Adam Czetwertyński

Harcerstwo (187) Kuchnia (23) Kultura (268) Polityka (37) Pożegnania (26) Szkoła (74) Varia (105)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Niepokój moralny

Pierwsze zdanie, jakie usłyszałem, wypowiedziane przez pana, który siedział przede mną, brzmiało: - A wiesz, że mi się to podobało. - Ton brzmiał, jakby nie za bardzo uwierzył w to, co mówi. A jednak. Tak, rozumiem, ta sieczka intelektualna może się podobać. My, obywatele tego świata, spieszymy się bardzo. Chodzimy w kółko i nic z tego za bardzo nie wynika. Nawet jeżeli spieszą za sobą dwie kochające się lesbijki. I nawet te dwie aktorki grające lesbijki mają być statystkami kręconego ponoć filmu. A tu dorzucają nam informację, że w Ameryce przed wielu laty można było wybudować sobie chatę, zamieszkać w niej i udawać, że się uciekło od ówczesnej cywilizacji. Udawać, bo obok w rzeczywistości stała willa, gdzie zawsze można było wpaść na obiad. Inna była opowieść o owym “dzikim życiu”, inna rzeczywistość. I można baraszkować sobie nad jeziorem. Czy to jezioro jest dzisiejszym, z dwudziestego pierwszego wieku, czy też tamtym, z Nowego Świata? Nie jest to istotne, bo bawimy się tak samo. Wtedy i dziś.
“Kino moralnego niepokoju” - tak brzmi tytuł przedstawienia. Więc jeszcze dodajmy trochę opowieści z życia. Takiego bardziej współczesnego. Opowieści prezentowanych przez bardzo dobrych aktorów. No i jeszcze kawałek naśladowania autentycznego filmu, takiego z nurtu zapowiedzianego w tytule spektaklu. Ten niepokój moralny musiał się pojawić.
Jedno jest pewne - spektakl zmusza do myślenia. Ot, na przykład dlaczego drzewo jest pokazane w formie wiązki świetlówek. Wyczytałem gdzieś, że to kopia jakiegoś innego filmu czy też znakomitego przedstawienia. Albo dlaczego jeden aktor “kąpie się” nago a inny nie. Czy o coś w takiej prezentacji chodziło? A barierka dzieląca aktorów od publiczności - przy niej toczyła się ważna rozmowa - jak ją rozumieć? Zamknięcie, zaznaczenie sceny, gdzie toczą się literackie dramaty, odcięcie od publiczności, którzy są prawdziwi i grać na widowni niczego nie muszą.
Przeczytałem ze trzy recenzje. Bardzo pozytywne. Po przeczytaniu ich wiele się dowiedziałem, co autorzy spektaklu w Nowym Teatrze mieli na myśli. To nawet ciekawe. Postudiować program, poczytać cudze oceny. Rozjaśnia się wtedy w głowie… Gdy idę ma Madalińskiego, zawsze mam pewien opór - to widowisko, ta sztuka jakaś nie dla mnie. Odczekuję nieco i jakoś mnie znów tam ciągnie. Dlaczego mnie tam ciągnie? A nie do Komedii czy Kwadratu? Może jednak warto obejrzeć jakiś niepokój moralny, choć przy okazji taki zwykły widz, jak ja, zadać sobie musi tak wiele pytań. I niestety tak wiele nie rozumieć.

Beethoven na Wielkanoc

To był już 29 Wielkanocny Festiwal Ludwiga van Beethovena. Najpierw krakowski, po kilku pierwszych latach przeniesiony do Warszawy i trwający w swojej monumentalnej wielkości jednego z największych (największego?) festiwali muzycznych w Polsce. O festiwalu pisałem już nie raz. Co roku Elżbieta Penderecka ze swym stowarzyszeniem organizuje festiwal, który oczywiście jest festiwalem stołecznym, ale melomani z innych miast też mają szansę słuchać znakomitej muzyki w bardzo dobrym wykonaniu, bo koncerty odbywają się też w kilku innych miastach. Co roku myślę - jest za długi, całe dwa tygodnie. Jest za kosztowny. I, jak dla mnie, jest za drogi. Przepraszam, gdy były czasy, kiedy dostawałem zaproszenia na kilka koncertów - biegałem na wszystkie. Przy okazji można było spotkać (przede wszystkim na przerwach) interesujące osoby. Dziś nie wydaje mi się, abym powinien wydawać średnią krajową emeryturę na tę samą liczbę koncertów. Nie mówiąc o tym, że nie śmiałbym wślizgiwać się do saloniku VIP-ów, aby sobie z jednym czy drugim znajomym porozmawiać. Dlatego (a również dlatego, iż równolegle trwały Warszawskie Spotkania Teatralne - człowiek się nie rozerwie) byłem tylko na jednym koncercie - tym kończącym festiwal.
Co roku ten wielkopiątkowy koncert jest szczególny. Wielokrotnie to “Requiem” różnych kompozytorów: Mozarta, Haydna, Dworaka, Verdiego, Brahmsa, Berlioza… Który z wielkich kompozytorów nie skomponował mszy żałobnej? W tym roku to “Requiem wojenne” Benjamina Brittena. Orkiestra i chór Filharmonii Narodowej, Warszawski Chór Chłopięcy, trójka wybitnych wokalistów i dyrygent Jacek Kaspszyk. Znakomici wykonawcy, świetne wykonanie. A sam utwór - protest przeciw wojnie - znaczący. Z jednej strony tekst (poza tym biblijnym) powstał po pierwszej wojnie, zaś z drugiej strony muzyka - wojnie drugiej. Utwór ważny , monumentalny, dobrze się go słucha. I jak dobrze, że organizatorzy, jak to w operze, wyświetlali nam tłumaczenie tekstu w języku polskim. O ile lepiej odbiera się cały utwór, gdy wiemy, na jaki temat śpiewa solista lub chór.
Kolejny festiwal za nami, za rok, gdy bilety może będą tańsze, na pewno wybiorę się na kilka beethovenowskich koncertów. Ale to za rok.

Antygona w “Pieśni Kozła”

Pieśń kozła - pamiętacie, że uczyliśmy się o niej na lekcji polskiego, gdy omawialiśmy początki antycznego dramatu? Dowiadywaliśmy się wtedy, że chór towarzyszył uroczystościom na cześć boga Dionizosa. Ten właśnie chór, którego członkowie zakładali na siebie skóry zwierzęce, by upodobnić się do satyrów, nazwano koźlim. W efekcie, od owych pieśni kozła, śpiewanych przez chór, narodziła się nazwa tragedia (tragos to po grecku kozioł, oda - pieśń). Przepraszam za szkolny i niezwykle uproszczony wywód, ale uświadomienie sobie, że wrocławski teatr “Pieśń Kozła” to po prostu teatr “Tragedia” może być informacją znaczącą.
Tak, prezentacja Sofoklesowej “Antygony” przez ten teatr jest głęboko umotywowane. Pokazywanie jako dzieła oryginalnego (w znaczeni odkrywczego, nowatorskiego) też. Odbiór jest jednak trudny i interpretacja poszczególnych części (a widowisko składa się z trzech różnych materii) za każdym razem inna.
Część pierwsza to “Antygona” pokazana jako tragedia króla - Kreona. Można tak oczywiście przeczytać Sofoklesa. Dlaczego nie? Ale nikt mi nie powie, że umieszczenie aktorów za siatką, jakby w obozie koncentracyjnym, a zatem zastosowanie najbardziej prymitywnego symbolu jest dobrym pomysłem. Tragizm bohaterów - wybór jakże trudny dla obu stron konfliktu symbolizować drutem kolczastym? I na nic tu dźwięki, muzyka, na nic krzyki rozpaczy, gdy patrzymy na aktorów za siatką. Pewien znajomy, z którym rozmawiałem w czasie przerwy, powiedział, że najciekawsze w całym tym prawie godzinnym widowisku było wymienienie chłopca, który tradycyjnie prowadził ślepego wróżbitę - Tejrezjasza - na nagą dziewczynę. Skromne to i nieco smutne.
Dalej było już ciekawiej. Operowy chór, śliczna wiolonczelistka i kilkunastoosobowy zespół współczesnego, nowoczesnego tańca. Śpiewali (po angielsku) teksty, które były powiązane wspólną myślą o tamtych i dzisiejszych czasach. Ot, myśli mądre, ale nie to było ważne, lecz połączenie doskonałej muzyki (ta wiolonczela!) z genialnymi głosami i świetnym tańcem na pograniczu teatru baletowego. To było znakomite. Gdzieś zaczynaliśmy rozumieć, dlaczego autorzy spektaklu nazwali go “Anty-Gone”. W tym “gone” słychać przeszłość, taką mało udaną. Teatr “Pieśń Kozła” znany jest z owej przepięknej muzyki. A tu zostaliśmy zaatakowani na dodatek niebywałym obrazem.
Część trzecia, wszak to tryptyk, nie powala. Wykorzystana koncepcja chóru związanego z tańcem. Ponoć to miał być dyskurs dwojga bohaterów. Na końcu pojawia się czerwona farba, którą opryskano tancerzy. No tak, jak był obóz koncentracyjny, to jeszcze trzeba było wzmocnić go pointą z czerwonej farbki. Taka to nowoczesność. Ale niech tam. Z powodu części drugiej warto pójść na tę dziwną “Antygonę”, która by zachwycała, gdy jednak (wbrew większości widowni) nie do końca zachwyca.

Wierszalin

Bardzo sobie cenię ten teatr działający od lat w podbiałostockim Supraślu. Chyba niegdyś o nim już pisałem. Działalność Piotra Tomaszuka jest imponująca. Jego teatr ma charakter, jak to określam, totalny. Prawdziwy teatr oddziałujący na wszystkie nasze zmysły. To jest imponujące.
Ucieszyłem się, że dyrektor Warszawskich Spotkań Teatralnych zaprosił “Wierszalin” do Warszawy w ramach cyklu poświęconego pamięci teatru Grotowskiego. Ucieszyłem się, bo świadczy to to także, że obaj panowie dyrektorzy potrafią się porozumieć na płaszczyźnie doświadczeń teatralnych, odkładając (czy w niepamięć?) dawne zgrzyty i niesnaski. W Teatrze Dramatycznym “Faust” w wizji Tomaszuka. Faust przegrany.
Faust od początku, gdy zawiera pakt z Szatanem, jest przegrany. Jego marzenie o młodości i o posiadaniu kobiet (kobiety?) nie spełni się. doprowadzi do nieszczęścia. Nie tylko Małgorzaty, co dość realistycznie pokazane jest w przedstawieniu. (Ta Małgorzata bardzo przypomina nam Ofelię, zresztą odniesień szekspirowskich, może ze względu na tragizm postaci, wydaje się więcej). W drugiej części widowiska na scenie mamy budowaną i zbudowaną szubienicę. Na niej wiesza się w ostatniej scenie tytułowy bohater. Wiesza do góry nogami. Bo w “Fauście” wszystko jest na opak. Szatańska pomoc, szatańska zmysłowa miłość, zdrada, śmierć dziecka. Nic nie jest logiczne, a może właśnie z tego wynika jakaś szatańska logika.
Publiczność (ileż na widowni osób, które znają się na teatrze!) długo oklaskuje aktorów. Ale czy ten teatr dla wybranych może wpływać na nas, przeciętnych widzów? Widzów nie znających treści dramatu Goethego? widzów nie rozumiejących tych szmat, ziemi, symbolicznej czaszki, ognia… Trudno, trudno oceniać teatr dla elit. Ale niech on trwa, niech gra jak najdłużej. Niech owe elity zmusza do myślenia o teatrze dla zwykłych zjadaczy chleba.
Uzupełnienie
Dwa tygodnie wcześniej “Wierszalin” pokazał warszawskiej publiczności “Dziady”. To ich widowisko zbudowane na treściach III części. To też przedstawienie dla wybranych. I z tej wizji Gustawa-Konrada, poety-wieszcza wynika dla widza jeden nieco smutny wniosek. Ten Mickiewicz napisał bardzo długą, bardzo nudną Wielką Improwizację. Dlaczego pozostaje mi w pamięci ten monolog? Dlaczego nie pieśni, interesująco wykonane, dlaczego nie tragedia młodego Rolisona? Albo tragedia wileńskiej młodzieży? dobre, bardzo dobre, nie żałuję, że wyprawiłem się na daleką Białołękę, aby “Dziady” obejrzeć. Nie żałuję. Tylko dlaczego ten Mickiewicz nie zachwyca? A przecież zgodnie z tezami Gombrowicza zachwycać ma obowiązek.
PS A w przypadku końcówki “Fausta” zamiast tragicznych jego słów cały czas brzmiało mi w uszach marzenie Gobrowiczowskiej Albertynki. Ten Gombrowicz ma na mnie ogromny wpływ.

Na Nalewkach

Wyobrażacie sobie przedstawienie, które jest grane dziewiętnasty rok? Ja sobie tego nie wyobrażałem aż do chwili, gdy trochę przypadkowo znalazłem się w Teatrze Żydowskim na właśnie takim spektaklu. Środa, prawie pełna sala, oglądamy “Kamienicę na Nalewkach”. To widowisko w stylu zmarłego przed pięcioma laty dyrektora Szymona Szurmieja. Nic dziwnego, był on współscenarzystą i współreżyserem “Kamienicy”. Na czym polega ów styl? Bierze się nieco piosenek, nieco żydowskich dowcipów, skleca wątłą fabułką - słowem wiążącym poszczególne fragmenty i już mamy przedstawienie. No jeszcze jakiś ruch sceniczny. Najlepiej zatańczyć jakiś tradycyjny taniec a na koniec “Szalom Alejchem…”. Cały zespół może śpiewać, a widownia mu towarzyszyć.
Dlaczego takie przedstawienie jest tak długo grane? Dlaczego ono tak się podoba? Bo wykonawcy? Czy dlatego, że tak dobrze śpiewają (gorzej im idzie z opowiadaniem dowcipów). Czy dlatego, że mamy możliwość oglądania fragmentu świata, którego już nie ma i już nie będzie? A może każde widowisko muzyczne będzie się cieszyć dużą popularnością? Jednak chyba ów sentyment do nieistniejącego świata jest najważniejszy. Bo na widowni średnia wieku (w większości pań) to jakieś 70 lat. Rzadko spotyka się taką grupę. No, może jeszcze w kościele.
Lubię takie widowiska. Właśnie dlatego, że przybliża nam to swoisty miejski folklor Warszawy międzywojennej. Ale nie lubię ich, bo brakuje tego, co na przykład prezentowane jest w “Skrzypku na dachu” - opowieści o narodzie. O jego prawdziwych problemach. I nie musi to być wspomnienie z czasów II wojny światowej. Czy rzeczywiście dowiadujemy się choć trochę, jak żyło się Żydom w minionych latach w kamienicy na Nalewkach? Chyba nie. Najważniejsza jest knajpa. Czy tak tam się mieszkało? Nie wiem i wiedzieć po wyjściu z teatru wiedzieć nadal nie będę. Może to także wynika z faktu, że widowisko zostało znacznie skrócone, co najmniej o 15 minut. Nie wiem.
Cóż, gdy znów będę miał okazję wpaść do Teatru Żydowskiego, na pewno nie powiem “nie”. W dodatku że sam teatr staje się dziś coraz bardziej nowoczesny, staje się prawdziwym, normalnym teatrem repertuarowym. Tu powinienem na przykład opowiedzieć coś o “Aktorach żydowskich”, ale może to przy jakiejś innej okazji. Bo tych kameralnych, interesujących przedstawień na małej scenie widziałem więcej.
PS Oczywiście wiem, że od 1991 r. grane jest “Metro”. Już ponad 27 lat. A lat 27 to więcej niż 18. Wiem, wiem, ale to całkiem inna historia.

Next Page »