Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Archiwum kategorii: 'Kultura'

Byłem rzymskim senatorem

W jednej z recenzji po premierze napisano, że widzowie są “ustawieni”, bo przecież nikt, żaden widz, nie zgodziłby się wchodzić w taką interakcję z aktorami. Czy rzeczywiście? Przecież ja jestem przykładem, że nikt się wcześniej ze mną nie umawiał, a zagrałem scenkę w “Neronie” w Teatrze Powszechnym dwa dni temu. Tak, zapłaciłem większą sumę, by siedzieć na scenie - być rzymskim senatorem. Ale się nie spodziewałem, że nie będą to krzesła, lecz leżanki (piekielnie niewygodne, trzeba było obracać się z boku na bok, by obserwować akcję), że będzie tam też odrobina wina, owoce. A przede wszystkim, że nas, senatorów, będą nasze władze, nasz Neron, okropnie wykorzystywać. A to konkurs w jedzeniu ciasteczek w formie płodów nienarodzonych dzieci, a to siedzenie na stołkach symbolizujące krzyże chrześcijan. Mnie przypadło złamanie 10 punktu Prawa Harcerskiego. Zostałem prawie zmuszony znienacka do wypicia żołądkowej gorzkiej. Trzech kieliszeczków płynu, którego w życiu jeszcze nie piłem. A później spędzenia “słodkiego” sam na sam ze ślicznym półnagim młodzieńcem. Ot, w nagrodę.
O czym jest ów “Neron”? Przedstawieniem o władzy? O władzy potężnej, nad połową ówczesnego świata. “Rzym jest tam, gdzie postawiłem swoją stopę” - mówi Neron. To przedstawienie o miłości i seksualizmie człowieka? Aktorzy obnażają się często. Obie żony Nerona - ta, której obciął głowę, i ta, z którą bierze symboliczny ślub, także niekompletnie ubrane. Zamordowana - już złota, pomnikowa. A ślub był trzyosobowy. Neron i dwoje partnerów - on - Neron, i ona - Neron. Troje Neronów. W Rzymie zwycięzca konkursu w jedzeniu ciasteczek (zjadł tylko jedno, konkurencja więcej, ale Neron wie, kto jest najlepszy) wybiera między chłopcem a dziewczyną - taką ma nagrodę. Dlatego mnie przypadł chłopiec - trudno. Miłość, także ta fizyczna, jest bardzo ważna. Albo ważna jest śmierć. - Jak chciałbyś umrzeć - pada pytanie rzucone do widowni po opowiedzeniu, w jaki sposób umierał Tacyt. Pewna zgorszona pani na widowni stwierdza, że przedstawienie należy przerwać. Ale nie toczy się dalej, choć z różnym tempem. Czy jednak świat, także ten rzymski, może być doskonały?
Pewne jest jedno - nie jest to rzymski świat prezentowany przez Sienkiewicza. Nie jest to świat czarno-biały. Wiele w trakcie przedstawienia pada pytań, na które laureat nagrody Nobla potrafił udzielić odpowiedzi, my mamy z tym niejaką trudność. Może świat jest bardziej skomplikowany, niż się Sienkiewiczowi wydawało?
Następnego dnia chodziłem jak połamany. Te leżanki były okropne. I wódeczka, wino i chłopiec w nagrodę wcale mi tego nie zrekompensowali. A świat Nerona i nasz współczesny tak niewiele się różnią. Aż dziw.

Dobry gdyński duch

Pewnymi teatrami muzycznymi (albo takimi, które chciałyby takimi być) opiekują się dobre i złe duchy. Tak, trzeba wierzyć w duchy teatru i ich opiekę nad całymi gmachami wraz z ich zespołami artystycznymi. Bo kto mi powie, jaki jest powód, że w warszawskim Teatrze Syrena, gdzie starają się ogromnie, gdzie jest nowa dyrekcja, gdzie wystawiają znany światowy musical, widz czuje się jak w teatrze sprzed kilkudziesięciu lat, a w Teatrze Muzycznym w Gdyni jak na normalnym widowisku z XXI wieku?
Teatr Syrena zdaniem jego szefa i równocześnie reżysera “Czarownic z Eastwick” ma stać się sceną muzyczną. I to cieszy. Ale pierwsza premiera tejże zmodernizowanej sceny nie zachwyca, choć recenzje zbiera znakomite. Bo dobrze zaśpiewane, bo liczny zespół aktorów tańczy jak w transie, bo scenografia, bo gra świateł, bo zespół muzyczny… Tak, ale to wszystko nie daje nowoczesnego widowiska. Może dlatego, że to opowiastka o trzech paniach w średnim wieku? Bo cóż z tego, że autorzy mówią nam: - Każdy w każdym wieku ma szansę być szczęśliwym. - Siedzę na widowni i powtarzam sobie - to taki teatr na trójkę z plusem. Nie żałuję, że wydałem dużą kasę, ale żeby tak chodzić do “Syreny” częściej - nie.
I kilka dni później siedzę na widowni gdyńskiego Teatru Muzycznego. Tak, grają “Ducha”, czyli musicalowy “Ghost”. Znamy owego ducha z filmu (opowiastkę o czarownicach także). Ale tu, fakt, na większej scenie, dobry duch teatru czuwa. Grają jak w transie, śpiewają, nawet troszeczkę zmuszają nas, abyśmy się wzruszyli. I choć wiemy, że duch zamordowanego męża zrobi wszystko, aby prawda wyszła na jaw, choć wiemy, że zło będzie ukarane, to i tak chcemy wiedzieć, co dalej się wydarzy. Tak, w Gdyni mają bardzo dobry teatr.
A na widowni poza pokaźną grupą dorosłych - dzieci i młodzież. Ta młodzież jest na miejscu, ale te dzieci mają kłopot. Jak tu nie gadać, gdy na scenie tyle się dzieje? Zastanawiam się, czy ci piątoklasiści powinni się w teatrze znaleźć. I dochodzę do wniosku, że tak. Niech się uczą, niech dorośli na nich pokrzyczą. Niech przeżyją tyle, ile się da. Bo na dodatek w tym teatrze nie trzeba za obejrzenie przedstawienia teatralnego płacić majątku. Stać mnie, stać piątoklasistów.
“Duch” zwyciężył. Co prawda nie ożył, ale wszystko skończyło się dobrze. Bardzo mi się to razem podobało. Teatr, przedstawienie i niegrzeczne dzieci.

Stradella - a kto to?

Przedstawienie było urocze. Prawdziwy teatr, prawdziwa zabawa, dobra reżyseria, dobre (choć może tu to ja znawcą wielkim nie jestem) głosy. Takie widowiska spotyka się rzadko. No i jeszcze nazwijmy to takim współczesnym językiem - znakomity projekt. Młodzi wokaliści śpiewają w siedemnastowiecznej operze komicznej zapomnianego (nieznanego mi) kompozytora Alessandro Stradellego. Propagujący jego utwory Andrea de Carlo opisał nam w programie smutne dzieje tego artysty. Dzieje zakończone śmiercią - zabójstwem przez płatnego mordercę. Ale czasy były ciekawe, a morderstwa na porządku dziennym.
Ale nie fakt, iż de Carlo odkrył “Opiekuna Trespolia” jest istotne, nawet nie to, że jak dumnie możemy przeczytać, jest to światowe wystawienie pierwsze po roku 1679. Istotne, że kilkoro młodych artystów pod kierunkiem licznych profesorów Uniwersytetu Muzycznego pokierowani przez Pawła Pasztę z Akademii Teatralnej bawi nas barokową komedią pomyłek w stylu nieco komedii del arte. Bawi nas gapowaty Trespolio, zakochana w nim Artemisia (jak można się kochać w tak nierozgarniętym osobniku?) i grono otaczających ich znajomych-przyjaciół, którzy myślą o dwóch ludzkich problemach: miłości i pieniądzach. A może najpierw o pieniądzach, później o miłości. Towarzysząca mi w Collegium Nobilium P. powiedziała z pełną szczerością: - To takie aktualne, dziś jest tak samo… No nie wiem, czy rzeczywiście tak samo. Ale nie da się ukryć, że od wieków uczucia, i środki do życia (czasem więcej niż tylko do życia) pasjonują nas, zajmują nam myśli i czas.
Zatem w “Il Trespolo tutore” mamy zabawne stroje (ta spódnica Artemisi, ten brzuch Trespola!), mamy arlekinowate ubiory mężczyzn, mamy służącą z wielkim sztucznym biustem. Mamy sytuacje nie z tego świata - tęże służącą, która jest skłonna ożenić się z Artemisią (ta ma wszak duży posag). Przede wszystkim mamy wokalistów, którzy grają dowolne role - mężczyzna gra kobietę, kobieta mężczyznę. Ale także mężczyzna - mężczyznę i kobieta - kobietę, tak całkiem jak w zwykłej operze. Fakt, w czasach Stradelli role żeńskie grali chłopcy. Dlaczego więc nie odwrócić współcześnie ról? Można. I to się zupełnie nieźle udało. Pomysł nie razi - wprost odwrotnie, wzbogaca przedstawienie.
Scena pusta. Właściwie gdyby nie kolorowe stroje, na scenie pozostałby tylko podest. Tylko stroje przyciągają wzrok, bo co mi z tego, że pojawia się lustro lub aktorka huśta się na linie…
A łącznie - naprawdę wdzięczne widowisko.
PS Nie napisałem nic o orkiestrze, o klawesynie, yioli da gamba. Ale tu już jestem takim laikiem, że nie powinienem na ten temat zabierać głosu. Jednak brzmiało znakomicie. Czy taka była orkiestra w czasach Stradellego?

Matamorfozy

Czasami miło znaleźć się w dobrym towarzystwie. I piszę to bez przypisywanej mi zbyt często ironii. Jak dobrze jest widzieć, że ci, którzy mnie otaczają, to ludzie kulturalni i ludzie kultury. Obok mnie siedzi profesor, którego pokazywać można by było dzieciom jako Pana Kleksa. Ale jaki to umysł! Zachwycałem się nim dwadzieścia lat temu, zachwycam się i dziś. Przede mną pani profesor, która być może prochu nie wymyśliła, ale gromadziła wiedzę z roku na rok. I ma ją ogromną. Obok kolejna pani profesor, zaprzyjaźniona z G. A więc prawie zaprzyjaźniona ze mną. Dziś jest, można tak ładnie powiedzieć - neofilologiem. I tak dalej, i tak dalej. Sami humaniści, ba, na dodatek w dużej części osoby zainteresowane kulturą antyczną.
Przed nami, siedzącymi grzecznie w fotelach sali kameralnej Teatru Polskiego trójka, jak to dobrze nazwać, lektorów, czytających nam fragmenty “Metamorfoz”. Dwie osoby czytają tekst polski, jedna - oryginalny łaciński. Nie, nie symultanicznie. Tekst po łacinie tylko w niewielkich fragmentach, takich bardziej znaczących. Cały tekst Owidiusza jest ogromny, przypomniane są więc nam te kosmogoniczne, a później kilka ciekawych opowieści, na przykład o Narcyzie. Siedzimy zasłuchani w piękno przekładu Anny Kamieńskiej. A kto może, zachwyca się pięknem oryginału.
Po godzinie (przepraszam za banał) uczty duchowej godzinna dyskusja trojga profesorów. Filolog klasyczny, historyk i polonista-kulturoznawca. Cała trójka z górnej półki naszych współczesnych humanistów. O czym tam nie było! O wygnaniu Owidiusza i jego opinii, jakoby nad Morzem Czarnym, na strasznej prowincji, były okropne mrozy. O tym, że poezja Owidiusza (szczególnie w oryginale) już nikogo nie interesuje. No, może z wyjątkiem zgromadzonej publiczności, ale to promil promila polskiego społeczeństwa. I o owym słowie “Metamorfozy”, które niezbyt trafnie przetłumaczone jest na język polski jako “Przemiany”. No i o tym, ze w poezji Owidiusza znaleźć można uzasadnienie współczesnego weganizmu. Wszak w krówce i owieczce tkwi “dusza” człowieka.
Jakiż miły wieczór. Bez polityki, bez ostrych sporów. Ot, jakbyśmy znaleźli się w innym świecie, jakże różnego od tego poza salą teatralną.

A w Krakowie

Są takie momenty w życiu, kiedy człowiek jest zszokowany. Gdy nie rozumie, co się wokół niego dzieje, gdy świat wali mu się na głowę i nie rozumie, o co chodzi. O co chodzi z zachowaniami ludzi, którzy cię otaczają. Takie dziwne wrażenie nierozumienia otaczającego mnie świata przezyłem ostatnio w cesarsko-królewskim mieście stołecznym Krakowie. (A może to błąd ortograficzny i powinienem ostatnie słowa napisać dużymi literami?).
Nie byłem w Krakowie już kilka lat. I nie jest to istotne, bo miasto Kraków wydawało mi się niezmienne. Zawsze mogę pójść do kawiarni w Sukiennicach i patrzeć na pomnik Wieszcza. Zawsze mogę wejść do Jamy Michalikowej i zachwycać się jej wnętrzem. Nawet kelnerki obsługiwały nas, jakby świat wokół się nie zmieniał. Wawel stoi na swoim miejscu, Barbakan i Brama Floriańska także. W odróżnieniu od zmieniającej się Warszawy centrum Krakowa, z jego swoistą dostojnością, spokojem, z jego Wierzynkiem i Hotelem “Pod różą” było wspaniałe. Było to dla mnie miasto inteligencji z piękną przeszłością i ciekawą teraźniejszością. I wcale nie przeszkadzała mi w tym wyobrażeniu przydworcowa wielka galeria handlowa lub nowoczesny kampus uniwersytecki.
No tak, ale okazało się, że “mój Kraków” już moim nie jest. Stoję na Rynku - jest początek marca, mróz siarczysty, godzina 22, a może 23? Stoję na Rynku i widzę hordy polskich i obcojęzycznych Hunów wrzeszczących, biegających, nawołujących się. Hunów w większości na stan wskazujący na spożycie. Jacyś faceci z tablicami “klubów” lub innych “pubów” zbierający te wrzeszczące hordy. Nie można normalnie rozmawiać - Kraków się bawi.
Ja przepraszam - jeżeli to ma być zabawa, to może władze Krakowa powinny podzielić dobę na jakieś dwie nierówne części. Niech od 4.00 do 22.00 miasto będzie dla ludzi, do których też chciałbym się zaliczyć. Miasto pełne dostojeństwa i spokoju. A przez kilka godzin nocnych oddajmy je oficjalnie w ręce imprezowiczów. Ale wtedy ja proszę o oficjalny komunikat: “Ludziom nie będącym pod wpływem używek do centrum miasta wstęp wzbroniony. I wtedy ja wiem - nie mam prawa znajdować się w okolicach północy w okolicach Sukiennic. To naprawdę proste rozwiązanie. Bo takich przeżyć, jak 3 marca, po prostu więcej mieć już nie chcę.
PS Włączam ten tekst do działu “kultura”, bo wszak o kulturze, a nie o pieniądzach, jest mowa.

« Previous PageNext Page »