Adam Czetwertyński

Harcerstwo (193) Kuchnia (25) Kultura (273) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Trzej panowie M

Festiwal Singera zainaugurowany. Coroczne warszawskie spotkanie z kulturą żydowską i kulturą inspirowaną tradycjami, muzyką, historią tego narodu od lat gromadzi setki widzów, a czasem uczestników warsztatów lub dyskusji. Jak zwykle na tym festiwalu - dla każdego coś dobrego. A na początek wieczorny koncert tria w składzie: Masecki, Markowicz, Młynarski. Sala teatru “Kwadrat” (jestem tam po raz pierwszy w życiu, wcześniej byłem w tym miejscu w kinie “Bajka”) wypełniona po brzegi. Siedzimy wsłuchani w melodie dwudziestolecia międzywojennego powstałe na użytek teatrzyków rewiowych, występów w restauracjach czy kolejnych płyt. W większości piosenek i melodii nieznanych. Nie dziwmy się - z estrady Jan Młynarski co chwila rzuca tekstem: - On napisał bardzo wiele, jego twórczość była bardzo duża. - I padają kolejne nazwiska, oczywiście te, które znamy, jak Mariana Hemara czy Jana Brzechwy. I takie, które są mi obce, jak Zygmunta Białostockiego.
Siedzimy wsłuchani w przedwojenne melodie i przyznajemy Młynarskiemu rację, gdy mówi, że w tamtych latach prawie wszyscy muzycy i autorzy tekstów to Polacy pochodzenia żydowskiego. Jednak Młynarski z uporem, bardzo świadomie mówi: - To Polacy, to polska twórczość, polskie melodie. Fakt, między nimi znajdzie się nuta tradycyjna, może (?) pochodząca z kultury żydowskiej. Ale czy jesteśmy w stanie powiedzieć na sto procent, co w danej piosence jest rosyjskie, co polskie, co żydowskie? A gdy słuchamy tanga, nie będziemy źródeł melodii poszukiwać. Przecież to jest tylko tango…
Trio jest znakomite. Może najgorzej wypada w tym gronie Młynarski, bo on także opowiada o twórcach tekstów i melodii. I czyni to z pewnym trudem. Ale nic to. Ważne, że w ucho wpada nazwisko Goldów (bo jest ich dwóch), nazwisko Szlechtera (oj ten ślicznie wykonany “Srulek”) czy Warsa. Śpiewa Młynarski nadspodziewanie dobrze, starając się artykułować poszczególne słowa zgodnie z dawną manierą piosenkarską. To ciekawy pomysł. Wyśpiewać to prawdziwe “ł”.
Miło spędzony wieczór. Z dobrą, ciekawą, uroczą, śmieszną przedwojenną polską piosenką. Naprawdę miło spędzony.

Szekspir pani Jandy

Ale zanim (symbolicznie) podniesie się kurtyna w gdańskim Teatrze Szekspirowskim, szok. Bo do dobrej kawy już się przyzwyczailiśmy, do dziwnej konstrukcji budynku też. Ale dlaczego te miejsca, które były stojące, teraz są siedzące? Dlaczego naiwnie kupiłem bilety na piętrze? Na miejsca, gdzie jakiś słup mi zasłania część sceny, gdzie siedzę na poduszce na podeście i oprzeć się mogę (a właściwie nie mogę) o nogi osoby siedzącej za mną. I ci na parterze rozparci w swoich fotelach. Oni to mają dobrze.
A pani Janda przygotowała dla nas poprawne letnie widowisko. Reżyserowanie Szekspira, także jego komedii, nie jest proste. Postaci dużo, ktoś się w kimś kocha, ktoś kogoś krzywdzi. Akcja niby prosta, ale śledzenie dość skomplikowanej akcji zawsze jest kłopotliwe. Jakieś przebieranki, jakieś nagłe niespodziewane wydarzenia… Krystynie Jandzie udało się wybrnąć z zagrożeń, jakie niesie za sobą “Jak wam się podoba”. Wszystko jest jasne, klarowne, zrozumiałe. To ten plus. A minusy?
No, może nie tyle minusy, ile zastrzeżenia. Któryś z aktorów nie do końca opanował rolę? Trudno. Któryś mówi niezbyt głośno odwrócony tyłem do publiczności? Da się przeżyć. Ale dwie sprawy warte są zauważenia. Czy niezbędna jest cały czas taka ekspresja? Nie tylko wyrażana głosem, ale i ruchem na scenie? To ciągłe bieganie w jakimś upojnym tańcu. To tempo, to machanie rękami? Czy czasem nie należy się nieco wyciszyć, aby bardziej realistycznie mówić o uczuciach? Bo przecież “Jak wam się podoba” to komedia o miłości, a właściwie o wielkich miłościach. I rzecz druga. Nie podobała mi się “scenografia” - ten pochyły podest, na którym męczyli się aktorzy. Pal sześć podest, dzięki niemu mieliśmy lepszą widoczność. Ale ten “śnieg” (wtedy rządzi zło), te kwiatki podświetlane w różnych kolorach (mamy do czynienia z dobrem). Fakt, w połowie widowiska jakoś się do tych podświetleń przyzwyczaiłem, już mnie nie raziło.
Po wyjściu z teatru gnębił mnie cały czas jeden problem. U Szekspira grali tylko mężczyźni (te żeńskie role chłopcy). Jak trudno było im realistycznie pokazywać kobiecość bohaterek, prawdziwe uczucia między młodszymi i starszymi parami. Tylko ta przebieranka dziewczyny w chłopaka była prosta. Ale dlaczego dwaj panowie (nawet jeśli jeden jest chłopcem grającym dziewczynę udającą chłopca) w sobie się zakochują? Dodatkowa Szekspirowska komedia pomyłek. Na szczęście ona już nas nie dotyczy.

Śpiewak jazzbandu

Zapowiadał się drugi “Skrzypek na dachu”. Zasadniczy problem - wybrać tradycję, dotychczasowe obyczaje, kochającą i kochaną rodzinę, czy też stać się człowiekiem nowoczesnym, zrywającym z dawnym życiem i odchodzącym w przeszłość światem. Czy wybrać marzenia i nieznaną nowoczesność. W skrócie - to wybór między synagogą a sceną teatru czy nocnego klubu. Proste. Tą nowoczesnością, jakby kontynuacją dziejów Tewje Mleczarza - już w Ameryce, nie jest gojowska dziewczyna, lecz muzyka - jazz.
Punkt wyjścia jest więc prosty, akcja toczy się też zgodnie ze schematem. Tu ojciec, zmuszający syna do zostania kantorem w synagodze - tam estrada, sukcesy, nawet kosztem zmienienia swego nazwiska i udawania czarnoskórego artysty. Konflikt znany jak świat i, powtórzmy, banalny aż do przesady. Ale zawsze aktualny, nawet i dziś. Jeżeli do banalnego, jednak życiowego scenariusza dodamy muzykę i piosenki, powinno z tego objawić nam się piękne widowisko, godne do wystawienia na scenie warszawskiej “Romy”.
I nie udało się. Oklaskujemy artystów, bo cóż możemy innego uczynić, ale z jakąś rezerwą, nie tak spontanicznie, jakby po widowisku muzycznym można by się spodziewać. Co się takiego stało? Wokaliści poprawni, niekiedy nawet dobrzy. Grają na normalnym poziomie (ten odsłuch, te mikrofony zawsze utrudniają grę). Orkiestra gdzieś z tyłu sceny robi, co może (a gra na żywo zawsze jest atrakcyjna). tańczący zespół. Budowane napięcie i zmiana nastrojów. Więc co się wydarzyło? Wydaje mi się, że teksty piosenek i muzyka, która do tego przedstawienia została skomponowana. Jeżeli nie zachwyca, to nie zachwyca. I jeżeli nie jestem zachwycony, to nie jestem. Banalne dialogi przeżyję, wiedziałem, że takie przedstawienia nie będzie zawierało głębokich myśli. Scenografia jest, jaka jest. Marna, ale niech tam, nie będę marudził. Ale to, co miało być hitem sezonu, jest słabiutkie i tym, owymi piosenkami miałbym się zachwycać? Nie, na pewno nie.
I to by było na tyle. “Śpiewaka jazzbandu” niech sobie w Teatrze Żydowskim grają. Bo przecież niejedno słabe widowisko jest w Warszawie grane. Trudno. A następnym razem życzę teatrowi lepszych autorów. Po prostu lepszych.

Trzy wieczory

Piątek
W Teatrze Współczesnym sala wypełniona w połowie. Co oglądamy? Groteskę? Tragedię? Komedię? A może przekaz polityczny na poziomie Orwellowskiej “Farmy zwierzęcej”? Rzecz o totalitaryzmie i jego upadku? O tym, że człowiek bywa słaby i mocny. Historia o panu Ein jest opowiastką dla 15-latków, którzy powinni uczyć się tego, czym jest zło, czym obłuda, czym sytuacja tragiczna, czym walka z wiatrakami. I dlaczego zwykli ludzie podporządkowują się tym silniejszym. Tylko czy w Teatrze Współczesnym nie można na przykład wystawić “Niemców” Kruczkowskiego. Sztuki poruszającej ten sam temat o wiele mądrzej? Pewnie dlatego, że Kruczkowski jakoś w tych czasach niemodny. Dlatego oglądamy dydaktyczną słabiznę. Nie, to był zły pomysł z wystawieniem tego dramatu.

Sobota
Na małej scenie Teatru Roma (dlaczego ona ciągle jest Novą?) Anna Sroka-Hryń śpiewa piosenki Edith Piaf. Tu salka wypełniona do ostatniego miejsca. I jeszcze kilka osób siedzi na schodach. Artystka jest popularna, sympatyczna, to niezła wokalistka. Tylko czy repertuar wielkiej (a właściwie niewielkiej) Francuzki jest dla niej najlepszy? Czy naśladowanie gardłowego śpiewu Piaf jest udane? Czy ta piosenka o miłości, o tragedii życia człowieka do nas przemawia? Wydaje mi się, że nie za bardzo. Mimo tej sympatii, tego znakomitego kontaktu artystki z publicznością. Wychodzę z teatru zadowolony, ale nie zachwycony. Może tyle wystarczy.

Niedziela
Gala otwarcia Festiwalu Mozartowskiego. Opera Kameralna dwoi się i troi, aby godnie kontynuować tradycję festiwalu. Już nie te czasy, kiedy mała skromna opera wystawiała wszystkie opery Mozarta. Choć za czasów poprzedniej dyrekcji był to cały kombinat operowy. Dziś ze skłądu dawnej WOK wyłoniły się dwie opery. Ta warszawska i kameralna jakby mniej reprezentacyjna. Ale festiwal organizuje z rozmachem, imponująco. W trakcie gali usłyszeliśmy fragmenty pięciu oper Mozarta, w tym najpiękniejsze arie z “Wesela Figara” i “Don Giovanniego”. Piękna muzyka, piękne wykonanie. Można spokojnie powiedzieć - piękny wieczór. I piękne zakończenie tygodnia. A może to jest już nowy tydzień?

I znów Płatonow

Chyba przed miesiącem pisałem o “Płatonowie” wystawionym w Akademii Teatralnej. Spektakl nie zachwycał - był po prostu długi i dobry. I to wystarczyło, abym spróbował porównać go z drugim “Płatonowem”, granym w Teatrze na Woli pod tytułem “Kilka scen z życia”. Kilka scen, a zatem wybór, a zatem fragmenty z długiego materiału, jakim jest pierwszy, można powiedzieć młodzieńczy, nieopublikowany za życia Czechowa dramat. Dramat to niedoskonały, ale nie mnie oceniać braki Czechowowskiego utworu. Ważne, co dyrektor Słobodzianek zaakceptował do pokazania widzom swego teatru. A zaakceptował przedstawienie dziwne. Ot, taką opowiastkę o prowincjonalnym rosyjskim Don Juanie. Cztery kobiety, które chcą być z Michałem/Michaiłem Płatonowem. Czy przedstawienie skrzy się erotyzmem tych kobiet, od których opędza się główny bohater? Nie. Ot, trochę krzyku, trochę machania rękami. Jakiś monolog Anny, chyba najgorzej prezentującej się z całej obsady. Wysoko postawiony głos (to piszczenie razi), dziwaczna peruka. Nie, to nie jest seksowna wdowa, która, choć bankrutka, chciałaby i mogłaby kupić Płatonowa.
Pieniądze, które odgrywają tak ogromną rolę w tragedii, tu są problemem trzecioplanowym. Nie ma przecież w przedstawieniu tych, którzy te pieniądze posiadają. Ale jeżeli ma być pokazany nieudacznik-wiejski nauczyciel, który staje się tak ważny dla czterech kobiet, to wycięcie wątków finansowych nie dziwi. I na tej wsi, zimą, gdzie bohaterowie boso chodzą po “śniegu” pokazywane są uczucia, emocje, frustracje i tragedie naszych bohaterek. A Płatonow opędza się od nich, ma dosyć własnej żony, którą po swojemu kocha, od naiwnej Marii i nawet jeżeli podporządkowuje się dawnej kochance z czasów studenckich, to czyni to poddając się jej. I tylko tyle. Bierność Płatonowa, miłość kobiet. Czy o to chodziło autorom “Kilku scen…”?
I do klęski tego przedstawienia dochodzi dziwaczna scenografia (te “płatki śniegu” - jakiż to kicz) i męcząca muzyka. Zawsze mi w takich przypadkach żal aktorów, którzy muszą się męczyć mając świadomość, że ich praca będzie niedoceniona. Bo napracowali się, biedacy, a efekty słabiutkie. Zagrają jeszcze ze dwa razy i będą o swych rolach mogli zapomnieć.
A z “Płatonowa” można zrobić dobre przedstawienie, nawet jeżeli ma to być “Wioskowy Don Juan”. Można.

Next Page »