Adam Czetwertyński

Harcerstwo (190) Kuchnia (24) Kultura (272) Polityka (37) Pożegnania (27) Szkoła (74) Varia (105)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Szekspir pani Jandy

Ale zanim (symbolicznie) podniesie się kurtyna w gdańskim Teatrze Szekspirowskim, szok. Bo do dobrej kawy już się przyzwyczailiśmy, do dziwnej konstrukcji budynku też. Ale dlaczego te miejsca, które były stojące, teraz są siedzące? Dlaczego naiwnie kupiłem bilety na piętrze? Na miejsca, gdzie jakiś słup mi zasłania część sceny, gdzie siedzę na poduszce na podeście i oprzeć się mogę (a właściwie nie mogę) o nogi osoby siedzącej za mną. I ci na parterze rozparci w swoich fotelach. Oni to mają dobrze.
A pani Janda przygotowała dla nas poprawne letnie widowisko. Reżyserowanie Szekspira, także jego komedii, nie jest proste. Postaci dużo, ktoś się w kimś kocha, ktoś kogoś krzywdzi. Akcja niby prosta, ale śledzenie dość skomplikowanej akcji zawsze jest kłopotliwe. Jakieś przebieranki, jakieś nagłe niespodziewane wydarzenia… Krystynie Jandzie udało się wybrnąć z zagrożeń, jakie niesie za sobą “Jak wam się podoba”. Wszystko jest jasne, klarowne, zrozumiałe. To ten plus. A minusy?
No, może nie tyle minusy, ile zastrzeżenia. Któryś z aktorów nie do końca opanował rolę? Trudno. Któryś mówi niezbyt głośno odwrócony tyłem do publiczności? Da się przeżyć. Ale dwie sprawy warte są zauważenia. Czy niezbędna jest cały czas taka ekspresja? Nie tylko wyrażana głosem, ale i ruchem na scenie? To ciągłe bieganie w jakimś upojnym tańcu. To tempo, to machanie rękami? Czy czasem nie należy się nieco wyciszyć, aby bardziej realistycznie mówić o uczuciach? Bo przecież “Jak wam się podoba” to komedia o miłości, a właściwie o wielkich miłościach. I rzecz druga. Nie podobała mi się “scenografia” - ten pochyły podest, na którym męczyli się aktorzy. Pal sześć podest, dzięki niemu mieliśmy lepszą widoczność. Ale ten “śnieg” (wtedy rządzi zło), te kwiatki podświetlane w różnych kolorach (mamy do czynienia z dobrem). Fakt, w połowie widowiska jakoś się do tych podświetleń przyzwyczaiłem, już mnie nie raziło.
Po wyjściu z teatru gnębił mnie cały czas jeden problem. U Szekspira grali tylko mężczyźni (te żeńskie role chłopcy). Jak trudno było im realistycznie pokazywać kobiecość bohaterek, prawdziwe uczucia między młodszymi i starszymi parami. Tylko ta przebieranka dziewczyny w chłopaka była prosta. Ale dlaczego dwaj panowie (nawet jeśli jeden jest chłopcem grającym dziewczynę udającą chłopca) w sobie się zakochują? Dodatkowa Szekspirowska komedia pomyłek. Na szczęście ona już nas nie dotyczy.

Śpiewak jazzbandu

Zapowiadał się drugi “Skrzypek na dachu”. Zasadniczy problem - wybrać tradycję, dotychczasowe obyczaje, kochającą i kochaną rodzinę, czy też stać się człowiekiem nowoczesnym, zrywającym z dawnym życiem i odchodzącym w przeszłość światem. Czy wybrać marzenia i nieznaną nowoczesność. W skrócie - to wybór między synagogą a sceną teatru czy nocnego klubu. Proste. Tą nowoczesnością, jakby kontynuacją dziejów Tewje Mleczarza - już w Ameryce, nie jest gojowska dziewczyna, lecz muzyka - jazz.
Punkt wyjścia jest więc prosty, akcja toczy się też zgodnie ze schematem. Tu ojciec, zmuszający syna do zostania kantorem w synagodze - tam estrada, sukcesy, nawet kosztem zmienienia swego nazwiska i udawania czarnoskórego artysty. Konflikt znany jak świat i, powtórzmy, banalny aż do przesady. Ale zawsze aktualny, nawet i dziś. Jeżeli do banalnego, jednak życiowego scenariusza dodamy muzykę i piosenki, powinno z tego objawić nam się piękne widowisko, godne do wystawienia na scenie warszawskiej “Romy”.
I nie udało się. Oklaskujemy artystów, bo cóż możemy innego uczynić, ale z jakąś rezerwą, nie tak spontanicznie, jakby po widowisku muzycznym można by się spodziewać. Co się takiego stało? Wokaliści poprawni, niekiedy nawet dobrzy. Grają na normalnym poziomie (ten odsłuch, te mikrofony zawsze utrudniają grę). Orkiestra gdzieś z tyłu sceny robi, co może (a gra na żywo zawsze jest atrakcyjna). tańczący zespół. Budowane napięcie i zmiana nastrojów. Więc co się wydarzyło? Wydaje mi się, że teksty piosenek i muzyka, która do tego przedstawienia została skomponowana. Jeżeli nie zachwyca, to nie zachwyca. I jeżeli nie jestem zachwycony, to nie jestem. Banalne dialogi przeżyję, wiedziałem, że takie przedstawienia nie będzie zawierało głębokich myśli. Scenografia jest, jaka jest. Marna, ale niech tam, nie będę marudził. Ale to, co miało być hitem sezonu, jest słabiutkie i tym, owymi piosenkami miałbym się zachwycać? Nie, na pewno nie.
I to by było na tyle. “Śpiewaka jazzbandu” niech sobie w Teatrze Żydowskim grają. Bo przecież niejedno słabe widowisko jest w Warszawie grane. Trudno. A następnym razem życzę teatrowi lepszych autorów. Po prostu lepszych.

Trzy wieczory

Piątek
W Teatrze Współczesnym sala wypełniona w połowie. Co oglądamy? Groteskę? Tragedię? Komedię? A może przekaz polityczny na poziomie Orwellowskiej “Farmy zwierzęcej”? Rzecz o totalitaryzmie i jego upadku? O tym, że człowiek bywa słaby i mocny. Historia o panu Ein jest opowiastką dla 15-latków, którzy powinni uczyć się tego, czym jest zło, czym obłuda, czym sytuacja tragiczna, czym walka z wiatrakami. I dlaczego zwykli ludzie podporządkowują się tym silniejszym. Tylko czy w Teatrze Współczesnym nie można na przykład wystawić “Niemców” Kruczkowskiego. Sztuki poruszającej ten sam temat o wiele mądrzej? Pewnie dlatego, że Kruczkowski jakoś w tych czasach niemodny. Dlatego oglądamy dydaktyczną słabiznę. Nie, to był zły pomysł z wystawieniem tego dramatu.

Sobota
Na małej scenie Teatru Roma (dlaczego ona ciągle jest Novą?) Anna Sroka-Hryń śpiewa piosenki Edith Piaf. Tu salka wypełniona do ostatniego miejsca. I jeszcze kilka osób siedzi na schodach. Artystka jest popularna, sympatyczna, to niezła wokalistka. Tylko czy repertuar wielkiej (a właściwie niewielkiej) Francuzki jest dla niej najlepszy? Czy naśladowanie gardłowego śpiewu Piaf jest udane? Czy ta piosenka o miłości, o tragedii życia człowieka do nas przemawia? Wydaje mi się, że nie za bardzo. Mimo tej sympatii, tego znakomitego kontaktu artystki z publicznością. Wychodzę z teatru zadowolony, ale nie zachwycony. Może tyle wystarczy.

Niedziela
Gala otwarcia Festiwalu Mozartowskiego. Opera Kameralna dwoi się i troi, aby godnie kontynuować tradycję festiwalu. Już nie te czasy, kiedy mała skromna opera wystawiała wszystkie opery Mozarta. Choć za czasów poprzedniej dyrekcji był to cały kombinat operowy. Dziś ze skłądu dawnej WOK wyłoniły się dwie opery. Ta warszawska i kameralna jakby mniej reprezentacyjna. Ale festiwal organizuje z rozmachem, imponująco. W trakcie gali usłyszeliśmy fragmenty pięciu oper Mozarta, w tym najpiękniejsze arie z “Wesela Figara” i “Don Giovanniego”. Piękna muzyka, piękne wykonanie. Można spokojnie powiedzieć - piękny wieczór. I piękne zakończenie tygodnia. A może to jest już nowy tydzień?

I znów Płatonow

Chyba przed miesiącem pisałem o “Płatonowie” wystawionym w Akademii Teatralnej. Spektakl nie zachwycał - był po prostu długi i dobry. I to wystarczyło, abym spróbował porównać go z drugim “Płatonowem”, granym w Teatrze na Woli pod tytułem “Kilka scen z życia”. Kilka scen, a zatem wybór, a zatem fragmenty z długiego materiału, jakim jest pierwszy, można powiedzieć młodzieńczy, nieopublikowany za życia Czechowa dramat. Dramat to niedoskonały, ale nie mnie oceniać braki Czechowowskiego utworu. Ważne, co dyrektor Słobodzianek zaakceptował do pokazania widzom swego teatru. A zaakceptował przedstawienie dziwne. Ot, taką opowiastkę o prowincjonalnym rosyjskim Don Juanie. Cztery kobiety, które chcą być z Michałem/Michaiłem Płatonowem. Czy przedstawienie skrzy się erotyzmem tych kobiet, od których opędza się główny bohater? Nie. Ot, trochę krzyku, trochę machania rękami. Jakiś monolog Anny, chyba najgorzej prezentującej się z całej obsady. Wysoko postawiony głos (to piszczenie razi), dziwaczna peruka. Nie, to nie jest seksowna wdowa, która, choć bankrutka, chciałaby i mogłaby kupić Płatonowa.
Pieniądze, które odgrywają tak ogromną rolę w tragedii, tu są problemem trzecioplanowym. Nie ma przecież w przedstawieniu tych, którzy te pieniądze posiadają. Ale jeżeli ma być pokazany nieudacznik-wiejski nauczyciel, który staje się tak ważny dla czterech kobiet, to wycięcie wątków finansowych nie dziwi. I na tej wsi, zimą, gdzie bohaterowie boso chodzą po “śniegu” pokazywane są uczucia, emocje, frustracje i tragedie naszych bohaterek. A Płatonow opędza się od nich, ma dosyć własnej żony, którą po swojemu kocha, od naiwnej Marii i nawet jeżeli podporządkowuje się dawnej kochance z czasów studenckich, to czyni to poddając się jej. I tylko tyle. Bierność Płatonowa, miłość kobiet. Czy o to chodziło autorom “Kilku scen…”?
I do klęski tego przedstawienia dochodzi dziwaczna scenografia (te “płatki śniegu” - jakiż to kicz) i męcząca muzyka. Zawsze mi w takich przypadkach żal aktorów, którzy muszą się męczyć mając świadomość, że ich praca będzie niedoceniona. Bo napracowali się, biedacy, a efekty słabiutkie. Zagrają jeszcze ze dwa razy i będą o swych rolach mogli zapomnieć.
A z “Płatonowa” można zrobić dobre przedstawienie, nawet jeżeli ma to być “Wioskowy Don Juan”. Można.

Niepokój moralny

Pierwsze zdanie, jakie usłyszałem, wypowiedziane przez pana, który siedział przede mną, brzmiało: - A wiesz, że mi się to podobało. - Ton brzmiał, jakby nie za bardzo uwierzył w to, co mówi. A jednak. Tak, rozumiem, ta sieczka intelektualna może się podobać. My, obywatele tego świata, spieszymy się bardzo. Chodzimy w kółko i nic z tego za bardzo nie wynika. Nawet jeżeli spieszą za sobą dwie kochające się lesbijki. I nawet te dwie aktorki grające lesbijki mają być statystkami kręconego ponoć filmu. A tu dorzucają nam informację, że w Ameryce przed wielu laty można było wybudować sobie chatę, zamieszkać w niej i udawać, że się uciekło od ówczesnej cywilizacji. Udawać, bo obok w rzeczywistości stała willa, gdzie zawsze można było wpaść na obiad. Inna była opowieść o owym “dzikim życiu”, inna rzeczywistość. I można baraszkować sobie nad jeziorem. Czy to jezioro jest dzisiejszym, z dwudziestego pierwszego wieku, czy też tamtym, z Nowego Świata? Nie jest to istotne, bo bawimy się tak samo. Wtedy i dziś.
“Kino moralnego niepokoju” - tak brzmi tytuł przedstawienia. Więc jeszcze dodajmy trochę opowieści z życia. Takiego bardziej współczesnego. Opowieści prezentowanych przez bardzo dobrych aktorów. No i jeszcze kawałek naśladowania autentycznego filmu, takiego z nurtu zapowiedzianego w tytule spektaklu. Ten niepokój moralny musiał się pojawić.
Jedno jest pewne - spektakl zmusza do myślenia. Ot, na przykład dlaczego drzewo jest pokazane w formie wiązki świetlówek. Wyczytałem gdzieś, że to kopia jakiegoś innego filmu czy też znakomitego przedstawienia. Albo dlaczego jeden aktor “kąpie się” nago a inny nie. Czy o coś w takiej prezentacji chodziło? A barierka dzieląca aktorów od publiczności - przy niej toczyła się ważna rozmowa - jak ją rozumieć? Zamknięcie, zaznaczenie sceny, gdzie toczą się literackie dramaty, odcięcie od publiczności, którzy są prawdziwi i grać na widowni niczego nie muszą.
Przeczytałem ze trzy recenzje. Bardzo pozytywne. Po przeczytaniu ich wiele się dowiedziałem, co autorzy spektaklu w Nowym Teatrze mieli na myśli. To nawet ciekawe. Postudiować program, poczytać cudze oceny. Rozjaśnia się wtedy w głowie… Gdy idę ma Madalińskiego, zawsze mam pewien opór - to widowisko, ta sztuka jakaś nie dla mnie. Odczekuję nieco i jakoś mnie znów tam ciągnie. Dlaczego mnie tam ciągnie? A nie do Komedii czy Kwadratu? Może jednak warto obejrzeć jakiś niepokój moralny, choć przy okazji taki zwykły widz, jak ja, zadać sobie musi tak wiele pytań. I niestety tak wiele nie rozumieć.

Next Page »