01/09/2010
W Krakowie, czyli dlaczego?
Przez miniony tydzień wielokrotnie pytano mnie, jak było w Krakowie. Udzielałem odpowiedzi na różne tematy. Raz mówiłem o zajęciach w Parku Jordana, innym razem o koncertach lub konferencjach, czasem o apelu kończącym zlot, niekiedy (i chyba najczęściej) o tym, jak mi się redagowało “Skauta krakowskiego”. Czasem rozmowa schodziła na wyżywienie i porównania z innymi zlotami, a czasem na kawiarenki zlotowe. Kilka razy komentowałem wystawy zlotowe - przede wszystkim tę główną, w Pałacu Sztuki przy pl. Szczepańskim. I tak dalej, i tak dalej.
I starając się być jak najbardziej obiektywnym, zastanawiałem się, gdzie popełnialiśmy najwięcej błędów, co sprawiło, że tak często byliśmy z siebie niezadowoleni, mieliśmy sobie za złe, pokrzykiwaliśmy głośno lub cicho i załamywaliśmy ręce.
Jednym z powodów, wydaje się, jest nasz narodowy charakter. Polacy nieskłóceni nie są Polakami. My kłócić się i mieć sobie za złe musimy, niezależnie od tego, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Obserwowałem niejednokrotnie organizatorów zlotów znacznie większych niż ten nasz krakowski. Byli cisi, spokojni i radośni. Inna postawa, inne nastawienie do otaczającego nas świata.
Nie powiem tu nic odkrywczego. Drugim i podstawowym powodem naszej (piszę w liczbie mnogiej, bo utożsamiam się z dziesiątkami instruktorów, będących w podobnej sytuacji) frustracji był brak normalnego, znanego od wieków świadomego planowania a następnie rozliczania z wykonanych zadań.
Jak to? Nie umiemy planować? Przecież uczymy tego na kursach równo od stu lat! I każdy drużynowy wie, na czym polega tzw. logistyka, niezależnie od tego, czy przygotowujemy dwudniowy biwak drużyny, trzytygodniowe zgrupowanie obozów czy zlot kilku tysięcy harcerzy. Zaplanować (na piśmie!), przedyskutować, poprawić, zatwierdzić, realizować zgodnie z harmonogramem a następnie ocenić, rozliczyć nagrodzić albo udzielić nagany. Po drodze monitorować realizację wszystkich zadań. To tak proste, banalne. W takim wielozadaniowym wielkim biwaku, jakim był zlot, przekazać pełne uprawnienia odpowiedniej grupie odpowiednio wcześniej przygotowanych instruktorów. I (powtórzę to) sprawdzać, czy wszystkie trybiki zaskoczyły, modyfikować (na piśmie!), poprawiać struktury. Nadal to proste i znane wszystkim, nie tylko naszym drużynowym.
Dlatego moi norwescy, duńscy czy luksemburscy przyjaciele, którzy zlot zaplanowali i przeprowadzali w pełnym spokoju, mogli bez stresów w porze kawy pić ją a wieczorami zajmować się życiem towarzyskim tak przed zlotem, jak i w jego trakcie. (Chyba że trafiła im się powódź, ale to inna historia). Mieli rozdzielone zadania i za nie konsekwentnie odpowiadali. I nie było ich więcej niż nas. A my działamy na wariackich papierach w poczuciu, że wszystko się wali. Choć wcale walić się nic nie zamierza. Nasz harcerski koszmar.
Nie wiem, czy to jest tak, że im mamy więcej komputerów, telefonów komórkowych, wiedzy teoretycznej, jak organizować taką imprezę bezbłędnie, pracować nam się musi coraz gorzej? Bo tak na przykład w Zegrzu (gdzie wykonywałem podobną pracę, jak w Krakowie) nie było.
Co to będzie za kilka lat? A co 2023 roku? Gdy zorganizujemy światowe Jamboree?
Strach myśleć.

Komentarz