Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Z kogo się śmiejecie?

W Krakowie (los tak chciał) znalazłem się na widowni Teatru Bagatela, by obejrzeć głupią komedię. Nie chodzę na takie przedstawienia programowo. Niegdyś naoglądałem się podobnych w warszawskiej Komedii i w Kwadracie. Powiedziałem sobie “dość” i teraz na takiej sztuczce można mnie spotkać jedynie w moim dzielnicowym (los też tak chciał) Och-Teatrze.
Cóż, losu się nie wybiera. O nim decyduje ponoć ten na górze (niezależnie od tego, kto nim jest).
Co to znaczy głupia komedia? W tym przypadku to zręcznie skonstruowana intryga, gdzie występują: Żona, która chce zdradzić swego męża, Mąż, który ma zamiar zdradzić swoją żonę, dwoje potencjalnych kochanków - oboje dość atrakcyjni, ale niezbyt pasujący do Męża i Żony - oraz panna służąca, tu występująca jako Pokojówka. Ta piątka bohaterów spotyka się jednej nocy w jednym mieszkaniu, choć ani jedna osoba z tej gromadki zgodnie z zapowiedziami tam właśnie znaleźć się nie powinna. On udaje, że wyjeżdża, by do wolnego mieszkania zaprosić swą ukochaną. Ona zachowuje się podobnie. Nie mówiąc już o Pokojówce, która bierze pieniądze na swój krótki urlop i pojawia się oczywiście w mieszkaniu jako ta piąta.
Co chwilę ktoś kogoś tej nocy w salonie, znajdującym się na przecięciu dróg naszych bohaterów, spotyka. Ktoś, kto nie powinien w tym mieszkaniu się pojawić, jednak się w nim znajduje. Na szczęście w tym scenicznym mieszkaniu są dwie sypialnie i pokój Pokojówki. Jakoś się wszyscy mieszczą. Ale oglądamy jedno wielkie zamieszanie, które trwa dwie godziny z jedną przerwą. Sala wypełniona do ostatniego miejsca. I wszyscy się cieszą. I widzowie, i, mam nadzieję, aktorzy. Ci grają poprawnie. Najbardziej radosna jest rozsądna Pokojówka, która co chwilę otrzymuje setki złotych od kolejnych bohaterów. I tylko musimy zadać sobie pytanie: - Czy w królewskim mieście Krakowie (bo akcja toczy się w Krakowie) osoby dobrze zarabiające trzymają normalnie w portfelach po co najmniej tysiąc złotych, a może i dwa tysiące złotych, by przy jakiejś okazji móc przekupić pazerną Pokojówkę? I nie boją się, że ktoś ich może okraść? Zadziwiające.
No tak, dobrze zakończyć pointą. Wiadomo, z czego się śmiejemy. Myśmy nigdy nie znaleźli się w takiej sytuacji, jak bohaterowie głupiej komedii. Więc się śmiejemy.

Kraków roku 1900

Przełom XIX i XX wieku. Niewielkie miasto na krańcu Galicji. Fakt - dawna stolica Polski, fakt - tradycja Uniwersytetu Jagiellońskiego, dużo kościołów, Kazimierz, w dużej części żydowski, jako jego dzielnica. Ale dlaczego Kraków stał się w tym czasie najważniejszym polskim miastem? Ważniejszym od Warszawy, Lwowa, Poznania czy Wilna? Co takiego miało CK miasto, że tam właśnie tworzyli najwybitniejsi pisarze, dziennikarze, malarze, poeci? Co takiego w nim było, że tam właśnie tradycja powiązała się z nowoczesnością, z rozwojem, który teoretycznie był niemożliwy. Czy ktoś mi to rzeczowo wyjaśni?
W pałacu Szołajskich wystawa “Kraków 1900″. Dużo obrazów (tyle że bez Wyspiańskiego, eksponowanego w gmachu głównym Muzeum Narodowego), rysunków, plakatów, reprodukcji, rzeźb, wyposażenia wnętrz… Ciekawa narracja. Dużo informacji. To tu, to tam strzałka - ten tekst warto przeczytać. Chodzimy po kolejnych salach, poświęconych różnym tematom. Jedne z nich pokazane w pełni, te dotyczące sztuki w epoce modernizmu (to pojęcie jakoś na wystawie nie pada, nie ma też secesji - wszak mieszkańcu Krakowa o modernizmie czy secesji nic wiedzieć nie mogli). Inne, jak na przykład polityka, jest ukazana powierzchownie. Bo cóż to za atrakcja - dowiedzieć się, że Włodzimierz Tetmajer był także politykiem… Może polityka dla mieszkańców tego miasta najważniejsza po prostu nie była
Ten świat krakowskiej inteligencji (brak w nim żydów i jakoś słabo prezentowana jest chłopomania) jest pełen ironii, dowcipu, żartu. To nie tylko poważne portrety, od czego zaczynamy oglądanie wystawy, ale żarty z siebie i świata wokół są na porządku dziennym. To nie tylko kawiarnia Michalika, ale cały ówczesny Kraków bawił się i cieszył. Przecież nie tylko na weselu Rydla i Mikołajczykówny. Nie tylko na licznych balach. Nie tylko przejawiało się to zabawnymi rymowankami i karykaturami twórców, którzy przeszli do naszej historii. Od pierwszej sali wydaje się, że twórcy wystawy traktują Kraków przełomu wieków z przymrużeniem oka. Niby poważne prezentacje, a my czujemy ducha Wyspiańskiego, który bawił się pokazując swoich współmieszkańców w krzywym zwierciadle ironii i żartu.
Ciekawy jest ten Kraków przełomu dwóch wieków. Fascynujący.

Flet czarodziejski

To tylko może zdarzyć się w teatrze operowym. Kupuję program i w nim czytam: Premiera 27 czerwca 1987. Czujecie ten smaczek? Premiera odbyła się prawie trzydzieści lat temu a oni sobie grają to przedstawienie bez zmian. I ludzie chcą ich oglądać. W Warszawskiej Operze Kameralnej burza z trzęsieniem ziemi i gradem, powstaje konkurencja w Łazienkach (a reżyserem opery jest dyrektor “konkurencji”, czyli Ryszard Peryt) a my - wypełniona do ostatniego miejsca widownia - oglądamy jak gdyby nigdy nic “Czarodziejski flet”. Tak teatr operowy w wydaniu mikro i makro to dziwna instytucja.
Przypomina mi się narzekanie byłego dyrektora Teatru Wielkiego, który ubolewał, że przecięto mu byka z “Carmen” i musi tegoż byka sklejać, gdyż wymyślił, że inscenizacja z monumentalnym bykiem jest godna wznowienia. Ale to takie problemy dyrektora teatru w stylu makro. Ten byk pewnie nie zmieściłby się na widowni WOK.
A w WOK coroczny Festiwal Mozartowski, który zobowiązuje do pokazania najlepszych inscenizacji. Niestety to już nie te czasy, gdy grano dzieła wszystkie Mozarta. Trzęsienia ziemi muszą mieć swoje przyczyny i skutki. Dobrze, że festiwal jest.
Nie zmienia to faktu, że wznowienie opery Mozarta w inscenizacji sprzed ponad ćwierci wieku może nieco dziwić. Nie można pokazać Papageno mniej naturalistycznie? Czy Geniusze to rzeczywiście aniołki? Czy ów podest słoneczny, na którym wjeżdża Sarastro nieco nie śmieszy? Pytania można mnożyć. No cóż, dyrekcja podjęła taką a nie inną decyzję. Wokaliści grali w znanej od lat konwencji a widzowie byli zachwyceni - jest dobrze.
Gdy siedzę na widowni WOK, cały czas zastanawiam się: - Jak oni mieszczą się na tej scence? Nie za bardzo potykając się o siebie, nie utrudniając sobie pracy? Czasem znajduje się tam ponad dwadzieścia osób! Na powierzchni wielkości dużego pokoju. Łącznie prawdopodobnie z czterdziestoma wykonawcami…
Mała salka teatru ma swój wielki plus. Mądrzy w piśmie twierdzą, iż jest tam doskonała akustyka (chyba lepsza niż u “konkurencji” w Łazienkach), ale dla mnie jest istotne, że ja wszystko - i niewielką orkiestrę, i wszystkich wokalistów - bardzo dobrze słyszę. Bo WOK zatrudnia dobrych wokalistów. Oczywiście trafi się jakiś słabiutki Geniusz, ale soliści (właśnie w tak niewielkim pomieszczeniu) prezentują się niesamowicie. Nie, nie miałbym uwag. Może nieco słabszy Tamino, może do dialogów mówionych Niemcy (bo spektakl grany jest w oryginale) mogliby mieć zastrzeżenia. Ale pamiętajmy, że to opera, pamiętajmy, że to bajeczka ze słabiutkim librettem. Tu ważna jest muzyka. A ta była wspaniale wykonana.
Zapytałem G,. czy chce przeczytać libretto, odpowiedziała, że nie. - Przecież tam jest ważna muzyka. - Chyba ma rację.

Ambassadors

Gdzie dla polsko-amerykańskiej publiczności grają Amerykanie w mundurach wojskowych? W którejś z sal Garnizonu Warszawa? W jakimś nowoczesnym pomieszczeniu, ot, na przykład w Teatrze Nowym? A może po prostu w jakimś klubie? Nie. Big band “Ambassadors” Amerykańskich Sił Powietrznych w Europie gra w najpiękniejszej zabytkowej warszawskiej sali - w Teatrze Królewskim w Łazienkach. Spróbujcie uruchomić wyobraźnię. Siedzimy w klasycystycznej sali budowanej dla króla Stasia, zabytek oświeceniowy w najczystszej formie. Malowidła, rzeźby, nawet kurtyna zapowiada, że będą tam grani “Krakowiacy i górale”, że za chwilę rozpocznie się “Powrót posła”. Atmosfera jak z czasów Sejmu Czteroletniego. Nawet ostatnio oglądane przeze mnie w tej sali “Wesele Figara” to opera pasująca do tego teatralnego wnętrza. Tu aniołek, tam iluzjonistyczne malowidło, człowiek czeka, by w loży zasiadło towarzystwo w białych perukach.
I kto pojawia się na scenie, a wypełniona do ostatniego widza sala wita ich burzliwymi oklaskami? Tak, big band - pięknie umundurowany 13-osobowy amerykański objazdowy zespół muzyczny. Jakiś księżycowy surrealizm, od którego mogą zacząć boleć zęby, nie mówiąc o siedzeniach, gdyż sala teatralna w Łazienkach ma wyjątkowo niewygodne twarde ławeczki. I nawet położona na nie poduszka komfortu siedzenia zupełnie nie poprawia.
To, że od niedawna nam panujący dyrektor Łazienek przygarnął Operę nazwaną Królewską, jakoś da się przeboleć, choć zabytkowa sala nie powinna być zbyt intensywnie eksploatowana. Ale big band? Horror i łamanie jakichkolwiek reguł.
I nie zmienia mojej opinii, że ekipa jest profesjonalna, jeździ wszak po Europie występując nie tylko przed amerykańskimi żołnierzami. Nagłośnienia, jakie ze sobą wozi, w Warszawie pewnie w najlepszych klubach i teatrach nie ma. Jak świetnie było ich słychać! Może to także efekt dobrej akustyki tego niewielkiego teatru. Nasi sojusznicy grali więc bardzo dobrze, i standardy, i utwory mniej znane, wokalistka bezbłędna, zabawne wyjście na widownię zachwyciło, nawet “amerykańskie” pożegnanie gości, ściskanie rąk dwóch setek widzów bardzo mi się podobało.
Ale po wyjściu z budynku, gdy patrzy się na pociemniałe niebo nad Parkiem Łazienkowskim, myślę, że jednak jestem tradycjonalistą i tak chciałbym, aby wszystko, co dzieje się wokół nas miało nieco większy sens. Nawet udany koncert.
PS Występ ten odbył się jakiś czas temu, chyba w maju. Felieton leżał (jak kilka innych) niepowieszony na tej stronie. Ale wczoraj K. napisała, że chciałaby coś mojego nowego przeczytać. No to proszę bardzo. Może nie jest to mój najlepszy tekst (dlatego sobie długo leżał), ale chyba najgorszy też nie.

No nie, tego już za wiele

Siedzę wczoraj - piątek, trzynastego - w Teatrze Warsawy w dawnym kinie “Wars” przy Rynku Nowego Miasta. Oglądam (a właściwie słucham - bo przedstawienie składa się z cyklu piosenek) bardzo przeciętny spektakl. Tytuł “Międzynarodowy dzień odpoczynku od świętowania”. Zastanawiam się, o co właściwie autorowi chodziło i temu mojemu zasłuchaniu-zastanawianiu wyraźnie ktoś przeszkadza. To pani siedząca w pierwszym rzędzie i perlistym, głośnym na cały teatr śmiechem w zupełnie nieoczekiwanych momentach bardziej bawi widownię niż aktorzy na scenie. Ja nie wiem, o co autorowi spektaklu chodzi, pani “perlista” też nie wie, ale śmieje się zwracając na siebie uwagę - jak być zadowolonym z faktu, że wybrałem się do teatru?
Ale gorzej było nie tak dawno w filharmonii. Obok mnie siedziała starsza pani, mająca na sobie sukienkę dwadzieścia centymetrów nad kolana. Pal sześć, nie muszę się odwracać w jej kierunku i obserwować tłuste uda. Ale pani ta przez prawie cały koncert pokasływała, pociągała nosem, pochrząkiwała i wydawała z siebie dźwięki utrudniające nie tylko jej, ale i mnie słuchanie koncertu. Tak, chorzy ludzie nie powinni chodzić do filharmonii.
Gdy pojawiłem się w filharmonii tydzień później, zastanawiałem się, co tym razem mnie spotka. No i co? Spotkała mnie kolejna nieprzyjemność. Obok mnie siedział pan, który po prostu był niedomyty. Tak, cuchnęło od niego potem. Odwracałem się od niego, jak mogłem, ale przesiąść się w trakcie koncertu nie mogłem. Mogłem się przesiąść w Wielki Piątek w Teatrze Wielkim. Obok mnie sympatyczna pani. Nie kaszle, nie śmierdzi. Wprost odwrotnie - pachnie. Wylała na siebie pół butelki jakiejś dobrej wody toaletowej. Poczułem się jak w raju - ale czy w Wielki Piątek naprawdę tak powinienem się czuć?
Zmienię nieco, ale tylko troszkę - temat. Telefony… Przygody z telefonami komórkowymi to teatralna codzienność. Zazwyczaj mają je starsze panie. Ta panika w momencie, gdy telefon zadzwoni. To przyciskanie rozlicznych przycisków… A telefon nie słuch starszej pani i wciąż dzwoni. Raz obserwowałem, gdy właścicielka telefonu po prostu na niego usiadła. Sądziła, biedaczka, ze nie będziemy dzwonka słyszeć. A myśmy słyszeli… Oj, słyszeli.
Coraz rzadziej widać w teatrze młodych ludzi, którzy wysyłają w trakcie spektaklu sms-y. Kiedyś była to norma, dziś prawie tego nie widać. Ale z przygód “telefonicznych” wydaje mi się najciekawsza w wykonaniu pewnego pana. Siedzimy w teatrze, skupieni. Nagle telefon, który pan ten odbiera. Przykłada do ucha, chwilę słucha a następnie komunikuje, a cała widownia słyszy: - Nie mogę rozmawiać, jestem w teatrze.
I wiecie co? Gdy sobie przypomnę tych najgorszych - pierwsze miejsce zajmuje pani “perlista”. To naprawdę było okropne… Tego było za wiele.

Next Page »