Adam Czetwertyński

Harcerstwo (108) Kultura (168) Polityka (30) Szkoła (45) Varia (59)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

W Krakowie, czyli dlaczego?

Przez miniony tydzień wielokrotnie pytano mnie, jak było w Krakowie. Udzielałem odpowiedzi na różne tematy. Raz mówiłem o zajęciach w Parku Jordana, innym razem o koncertach lub konferencjach, czasem o apelu kończącym zlot, niekiedy (i chyba najczęściej) o tym, jak mi się redagowało “Skauta krakowskiego”. Czasem rozmowa schodziła na wyżywienie i porównania z innymi zlotami, a czasem na kawiarenki zlotowe. Kilka razy komentowałem wystawy zlotowe - przede wszystkim tę główną, w Pałacu Sztuki przy pl. Szczepańskim. I tak dalej, i tak dalej.
I starając się być jak najbardziej obiektywnym, zastanawiałem się, gdzie popełnialiśmy najwięcej błędów, co sprawiło, że tak często byliśmy z siebie niezadowoleni, mieliśmy sobie za złe, pokrzykiwaliśmy głośno lub cicho i załamywaliśmy ręce.
Jednym z powodów, wydaje się, jest nasz narodowy charakter. Polacy nieskłóceni nie są Polakami. My kłócić się i mieć sobie za złe musimy, niezależnie od tego, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Obserwowałem niejednokrotnie organizatorów zlotów znacznie większych niż ten nasz krakowski. Byli cisi, spokojni i radośni. Inna postawa, inne nastawienie do otaczającego nas świata.
Nie powiem tu nic odkrywczego. Drugim i podstawowym powodem naszej (piszę w liczbie mnogiej, bo utożsamiam się z dziesiątkami instruktorów, będących w podobnej sytuacji) frustracji był brak normalnego, znanego od wieków świadomego planowania a następnie rozliczania z wykonanych zadań.
Jak to? Nie umiemy planować? Przecież uczymy tego na kursach równo od stu lat! I każdy drużynowy wie, na czym polega tzw. logistyka, niezależnie od tego, czy przygotowujemy dwudniowy biwak drużyny, trzytygodniowe zgrupowanie obozów czy zlot kilku tysięcy harcerzy. Zaplanować (na piśmie!), przedyskutować, poprawić, zatwierdzić, realizować zgodnie z harmonogramem a następnie ocenić, rozliczyć nagrodzić albo udzielić nagany. Po drodze monitorować realizację wszystkich zadań. To tak proste, banalne. W takim wielozadaniowym wielkim biwaku, jakim był zlot, przekazać pełne uprawnienia odpowiedniej grupie odpowiednio wcześniej przygotowanych instruktorów. I (powtórzę to) sprawdzać, czy wszystkie trybiki zaskoczyły, modyfikować (na piśmie!), poprawiać struktury. Nadal to proste i znane wszystkim, nie tylko naszym drużynowym.
Dlatego moi norwescy, duńscy czy luksemburscy przyjaciele, którzy zlot zaplanowali i przeprowadzali w pełnym spokoju, mogli bez stresów w porze kawy pić ją a wieczorami zajmować się życiem towarzyskim tak przed zlotem, jak i w jego trakcie. (Chyba że trafiła im się powódź, ale to inna historia). Mieli rozdzielone zadania i za nie konsekwentnie odpowiadali. I nie było ich więcej niż nas. A my działamy na wariackich papierach w poczuciu, że wszystko się wali. Choć wcale walić się nic nie zamierza. Nasz harcerski koszmar.
Nie wiem, czy to jest tak, że im mamy więcej komputerów, telefonów komórkowych, wiedzy teoretycznej, jak organizować taką imprezę bezbłędnie, pracować nam się musi coraz gorzej? Bo tak na przykład w Zegrzu (gdzie wykonywałem podobną pracę, jak w Krakowie) nie było.
Co to będzie za kilka lat? A co 2023 roku? Gdy zorganizujemy światowe Jamboree?
Strach myśleć.

ConCordia

Po raz pierwszy nie wziąłem udziału w zlocie skautów Europy Środkowej. A był on ósmym w nowych, kapitalistycznych czasach. Okazało się, że lato nie jest z gumy. Jednak wizyty na ConCordii nie mogłem sobie odmówić. Chciałem pobyć na zlocie choć jeden, choć dwa dni. Dlatego z Sebastianem pojechałem do Budapesztu.
Węgierscy skauci po raz drugi zorganizowali nasz “wyszehradzki” zlot w parku skautowym, tym razem na granicy Budapesztu. W ośrodku z częściową infrastrukturą, jednak nie zagospodarowanym w pełni. A może nie do końca zadbanym. Nie da się ukryć - inwestowanie w kilka czy kilkanaście hektarów terenu wraz z zabudowaniami wymaga środków. A tych, jak to w organizacji pozarządowej, zawsze brakuje. Teren jednak przepiękny. łąki, pagórki, las, umocnione niektóre drogi. I do najbliższego sklepu (a także autobusu) ze cztery kilometry. Można poczuć się w Budapeszcie jak w Bieszczadach. W dodatku że podłoże nieco do bieszczadzkiego podobne. Po większym deszczu ścieżki i drogi stawały się nie do przejścia. Błotniste i z trudem wysychające.
Zastanawiam się, będąc wśród tysiąca skautów, czy kolejny zlot jest lepszy od poprzedniego, czy ConCordia jest robi lepsze wrażenie od Silesii, od Tatracoru, od Sanu… Bo ten pierwszy - Fenix zapisał się w mojej pamięci jako dość słaby. Ale ponieważ był w Pradze, mogliśmy go uatrakcyjniać, organizując wycieczki do miasta.
Zastanawiam się i chyba na tym zastanawianiu pozostanie. Bo, wybaczcie, nie umiem powiedzieć, który z nich był najlepszy. Może San? No ale chwalić własny, polski zlot jest łatwo.
Zawsze ważna jest atmosfera. Z nią najwięcej kłopotów dwukrotnie mieli Słowacy. Ale jak można mieć dobrą atmosferę, gdy nie ma możliwości normalnego umycia się przez dwa dni?
Połowa sukcesu to dobre jedzenie. Na nie zawsze narzekamy. Nie przypominam sobie zlotu, w czasie którego nie byłoby jakichś kłopotów z wyżywieniem. Na Sanie każdy kupował sobie produkty w sklepie, ale sklep był znacznie oddalony od terenu zlotu - też kłopot. Tym razem jedni mówili - świetne jedzenie, jest go dużo. Inni - bardzo jednostajne, a obiady co drugi dzień są smaczne. Nie, nadal nie wypracowaliśmy dobrego systemu, a szkoda.
No i zajęcia. Większość z nich zawsze na zlotach jest bardzo interesująca. Niestety dla tych, którzy po raz kolejny są na zlocie - powtarzają się. Najtrudniej jest zorganizować skautową służbę. I ta w Budapeszcie się udała. Nie było to zbieranie papierków na tatrzańskim szlaku. Na tym samym pierwszego, drugiego i przez kolejne dni. Zajęcia i tym razem trzeba pochwalić. I jeszcze jeden pomysł - wizyty domowe. Pomysł, by uczestnicy zlotu rozjechali się po Węgrzech a następnie wrócili na ceremonię zakończenia był znakomity.
Udana była wioska wyszehradzka. Nasz Wojtek (najpopularniejszy skaut zlotu!) robił tam furorę. i dzięki jego zdolnościom show-mana połowa uczestników umiała powiedzieć “klamerka”. A poza tym w wiosce można było pójść do międzynarodowej kuchni i zrobić sobie polskie ruskie pierogi. Bomba.
O terenie już wspomniałem, ale poszedłem odwiedzić podobóz naszych harcerzy z hufca, miałem duży problem z poruszaniem się po ich terenie. Za dużo padało. Ale Piwi dzielnie dawała sobie radę. Nasi harcerze byli ze zlotu zadowoleni.
Ot, kilka notatek z ConCordii. Rozmowa z naszą już “etatową” (i dobrze!) szefową Perłą, z pomagającym nam jak zawsze Laszlem, mnóstwo nowych kontaktów, obserwacja spotkania komisarzy zagranicznych, udział w bardzo uroczystej mszy świętej, spotkanie z ponad dziewięćdziesięcioletnim Polakiem z Budapesztu, który zakładał tam przed wojną drużynę harcerską. Mnóstwo wrażeń.
I pytanie na zakończenie. Czy rzeczywiście nie było więcej środowisk chętnych, by w zlocie uczestniczyć? Czy nie mogłoby wziąć w nim udziału więcej niż 160 Polaków? Nie wiem.
Za dwa lata zlot skautów Europy Środkowej organizują Słowacy. Trzeba będzie im pomóc. Perła, gdy odpoczniesz po trudach lata, zabieramy się do pracy. Niech zlot w 2012 roku będzie (dzięki nam) jeszcze lepszy!

Andrzej

Niespodziewanie odszedł Andrzej. Najpierw pierwszy zawał, a w minioną sobotę drugi. Ostatni. Czy mógł tego drugiego uniknąć? Dziś możemy sobie komentować, spekulować i oceniać, ale czasu cofnąć się nie da. Rozumieliśmy to dziś wszyscy tak licznie zgromadzeni na cmentarzu w Starej Miłosnej. Żegnali Andrzeja harcerze (i byli harcerze - jak liczna była grupa instruktorek zuchowych sprzed lat!), pracownicy i wychowankowie ośrodka “Na Przedwiośniu”, przedstawiciele krakowskiego stowarzyszenia “U Siemachy”, pracownicy służb społecznych, znajomi, wychowankowie, znajomi…
Kilka wystąpień w kościele i przy grobie. Ksiądz Wysocki, wspomnienie harcerskie, kilka słów od Małgosi… Przewodniczący ZHP przyznał Andrzejowi pośmiertnie złoty krzyż “Za Zasługi dla ZHP”. I kwiaty, stosy kwiatów.
W harcerstwie w ostatnim czasie znacznie się różniliśmy. Teraz mogę spokojnie zastanowić się i odpowiedzieć “dlaczego?”. Bo oczywiście nie chodzi (jak to bywa zazwyczaj) o pieniądze. Wydaje mi się, że po prostu inaczej ocenialiśmy działalność niektórych naszych instruktorów. Także naszą własną pracę. Popełniamy błędy. Takie jest życie. Postępowanie, które dla mnie było błędem, powodującym konieczność odejścia konkretnego instruktora z funkcji, dla Andrzeja błędem nie było. Mogę jednak Andrzeja zapewnić (jeżeli istnieje ów byt pozaziemski, o którym nam tak wiele dziś mówiono), że każdy ma prawo po naprawieniu szkód albo po zmienieniu poglądów wrócić i dalej działać na rzecz dzieci. Nigdy nikogo nie skreślam. Za długo jestem w harcerstwie. Może o tym kiedyś więcej napiszę.
I dlatego dalej nie będzie o harcerstwie. Będzie o ośrodku, jaki Andrzej prowadził. A właściwie o Andrzejowej pasji. Bo ośrodek był prawdziwą Jego pasją, dużym kawałkiem Jego życia. Oprowadzał mnie któregoś dnia po “Na Przedwiośniu”, pokazując konkretnych wychowanków, ich dzieje, ich perspektywy życia. O każdym coś wiedział, każdego doceniał. I tych, którzy prawie pomagali ośrodek prowadzić, pełnili w nim jakieś dla nich ważne funkcje, i tych, którzy mieli zdolności plastyczne, i tych, nielicznych, którzy wegetowali jak roślinki. Ta duma z opracowania metody porozumienia się z jednym z chłopców, o którym myślano, iż jest niesprawny intelektualnie, a ma wyobraźnię (nie ruszając się z łóżka!) prawdziwego poety. On te dzieciaki (bo dzieciaki, nawet gdy były pełnoletnie) szanował, lubił i rozumiał. Bardzo mi tym zaimponował, bardzo mu tej postawy zazdroszczę. I żal, strasznie żal, że nie będzie mógł dalej z nimi pracować. I żal, że nie pokłócę się z Nim na najbliższej zbiórce wyborczej hufca. Żegnaj, Andrzeju.

Czytanie, czytanie

Już niedługo zlot w Krakowie. Karol. który funkcji ma co niemiara i w czasie zlotu dowodzić będzie naszymi mediami, zaproponował, bym w centrum multimedialnym robił to, co potrafię najlepiej, czyli redagował rozliczne tworzone tam teksty. Mam przy okazji dowodzić grupą młodszych i starszych harcerzy, by na papierze i w internecie dochodziły do naszej harcerskiej braci jak najlepsze komunikaty.
Mam nadzieję, że w naszym zlotowym “Skaucie” znajdzie się sporo materiałów do poczytania, że będą to teksty interesujące dla młodszych i starszych. Mam też nadzieję, że “Skaut” dorówna dziennikowi “Czuwaj”, jaki ukazywał się w Zegrzu w 1995 roku. Uważam, że było to najlepsze pismo zlotowe wydawane w ostatnich latach, bo z tym, które ukazywało się w Spale, porównywać się oczywiście nie będziemy. Tak, tamto “Czuwaj” redagowałem i do dziś jestem z niego dumny.
Dobre pismo harcerskie…. Przypomniały mi się dwie rozmowy z przemiłymi skądinąd instruktorkami. Obie, i wcale nie chórem, stwierdziły, że prasy harcerskiej nie czytają. Nie mają na to czasu. Nie mają na to chęci. To pierwsze tylko częściowo rozumiem, bo nigdy nie jest tak, że nie mamy czasu na to, co robić chcemy lub powinniśmy. To drugie świadczy o małej dojrzałości druhen instruktorek.
Niegdyś, przed laty, gdy redagowałem miesięcznik “Czuwaj”, rozmawiając z instruktorami Głównej Kwatery lub komend chorągwi spokojnie nawiązywałem do materiałów, które zostały w naszym piśmie opublikowane. Po jakimś czasie zadawałem im zazwyczaj pytanie “czytałeś?”, bo rozmowa o nieznanych tekstach była dziwaczna. Zdarzyło się, że pewna druhna nie czytała “Czuwaj”, bo mnie nie lubiła. Argument jak argument. Przecież nie zapełniałem pisma własnymi materiałami. Ale teraz po prostu inna druhna “nie ma czasu” i “nie ma chęci”.
Co z tym fantem zrobić? Jak przekonywać instruktorów, że niewiedza nie jest lepsza od wiedzy? Jak wytłumaczyć, że nie ma szans na autentyczne funkcjonowanie w organizacji, jeżeli jest się instruktorem bez pełnej o niej wiedzy?
Zawsze mnie zdumiewają druhowie, działający w pewnej chorągwianej komisji, dowiadujący się o pracy ZHP z informacji, jaka co miesiąc jest im przekazywana ustnie przez bardziej światłych instruktorów. Żeby poczytać coś na piśmie? Nie, przecież wszystko, co najważniejsze, będzie im w formie papki przekazane. Cóż oni naprawdę wiedzą o harcerstwie? Niewiele - już kiedyś o tym pisałem.
Może dlatego tak mnie to obchodzi, bo sam od lat mam zupełnie inny stosunek do słowa pisanego. Gdy rozpoczynałem swą przygodę jako kandydat na drużynowego z uporem czytałem dwutygodnik “Drużyna”. Zazwyczaj jeden egzemplarz dochodził do kiosku. Udawało mi się go kupić. I czytałem, czytałem, choć połowa tekstów na pewno nie była dla mnie przejrzysta.
Dziś po latach znów będę współodpowiadał za harcerskie pismo, które docierać będzie do trzech tysięcy czytelników. Tylko czy będzie ono przez naszych harcerzy i instruktorów czytane?

O harcerstwie na Białorusi

Ile już lat kibicuję harcerstwu na Białorusi? Prawie dwadzieścia. Różne były to etapy. Najpierw zakładał drużyny mityczny Jacek z Gorzowa, później dowodził dużą i prężną organizacją Wiesiek, dziś kieruje nią Antoni. Najpierw spotykaliśmy się z entuzjazmem pierwszych miesięcy i lat wolności, później z naszej strony nastąpiła żmudna praca szkolenia młodych Polaków z Białorusi, a z czasem (a także równolegle) piętrzyły się problemy, kłopoty, porozumienia i nieporozumienia. Od początku współpracował z białoruskim harcerstwem Hufiec Białystok, szkolił Toruń i Radom. W pewnym momencie (to już jedenaście lat temu) kurs przeprowadził mój hufiec. Kilka środowisk na lata zaangażowało się w pomoc. Miastko, Łódź, Sokołów, Szczecin, wymienione już hufce (mój to Praga Południe). Jeździliśmy pomagać organizować festiwale piosenki harcerskiej, kursy zastępowych, patrzyliśmy (czasem z podziwem) na wybory władz. Dawali sobie radę.
Białoruś i tamtejsze harcerstwo jest jednak specyficzne. Na pracę organizacji nakłada się sytuacja polityczna wschodniego sąsiada oraz skromne możliwości, jakie ma dziś Związek Harcerstwa Polskiego. No i tzw. czynnik ludzki. Dlaczego wśród działaczy harcerskich ma być inaczej niż w pozostałej części społeczeństwa? Jakim cudem mieliby pracować bezkonfliktowo? Kłopotów, problemów, spraw było i jest niezwykle dużo.
Właśnie zakończył się kolejny kurs drużynowych, trzeci prowadzony w tym samym miejscu, częściowo przez tę samą kadrę. Można porównać, można wyciągnąć wnioski.
1. Program całego Związku i poszczególnych środowisk zazwyczaj nie istnieje. Ot, grupa (zwana drużyną) spotyka się co jakiś czas i “rozmawia o harcerstwie”. Pytam: - Dlaczego nie zorganizujecie rajdu lub wycieczki do miejsc, związanych ze wspólną historią Polski i Białorusi? Czy wiecie, gdzie jest kanał Ogińskiego, gdzie są Bohatyrowicze, gdzie urodził się Mickiewicz lub Kościuszko? Recytowaliście “Świteź” nad brzegiem jeziora? Chodziliście po Grodnie szlakami Orzeszkowej? Podejmujecie jakieś zadania o podobnym charakterze? - Nie. - To co robicie? - Śpiewamy piosenki… - A wiecie, co to był sejm grodzieński? Którzy polscy królowie zmarli w Grodnie? Co się mieściło w Twierdzy Brzeskiej? Kto był tam więziony i dlaczego? - Nie, harcerze na Białorusi śpiewają piosenki i rozmawiają na zbiórkach o harcerstwie.
2. Jeszcze dziesięć lat temu polskie dzieci uczyły się w szkołach języka polskiego, uczyły się szybko, miały zapał, chęć czytania i pisania po polsku. Po polsku mówiły, także między sobą. A pamiętajmy, że ich matki i ojcowie języka przodków często nie znali. Po polsku mówiły jednak prababcie i babcie, które urodziły się często jeszcze w II Rzeczpospolitej. Dziś nauka polskiego jest marginalizowana, mówienie po polsku, które należało do dobrego tonu, zamiera i na kursie drużynowych harcerze mówią między sobą po rosyjsku, ba, pojawiają się osoby nie mówiące po polsku. Powtórzę. Są tacy Polacy w harcerskich mundurach, którzy nie rozumieją ojczystego języka. Harcerze? Nie jestem pewny.
3. Piętnaście lat temu organizowanie drużyn nie było niczym ograniczone, dyrektorzy szkół, gdzie były polskie dzieci (w Grodnie ponad 20% populacji to Polacy), z radością witali naszych instruktorów i umożliwiali prowadzenie zbiórek. Dziś? Dziś w każdej miejscowości, każdej szkole, także każdej parafii jest inaczej. Nie, nie wymienię tu miejscowości. Ale są już szkoły, gdzie harcerstwo (przypomnijmy, organizacja oficjalnie zarejestrowana w białoruskim Ministerstwie Sprawiedliwości) “schodzi do podziemia”. Bo lepiej, aby dyrektor szkoły nie wiedział, że nauczyciel opiekuje się harcerstwem, bo w szkole nie ma możliwości organizowania zbiórek, nie da się też w Domu Polskim i na terenie parafii. W każdym przypadku z innego powodu. Na przykład proboszcz jest z Polski i boi się, aby nie być usunięty z Białorusi, tak jak wielu innych kapłanów z polskim obywatelstwem. Albo ksiądz jest Polakiem z Białorusi i nie rozumie (i nie chce rozumieć), czym jest harcerstwo. O dyrektorach szkół i domach polskich też można napisać długie analizy.
Nie zmienia to faktu, że są miejsca, gdzie harcerzy się ceni, pomaga, wspiera. Bo, powtarzam, każda drużyna znajduje się w innej sytuacji.
4. No i styl, sposób kierowania organizacją. O tym napiszę kiedyś odrębny felieton. Mam nadzieję, że coś się tu natychmiast zmieni, gdyż nie może po dwudziestu latach organizacja funkcjonować jako ruch z jego pozytywnymi, ale i negatywnymi cechami.
5. I punkt ostatni, ale może najważniejszy. Harcerstwo ma potężną konkurencję - oficjalne, wspierane przez państwo związki młodzieży. Do nich wypada, należy, trzeba należeć. Tak jak w Polsce w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku. To nie konkurencja programowa, raczej ideowa, inaczej budująca młodego człowieka. Owa konkurencja to także temat na inny felieton.
I pomimo tych przeszkód, mimo kłopotów, problemów ruch harcerski na Białorusi nie zamiera. Kibicuję mu wiele lat i mam nadzieję, że doczekam się czasów, gdy będzie tam działać prężna, jednolita, dobrze kierowana organizacja. Będę o niej pisał.

Next Page »