Adam Czetwertyński

Harcerstwo (199) Kuchnia (25) Kultura (274) Polityka (37) Pożegnania (29) Szkoła (74) Varia (107)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

“K” jak klimat (literki nr 20)

Mój Ulubiony Instruktor spojrzał za okno. Straszna plucha, nie chce się wychodzić z mieszkania. O ile lepiej byłoby… (dalej nie napiszę, bo wiecie, co Mulin sobie myśli). Ale wyjść musiał, bo obiecał jednej druhnie z jego ulubionej organizacji, że przyjdzie na warsztaty. A przyjście gdziekolwiek wymaga wyjścia. Taka to paskudna logika.
Temat warsztatów był fascynujący. Klimat. Oczywiście klimat na naszej matce Ziemi, który to klimat jest jak kobieta - po prostu zmienny. No, nie całkiem jak kobieta, bo ta (Mulin to doskonale wiedział) zmienna bywa - raz jest z nią lepiej, raz gorzej. A klimat zmienia się jednoznacznie na gorszy. Co prawda Mulin zaczął się zastanawiać z trudem przedzierając się przez ulice swego miasta, czy nie byłoby wspaniale, gdyby wzdłuż tychże ulic rosły drzewa pomarańczy. Ale nie doszedł do żadnych wniosków, gdyż dotarł na warsztaty i spotkał tam członków swej ulubionej organizacji. Nie można myśleć o pomarańczach, gdy się rozmawia o wychowaniu… Fakt.
Nie, nie dowiecie się, jak przebiegały Mulinowe warsztaty. Opowieść o jego uczuciach, stresach, zagubieniach, radościach, o jego obecności w obcym mu warsztatowym miejscu zajęłoby miejsce dwóch felietonów. Nie miejsce tu, by opisywać Mulinowe problemy.
Wniosek z warsztatów wypływał jeden - jest źle, będzie jeszcze gorzej. Ciepełko nadejdzie, klimat się zmieni, kopalnie węglowe w Polsce są bez sensu, CO2 coraz więcej i oceany stają się jednym wielkim syfonem z wodą sodową, Żuławy niedługo będą zalane (tu Mulin się zastanowił - po co nasza władza buduje przekop przez Mierzeję Wiślaną, jeżeli niedługo Mierzei nie będzie?). Czekają nas nieprawdopodobne nowości. I Mulin w to, co mu mówiono na warsztatach, uwierzył.
I pomyślał (myślenie jest jednak ulubioną jego czynnością): - A gdyby tak jego cała ulubiona organizacja zajęła się tym problemem? Gdyby promowała ograniczenie jedzenia mięsa, gdyby paliła mniejsze ogniska, gdyby jeździła na jamboree tylko pociągami (czyli zrezygnowała z przelotów do Korei za cztery lata), gdyby dążyła do tego, by w każdej miejscowości montowano panele fotowoltaiczne, gdyby na serio zajęła się sadzeniem lasów itd.,. itd. Gdyby powstał kompleksowy program, którego realizacja obowiązywałaby każdego członka organizacji…
Myślał tak sobie Mulin, myślał. A następnie ciężko westchnął i postanowił wypić kolejną filiżankę dobrej kawy. Bo czymś przecież musiał się pocieszyć.

W, czyli wigilie (literki nr 19)

Mój Ulubiony Instruktor obudził się i otworzył jedno oko. Oczywiście z wrodzonego lenistwa. Obrócił się na drugi bok i zaczął myśleć. Myślenie, szczególnie w pozycji siedzącej i leżącej, jest ulubioną czynnością Mulina. Co dziś miłego mnie czeka? No tak, wigilia w gronie instruktorów mojej najlepszej organizacji. - Co? - Mulin usiadł z wrażenia. - Przecież wczoraj byłem na wigilii wśród instruktorów. Czy ta dzisiejsza wigilia jest dziś, a może dzisiejsza wigilia jest jutro? I właściwie co to za wigilia? Gdzie? Z kim? Mózg Mulina zaczął parować z wysiłku. Czy dziś jest środa? Na pewno środa?
Tylko spokojnie… Najpierw napiję się kawy, a później zacznę myśleć. Taka kolejność jest właściwa. Jak pomyślał, tak zrobił. Usiadł w swym ulubionym fotelu (czytelników przeprośmy, że nie zostały opisane Mulinowe ablucje) i zastanowił się. - Czy te wigilie są miłą częścią dnia? Ta wczorajsza. Połowa instruktorów miłych Mulinowej duszy mu nieznana. Życzył wesołych świąt, łamał się opłatkiem z sympatycznymi ludźmi, którzy też nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Połowę zgromadzonych na wigilii znał. I niektórych (oj, te ludzkie przypadłości) obchodził z daleka (a oni obchodzili jego). To obchodzenie było kłopotliwe. Niektórych już widział na poprzedniej wigilii, a niektórych zobaczy na kolejnej. Kłopot, Same kłopoty. Bo na dodatek Mulin, musimy to głośno powiedzieć, nie umiał swobodnie precyzować życzeniowych zdań. Ot, powiedzieć “wszystkiego najlepszego” umiał. I jeszcze “zdrowia, zdrowia…”. Ale gdy starał się sformułować zdanie nieco bardziej zindywidualizowane, głos grzązł mu z gardle. Słowa mu się plątały, czerwienił się i zachowywał, generalnie, nieodpowiednio. Więc ten fragment, taki “opłatkowy”, był dla niego bardzo trudny.
Zaczął więc Mój Ulubiony instruktor rozważać plusy i minusy wigilijnych spotkań. Życzenia - to nie to. Jedzenie - kto by lubił postne pierogi z kapustą? Prezenty? Co to za prezenty? Żenada. jakiś długopis, to ma być prezent? Atmosfera? Dalmy sobie spokój…
Siedział więc Mulin w fotelu i wpadł na pomysł, który go wcale nie zdziwił. - Na dzisiejszą wigilię nie idę! Po prostu nie idę i już. Oni w tym tłumie braku mojej osoby nie zauważą. Będę miał wolny wieczór!
Mulin westchnął głęboko. Życie jest piękne i zapowiada się miły dzień. Sięgnął po filiżankę z kawą.

U jak uśmiech (literki nr 18)

Deszczowy jesienny, chłodny poranek, Mój Ulubiony Instruktor nieco dziwiąc się sobie siedział na kanapie. Dziwił się, bo obok stał fotel, który był pusty. I Mulinowi wcale do zajęcia swego ulubionego miejsca się nie spieszyło. Może dlatego, że w ręku trzymał filiżankę gorącej… czekolady. I uśmiechał się. W ten jesienny poranek przypomniał sobie, gdy zdziwił się (Mulin potrafi się dziwić - tkwią w nim zupełnie ludzkie uczucia), kiedy po raz pierwszy (a było to wiele lat temu) spotkał się z żywymi, prawdziwymi skautami. Mój ulubiony Instruktor później wielokrotnie spotykał żywych prawdziwych skautów, ale tamten moment (a może kilka momentów) zapamiętał do końca życia. Trzymał więc filiżankę czekolady w ręku i zastanawiał się (to jego ulubione zajęcie), czy nie przestać być członkiem swojej ulubionej organizacji i nie zapisać się do organizacji skautowej, wszystko jedno jakiej.
Skąd ta myśl, tak koszmarna, że już gorszej być nie może? Skąd taka myśl o zdradzie ulubionej organizacji z ulubionymi członkami? - Bo, no tak… - mruknął Mulin - bardzo lubię skautów, bo oni się uśmiechają, bo oni są radośni! - I mózg Mulina zaczął formułować jakże znane mu sformułowania: Tam, za granicami naszego europejskiego kraju, skaut jest przyjacielem skauta. A instruktor skautowy skautowego instruktora. Nawet z innej organizacji. Oni są dla siebie mili, nie są złośliwi, pomagają sobie w potrzebie, potrafią rozwiązać najtrudniejsze problemy z uśmiechem na ustach. Mulin spotykał się w tamtych czasach ze skautami często. i widział ich w działaniu. I podziwiał ich. Tak, Mulin znów się uśmiechnął. I nie tylko dlatego, że były to czasy jego młodości.
I przypomniał sobie Mulin członków jego ulubionej organizacji. Pozorną obiektywność. Chęć bezinteresownego dokuczania. Upór w sytuacjach, gdy jest on zbędny. Chęć pokazania, że ma się rację, nieustąpienie choćby o milimetr. Udawane braterstwo…
Dlatego Mulin w chwilach, gdy jego bracia z ulubionej organizacji za bardzo mu dokuczyli, uciekał pamięcią do braci skautów. Bo przecież można być dobrym, można być miłym, można się do drugiego skauta uśmiechać. A w ulubionej organizacji Mulina to takie trudne. Może zatem warto propagować inny styl życia i rewolucyjnie przenieść się z fotela na kanapę. Nie pić kawy, tylko czekoladę i cieszyć się życiem? Jak skauci?

Dawne czasy, czyli coś na “d” (literki nr 17)

Jesienny poranek dla Mojego Ulubionego Instruktora nie był radosną porą dnia. Codzienne ablucje męczyły go, do głowy przychodziły mu same mądre myśli. A co to za przyjemność cały czas myśleć mądrze? Dlatego z przyjemnością usiadł z ulubioną filiżanką kawy na ulubionym fotelu i spojrzał za okno (a widział tylko zamglony zarys drzew). I wtedy postanowił zrobić coś nietypowego - pomyśleć o sprawach głupich. Nie było to dla Mulina proste. Jak można myśleć o problemach mało znaczących, gdy jest się mądrym? Głupi mędrzec? Oksymoron jakiś i nic więcej.
I tu nagle zaświeciła mu się czerwona lampka. Tak! Pani Kiełbasa! Tego znaczącego wiele nazwiska się nie zapomina! Tak, przypomnę sobie dawne czasy! Jakże inne od tych współczesnych. To jest to! I wspomniał Mulin swe wędrówki po kraju, po dolinach i górach, po polach i lasach. Z plecakiem i butelką denaturatu. Przecież miło jest przypomnieć sobie otarte ramiona i bąble na stopach. Te widoki i te zapachy. Dlaczego - zamyślił się Mulin - tych dawnych czasów nie wspominam? Tyle wypitej kawy i żadnej przeszłości? I wrócił w ten jesienny poranek myślami do pani Kiełbasy. Prowadziła ta dobra kobieta stację turystyczną w Ujsołach. Znużony wędrowiec zawsze mógł liczyć u niej na nocleg. Ale zanim położył się spać, musiał zapoznać się z niezwykłymi lekturami. Przy wejściu witał go pierwszy tekst: “Drzwi zamykaj na klamkę”. Następnie wchodził do zabudowań - ot, chłopskiego gospodarstwa. I czytał: “Śmietnik”, “Toaleta”, “Kuchnia”, “Nie wchodzić” lub “Iść tędy”. Nie były to zwykłe informacje, lecz duże kartki, które dominowały we wszystkich pomieszczeniach. I takie instrukcje: “Zachowaj czystość”, “Nie śmieć”, “Sprzątaj po sobie”. Nie, Mulin nie chciał już przypominać sobie, co przeczytał w sławojkach, zwanych toaletami. Jak o czystość w tym miejscu zadbała pani Kiełbasa. Mój Ulubiony Instruktor uśmiechnął się. Czy dziś trzeba nas pouczać, byśmy myli ręce przed jedzeniem i nie brudzili ubikacji? Albo abyśmy po sobie dokładnie posprzątali? Tyle już lat minęło, a rady pani Kiełbasy, takie na piśmie, są przecież nadal aktualne. “Nie rzucaj papierków na ziemię” - ależ to znakomita instrukcja dla członków ulubionej organizacji druha Mulina. “Nie wbijaj gwoździ w drzewa”. “Umyj swoją menażkę do czysta”. Ileż rad na wzór pani Kiełbasy można by przekazać młodym. Bo są one ciągle aktualne! Łącznie z tą: “Uśmiechnij się”.
Mulin już wypił swoją poranną kawę i jak zwykle zamyślił się głęboko. Jednak mądra była beskidzka góralka - pani Kiełbasa. Uczyła nas, uczyła. A myśmy tylko z niej żartowali. Może niepotrzebnie? I Mulin zamknął oczy. I nikt nie wiedział, nawet on sam, czy to już nadszedł sen, czy tylko wspomnienie o dawnych czasach.

“G”, jak groby (literki nr 16)

Mój ulubiony instruktor stał Nie jest to pozycja, w której czułby się komfortowo. Stał jednak i patrzył, tak, tak, patrzył przez okno. A za oknem piękna polska jesień. Trochę jeszcze liści zielonych, większość czerwonych i żółtych. A te uschnięte leżą już pod drzewami. Biedne - pomyślał. I jego myśli poszybowały jesiennie. Zbliżał się ten czas, kiedy druh Mulin miał obowiązek wyjść z domu i razem ze swymi licznymi rodakami udać się na cmentarze. Odwiedzić groby tych najbliższych, groby tych bliskich i groby tych, o których już nikt nie pamięta. Ale tradycja każe i na tych ostatnich zapalić znicz. Mulin miał stałą trasę wędrówki. Co roku taką samą. Czasem zdarzało mu się ją zmienić i wtedy czuł się na cmentarzu zagubiony, czyli zdezorientowany. To tak, jakby swą ulubioną filiżankę kawy wypijał siedząc nie na swym ulubionym fotelu, ale na kanapie. Przecież wtedy perspektywa pokoju całkiem się zmienia. Mulin pomyślał, że mógłby wtedy odstawić swą ulubioną filiżankę zamiast na stoliczek podfiliżankowy, ale na pustą przestrzeń podłogi. Oto do czego może doprowadzić zmiana zwyczajów. A na cmentarzu można się zagubić i od dnia Wszystkich Świętych krążyć wśród duchów aż do Zaduszek. Okropne!
Jesień to taka smutna pora. Myśli jakieś bardziej egzystencjalne… Mulin jeszcze mocniej i głębiej się zamyślił, choć nie wiadomo, czy nie doszedł już do jakiejś egzystencjalnej ściany i dalej iść już się nie da. Cóż, wypiję kawę i pójdę na te groby. Z rozmyślań o życiu i nieubłaganej śmierci doszedł do poziomu organizacyjnego. Pójdę na groby ciotek i wujków, znajomych i mniej znajomych. A grobów przybywa. Co miesiąc do Mulina dochodzą wieści, że ktoś, kogo lubił, znał, cenił (no, nie przesadzajmy z tym cenieniem) odszedł do tego lepszego ze światów. Mulin odszedł od okna i z utęsknieniem popatrzył na swój fotel… Lubił tę frazę… lepszy świat. I przypomniał sobie, że poza wujkami i ciociami są jeszcze członkowie jego ulubionej organizacji. _ No, tak, im też się coś od życia należy, to znaczy chciałem pomyśleć - coś im się po życiu należy. Na przykład dobra pamięć. I zaczął liczyć. Kto gdzie został pochowany. Kogo poza kuzynami i krewnymi jeszcze powinien odwiedzić. Oj, dużo… Dużo. Może wypiję kawę, pomyślę i wybiorę dla mnie najważniejszych. I zrobię szkic drogi marszu. Bo przecież z tymi zniczami nie mogę się na cmentarzach zgubić. Nie mogę. Powoli zbliżał się do fotela, by z westchnieniem ulgi na ni usiąść. Przecież wędrówka po cmentarzach to za tydzień.

Next Page »