Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (21) Szkoła (73) Varia (102)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

A w Krakowie

Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek jest zszokowany. Gdy nie rozumie, co się wokół niego dzieje, gdy świat wali mu się na głowę i nie rozumie, o co chodzi. O co chodzi z zachowaniami ludzi, którzy cię otaczają. Takie dziwne wrażenie nierozumienia otaczającego mnie świata przezyłem ostatnio w cesarsko-królewskim mieście stołecznym Krakowie. (A może to błąd ortograficzny i powinienem ostatnie słowa napisać dużymi literami?).
Nie byłem w Krakowie już kilka lat. I nie jest to istotne, bo miasto Kraków wydawało mi się niezmienne. Zawsze mogę pójść do kawiarni w Sukiennicach i patrzeć na pomnik Wieszcza. Zawsze mogę wejść do Jamy Michalikowej i zachwycać się jej wnętrzem. Nawet kelnerki obsługiwały nas, jakby świat wokół się nie zmieniał. Wawel stoi na swoim miejscu, Barbakan i Brama Floriańska także. W odróżnieniu od zmieniającej się Warszawy centrum Krakowa, z jego swoistą dostojnością, spokojem, z jego Wierzynkiem i Hotelem “Pod różą” było wspaniałe. Było to dla mnie miasto inteligencji z piękną przeszłością i ciekawą teraźniejszością. I wcale nie przeszkadzała mi w tym wyobrażeniu przydworcowa wielka galeria handlowa lub nowoczesny kampus uniwersytecki.
No tak, ale okazało się, że “mój Kraków” już moim nie jest. Stoję na Rynku - jest początek marca, mróz siarczysty, godzina 22, a może 23? Stoję na Rynku i widzę hordy polskich i obcojęzycznych Hunów wrzeszczących, biegających, nawołujących się. Hunów w większości na stan wskazujący na spożycie. Jacyś faceci z tablicami “klubów” lub innych “pubów” zbierający te wrzeszczące hordy. Nie można normalnie rozmawiać - Kraków się bawi.
Ja przepraszam - jeżeli to ma być zabawa, to może władze Krakowa powinny podzielić dobę na jakieś dwie nierówne części. Niech od 4.00 do 22.00 miasto będzie dla ludzi, do których też chciałbym się zaliczyć. Miasto pełne dostojeństwa i spokoju. A przez kilka godzin nocnych oddajmy je oficjalnie w ręce imprezowiczów. Ale wtedy ja proszę o oficjalny komunikat: “Ludziom nie będącym pod wpływem używek do centrum miasta wstęp wzbroniony. I wtedy ja wiem - nie mam prawa znajdować się w okolicach północy w okolicach Sukiennic. To naprawdę proste rozwiązanie. Bo takich przeżyć, jak 3 marca, po prostu więcej mieć już nie chcę.
PS Włączam ten tekst do działu “kultura”, bo wszak o kulturze, a nie o pieniądzach, jest mowa.

Lektury, lektury…

W ciągu ostatniego miesiąca otrzymałem kilka książek. Były ku temu różne okazje. Jakimi lekturami mnie obdarzono? Jakim czytelnikiem jestem dla obdarodawców? Moim zdaniem to interesujące… Było to (chyba) osiem pozycji.
1. Człowiek, który czytał umarłych
Większość powieści sensacyjnych toczy się w Europie lub USA. Dlatego otrzymałem zupełnie inny tekst. Czy ciekawy będzie utwór hiszpańskiego autora, który akcję swego utworu umieścił w XIII wieku w Chinach. Czy opowieść o wielkim autentycznym uczonym będzie tak samo pasjonująca, jak współczesne powieści detektywistyczne?
2. Sprawa osobista
To był zakup na życzenie. Jeżeli przeczytałem dwadzieścia powieści o Jacku Reacherze, to chciałbym zapoznać się z tą dwudziestą pierwszą, niestety już ostatnią. Bardzo lubię narrację w tych tekstach. Niezależnie od tego, czy jest pisany w pierwszej, czy w trzeciej osobie. To takie sympatyczne czytadła - sensacyjne i “męskie”. Ucieszyłem się z tego prezentu. Pytanie, czy Lee Child napisze o Reacherze dwudziestą drugą powieść.
3. Pchły, plotki a ewolucja języka
Oj, dostałem tekst popularnonaukowy Brytyjczyka Robina Dunbara. O plotce. Podobno język powstał, abyśmy mogli… plotkować. Zabawna teza, którą autor stara się udowodnić. Tekst także socjologiczny. Tym razem potraktowano mnie poważnie. To dobrze, bo w większości to utwory, które czyta się lekko, łatwo i przyjemnie.
4. Pierre Lemaitre
Tu nie wpisuję tytułu. Tym razem nie mogę, bo powieści są trzy. To taki ostatni obyczaj. W okolicach świąt wydawane są zestawy złożone z dwóch lub trzech tomów. Dostałem więc utwory francuskiego autora o komisarzu Camille’u Verhoevenie. Jeszcze zamknięte, zafoliowane, odkładam ich czytanie na później. Może za miesiąc, może za dwa.
5. Śmiertelnie proste rozwiązanie
Typowy kryminał. Interesujący, bo Anglik przenosi akcję utworu do Stanów Zjednoczonych. Przypomina mi się nasz Maciej Słomczyński, czyli Joe Alex, którego świetne utwory sensacyjne (w dawnych czasach - PRL-u) były w stu procentów brytyjskie. Czy Brytyjczyk zna dobrze Stany? Nie wiem.
6. Upiór nawiedził Europę
To powieść z cyklu “Upiory”. Ponownie Francja. Ponownie thriller. Zamach na prezydenta Francji (tak samo zaczyna się amerykańska “Sprawa osobista”). Ale ta powieść jest poważniejsza od tekstów amerykańskich. “Upiorów” jest więcej, może zachęcę się do czytania utworów Saabri Louataha.
7. Oszukana
To kolejna powieść bardzo popularnej Charlotty Link. W domu stoi na półce sześć jej powieści. Większości nie czytałem. Pamiętam tylko “Lisią dolinę”. Jakoś mnie ona nie zachwyciła. Z opisu na okładce wynika, że “Oszukana” jest tekstem wybitnym. Zobaczę. I zawsze mogę kupić jeszcze kilka pozycji tej autorki.
8. Atlas wysp odległych
To taka wisienka na torcie. Podtytuł tego atlasu brzmi: “Pięćdziesiąt wysp, na których nie byłam i nigdy nie będę”. Każda wyspa to bardzo skromna mapka i tekst - ciekawostka. Niektóre wyspy znane, jak na przykład Wyspa Wielkanocna czy Wyspa św. Heleny. O większości z nich nie słyszałem. I większość opowieści jest smutna, nie tylko o Wyspie Samotności.
Zauważcie. Nie dostałem ani jednego utworu napisanego przez Polaka. Francja, Hiszpania, Niemcy, Stany Zjednoczone, Wielka Brytania - stąd pochodzą autorzy. Przeważa sensacja. Prace o plotce i wyspach odległych są wyjątkami. Czyli moi znajomi, kuzyni i krewni uznali, że przede wszystkim jestem czytelnikiem kryminałów, thrillerów, utworów sensacyjnych. No i dobrze. Ale dlaczego nie dostałem ani jednego polskiego utworu? Zastanawiające.
PS Była szansa, że otrzymam jeden kryminał polski. Ale tak jakoś wyszło, że jednak dostałem utwór innego autora - spoza granic Polski.

Opera królewska po raz pierwszy

O panu ministrze Glińskim nie mam dobrego zdania. Prowadzona przez niego polityka kulturalna i podejmowane decyzje to w wielu momentach jedno wielkie nieporozumienie. Nie pisałem o tym (tak jak generalnie ostatnio o polityce), choć wielokrotnie ręce opadają. Mój młodszy kolega ze szkoły, człowiek wychowywany na Saskiej Kępie jest tak kulturalnie niekulturalny?
Raz jednak nieporozumienia i zamieszanie wokół jednej instytucji kultury dały dobry efekt. Zwolnienie znacznej części pracowników z Warszawskiej Opery Kameralnej zaowocowało powstaniem drugiej - nieco bratniej a nieco konkurencyjnej instytucji - Polskiej Opery Królewskiej. Minister Gliński wyjął pieniądze z kasy ministerstwa i zwolnieni pracownicy znaleźli się w owej drugiej warszawskiej kameralnej operze, która nosi dumne imię królewskiej. Owa królewskość przejawia się także tym, że jej główną siedzibą jest Teatr Stanisławowski w Łazienkach.
Budynek tego teatru jest jakoś słabo znany. Gdy mówię: - Wiesz, byłem w Łazienkach na operze - pada zazwyczaj pytanie: - Jak to, teraz? Przecież jest zima. - Amfiteatr przez wielu jest traktowany jako jedyne miejsce, gdzie można wystawiać opery. Może dzięki tej nowej instytucji kultury czegoś o budynku teatralnym dowie się więcej mieszkańców Warszawy?
Pierwszą premierą nowej placówki było “Wesele Figara”. Niby nowa premiera, ale twórcy znani z WOK-u. Bo reżyseria “etatowego” inscenizatora Mozarta - dyrektora Peryta. Bo dyrygent też nam znany - Ruben Silva. Jeden interesujący pomysł scenograficzny - oryginalne tło. A tak to odśpiewana w miarę poprawnie cała opera buffa. W obsadzie po troje-czworo solistów. Trudno powiedzieć, który z wokalistów jest lepszy.
Opery słucha się z przyjemnością, kto nie lubi słuchać Mozarta. Tylko reżyser nie pomyślał o widzu. Po pierwsze w Teatrze Stanisławowskim ławki są niewygodne. A ponieważ miejsca są nienumerowane, duża część publiczności na tych ławeczkach siedziała przez cztery godziny. Rozumiem, że Mozart piękny, ale czy nie można go było nieco skrócić? Po drugie - rozumiem, że do Opery Królewskiej powinni przychodzić ludzie edukowani, kulturalni i obyci. Ale w niektórych miejscach akcja “Wesela Figara” jest dosyć skomplikowana. Czy nie można było gdzieś tam z boczku, jak w WOK-u, wyświetlać polskiego tłumaczenia? To przecież norma w polskich operach. A jeżeli to było niemożliwe, czy nie można było streszczenia akcji zamieścić w programie? Czy widz dla teatru nie powinien być najważniejszy?
Liczę, że następna premiera będzie bardziej udana - nie dla teatru, lecz dla nas - widzów.

Nikt

No tak. Wreszcie przedstawienie, które da się oglądać. A trudno ten dramat nazwać komedią, choć gdzieś tak ten spektakl został scharakteryzowany. Nie, “Nikt” w ostateczności można nazwać tragikomedią. Od pierwszego dialogu do samego końca jest to opowieść o człowieku (i to nie jednym) nieszczęśliwym, o braku możliwości porozumienia się między ludźmi, o egoizmie, egotyzmie, przyjaźni, która się załamuje przy każdym najmniejszym niepowodzeniu.
Jak tragicznie brzmią słowa przyszłego samobójcy, który z pewnym zdziwieniem pyta swych kuzynów, pyta też mężczyznę, którego uważał za osobę bliską: - Dlaczego mnie nie zniechęcacie, dlaczego nie staracie się przekonać, że nie powinienem skoczyć z dachu? - Tak jest, jeżeli między nami pod jednym dachem żyje Nikt. Pozornie z nim rozmawiamy, pozornie interesujemy jego losem, ale to tylko pozory.
Ale w dramacie Hanocha Levina, wystawionym na małej scenie Teatru Narodowego, okazuje się, że każdy z bohaterów jest Nikim. On i ona, Tejgalach i Klemensa, którzy przebierają się w ubrania przeciwnej płci. Tak długo są małżeństwem i zupełnie siebie nie rozumieją. Odgrywają oni rolę męża i żony. Potrafią grać dobrze, na tyle dobrze, że mogą też grać rolę swego partnera. Druga para - młodych. W jakim celu żeni się Warszawiak? Po co ślubną suknię kupuje Fogra? A kelnerka, a Adaś - ile oni znaczą dla innych? Czy kelnerka w pięknej sukni przestanie być Nikim? Przecież nie. Akcja toczy się od nieszczęśliwego początku do nieszczęśliwego końca. Bardzo mi się to podoba.
Nie tak dawno napisałem, że przestaję chodzić do teatrów nowoczesnych, eksperymentujących z treścią i formą. Może to tak jest, że są tacy, którzy potrzebują wielu bodźców, oddziałujących na ich różne zmysły. Ja chyba potrzebuję spokojnego teatru, w którym wszystko jest na właściwym miejscu. Akcja toczy się z jakąś logiką, bohaterowie są wyraziści, po spektaklu da się jeszcze o nim porozmawiać, trochę wysnuć wniosków, trochę naszą sytuację porównać z sytuacją postaci występujących na scenie. To wszystko dał mi Teatr Narodowy. I jeszcze dobrą, a nawet bardzo dobrą grę aktorów - od tych najstarszych (co jest normą) do tych najmłodszych (co już normą wcale nie jest).
Tylko nie mówcie mi, że chodzi mi o cieplutkie, spokojne przedstawienia. Przecież takim spektaklem do myślenia była rozreklamowana nadmiernie “Klątwa” w Teatrze Powszechnym. Wiem, jaki świat jest przede mną ukazywany, wiem (albo wydaje się, że wiem - to obojętne), o co autorowi i reżyserowi chodziło.
Cieszę się, że nie zawiodłem się w Narodowym. Bo gdyby tam też była klęska, to chyba musiałbym zmienić w moich upodobaniach teatr na film. A wcale nie chcę.

To nie dla mnie

- Teatr Nowy? A gdzie to jest? - pyta taksówkarz już od dobrych kilku lat jeżdżący z klientami po Warszawie. - Na Madalińskiego, niedaleko Puławskiej - odpowiadam.
- Wie pan, wcale nie wiedziałem, że tu jest teatr - mówi taksówkarz wiozący nas do domu. O co chodzi? Ogromny neon, tłumy ludzi w teatrze, a dla panów taksówkarzy to miejsce jest nieznane. Dziwna jest ta nasza Warszawa. A może ludzie już nie jeżdżą taksówkami do teatru?
A w “Nowym” grają “Sonatę widm” według Strindberga. Wieki już nie byłem w tym teatrze (no, może nie wieki, ale dawno) i pora była zobaczyć, co tam słychać. Ale tam się zmieniło! Hala z księgarnią i kawiarnią śliczna, kawa dobra, toalety - marzenie (jakość teatru, hotelu, kawiarni, centrum handlowego można oceniać po czystości toalet), dziewczyna w szatni uśmiechnięta. Na wstępie wszystko gra.
No i grało na wstępie, bo wieczór był, powiedzmy sobie - mocno kontrowersyjny. Kiedyś pisałem - po wyjściu z przedstawienia musimy je pamiętać dłużej niż do następnego poranka. Teatr musi budzić emocje, pobudzać intelektualnie, oddziaływać na nasze zmysły itd., itd. W przypadku “Sonaty widm” wszystko było. Mocna muzyka - usnąć się nie dało. Maski - ogromne kule na głowach aktorów - grać przedstawienie mogła każda osoba z ulicy, wystarczyło tylko nagrać tekst, a przecież to nie jest trudne. Po spektaklu ktoś sobie żartował na temat mimiki występującej tam Ewy Dałkowskiej. Owe kule obrzydliwe - przypominające głowy ludzkie ze złych snów, w trakcie przedstawienia jeszcze różnorodnie niszczone i zniekształcane. Widmowe to one były, oj, były. Głosy aktorów dochodzące jak spod ziemi, oczywiście celowo zniekształcone (nie ma to jak współczesna technika), czasem nie dawało się ich się zrozumieć. Czasem światło rażące prosto w oczy, ostre, tu czerwone, agresywne. Modne teraz w teatrach. Gdyby komuś zachciało się zdrzemnąć - obudziłyby śpiocha. Większość akcji niewidoczna dla widzów. To znaczy widoczna, bo cały czas mamy obraz z kamery (gratulacje dla biegającego po terenie kamerzysty) i ową akcję jak w kinie możemy śledzić. To, co miał nam do powiedzenia Strindberg, zostało wpuszczone w Witkacowską Czystą Formę. Wyszła mieszanka nie do spożycia. Chyba żeby o to właśnie reżyserowi chodziło - zniechęcić widza do uczestniczenia w przedstawieniach Teatru Nowego. Tylko kilkanaście osób opuściło widownię przed zakończeniem. Zakończeniem miotania się po scenie. Biedni aktorzy, biedni widzowie.
Podejrzewam, że recenzje będą entuzjastyczne - że nowatorstwo, że ciekawie, że taka świetna muzyka. No trudno. Tak być musi.
A dwa dni później byłem na “Balladynie” sprowadzonym do Warszawy spektaklu wrocławskiego teatru Capitol. To teatr muzyczny. I rzeczywiście. Zaśpiewane fragmenty Słowackiego były interesujące. Ale dlaczego miałem oglądać to zniekształcenie dramatu? Dlaczego ktoś wymyślił, że to przedstawienie wybitne? Czy naprawdę poszatkowanie tej tragedii i pokazanie jakichś zniekształconych fragmentów ułożonych, jakby słowacki był dadaistą, ma sens?
Po wyjściu z teatru powiedziałem sobie - przez pół roku nie pójdę na przedstawienie wybitnego reżysera do wybitnego teatru. Nie pójdę na “Golema”, nie pójdę na “Proces”. Strajkuję. Kupiłem bilety do Teatru Narodowego. Może z tego teatru wyjdę usatysfakcjonowany. Oby.

« Previous PageNext Page »