Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Flet czarodziejski

To tylko może zdarzyć się w teatrze operowym. Kupuję program i w nim czytam: Premiera 27 czerwca 1987. Czujecie ten smaczek? Premiera odbyła się prawie trzydzieści lat temu a oni sobie grają to przedstawienie bez zmian. I ludzie chcą ich oglądać. W Warszawskiej Operze Kameralnej burza z trzęsieniem ziemi i gradem, powstaje konkurencja w Łazienkach (a reżyserem opery jest dyrektor “konkurencji”, czyli Ryszard Peryt) a my - wypełniona do ostatniego miejsca widownia - oglądamy jak gdyby nigdy nic “Czarodziejski flet”. Tak teatr operowy w wydaniu mikro i makro to dziwna instytucja.
Przypomina mi się narzekanie byłego dyrektora Teatru Wielkiego, który ubolewał, że przecięto mu byka z “Carmen” i musi tegoż byka sklejać, gdyż wymyślił, że inscenizacja z monumentalnym bykiem jest godna wznowienia. Ale to takie problemy dyrektora teatru w stylu makro. Ten byk pewnie nie zmieściłby się na widowni WOK.
A w WOK coroczny Festiwal Mozartowski, który zobowiązuje do pokazania najlepszych inscenizacji. Niestety to już nie te czasy, gdy grano dzieła wszystkie Mozarta. Trzęsienia ziemi muszą mieć swoje przyczyny i skutki. Dobrze, że festiwal jest.
Nie zmienia to faktu, że wznowienie opery Mozarta w inscenizacji sprzed ponad ćwierci wieku może nieco dziwić. Nie można pokazać Papageno mniej naturalistycznie? Czy Geniusze to rzeczywiście aniołki? Czy ów podest słoneczny, na którym wjeżdża Sarastro nieco nie śmieszy? Pytania można mnożyć. No cóż, dyrekcja podjęła taką a nie inną decyzję. Wokaliści grali w znanej od lat konwencji a widzowie byli zachwyceni - jest dobrze.
Gdy siedzę na widowni WOK, cały czas zastanawiam się: - Jak oni mieszczą się na tej scence? Nie za bardzo potykając się o siebie, nie utrudniając sobie pracy? Czasem znajduje się tam ponad dwadzieścia osób! Na powierzchni wielkości dużego pokoju. Łącznie prawdopodobnie z czterdziestoma wykonawcami…
Mała salka teatru ma swój wielki plus. Mądrzy w piśmie twierdzą, iż jest tam doskonała akustyka (chyba lepsza niż u “konkurencji” w Łazienkach), ale dla mnie jest istotne, że ja wszystko - i niewielką orkiestrę, i wszystkich wokalistów - bardzo dobrze słyszę. Bo WOK zatrudnia dobrych wokalistów. Oczywiście trafi się jakiś słabiutki Geniusz, ale soliści (właśnie w tak niewielkim pomieszczeniu) prezentują się niesamowicie. Nie, nie miałbym uwag. Może nieco słabszy Tamino, może do dialogów mówionych Niemcy (bo spektakl grany jest w oryginale) mogliby mieć zastrzeżenia. Ale pamiętajmy, że to opera, pamiętajmy, że to bajeczka ze słabiutkim librettem. Tu ważna jest muzyka. A ta była wspaniale wykonana.
Zapytałem G,. czy chce przeczytać libretto, odpowiedziała, że nie. - Przecież tam jest ważna muzyka. - Chyba ma rację.

Ambassadors

Gdzie dla polsko-amerykańskiej publiczności grają Amerykanie w mundurach wojskowych? W którejś z sal Garnizonu Warszawa? W jakimś nowoczesnym pomieszczeniu, ot, na przykład w Teatrze Nowym? A może po prostu w jakimś klubie? Nie. Big band “Ambassadors” Amerykańskich Sił Powietrznych w Europie gra w najpiękniejszej zabytkowej warszawskiej sali - w Teatrze Królewskim w Łazienkach. Spróbujcie uruchomić wyobraźnię. Siedzimy w klasycystycznej sali budowanej dla króla Stasia, zabytek oświeceniowy w najczystszej formie. Malowidła, rzeźby, nawet kurtyna zapowiada, że będą tam grani “Krakowiacy i górale”, że za chwilę rozpocznie się “Powrót posła”. Atmosfera jak z czasów Sejmu Czteroletniego. Nawet ostatnio oglądane przeze mnie w tej sali “Wesele Figara” to opera pasująca do tego teatralnego wnętrza. Tu aniołek, tam iluzjonistyczne malowidło, człowiek czeka, by w loży zasiadło towarzystwo w białych perukach.
I kto pojawia się na scenie, a wypełniona do ostatniego widza sala wita ich burzliwymi oklaskami? Tak, big band - pięknie umundurowany 13-osobowy amerykański objazdowy zespół muzyczny. Jakiś księżycowy surrealizm, od którego mogą zacząć boleć zęby, nie mówiąc o siedzeniach, gdyż sala teatralna w Łazienkach ma wyjątkowo niewygodne twarde ławeczki. I nawet położona na nie poduszka komfortu siedzenia zupełnie nie poprawia.
To, że od niedawna nam panujący dyrektor Łazienek przygarnął Operę nazwaną Królewską, jakoś da się przeboleć, choć zabytkowa sala nie powinna być zbyt intensywnie eksploatowana. Ale big band? Horror i łamanie jakichkolwiek reguł.
I nie zmienia mojej opinii, że ekipa jest profesjonalna, jeździ wszak po Europie występując nie tylko przed amerykańskimi żołnierzami. Nagłośnienia, jakie ze sobą wozi, w Warszawie pewnie w najlepszych klubach i teatrach nie ma. Jak świetnie było ich słychać! Może to także efekt dobrej akustyki tego niewielkiego teatru. Nasi sojusznicy grali więc bardzo dobrze, i standardy, i utwory mniej znane, wokalistka bezbłędna, zabawne wyjście na widownię zachwyciło, nawet “amerykańskie” pożegnanie gości, ściskanie rąk dwóch setek widzów bardzo mi się podobało.
Ale po wyjściu z budynku, gdy patrzy się na pociemniałe niebo nad Parkiem Łazienkowskim, myślę, że jednak jestem tradycjonalistą i tak chciałbym, aby wszystko, co dzieje się wokół nas miało nieco większy sens. Nawet udany koncert.
PS Występ ten odbył się jakiś czas temu, chyba w maju. Felieton leżał (jak kilka innych) niepowieszony na tej stronie. Ale wczoraj K. napisała, że chciałaby coś mojego nowego przeczytać. No to proszę bardzo. Może nie jest to mój najlepszy tekst (dlatego sobie długo leżał), ale chyba najgorszy też nie.

No nie, tego już za wiele

Siedzę wczoraj - piątek, trzynastego - w Teatrze Warsawy w dawnym kinie “Wars” przy Rynku Nowego Miasta. Oglądam (a właściwie słucham - bo przedstawienie składa się z cyklu piosenek) bardzo przeciętny spektakl. Tytuł “Międzynarodowy dzień odpoczynku od świętowania”. Zastanawiam się, o co właściwie autorowi chodziło i temu mojemu zasłuchaniu-zastanawianiu wyraźnie ktoś przeszkadza. To pani siedząca w pierwszym rzędzie i perlistym, głośnym na cały teatr śmiechem w zupełnie nieoczekiwanych momentach bardziej bawi widownię niż aktorzy na scenie. Ja nie wiem, o co autorowi spektaklu chodzi, pani “perlista” też nie wie, ale śmieje się zwracając na siebie uwagę - jak być zadowolonym z faktu, że wybrałem się do teatru?
Ale gorzej było nie tak dawno w filharmonii. Obok mnie siedziała starsza pani, mająca na sobie sukienkę dwadzieścia centymetrów nad kolana. Pal sześć, nie muszę się odwracać w jej kierunku i obserwować tłuste uda. Ale pani ta przez prawie cały koncert pokasływała, pociągała nosem, pochrząkiwała i wydawała z siebie dźwięki utrudniające nie tylko jej, ale i mnie słuchanie koncertu. Tak, chorzy ludzie nie powinni chodzić do filharmonii.
Gdy pojawiłem się w filharmonii tydzień później, zastanawiałem się, co tym razem mnie spotka. No i co? Spotkała mnie kolejna nieprzyjemność. Obok mnie siedział pan, który po prostu był niedomyty. Tak, cuchnęło od niego potem. Odwracałem się od niego, jak mogłem, ale przesiąść się w trakcie koncertu nie mogłem. Mogłem się przesiąść w Wielki Piątek w Teatrze Wielkim. Obok mnie sympatyczna pani. Nie kaszle, nie śmierdzi. Wprost odwrotnie - pachnie. Wylała na siebie pół butelki jakiejś dobrej wody toaletowej. Poczułem się jak w raju - ale czy w Wielki Piątek naprawdę tak powinienem się czuć?
Zmienię nieco, ale tylko troszkę - temat. Telefony… Przygody z telefonami komórkowymi to teatralna codzienność. Zazwyczaj mają je starsze panie. Ta panika w momencie, gdy telefon zadzwoni. To przyciskanie rozlicznych przycisków… A telefon nie słuch starszej pani i wciąż dzwoni. Raz obserwowałem, gdy właścicielka telefonu po prostu na niego usiadła. Sądziła, biedaczka, ze nie będziemy dzwonka słyszeć. A myśmy słyszeli… Oj, słyszeli.
Coraz rzadziej widać w teatrze młodych ludzi, którzy wysyłają w trakcie spektaklu sms-y. Kiedyś była to norma, dziś prawie tego nie widać. Ale z przygód “telefonicznych” wydaje mi się najciekawsza w wykonaniu pewnego pana. Siedzimy w teatrze, skupieni. Nagle telefon, który pan ten odbiera. Przykłada do ucha, chwilę słucha a następnie komunikuje, a cała widownia słyszy: - Nie mogę rozmawiać, jestem w teatrze.
I wiecie co? Gdy sobie przypomnę tych najgorszych - pierwsze miejsce zajmuje pani “perlista”. To naprawdę było okropne… Tego było za wiele.

Byłem rzymskim senatorem

W jednej z recenzji po premierze napisano, że widzowie są “ustawieni”, bo przecież nikt, żaden widz, nie zgodziłby się wchodzić w taką interakcję z aktorami. Czy rzeczywiście? Przecież ja jestem przykładem, że nikt się wcześniej ze mną nie umawiał, a zagrałem scenkę w “Neronie” w Teatrze Powszechnym dwa dni temu. Tak, zapłaciłem większą sumę, by siedzieć na scenie - być rzymskim senatorem. Ale się nie spodziewałem, że nie będą to krzesła, lecz leżanki (piekielnie niewygodne, trzeba było obracać się z boku na bok, by obserwować akcję), że będzie tam też odrobina wina, owoce. A przede wszystkim, że nas, senatorów, będą nasze władze, nasz Neron, okropnie wykorzystywać. A to konkurs w jedzeniu ciasteczek w formie płodów nienarodzonych dzieci, a to siedzenie na stołkach symbolizujące krzyże chrześcijan. Mnie przypadło złamanie 10 punktu Prawa Harcerskiego. Zostałem prawie zmuszony znienacka do wypicia żołądkowej gorzkiej. Trzech kieliszeczków płynu, którego w życiu jeszcze nie piłem. A później spędzenia “słodkiego” sam na sam ze ślicznym półnagim młodzieńcem. Ot, w nagrodę.
O czym jest ów “Neron”? Przedstawieniem o władzy? O władzy potężnej, nad połową ówczesnego świata. “Rzym jest tam, gdzie postawiłem swoją stopę” - mówi Neron. To przedstawienie o miłości i seksualizmie człowieka? Aktorzy obnażają się często. Obie żony Nerona - ta, której obciął głowę, i ta, z którą bierze symboliczny ślub, także niekompletnie ubrane. Zamordowana - już złota, pomnikowa. A ślub był trzyosobowy. Neron i dwoje partnerów - on - Neron, i ona - Neron. Troje Neronów. W Rzymie zwycięzca konkursu w jedzeniu ciasteczek (zjadł tylko jedno, konkurencja więcej, ale Neron wie, kto jest najlepszy) wybiera między chłopcem a dziewczyną - taką ma nagrodę. Dlatego mnie przypadł chłopiec - trudno. Miłość, także ta fizyczna, jest bardzo ważna. Albo ważna jest śmierć. - Jak chciałbyś umrzeć - pada pytanie rzucone do widowni po opowiedzeniu, w jaki sposób umierał Tacyt. Pewna zgorszona pani na widowni stwierdza, że przedstawienie należy przerwać. Ale nie toczy się dalej, choć z różnym tempem. Czy jednak świat, także ten rzymski, może być doskonały?
Pewne jest jedno - nie jest to rzymski świat prezentowany przez Sienkiewicza. Nie jest to świat czarno-biały. Wiele w trakcie przedstawienia pada pytań, na które laureat nagrody Nobla potrafił udzielić odpowiedzi, my mamy z tym niejaką trudność. Może świat jest bardziej skomplikowany, niż się Sienkiewiczowi wydawało?
Następnego dnia chodziłem jak połamany. Te leżanki były okropne. I wódeczka, wino i chłopiec w nagrodę wcale mi tego nie zrekompensowali. A świat Nerona i nasz współczesny tak niewiele się różnią. Aż dziw.

Dobry gdyński duch

Pewnymi teatrami muzycznymi (albo takimi, które chciałyby takimi być) opiekują się dobre i złe duchy. Tak, trzeba wierzyć w duchy teatru i ich opiekę nad całymi gmachami wraz z ich zespołami artystycznymi. Bo kto mi powie, jaki jest powód, że w warszawskim Teatrze Syrena, gdzie starają się ogromnie, gdzie jest nowa dyrekcja, gdzie wystawiają znany światowy musical, widz czuje się jak w teatrze sprzed kilkudziesięciu lat, a w Teatrze Muzycznym w Gdyni jak na normalnym widowisku z XXI wieku?
Teatr Syrena zdaniem jego szefa i równocześnie reżysera “Czarownic z Eastwick” ma stać się sceną muzyczną. I to cieszy. Ale pierwsza premiera tejże zmodernizowanej sceny nie zachwyca, choć recenzje zbiera znakomite. Bo dobrze zaśpiewane, bo liczny zespół aktorów tańczy jak w transie, bo scenografia, bo gra świateł, bo zespół muzyczny… Tak, ale to wszystko nie daje nowoczesnego widowiska. Może dlatego, że to opowiastka o trzech paniach w średnim wieku? Bo cóż z tego, że autorzy mówią nam: - Każdy w każdym wieku ma szansę być szczęśliwym. - Siedzę na widowni i powtarzam sobie - to taki teatr na trójkę z plusem. Nie żałuję, że wydałem dużą kasę, ale żeby tak chodzić do “Syreny” częściej - nie.
I kilka dni później siedzę na widowni gdyńskiego Teatru Muzycznego. Tak, grają “Ducha”, czyli musicalowy “Ghost”. Znamy owego ducha z filmu (opowiastkę o czarownicach także). Ale tu, fakt, na większej scenie, dobry duch teatru czuwa. Grają jak w transie, śpiewają, nawet troszeczkę zmuszają nas, abyśmy się wzruszyli. I choć wiemy, że duch zamordowanego męża zrobi wszystko, aby prawda wyszła na jaw, choć wiemy, że zło będzie ukarane, to i tak chcemy wiedzieć, co dalej się wydarzy. Tak, w Gdyni mają bardzo dobry teatr.
A na widowni poza pokaźną grupą dorosłych - dzieci i młodzież. Ta młodzież jest na miejscu, ale te dzieci mają kłopot. Jak tu nie gadać, gdy na scenie tyle się dzieje? Zastanawiam się, czy ci piątoklasiści powinni się w teatrze znaleźć. I dochodzę do wniosku, że tak. Niech się uczą, niech dorośli na nich pokrzyczą. Niech przeżyją tyle, ile się da. Bo na dodatek w tym teatrze nie trzeba za obejrzenie przedstawienia teatralnego płacić majątku. Stać mnie, stać piątoklasistów.
“Duch” zwyciężył. Co prawda nie ożył, ale wszystko skończyło się dobrze. Bardzo mi się to razem podobało. Teatr, przedstawienie i niegrzeczne dzieci.

« Previous PageNext Page »