Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

Archiwum kategorii: 'Polityka'

Rondo Wiatraczna, czyli nasz wstyd

Wszyscy (no, prawie wszyscy) wiedzą, jak w grach typu sim-city rozwija się miasta i rejony wyimaginowanego państwa. Aby mogło powstać nowe osiedle czy nowa fabryka, muszą być przeprowadzone drogi. Od jakości dróg (pamiętamy Imperium Rzymskie) zależy sprawność funkcjonowania miasta lub państwa. Poza tym od transportu miejskiego, którym poruszać się muszą mieszkańcy, ale to już samo życie nie zawsze w grze komputerowej zauważone.
W czasie tegorocznych wakacji gdzieś w Hiszpanii przed oknem miałem w oddali widok na Morze Śródziemne, ale bardziej interesująca (i intrygująca) była bliska sieć asfaltowych ulic, przy których nie było ani jednego budynku. To przy nich wybudowane zostaną kolejne apartamenty dla kolejnych gości z zimnych północnych (jak Polska) krajów. Najpierw ulice, później domy - jakie to proste.
Ze zdumieniem więc obserwuję rozwój naszej drogowej infrastruktury na terenie dzielnicy. Kto nad tym panuje i kto dba, abyśmy codziennie nie tkwili w wielometrowych korkach. Tak, wiem, gdyby nie słynny komis samochodowy skrzyżowanie Marsa byłoby już gotowe. Tam pracę widać, powinniśmy tylko ściskać kciuki, by drogowcy nie znaleźli jakiejś przeszkody, która imponującą budowę zatrzyma.
Ale naprawdę od zakończenia przebicia ulicy Szaserów nic nowego na terenie dzielnicy nie powstało. Za to z planów spadła przebudowa ronda Wiatraczna. To skandal. Rozumiem, że ta przebudowa wiąże się z budową wiaduktu nad linią kolejową, powiązaniem obwodnicą obu Prag i jest tam jakiś kłopot, brakuje też środków. Ale dlaczego nie można kompleksowo przebudować całego ronda? Górą, dołem, dla samochodów i tramwajów? Włączając wielki nowy gmach usługowo-mieszkalny, bazarek przy Uniwersamie i sam Uniwersam? Dlaczego nie można wybudować przyzwoitej pętli autobusowej? Dlaczego centrum dzielnicy musi być rejonem zapyziałym, niezagospodarowanym, wyglądającym z zewnątrz jak za czasów PRL-u?
Jeżeli od czegoś powinni zacząć swą pracę nowi radni, to od rozegrania kilku gier komputerowych i twardego powiedzenia: - Tak dalej być nie może. Robimy coś z rondem Wiatraczna. Teraz, natychmiast, nie czekając. (A następnie zajmujemy się obwodnicą, ale o niej przy najbliższej okazji).
Bo rondo Wiatraczna to wielki wstyd, ale jak rozliczać kogokolwiek ze wstydu?

Kandydat

Głupia sprawa. Być kandydatem, który ma niewielkie szanse. Minimalne. To smutne, ale prawdziwe. Jaką pracę trzeba wykonać, aby wejść do rady z drugiego miejsca naszej listy? Jaką trzeba mieć popularność, aby zdobyć kilka tysięcy głosów niezbędnych do awansu?
Na dodatek - bądźmy realistami - nasza lista zdobędzie nie więcej niż dwadzieścia procent głosów, będzie miała trzeci wynik, a że z dzielnicy wybierzemy tylko pięcioro radnych, więc z naszej listy wejdzie jeden. Pierwszy. To znaczy pierwszy, który będzie miał najwięcej głosów, czyli po prostu pierwszy a nie drugi. Bo startowanie z drugiego miejsca jest prestiżowe, prawie takie samo dobre, jak z pierwszego, ot srebrny medal, ale wielu mieszkańców nie patrzy na nazwiska, lecz po prostu zaznacza tego pierwszego na liście. A szkoda.
Gdy cztery lata temu byłem radnym Warszawy, moi koledzy partyjni umieścili mnie na miejscu szóstym! Bardzo się zdziwiłem, ale z nikim na ten temat nie rozmawiałem. Bo pomimo niezłych notowań - radnym byłem nie najgorszym, musicie uwierzyć na słowo, nikt tego nie docenił. Miałem nazbierać głosy dla tego pierwszego, i tyle. Tylko samorządowcy innych partii - tak Platformy, jak i PiS, dziwili się głośno. Dlaczego spuszczają faceta, który się zna na przykład na edukacji i kulturze w mieście jak mało kto, który potrafi się dogadać z urzędnikami, któremu zależy (autentycznie zależy), by w mieście zyło nam się lepiej? Cóż, przed czterema laty nie protestowałem. Z pierwszego miejsca wszedłbym bez problemu, z szóstego miałem trzeci wynik na liście. Nie najgorzej, ale nie najlepiej. Należało przegonić pierwszego. A to było niemożliwe.
Zacząłem ten tekst od stwierdzenia, iż mam minimalne szanse. Ale mam szanse i tego będę się trzymał.

BP - wilk czy hiena?

To zabawne. Ni z tego, ni z owego odbrązawia nam się cenionego powszechnie w skautingu ojca-założyciela lorda BP. No tak - wywiady teraz nie w modzie, a on był wszak oficerem brytyjskiego wywiadu. Tylko że pułkownikiem Kuklińskim nie był. Fakt. Był wiernym poddanym korony brytyjskiej. Może dlatego o generale Baden-Powellu ostatnio głośno? Zbudowł skauting, aby młodzi ludzie byli wierni swemu królowi. I by czynili na świecie dobro. Pojawili się więc wrogowie lorda - czciciele zła? Nie będę poszukiwał przyczyn. Okaże się na przykład, że jakieś dziennikarz chciał po prostu zarobić i napisał, co napisał. Ponoć wyjęto ostatnio jakieś tajne dokumenty z archiwów brytyjskich i znalazły się tam różne kwity na Baden-Powella, które są interpretowane dość dowolnie. Dobrze, że nie wyjęto papierów na generała trzy lata temu, gdy obchodziliśmy stulecie skautingu. Jakby to wyglądało - tu dmiemy w róg kudu, a tam lord BP w Kenii zachwyca się “Mein Kampf”.
No, żeby niezorientowani, na przykład ci, którzy nie śledzą twórczości panów dziennikarzy publikujących w “Rzeczpospolitej”, nie dziwowali się za bardzo - wytłumaczę, w czym rzecz. Szpiedzy różnych chyba nacji donieśli przed laty, że naszemu Generałowi bardzo podobało się wychowanie młodzieży w hitlerowskiej III Rzeszy. I patrzył okiem przychylnym na faszystowskie Niemcy. Taki z niego numerant. Tu setki tysięcy młodych wychowuje się zgodnie z metodą skautową w lesie i na polu, uczy się samarytanki i terenoznawstwa - a tam BP chce się z Hitlerem zaprzyjaźniać.
Żarty? Żarty. Ale w popularnym dzienniku poczytać takie głupstwa można. Zacytuję: Założyciel i pomysłodawca skautingu, który do dziś stawiany jest za wzór do naśladowania harcerzom na całym świecie, był sympatykiem Trzeciej Rzeszy. Mało tego – zamierzał się nawet spotkać z Adolfem Hitlerem, co wynika z ujawnionych właśnie dokumentów brytyjskiego kontrwywiadu z lat 30. Co z tym fantem zrobić? Jak tu zaprotestować? W tym samym tekście czytamy: W swoim dzienniku z 1939 roku zaś napisał: „Wylegiwałem się cały dzień. Czytałem «Mein Kampf». Cudowna książka, z tyloma świetnymi pomysłami”. W czasopiśmie “Focus. Historia” ten cytat brzmi… z dobrymi pomysłami w zakresie oświaty, zdrowia, propagandy, organizacji itd. Czy tak, czy inaczej - zachwyt.
No tak. Można takiego artykuliku nie zauważać. Ale czy o “Wilku, który nigdy nie śpi” należy takie bzdurki publikować? (O właśnie - przy okazji odbrązawiania BP okazało się, że ów wilk ponoć nie jest wilkiem, tylko hieną, więc BP hieną nieśpiącą został).
Władze WOSM jednak protestują. Obawiam się, że mało skutecznie. Piszą: Światowa Konferencja była jeszcze bardziej precyzyjna, gdy przegłosowała rezolucję 15/37 zatytułowaną „Patriotyzm”: Konferencja postanawia zobowiązać Komitet Międzynarodowy, by uczynił wszystko, co możliwe, dla zapewnienia aby Skauting i Wędrownictwo we wszystkich krajach, wychowując w duchu prawdziwego patriotyzmu, autentycznie trzymały się zasad międzynarodowej współpracy i przyjaźni, bez względu na rasę i wyznanie, tak jak zawsze wskazywał Skaut Naczelny (Baden-Powell). Stąd każde działania w kierunku militaryzacji skautingu lub wprowadzanie celów politycznych, które mogą prowadzić do nieporozumień i ograniczyć naszą pracę dla pokoju i dobrej woli między narodami i ludźmi, powinny być zupełnie pomijane w naszych programach.
Bo skauting z ruchem narodowo-socjalistycznym nie miał i nie mógł mieć nic wspólnego. Baden-Powell nie mógł się zachwycać “Mein Kampf”, nie chciał się spotykać z Hitlerem (który zdelegalizował skauting w III Rzeszy), nie był także sympatykiem tego państwa. Nie, nie i nie.
A czy nie popełnił w życiu ani jednego błędu? Żarty. Znacie kogoś takiego? Ja nie.

Nie tylko we Lwowie

We Lwowie byłem tylko raz - chyba jakieś dziesięć lat temu. Miasto poznałem bardzo powierzchownie, ot pamiętałem katedrę, kaplicę Boimów, rynek, jedną z dwóch polskich szkół. Teraz miało stać się inaczej - przygotowywałem wyprawę naszych harcerzy w ramach podsumowania Roku Małkowskich, mogłem więc mieć zasadniczy wpływ na program, na to, co oglądaliśmy, o czym rozmawialiśmy. A ponieważ wycieczkę prowadziłem, więc musiałem wiele o Lwowie i okolicach miasta poczytać. Ale nie o harcerskiej wycieczce tu napiszę. Będzie o polityce.
Przed kilku laty byłem w Kijowie pod koniec pomarańczowej rewolucji, miałem możliwość posłuchać miejscowych notabli, być w ukraińskim parlamencie. Padło wiele sformułowań. jak to na Ukrainie, gdy rządy będą w pełni demokratyczne, wszystko się w państwie zmieni i państwo to szybko dogoni rozwinięte państwa Zachodu, o Polsce nie wspominając.
Teraz mogłem porozmawiać z mieszkańcami Lwowa o zmianach w kraju.
Niestety, wszystkie wypowiedzi były bardzo pesymistyczne. I to zupełnie niezależnie, czy rozmawia się o Euro 2012, czy o zabytkach kultury. Ot, na przykład pytamy, jak przebiega budowa lwowskiego stadionu piłkarskiego. Odpowiedź, jaką słyszymy, mniej więcej brzmi: - No tam chyba coś się buduje. - Bo mieszkaniec Lwowa uważa, że ten stadion na Euro nie zostanie zbudowany!!! Że chyba coś się buduje!
Brakuje pieniędzy, na przykład Lwowska Galeria Sztuki administruje pięknymi zamkami wokół Lwowa, zamkami, które przed laty także należały do rodziny Sobieskich. I cóż się okazuje? Na odbudowę wspaniałych rezydencji nie ma środków, aby to, co zostało zniszczone w czasie minionych kilkudziesięciu lat, odbudować sprawnie i efektownie. A nawet gdy środki się znajdą, to nie są sensownie wykorzystywane. Powstają ekspozycje mało interesujące, które Polacy oglądają, bo to jakieś resztki zachowanych polskich pamiątek. Fakt. Niszczono na Ukrainie Zachodniej ślady dawnej Polski. Rujnowano kościoły, pałace, zamki. Piękne obiekty stały się ruinami. Teraz potrzebne są ogromne pieniądze, by zabytki te odzyskały dawny blask. Lecz pieniądze, nie wystarczą, muszą być one właściwie wydawane. A w to nikt nie wierzy.
Zmienia się na korzyść zewnętrzny wygląd Lwowa. Są remontowane poszczególne obiekty. Kawiarnie niczym się nie różnią od lokali w Europie. Miasto pełne jest młodzieży. Może się podobać. Ale powierzchowny wygląd to mało, bardzo mało. Zapał, radość, entuzjazm, nawet taki, jaki widać w Polsce, na Ukrainie nie jest widoczny. Szkoda.

Rocznica

Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Uroczystości już się rozpoczęły, będą trwały przez kilka dni. Ja nie umiem od lat wzbudzić w sobie euforii z powodu zwycięstw i klęsk naszych powstańców. Po prostu nie umiem zaakceptować decyzji o rozpoczęciu walki. I nadal po latach rozmów, analiz, dyskusji ciągle uważam, że naiwność lub polityczne wyrachowanie decydentów - tych z Londynu, i tych z Warszawy - doprowadziła do śmierci 200 tysięcy warszawiaków. Czy potrzebnie?
Między wieloma zginęła w Powstaniu osoba mi najbliższa. Wyszła z domu przed godziną W i nigdy nie wróciła. Dlaczego mądrzy skądinąd ludzie uważali, że uda się Armii Krajowej “przechytrzyć” Rosjan i zająć stolicę przed nimi? Przecież mieliśmy bardzo doświadczonych polityków, wcześniej na Wschodzie zorganizowano armię Andersa i armię Berlinga. Ta druga już wykrwawiła się pod Lenino, zbliżała się do Warszawy.
Tak, tak - upraszczam. Bo w Warszawie nie była to tylko walka AK, bo nie były to tylko decyzje Londynu. Między innymi wielokrotnie opisywano atmosferę w stolicy na początku lata, gdy na wschodzie Polski powstawały zręby władzy związanej ściśle ze Związkiem Radzieckim.
Nikt, także oczywiście ja, nie kwestionuje bohaterstwa powstańców. Tylko czy pokazanie owego bohaterstwa było niezbędne? Przecież nie byliśmy w sytuacji Żydów w warszawskim gettcie, którzy rozpoczęli walkę nie o zwycięstwo, lecz o honor narodu. Dlatego tamto maleńkie powstanie z 1943 roku naprawdę miało sens. Ale dlaczego musiało wybuchnąć powstanie latem 1944?
Cóż, po raz kolejny obchodzimy rocznicę 1 sierpnia. Panowie politycy mogą zaprezentować swój patriotyzm. Złożyć kwiaty, uścisnąć rękę coraz mniejszej grupie żyjących powstańców. Pięknie wygląda uroczysta zmiana wart, msza przed kościołem na Długiej, spotkanie przed pomnikiem Gloria Victis. Piękne jest także muzeum Powstania. A dla mnie to dzień i dni żałoby. I niech już tak zostanie.
PS Dopisuję to zdanie już po wszystkich uroczystościach. Oczywiście można by było ten zapisek rozwinąć. skomentować kilka wypowiedzi (najbardziej poruszyła mnie nie beztroska w formułowaniu zdań naszego prezydenta, lecz opowieść o K.K.Baczyńskim, który gdyby nie poległ w Powstaniu, zostałby aresztowany przez UB i zmarłby na Syberii). Ale czy to coś zmieni?

« Previous PageNext Page »