Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

Archiwum kategorii: 'Szkoła'

Z góry przepraszam

Z góry przepraszam, nie chcę nikogo urazić, nikomu nie chcę zrobić przykrości. Żadnemu z moich byłych i aktualnych uczniów. Po prostu chcę stwierdzić fakt, który dla mnie, także jako dla nauczyciela z długim stażem, staje się coraz bardziej bolesny. Staje się coraz bardziej kłopotliwy i jest, wydaje się, nie do rozwiązania.
Chodzi mi o ogólną wiedzę, jaką posiadają nasi licealiści. Taką wiedzę o otaczającym nas współczesnym świecie a także podstawową wiedzę o przeszłości naszego narodu. Przyznacie, trudno rozmawiać o polskim romantyzmie, jeżeli nic się nie wie o powstaniu listopadowym, trudno rozmawiać o renesansie, gdy nie słyszało się o Zygmuncie Starym. (To znaczy pewnie się słyszało, ale jest młodemu człowiekowi obojętne, czy panował on w wieku XII czy XVII. A może był on królem francuskim?). Trudno jest rozmawiać z warszawskimi uczniami o “Zdążyć przed Panem Bogiem”, jeżeli nie wiedzą oni, w jakim rejonie miasta było getto i gdzie (tak mniej więcej) młodzi Żydzi walczyli z Niemcami w kwietniu 1943 roku. W efekcie, gdy rozmawiamy o “Pożegnaniu z Marią”, okazuje się, że getto było na prawym brzegu Wisły w bliskiej odległości od ulicy Skaryszewskiej. (Bo przecież z getta przyjechała Żydówka do składu budowlanego, pewnie to było blisko).
Kilka razy zdarzyło mi się na samym początku rozpoczęcia pracy z klasą pierwszą dawać uczniom do wypełnienia ankietkę. Interesowało mnie przede wszystkim, czy rozmawiali w gimnazjum o najważniejszych lekturach, jakie są ich zainteresowania, czy bywają w teatrze itd. Ku mojemu zmartwieniu wpisałem także pytanie: “Gdzie w Warszawie znajduje się pomnik Adama Mickiewicza?”. Pytanie ma sens, bo uczę w liceum noszącym od stu lat imię wieszcza. I co się okazało? W grupie trzydzieściorga szesnastolatków znajduje się czasem jeden, najwyżej trzech młodych ludzi, którzy znają poprawną odpowiedź. Nie znają Warszawy? Tak zupełnie? Nie pytam przecież o ukryty przed oczami warszawiaków obiekt. Nie pytam, z jakiej okazji go odsłonięto ani kto pomnik Mickiewicza wyrzeźbił. Zazwyczaj, gdy podsumowuję ankietkę, zadaję klasie dodatkowe dwa pytania: - Czy byliście w Krakowie? (Większość była). Gdzie w Krakowie jest usytuowany pomnik Mickiewicza? - Tak, z grupy, która odwiedziła miasto usytuowane pod Wawelem, o tym pomniku także pamiętają jednostki (choć statystycznie więcej osób wie, gdzie jest ten pomnik wieszcza w Krakowie niż w Warszawie).
To cóż, czy mam teraz wymieniać, czego cała klasa lub poszczególni uczniowie nie pamiętają, nie wiedzą, o czym nie słyszeli? Nie pamiętają daty bitwy pod Grunwaldem? Nie wiedzą nic o obrazie Matki Boskiej Ostrobramskiej? (przecież nie tylko dlatego, że wspominają o nim twórcy “Pana Tadeusza” i “Wesela”). Nie pamiętają najważniejszych wydarzeń z czasów II wojny światowej. Nawet bywa, że data 17 września nic im nie mówi a zakończenie wojny sytuują 11 listopada.
Nasi uczniowie nie wiedzą też nic o pracy na roli. Bez szans jest omawianie “Żeńców” Szymonowica lub “Chłopów”. Słowo skiba jest im obce, lemiesz, kierat, miedza (co może najbardziej dziwić), nawet żuraw, którym wydobywa się wodę ze studni. Ile lekcji trzeba by poświęcić, by zrozumieli, o czym pisał Reymont?
Problem jest, jak napisałem, nie do rozwiązania. Bo ten pomnik Mickiewicza rodzice powinni pokazać w trakcie spaceru z dzieckiem po Krakowskim Przedmieściu. Może także kilka innych (na przykład kardynała Stefana Wyszyńskiego). W czasie spaceru śladami “Lalki” niektórzy uczniowie przyznają, że po raz pierwszy w życiu są w Łazienkach. A w szkole podstawowej dzieci powinny pojechać na wycieczkę, na wyprawę na wieś, aby nauczyć się odróżniać kury od gęsi i indyków a pszenicę od żyta i owsa. Tam też można by pokazać dawne wyposażenie chaty i całego gospodarstwa (o jednej rzeczy uczniowie wiedzą - potrafią opisać cepy i opowiedzieć, do czego służą). Sporo informacji można przekazać też na lekcjach religii (jakaż wiedza o świecie znajduje się w tekstach biblijnych!). I tak dalej. Rodzice nie mają czasu, szkoła uczy, jak uczy. Czytanie nie jest w modzie (ale to już inny temat). W efekcie nauczyciel polskiego opowie to i owo. Na dodatek jego nieszczęścia wiedza na lekcji wpada jednym uchem a drugim wypada. Takie życie. Dlatego mogę tylko stwierdzić smutne fakty. I tyle.

Andrzej Janowski ukończył 80 lat

Uczelnia Warszawska (ciekawy skrót nazwy uczelni - UW, coś mi ten skrót przypomina…), nosząca imię Marii Curie-Skłodowskiej stanęła na wysokości zadania. Choć w rzeczywistości na wysokości zadania stanął Kuba. Zorganizował on sesję naukową na UW (tej MC-S) na temat autorytetów i dedykował ją 80-letniemu Andrzejowi Janowskiemu. Andrzej - pedagog, ale i polonista, harcmistrz, wychowanek 1 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej, profesor doktor habilitowany. Człowiek wielkiej łagodności, intelektualista, o którym wielu mówi - to jest mój (nasz) autentyczny autorytet. W harcerstwie między innymi znawca dorobku, jaki pozostawił po sobie Aleksander Kamiński.
Tak - sesja dotyczyła autorytetów. W kontekście jubileuszu Andrzeja temat wydawałoby się znakomity. A okazało się, że rozmowa o autorytetach jest niezwykle trudna. Można o nich mówić w sferze publicystyki, ale nie nauki. Na dodatek okazuje się, że nie ma dziś powszechnie uznanych autorytetów. Nawet postać Jana Pawła II zdecydowanie zbladła, dla młodzieży jest osobą coraz mniej znaną. Wiedza o tym, co JP II powiedział, jest nikła. Ponoć dlatego najczęściej pojawia się w odpowiedziach na temat największego autorytetu jedno słowo - matka. Okazuje się, że to ona jest dla różnorodnych respondentów najważniejsza.
Ale w wielu przypadkach ów idol, bo tak można nazwać współczesnym językiem autorytet, osoba najbardziej ceniona, jest dla nas zupełnie niedookreślona. To może być aktor, dziennikarz, polityk. To może być także nauczyciel lub społeczny wychowawca, jakim jest instruktor harcerski. Dla każdego z nas, jak mówili dyskutanci, osoba mająca autorytet może być zupełnie inna.
My, powszechnie, chcielibyśmy, by autorytetami były osoby bez wad, wzorce. A może być nim piłkarz, który posługuje się językiem mało parlamentarnym, może być aktor, który ma już trzecią żonę i z każdą z nich dziecko. Może być jakiś piosenkarz lub tancerka. Ktokolwiek.
Dlatego rozmowa była wyjątkowo trudna. Dłuższą chwilę spędziłem w kameralnym gronie starając się podyskutować o bohaterach literackich. Ale także o literatach. Obiektem naszego zainteresowania był Henryk Sienkiewicz. Na pewno idol, na pewno celebryta minionych czasów. I zrobić z takim wzorcem? A nasi nobliści? Są osobami, które należy cenić? Naśladować?
Cały problem, że definicja owego autorytetu jest tak nieostra, że nauka i naukowcy nie powinni się nimi zajmować. To nie moje zdanie, lecz państwa profesorów.
Ale nie przejmujmy się. Dla wielu właśnie Andrzej jest niekwestionowanym autorytetem. Życzmy więc Mu stu lat w dobrym zdrowiu. Andrzeju, wszystkiego najlepszego!

W dobrym towarzystwie

Sobotni wieczór. Tłok. Podobno prawie dwieście osób w stosunkowo niewielkim pomieszczeniu. To ludzie zainteresowanie polską szkołą, edukacją, wychowaniem, młodzieżą. Tych dwieście osób to przede wszystkim współpracownicy i przyjaciele fundacji Czerneckiego. - Dzień dobry, pani Minister - słyszę z lewej. - Dobry wieczór, panie Prezesie - pada z prawej. Zdumiewające. Prawie nikogo nie znam a wiem, że łączy nas wspólna sprawa - dbać o jakość szkolnictwa, rozwijać je, nie dać jej psuć. A pomysły na ową szkołę mamy bardzo różne.
Pani Prezes walczy o zachowanie małych szkół, od jakiegoś czasu pracuje, aby te, które już są zamykane, jednak przetrwały. Bo dlaczego dzieci, małe dzieci mają jeździć codziennie do sąsiedniej wsi, jeżeli we własnej mają dobrze wyposażony obiekt i grupkę dobrych nauczycieli.
Była pani Minister zakłada sieć swoich autorskich szkół. Już nie tam, gdzie przez laty mieszkała. Ma pomysł na oryginalne szkoły funkcjonujące w całej Polsce. Obok stoi pan Prezes. Patrzy na nas nieco z góry. Jego fundacja ma ogromne środki, aby wspomagać te mniejsze. I czyni to z niezłym skutkiem. Dalej pani członkini zarządu, od dłuższego już czasu stara się zorganizować uczelnię, w której kształceni będą nauczyciele-pasjonaci. Kształceni dobrze, ba, najlepiej w Polsce… Stoi w sali tłum pasjonatów.
Nie rzecz w tym, by wymieniać kolejne inicjatywy, kolejne postacie obok których staram się przecisnąć… Rozmawiają, cały czas powtarzając: nauka, szkoła, wychowanie.
Fundacja Czerneckich, a właściwie oficjalnie mówiąc Edukacyjna Fundacja im. prof. Romana Czerneckiego to niesłychana i niespotykana inicjatywa społeczna. Syn znakomitego pedagoga Romana Czerneckiego - Andrzej zdobył duże pieniądze na produkcji jednego produktu - igieł do jednorazowego pobierania krwi. Zdecydował, że cały majątek, dosłownie cały, przekaże jako kapitał żelazny fundacji. Dziś pod opieką fundacji znajduje się około 240 licealistów z całej Polski. Jest to młodzież ze wsi i małych miejscowości, która bez pomocy fundacji nie miałaby szans na naukę w najlepszych wybranych szkołach w kraju. Młodzież ta otrzymuje pełną pomoc - mieszkanie, wyżywienie, podręczniki, środki na dodatkową naukę języków obcych, hobby a nawet na naukę savoir vivre. Długo pisać. Dziś fundacją kierują dwaj młodzi synowie Andrzeja Czerneckiego. I jeszcze jedna informacja. Roczne wydatki fundacji to około 4 milionów złotych.
Mamy w kraju sponsorów różnych zacnych przedsięwzięć. Ale takiego drugiego Andrzeja Czerneckiego w kraju nie ma. Bo kto cały swój majątek przeznaczy na taki cel?
Na sali mnóstwo pasjonatów. Polska szkoła ma wielu przyjaciół. Bardzo się cieszę.

Co z tym gimnazjum?

Padł pomysł - zlikwidować gimnazja. Bo tam są trudni uczniowie, bo tam nauczyciele słabo uczą (i uczniowie słabo się uczą), bo… No właśnie. Jakie są inne argumenty za likwidacją tych szkół? Aaa… No tak, podobno kiedyś było lepiej i dzisiejsi likwidatorzy gimnazjów chodzili do szkoły podstawowej, później do liceum i na wspaniałych ludzi wyrośli. Uff, czego to ludzie nie wymyślą?
Bez żartów. Czego potrzeba polskiej szkole? Spokoju. Po prostu spokoju. Czego jeszcze? Polepszania jakości nauczania i jakości wychowania. Nie, kolejna reforma szkolnictwa nic nie przyniesie. Reforma, kolejna reforma polskiej szkoły, na dodatek w atmosferze zmian programowych (bo wszak szkoła, nie tylko gimnazja nie uczą naszej młodzieży być wzorcowymi patriotami) nic dobrego nie przyniesie.
Zastanówmy się przez chwilę - czy 14-latek w szkole podstawowej będzie lepiej się zachowywał, będzie więcej czasu poświęcał nauce niż w gimnazjum? W którejś rozmowie usłyszałem argument: - Uczeń, którego znamy od sześciu lat, w siódmym i ósmym roku nauki będzie pod naszym czujnym okiem, nie będzie taki “trudny” jak w gimnazjum, gdzie wchodzi do nieznanego środowiska, z nowymi kolegami i zaczyna nowe, na pozór dorosłe życie. W efekcie jest trudniejszy niż w podstawówce. Bo i tak przecież ten czas dorastania jakoś przeżyć musi.
Jakże to naiwny pogląd - że nauczyciele podstawówek mają większy wpływ na nastolatków niż nauczyciele gimnazjów. Że ich autorytet sprawi, że w szkole nie będzie przemocy, że młodzież nie będzie próbowała alkoholu, nie mówiąc o innych używkach. Przecież między innymi po to utworzono gimnazja, aby odciąć młodzież od dzieci. Aby doświadczona kadra spokojnie mogła pracować z nastolatkami. I odpowiedzialni, dobrzy nauczyciele mają efekty. Tyle że w społeczeństwie dominują głosy narzekaczy, jeden przypadek przemocy w szkole jest bardziej nagłaśniany niż sto znakomitych projektów społecznych czy dziesiątki sukcesów wychowawczych. A przemoc w szkole ma dziś częściej miejsce w szkołach podstawowych niż w gimnazjach. Jeżeli tak jest dziś, to co będzie się działo, gdy pojawią się w podstawówkach siódmoklasiści i uczniowie klas ósmych?
A jeżeli o naukę chodzi, to widać pozytywne efekty funkcjonowania gimnazjum. Nasi 15-latkowie są coraz mądrzejsi. Świadczą o tym między innymi badania PISA, które są obiektywne i w których nasza młodzież wypada coraz lepiej. Nic nowego. Opowieści, że w szkole podstawowej będzie jeszcze lepiej, należy między bajki włożyć.
Sam mam niewielkie doświadczenie w pracy z gimnazjalistami. Ot, w ubiegłym roku szkolnym uczyłem w trzeciej klasie warszawskiego gimnazjum. Wnioski? Nadwrażliwcy, ambitni, inteligentni (taka klasa), dobrze (w większości) mówiący po polsku. Z zapałem przygotowujący się do egzaminów kończących szkołę. Ci “moi” byli wspaniali. Takich klas jest bardzo wiele. Może być ich dziewięćdziesiąt dziewięć procent. Tylko dajcie gimnazjom spokojnie pracować. Bo dlaczego by nie?

I po maturze

Patrzę na wyniki matur “mojej” klasy. Oczywiście najbardziej interesują mnie efekty pisemnej matury z polskiego. Bo matematyka, język obcy, przedmiot “rozszerzony” nie są dla mnie tak ważne. Fakt, jestem nauczycielem języka polskiego. Ale patrzę na wszystkie punkty i procenty i widzę, że nasi absolwenci mieli kłopoty z matematyką, a niektórzy na pewno dodatkowy przedmiot na pewno będą chcieli za rok poprawiać. Ale to nie moje problemy, mogę tylko części naszych abiturientów współczuć, niektórym kibicować. I tyle.
Język polski jest mój. Mój własny. Co było najbardziej charakterystyczne dla minionych trzech lat? Wydaje mi się, że walka moich byłych uczniów ze mną (a moją z nimi) w sprawie lektur. Zwyciężyli oni. Dużej części obowiązkowych tekstów w całości nie przeczytali. Nie chcieli. Upierali się. Bardzo nad tym boleję. Poniosłem klęskę. To taki od pewnego czasu obyczaj nie tylko uczniów tej jednej klasy. Obyczaj dość nowy. Dotarł do szkół wraz z upowszechnieniem internetu. Łatwe stało się korzystanie ze streszczeń, analiz, cudzych wypracowań. Kupowanie prezentacji maturalnych to właśnie przejaw tej niechlubnej mody. W nowej wersji matury - nieaktualny. Ale pozostaje obyczaj lekkiego, bez wysiłku i zdobywania wiedzy przejście przez liceum.
No cóż - pomimo tego, że niektórzy “nie doczytali” lektur (może ta opinia o nieczytaniu jest nieco za ostra?), wszyscy maturę z polskiego zdali - tak jak 98% polskich maturzystów. Ale niezdanie matury z polskiego jest właściwie niemożliwe. Sprawdzałem matury pisemne. Kryteria tak są opracowane, że zdobycie 30% (a więc 21) punktów jest czymś banalnym, niesłychanie prostym. Popatrzcie na kryteria. Są ogólnie dostępne. Niektóre punkty przyznawane prawie za nic - ot, na przykład za napisanie tezy w rozprawce. Długo pisać.
No dobrze - a jak moi uczniowie maturę napisali? Czy oceny na koniec roku i procenty na maturze ze sobą współgrają? Czy ci najlepsi zdobyli najwięcej punktów a najsłabsi - najmniej? Generalnie - tak. Najlepsza uczennica (imienia nie podam, ponoć to niestosowne) ma punktów najwięcej. Najsłabsi - najmniej. Z wyjątkiem ucznia, którego nękałem do ostatniego dnia, nie chciałem go do matury dopuścić. Uzyskał on wyjątkowo dobry wynik. Wyjątkowo dobry! Może to efekt mojego gnębienia… Może warto było popracować, aby mieć taką ocenę.
Ale, sumując, z faktu, że wszyscy są już “po”, możemy się cieszyć. Jesteśmy po maturze. Teraz pora rozpocząć studia. I przeczytać całego “Pana Tadeusza”. Bo dlaczego nie?

« Previous PageNext Page »