Adam Czetwertyński

Harcerstwo (108) Kultura (168) Polityka (30) Szkoła (45) Varia (59)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Tango, czyli remanentu ciąg dalszy

Pisanie o inscenizacji “Tanga” bez porównywania z “tamtym” z Teatru Współczesnego byłoby niestosowne. Kiedy to było? Sto lat temu? Pięćdziesiąt? Najstarsi ludzie nie pamiętają. Gdy zastanawiam się dziś - już nie żartując, po kilkudziesięciu latach - co (poz treścią) z tamtego z tamtego przestawienia zapamiętałem, mogę chyba odpowiedzieć - aktorów. To było przedstawienie gwiazd polskiego teatru dramatycznego. Fijewski, Ludwiżanka (jak ona układała się na katafalku, jak ona prosiła, aby pozwolono jej z niego zejść, jak ona umierała - a przecież była to rola drugoplanowa), Michnikowski (Artur), Czechowicz, Pawlikowski…
Przyznam się - poczytałem przed napisaniem tego tekstu recenzje tamtego spektaklu z roku 1965. Entuzjastyczne (także, nie uwierzycie, w “Trybunie Ludu”). Tak, moja pamięć mnie nie zawodzi - to był spektakl gwiazd. Axer potrafił ze wszystkich wymusić, nawet na najsłabszych - wydawałoby się - Kossobudzkiej i Sołtysik - grę zespołową i solową. Może przede wszystkim solową. Każdy z aktorów grał swą najlepszą rolę w życiu. A dodajmy do finałowe tango, które do dziś brzmi mi w uszach. Bo brzmiało ono po zapadnięciu kurtyny, brzmiało w szatni, snuło się za nami po wyjściu w teatru.
Co zapamiętam z “Tanga” w Teatrze Narodowym? Chyba jednak formę. “Tango” to dramat o formie, zasadach, konwenansach. Bo czym jest koncepcja Edka jak nie nową (a właściwie starą, jak świat) formą. I dlatego z widowiska, jakie nam zaproponował Jarecki, zapamiętamy koncepcję zagospodarowania widowni-sceny w pierwszej (bałaganiarskiej) i drugiej (uporządkowanej) części. Pomysł bardzo dobry, trafiony, na scenie przy Wierzbowej mozliwy do zrealizowania.
A dalej? Dalej już nijak. Dobra gra zespołowa, nie zawsze trafnie dobrani aktorzy do swych ról (razi, jak bardzo razi niezły przecież na co dzień Englert jako wuj Eugeniusz - Eugeniusz grany jako zdeklasowany inteligent, dumny, spokojny, nie do przyjęcia antyteza Eugeniuszów z innych przedstawień). Odgrywają więc dość spokojnie, czasem ironicznie, z dystansem (ciekawy moment “robienia zdjęcia” rodzinie Stomila i widowni). Czemu jednak nie potrafimy przejąć się śmiercią Artura a także ładną sceną pomiatania - dosłownie - Arturem, zainteresować eksperymentem Stomila czy nawet, zawsze zabawną, sceną otwarcia drzwi, za którymi zamiast sceny morderstwa rozgrywana jest partia jakiejś gry w karty. No cóż dramat o formie musi przypominać Gombrowicza a nie Dostojewskiego. Tak wyszło.
Co by było, gdyby ktoś, co najlepsze wziął z Axera i z Jareckiego? Ale byłby eksperyment!

Colas, czyli początek remanentu

Znów mi się zebrały jakieś nieopisane a warte zauważenia spektakle teatralne. Nie będące premierami, ot, obejrzane przeze mnie, gdyż dysponowałem wolnym wieczorem albo gdyż ktoś zadzwonił i zapytał: - Pójdziesz?

Colas Breugnon
Gdzieś tam w dalekim Koszalinie Stanisław Górka przygotował monodram na podstawie powieści laureata Nagrody Nobla. Spektakl miał niezłe recenzje. Górce towarzyszyli aktorzy koszalińskiego teatru, śpiewając piosenki Brassensa. To nie jest odkrywczy pomysł. Lecz w tym przypadku opowieści o dziejach francuskiego stolarza towarzyszą piosenki jakby specjalnie do tych opowieści napisane. Jak są one doskonale dobrane! Lepszego komentarza nie można sobie wyobrazić. Fakt, mając w pamięci teksty Zespołu Reprezentacyjnego trudno akceptować tłumaczenia Wojciecha Młynarskiego. Ale tak z tłumaczeniami zawsze jest - przypomnijmy sobie teksty barda ze Wschodu - Bułata Okudźawy. Ileż z polskimi wersjami kłopotu. W efekcie mamy kłopot - jak tłumaczyć “quand on est con “? Dobrze, moje zmartwienie a nie czytelników niniejszych zapisków. (Nie da się ukryć że na płytce “Kumple to grunt”ta piosenka lśni pełnym blaskiem. Ale to jest zupełnie inna historia).
W warszawskiej premierze (a jednak premierze, choć wcześniej różnych premier było chyba więcej, bo już Górka jeździł w Colas Breugnonem po kraju) bierze udział sam Młynarski, jest Derfel, jest reżyser. jest też na malutkiej scenie on - skromny stolarz. Nieśmiały, niezdarny, mylący tekst i zacinający się co chwila. Co jest zamierzone przez reżysera a co wynika na przykład ze zmęczenia aktora? Nie wiem. Górka-Colas jest więc niezdarny i może dlatego przekonujący. Śpiewa sam, bo nie ma swego koszalińskiego chórku. A ponieważ gra na gitarze, czyni to autentycznie. I śpiewa zupełnie dobrze. Niektóre piosenki są gotowy podkład muzyczny - no z półplaybackiem artysta miewa kłopot. bo jak wypadnie tekst z pamięci, nadrobić jakimś la, la la się nie da.
Colas Breugnon nie znosi swej żony, nie lubi, nie cierpi. Ta, wydawałoby się, oddaje mu pięknym za nadobne. Jednak gdy umiera, okazuje się, że kochała swego męża przez wiele lat. A że małżeństwo nie było udane? Tak bywa…
Jest to więc opowieść o miłości, ale także o normalnym życiu. Opracowana na podstawie dobrego tekstu, dlatego jest bardzo autentyczna. Tym samym warta obejrzenia. Tylko jak w Warszawie trafić na występ Stanisława Górki? Chyba nie jest to możliwe. W saloniku na Bemowie, gdzie Górka występował, było rodzinnie, intymnie, uroczo, ale to nie miejsce do stałych prezentacji Colasa. Dlatego zamiast normalnego, niezłego teatru jednego aktora wszyscy chętni mogą usiąść przed telewizorami, gdy pokazywany jest kolejny odcinek “Plebanii”. Ponoć Górka (tak mówią ludzie - sam nie widziałem) gra tam jedną z głównych ról.

PS Miał być remanent, a więc w moim rozumieniu podsumowanie kilku przedstawień - nie wyszło. Colas Breugnon zajął mi za dużo miejsca. A więc na przykład “Tango” pozostanie do opisania kolejnych odcinku. Przed nami krótki tydzień, długi weekend. Powinienem znaleźć na to czas.
PS W moim hufcu coraz więcej osób interesuje się teatrem. Bardzo się cieszę.

Kubuś, czyli wielkie rozczarowanie

W Och-teatrze kolejna premiera - opowieść o Kubusiu Fataliście. Biegłem do teatru z radością, pamiętając staruteńkie przedstawienie (ile to już lat temu? najstarsi ludzie tego nie pamiętają) z Zapasiewiczem w roli głównej. W dodatku dla mnie była to pierwsza wizyta w nowym teatrze Krystyny Jandy. (Nie, nie mówcie, że nie wiem, iż formalnie szefuje tej scenie Maria Seweryn - wiem o tym doskonale). I jeszcze ta świadomość, że będę siedział z jednej z dwóch stron widowni - i nie wiadomo, czy z tej lepszej.
Za wystawienie Kubusia zabrali się aktorzy Teatru Montownia. Od lat są świetni. Od “Zabawy” i “Szelmostw Skapena” poczynając (pisałem o nich w tych zapiskach?) na “Kamieniach w kieszeniach” i “Utworze sentymentalnym na czterech aktorów” kończąc. Świetni aktorzy, z doskonałym warsztatem, bardzo dobrze potrafiący złapać kontakt z publicznością. Potrafiący w czasie jednego przedstawienia przeobrażać się, grając na raz kilka postaci. Do takiego przedstawienia (które przecież musi być rozbite na odrębne scenki i mieć wielu bohaterów) idealni.
Czym jest owa powieść Diderota? Wiemy - powiastką filozoficzną, w której autor ustami Kubusia Fatalisty tłumaczy nam, że wszystko jest zapisane w górze, równocześnie pokazując, że tak naprawdę wszystko zależy od nas - ludzi.
Inscenizacja “Kubusia” nie jest łatwa - przecież to dialogi nieukładające się w pełna akcję. Trudne do napisania z nich atrakcyjnego scenariusza. Ten w Teatrze Montownia jest ciekawy, cały czas powinniśmy więc być zaintrygowani, czym zakończy się przygoda tytułowego bohatera i jego pana. Bo my, widzowie, jesteśmy pełni dobrej woli, ale cóż z tego…
Przedstawienie ciągnie się niemiłosiernie, choć trwa dość krótko. Cóż z tego, ze zapisane coś jest w górze, jeżeli aktorzy nas nie bawią. Czy wynika to z opowieści erotycznych, które pozostają tylko opowieściami? A może z faktu, ze postacie mylą nam się (pisałem, że jeden aktor musi grać kilka ról) i w pewnym momencie staje się to nużące? A może z faktu, że aktor nie może grać wprost do widza, gdyż musi pamiętać, iż widz znajduje się nie tylko przed nim, ale i za nim? A może konwencja przebieranek, tak dobrze wykorzystana w “Kamieniach w kieszeniach”, już przestaje bawić?
Po wyjściu z teatru czułem się zmęczony, na pewno mnie widowisko ani nie bawiło, ani nie zmusiło do myślenia. No, ale, jak wiemy, wszystko zostało zapisane w górze. Tak być miało. Miało być wielkie rozczarowanie.

Beethoven

Siódmy raz w Warszawie Festiwal Beethovenowski. Pełne dwa tygodnie muzyki klasycznej. Takiej, którą znamy od dziecka - w tym roku wiele Chopina i Schumanna - wszak to rok obu wielkich kompozytorów - równolatków. I Beethovena - bo przecież to jego festiwal. I wielu, wielu innych. także takiej, o której najstarsi ludzie nie słyszeli. Chyba dobrze, bo festiwal nie jest nużący.
Pani Elżbieta Penderecka tegoroczną edycję rozpoczęła nie tylko chińską orkiestrą z Szanghaju, ale także chińskimi kompozycjami. W jednej brzmią dalekowschodnie dźwięki, ale w tej drugiej? Ktoś powiedział, że sam mistrz Penderecki podobnie mógłby komponować. Pewnie tak jest, że muzyka nie zna granic i na całym świecie brzmi dziś podobnie.
Nie, nie podejmuję się recenzować tych kilku koncertów, jakich wysłuchałem w ubiegłym tygodniu - tego inaugurującego w Teatrze Wielkim, tych w Filharmonii i tego w Sali Kongresowej. Ten ostatni to niebywały koncert Misi - tak naprawdę znakomitej pieśniarki (piosenkarki?) fado. Tym razem (i to nie po raz pierwszy) śpiewa Chopina ale raczej śpiewa w okolicach Chopina. A czyni to fascynująco. Pojedyncze teksty śpiewa po polsku. Z trudem wydobywa nasze wszystkie sz i rz. Więc kaleczy polszczyznę okropnie. Ale jak śpiewa!
Więc jak? Jakie to były koncerty? Jak się spisywał dyrygent? Nie wiem. Dla mnie wszyscy byli wspaniali. Ale cóż taki laik jak ja może powiedzieć. Znacznie łatwiej poplotkować. Widziano ministra Boniego - zupełnie nie wiedziałem, że Michał jest melomanem. Jak co roku pokazał się marszałek Borowski. Wierny festiwalowy jak ja. W Teatrze Wielkim Miller. A nie widać pani Prezydentowej. Co się stało? Czyżby opiekowała się teściową, która jest w szpitalu? Mało, bardzo mało twarzy z pierwszych stron gazet. Ale cóż to jest w porównaniu z tłumami codziennie tkwiącymi w filharmonii. I Elżbietą Penderecką, która spina wszystkie koncerty swoja osobą. Piękne dni, piękny festiwal.

W Żydowskim

Teatr Żydowski - przedziwna instytucja uratowana niegdyś dzięki Szymonowi Szurmiejowi, dziś już bardzo leciwemu dyrektorowi tej placówki. O historii teatru - tego powojennego, tego z Królewskiej i tego z pl. Grzybowskiego napisano już tyle, że ja nic nowego w tym tekście nie dodam. Ot, bardzo dobrze, że jest, dobrze, że przypomina nam o tradycjach narodu, który już obok nas tak naprawdę nie istnieje.
Nie tak dawno przejął ten teatr samorząd warszawski, oddając Mazowszu Teatr Praga. To dobre posuniecie, bo Praga to teatr impresaryjny, z dużymi nadal szansami na oryginalne przedstawienia w sali, którą można (co nie raz widzieliśmy) interesująco zaaranżować.
Teatr Żydowski to nie tylko teatr tradycyjny, teatr nostalgiczny i edukacyjny. Gdyby tak było, cieszyłbym się ogromnie. To także teatr o najbardziej banalnej, schematycznej, naiwnej, prościutkiej reżyserii, jaką można zobaczyć w całej Warszawie. Nie wierzę, że tematyka przedstawień wymaga takiego stylu gry - przerysowanego, ostrego, jakby amatorskiego. (A przecież w tym teatrze wystawiono i jest grany z dużym sukcesem “Skrzypek na dachu” - o dziwo - wystawiony bardzo dobrze, na bardzo przyzwoitym poziomie!).
Ale nie należy narzekać, opowiadać bez komentowania konkretnych przedstawień. Przecież kolejne przedstawienia mogą być inne, lepiej wyreżyserowane, lepiej zagrane. Dlatego poszedłem obejrzeć przedstawienie na małej, nowo otwartej scence Żydowskiego, na “Lejzorka”. To tekst - samograj. Lejzorek Rojtszwaniec jest Żydem, jest Rosjaninem i jest nowym, takim z początków XX wieku Kubusiem Fatalistą. Ileż on się naopowiada… Dwóch Żydów rozmawia ze sobą: – „Co to jest puchacz?” „To jest ryba.” „Dlaczego ona siedzi na gałęzi?” “Bo zwariowała”. Więc najprawdopodobniej jestem ptakiem albo rybą, jednym słowem, czymś zwariowanym. Lejzorek ma pecha, wielokrotnie w różnych miejscach naszego globu z różnych powodów trafia do więzień. Mądry tekst Ilji Erenburga wzbogacony jest dobrze zaśpiewanymi piosenkami z epoki. I co? Ano nic. Nie bawi, nie wzrusza, nawet nie daje do myślenia. Aktorzy starają się, jak mogą. Siedzą wraz z widzami przy stolikach kawiarnianych i wydawałoby się, że stworzą atmosferę a to kabaretu, a to prezentacji obrazków z życia Lejzorka, tak by widzów spektakl zainteresował. Szkoda.
Ale aby potwierdzić moją opinię o teatrze, wybrałem się też na recital Doroty Salamon. Śpiewa ona piosenki (bardzo ładne piosenki) Icyka Mangera. Aaa. Śpiewa ładnie. W większości w jidisz, nieco po polsku. Mamy tłumaczenia, mamy dobrego akompaniatora (tak, o nazwisku Salamon). I mamy słabiutki spektakl. Bo cóż z tego, że Manger wielkim kompozytorem był. Ale jak z “Ferdydurke” - ma wzruszać, ale nie wzrusza.
Dlatego proszę o profesjonalną reżyserię. Pierwszy lepszy teatr amatorski ma lepszych reżyserów niż profesjonalny Teatr Żydowski. Przecież nie sposób chodzić do teatru tylko ze względu na treść przedstawienia.

Next Page »