? Warszawy w “Lalce” Prusa? Zwiedzania Łazienek (to kwintesencja polskiego oświecenia)? Jakiejś rozmowy o obejrzanej sztuce? Kilku ironicznych uwag z mojej strony? No tak, ale na pewno będą mieli inne, może ciekawsze lekcje. Tego nie wiem.
Dziś rozmawiałem z moimi pierwszakami. O ocenianiu, podręcznikach, zeszytach. I nie zapomniałem zrobić im ankietki. Takiej sumującej, co pamiętają z gimnazjum i pokazującej, czym się interesują. Jedna moich próśb brzmiała: “Opiszcie swoje zainteresowania humanistyczne”. I co się okazało? Moi milusińscy czasem nie rozwijali tego tematu. Są tacy absolwenci gimnazjów, którzy nie chodzą do kina, do teatru, nie byli w filharmonii, w operze, nie czytają książek, nie piszą wierszy, nie zainteresowali się filozofią lub historią. Itd., itd. Czy to możliwe? Na szczęście są też tacy, którzy w teatrach bywają, lubią poezję śpiewaną, są zainteresowani historią (dziewczęta pasjonują się II wojną światową!). Są też tacy, którzy bywają w kinach. Zobaczymy, jak jest naprawdę. Za miesiąc, za dwa, za trzy. Zobaczymy…

Projekty, projekty

Warto, warto pracować w szkole metodą projektów. Co prawda wymaga to od nauczyciela, by poświęcił na pracę z dziećmi dodatkowy czas, nie mówiąc już o dodatkowym wysiłku, ale jakie efekty!!! Przez ostatnich kilka lat przeczytałem setki (a może tysiące) opracowań, pomysłów, koncepcji, podsumowań różnych projektów. Wymyślonych przez nauczycieli i dzieci (młodzież też). Ocenianych przez różnych ekspertów, bo projekty były w większości realizowane przez “Szkoły z klasą”. Ostatnio jestem ekspertem w jednym z kursów internetowych dla nauczycieli i z tego powodu znalazłem się w czasie minionej niedzieli w Liceum Batorego w Warszawie na wielkim pokazie sumującym całoroczną pracę Centrum Edukacji Obywatelskiej. Centrum prowadzi chyba z dziesięć różnych programów, i z każdego z nich zaproszono na pokaz kilka - kilkanaście szkół.
Nasza edukacja z internetem to mały pryszcz, ale takie “Ślady przeszłości” to program monstrum.
Zachwycony chodziłem po korytarzach liceum. Co prawda miałem za zadanie (ja, polonista) docenić pracę grupy gimnazjalistów, którzy pracowali nad liczbami pierwszymi. - Czy to jest ciekawe? - zadałem im najgłupsze pytanie pod słońcem. - Oczywiście, proszę pana, to jest pasjonujące. - Jeżeli więc liczby pierwsze mogą być pasjonujące jako jądro projektu, to co powiedzieć o innych tematach?
W Kołobrzegu “Solny Kołobrzeg” (ten przedwojenny), w Nowej Rudzie “Kapliczki i krzyże pogranicza”, w Sosnowcu “Trójkąt trzech cesarzy”, w Warszawie - życie codzienne na Powiślu w czasie Powstania Warszawskiego. Gimnazjaliści czytają przedszkolakom, inni adoptują drzewa, ktoś pasjonuje się spodniami Talesa, ktoś jeszcze oszczędza energię. Tam ekologia, tu historia, w innym miejscu wychowanie obywatelskie, gdy młodzi głosowali. I jeszcze samorządy szkolne, i jeszcze jakieś programy kulturalne.
W czasie spotkania ekspertów każdy z nas miał powiedzieć kilka słów własnych refleksji na temat projektów. Ja zająłem się nauczycielami. Świetnymi, takimi, którym się chce. Mówiłem o nich. Dziś wszyscy narzekają na polskie szkoły, a tu setki nauczycieli i tysiące uczniów robią rzeczy niebywałe, z zapałem, z pasją. Jeżeli nasza szkoła jest tak beznadziejna, jak nam się opowiada, to ja jestem szachem perskim.

Matura dla gimnazjalistów?

Opowiedziałem w klasie szczerze, co myślę: nie warto było w tym roku uczyć się do matury z polskiego. Uważnie ją przeczytałem, przeanalizowałem i doszedłem do wniosku, że dzisiejsi gimnazjaliści w tym roku maturę by zdali. A jeżeli tak, to po co się uczyć dodatkowo przez trzy lata? Po co czytać lektury? No nie, oczywiście są lekcje, są podstawy programowe, są oceny, w tym ta bardzo ważna - na zakończenie szkoły ponadgimnazjalnej, jest program nauczania. Ale nagle, nie wiadomo dlaczego, tajemnicze siły zdecydowały, iż należy oderwać maturę od tego, czego uczymy w liceum.
Gdzieś tam, cichcem, starałem się dotrzeć do “tajemniczych sił”, od nich dowiedzieć, co myślą o efekcie swojej pracy. Są one bardzo zadowolone i opowiadają, że pomimo, iż matura była tak banalna, to nadal trafiały się wypracowania o Telimenie, który zakochał się w Zosi. Ale czy do pisania egzaminu z języka polskiego należało dopuszczać kretynów? (Pewna nauczycielka języka angielskiego cieszyła się, gdyż w sprawdzanych przez nią pracach znalazło się kilkanaście czystych. A za każdą pracę dostaje takie samo wynagrodzenie. Tylko czy to znaczy, że łatwa matura na poziomie podstawowym ma być jeszcze łatwiejsza, aby osoby nie znające języka też ją napisały?).
Kilka szczegółów. Matura z polskiego składa się z tzw. testu, czyli odpowiedzi na pytania ze zrozumienia tekstu, zazwyczaj popularnonaukowego. Tegoroczny był tak banalny, tak prosty, napisany dla uczniów podstawówki. Twierdzę, że na dwadzieścia możliwych do zdobycia punktów normalny uczeń trzeciej klasy gimnazjum zdobyłby ponad pięćdziesiąt procent.
Część druga to wypracowanie. Do tej pory trzeba było napisać je na podstawie danego maturzystom tekstu i znajomości utworu, z którego dany fragment został zacytowany. A więc fragment “Dziadów” i punkty za analizę tego właśnie fragmentu oraz za wykorzystanie wiedzy o całym utworze. Proste. A co się wydarzyło w tym roku? Znikła, rozmyła się znajomość całego tekstu, tym razem “Pana Tadeusza” lub I tomu “Chłopów”. Wystarczyło przeczytać cztery cytaty o Zosi i Telimenie lub niecałą stronę na temat starego Bylicy i napisać wypracowanie. Ciekaw jestem, czy za rok nie będziemy mieli tematu “Napisz do kolegi list z wakacji”. Bo do czego potrzebne są fragmenty utworów? Aby uczeń udowodnił, że Telimena jest kobietą?
O co chodzi? Czy po prostu wszyscy mają zdać maturę z polskiego, by nie trzeba było dla niedouków organizować kolejnych corocznych egzaminów o charakterze poprawkowym? Czy nowe kierownictwo Centralnej Komisji Egzaminacyjnej chce mieć supersukces - większą statystycznie “zdawalność”? Nie, ja tego nie rozumiem. Bo takiej polityki oświatowej zrozumieć się nie da.

O nauczaniu języka polskiego

Nie tak dawno napisałem felietonik, wydawało mi się, że zabawny, o tym, jak usprawiedliwiają się nieprzygotowani na lekcje moi uczniowie. Zacytowałem tego i owego, troszkę zmieniłem pojedyncze słowa, aby nie można było dotrzeć do autora tekstu. I okazało się, że felietonik wywołał pewne zainteresowanie. Część komentarzy pozostawiłem pod tekstem. Dlaczego do tego materiału wracam? Bo komentarorzy nie napisali “Ale śmieszne” lub “Robią pana w… (i tu jakieś mało parlamentarne słowo)”. Nie, okazało się, że komentarze były na temat niechęci uczenia się mojego przedmiotu, o planach życiowych uczniów, którym ten język polski do niczego nie jest potrzebny (w odróżnieniu od fizyki, matematyki, geografii, biologii czy chemii).
Jeżeli problem uczenia się “niepotrzebnego” przedmiotu stał się ważny, może warto napisać o tym, co się naprawdę przyda. Nie, nie będę nikomu udowadniał, że fizyka, matematyka itd. jest zbędna. Bo udowodniać tego nie należy. Porozmawiajmy, po co jest nauczany język polski. Powiecie, że można to wszystko wyczytać w podstawach programowych. Pewnie tak. Ale ja napiszę po swojemu.
Uczę przyszłych lekarzy, inżynierów, ekonomistów, politologów, policjantów, a może także polskie gospodynie domowe mówienia po polsku. Twierdzicie, że przecież każdy po polsku mówi. No tak, ale zależy, jak mówi! To nie jest obojętne, jaką polszczyzną się posługujemy. Jak mówią lekarze, inżynierowie, ekonomiści… Co prawda trudno się uczy w trzydziestoosobowej klasie, ale jakieś sukcesy można mieć.
Uczę ich także, by mieli o czym mówić. Są co prawda tacy, którzy uważają, iż nie znając literatury oraz szeroko rozumianej kultury polskiej i światowej też mają o czym rozmawiać. No tak. Rozmowa o tym, jakie nogi ma dziewczyna oraz czyj samochód jest lepszy, nie wymaga znajomości Sofoklesa i Herberta. Ale mnie zależy, by nasi uczniowie choć w skromnym stopniu poczuli, iż są inteligencją, ludźmi, dla których świat to więcej niż miejsce zdobywania pieniądzy. Żeby czytając wiersz nie tylko wyczuwali intuicyjnie jego piękno (to proste), ale potrafili go zrozumieć. Czyż lekarz rozmawiający o twórczości Szymborskiej nie jest kimś nieco lepszym, niż ten, który tylko potrafi opowiadać o swych trudnych przypadkach?
Staram się pokazać (skromnie, nic na siłę), że można być szczęśliwym, żyjąc skromnie i dając z siebie wiele innym. A na pewno więcej dając niż biorąc. Nie jest to modne. Interesować się współczesną kulturą, tkwić w centrum innego świata niż ten reprezentowany przez klub i dyskotekę. Albo być społecznikiem… Trudne zadanie.
Uczę, że świat jest złożny, że wszystko, na co patrzymy, wszystko, o czym czytamy, tkwi w kulturze, która jest siatką, pajęczyną łączącą przedszłość z teraźniejszością, ale także jeden obiekt z drugim. Tak jak twórczość Herberta tkwi w antyku, Twardowskiego w Biblii (tej czytanej przez św. Franciszka) a w naszej współczesnej szkole ciągle można zobaczyć Bladaczkę z jego osiągnięciami dydaktycznymi.
Złożoność świata, połącznie różnych wątków pokazałem, dość przypadkowo, moim tegorocznym uczniom na przykładzie warszawskiej ulicy Miodowej. Mieści się tam księgarnia PWN, gdzie mieli kupić podręczniki. Wysłałem ich tam, a później po jakichś nieporozumieniach okazało się, że wiedza tychże uczniów o naszej stolicy jest nikła. Więc na Miodowej poszukali twórcy epoki baroku, osiągnięć naszego oświecenia, motywu dotyczącego twórczości Mickiewicza (trochę naciągane, a jednak), miejsc związanych z “Lalką” Prusa. Nie zajmowałem się oświeceniem (reformacja) i wiekiem dwudziestym. Też by można. Mam pełną świadomość, że niektórzy uczniowie nadal na Miodowej nie byli. Ale o ile mądrzejsi stali się ci, którzy spenetrowali zabytki tej ulicy! Tak, mają o czym rozmawiać.
Uczę też moich uczniów pisać. Co? Że to zbędna umiejętność? Tak. Ale co będzie, gdy własne dziecko mojego ucznia poprosi “Tato, pomóż mi z wypracowaniem”. Tato wynajmie korepetytora? Nikt mnie nie przekona, że można być inteligentem i nie umieć napisać po polsku dowolnego tekstu. Nie tylko cv.
Albo znajomość “Bogurodzicy” na pamięć. Malutki tekst. Tylko czy wypada Polakowi nic nie wiedzieć o tym tekście? Ot, tylko tyle, że śpiewano ją pod Grunwaldem?
Globalnie - uczę myśleć. Niektórzy się bronią. Są twardzi jak skała. Szkoła przez dziewięć lat ich tego nauczyła. Nauczyć się do egzaminu i lecieć dalej. Nauczyć się, zdać i zapomnieć. A tu trudno. I bywa coraz trudniej. Z miesiąca na miesiąc.
Zadano mi dziś pytanie: “Czy mogę poprawić ubiegły semestr?”. Po co go poprawiać. Przecież ważne jest, jak dziś mówisz, jak dziś myślisz, co dziś wiesz.
Uczyć życia. Ktoś zaraz mi napisze “Nie uda się panu”. Może troszeczkę się uda. Nie więcej. Przecież spotykamy się tylko przez cztery godziny w tygodniu…

Takie życie…

Po co jest uczeń? Uczeń jest po to, aby się uczyć. Nieuczący się uczeń nie jest uczniem. Jest osobnikiem, osobą, młodzieżą, dziecięciem, pacholęciem (choć, jak wiadomo, pacholę uczyć się powinno). Ale nie jest uczniem. System jest jednak bezlitosny. Masz szesnaście lat - chodź do szkoły. I nic cię od tego obowiązku nie zwolni.
A więc męcz się osobniku niepełnoletni, uczęszczaj, odrabiaj, oszukuj, kłam, uśmiechaj się, ściągaj. Rób wszystko, aby jakoś ten czas do pełnoletności, czyli w rzeczywistości do matury, jakoś spędzić. No, chyba, że jesteś uczniem. Wtedy sytuacja twoja jest inna. Masz cel, masz chęć (lub jej nie masz - bywa), masz szansę zostać człowiekiem wykształconym, może nawet intelektualistą. Uczniu, masz szanse.
Dostaję komunikaty. Częste komunikaty. Wymuszone. “Panie profesorze, z bólem serca zmuszony jestem do zgłoszenia nieprzygotowania z powodu nieustabilizowanego stanu emocjonalnego”. No, rozumiem. 16-latek ma prawo żyć czasem emocjami. I jeszcze4 serce go boli z mojego powodu. OK.
“Zgłaszam nieprzygotowanie, ponieważ zapomniałem wziąść (!) z domu zeszytów”. Biedactwo, zapomniało. Ale do szkoły przyszło. Prawdopodobnie ręce w kieszeniach i pełny luz.
“Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się przygotować do lekcji z języka polskiego z braku natchnienia”. No, no. Przecież nie zadawałem napisania tekstu lirycznego. Natchnienie potrzebne do wypracowania? Szkoda, że nie wiedza.
“Szanowny panie profesorze, z przykrością oświadczam, że jestem nieprzygotowana. Przyczyną tego był brak chęci. Świadoma błahego charakteru mojego argumentu przepraszam i obiecuję poprawę”. Stylistyka przeciętna. Ale obietnica poprawy rozczula.
“Nie wziołem (!) polskiego bo zapomniałem”. Tak, to tekst osobnika, który nie bierze, bo zapomina zasad ortografii. Bez szans na ocenę dostateczną.
“Nieprzygotowanie do lekcji j. polskiego z powodu pomyłki”. Ciekawe, co to za pomyłka. Może trafił (lub trafiła) nie do tej szkoły? Ale należało napisać wypracowanie. Cóż się pomyliło? Nie wiem.
“Nieprzygotowanie, ponieważ miałem trudną sytuację uczuciową i nie mogłam się skupić”. To drugi podobny przypadek. Bywa.
“Jestem nieprzygotowana z powodu braku czasu i natchnienia”. Czas czy natchnienie? Ot, dylemat.
“Jestem nieprzygotowany, ponieważ zapomniałem, że dzisiaj jest j. polski”. Ciekawe oświadczenie. Ta pamięć, ta pamięć. Gdyby tylko była lepsza. Pamiętałem, że jest fizyka i wf, ale o polskim zapomniałem. Wyrzucić polski z pamięci - dla nauczyciela duży cios.
“Chcę zgłosić nieprzygotowanie, bo nie mam zielonego pojęcia co było zadane”. Siedzi sobie uczeń na lekcji, siedzi i bladego pojęcia nie ma. Szkoda.
“Chciałbym zgłosić nie przygotowanie bo nie posiadam notatki”. Kolejny przypadek beznadziejny. Ortografia, interpunkcja i nicnierobienie. Kolejny nie-uczeń.
Ja tu sobie żartuję, a rzecz jest poważna. Przede mną zadanie. Zrobić z nieuczniów - uczniów, zachęcić do pracy, przygotować do matury, nauczyć myśleć. Wszystkiego po trochu. Spokojnie. Nie mamy dużo czasu, ale mamy nadal szanse. Tylko na te stany emocjonalne nie znajdę lekarstwa. Każdy musi przez nie przejść indywidualnie. I w tym przypadku nawet nie jest ważne, czy usprawiedliwienie o tym charakterze to żart, czy szczera prawda. Bo taki dzień, że zupełnie nie chce się myśleć o szkole, każdy szesnastolatek mieć musi. Takie życie.
Pisano w piątek, trzynastego

Next Page »