Adam Czetwertyński

Harcerstwo (190) Kuchnia (24) Kultura (272) Polityka (37) Pożegnania (27) Szkoła (74) Varia (105)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

Fabuła na “f” (literki nr 13)

- A może by tak wstać z fotela, przejść się trochę, pospacerować? - druh Mulin, będący Moim Ulubionym Instruktorem, zadał sobie pytanie, na które nie znał dobrej odpowiedzi. W ramach wewnętrznego buntu postanowił tego wieczora nie zasiadać na swym ulubionym fotelu. Harcerz powinien walczyć z nałogami, a siedzenie w fotelu niewątpliwie za nałóg mogło przez niektórych druhów być uważane. Usiadł więc na twardym krześle i zaczął pić wyjątkowo czarną kawę. Wczoraj uczestniczył w harcerskim rajdzie. Poleciał z harcerzami na księżyc. Mieli tam znaleźć Pana Twardowskiego. Tego z XVI wieku i tego z bajki Mickiewicza. Na księżycu było mało powietrza i jeden z uczestników ekspedycji zasłabł - trzeba było zrobić mu sztuczne oddychanie. Ktoś wpadł w szczelinę księżycową i należało szybko go z tej szczeliny wydobyć. I jeszcze harcerze musieli przeprowadzić naukową dysputę, ile diabłów może się zmieścić na główce od szpilki. Tych atrakcji było wiele, Mulin nawet wszystkich nie zapamiętał. Atrakcja goniła atrakcję. Busola, jak to na księżycu, oszalała i pokazywała północ na południu. Mapy się zniszczyły, pozostały z nich strzępki. Jak tu bez dobrej busoli i mapy znaleźć bohatera polskiej baśni? A przecież Pan Twardowski miał pokazać, jak z ołowiu można zrobić złoto! Na szczęście Mulin z harcerzami nie wędrował. On tylko układał i rozpalał ognisko. Przebrany w piękny kostium Pan Twardowski wykonywał obok niego sztuczki chemiczne.
Siedział Mulin na swoim twardym krześle i tak sobie myślał. A gdyby nie organizować dla członków jego ulubionej organizacji gier fabularnych? Gdyby mieli przejść z punktu A do punktu B interesującą leśną trasą? Gdyby harcerze mieli rozpoznawać gatunki drzew i słuchać śpiewu ptaków? Gdyby mieli część trasy przejść w absolutnej ciszy, wsłuchując się we wszystkie dochodzące do nich dźwięki? Może po drodze jest mrowisko? Albo miejsce, gdzie żerują bobry? Czy ta fabuła jest harcerzom potrzebna? I czy kadra, organizując rajdy “leśne”, nie miałaby mniej pracy, przygotowując imprezę? A może sama czegoś (choćby o śpiewie ptaków) się dodaykowo dowiedziała. Czy rzeczywiście harcerze powinni szukać Pana Twardowskiego, aby rajd był atrakcyjny?
Nie, Mój Ulubiony Instruktor nie umiał zdecydować - fabuła czy bez fabuły; z super atrakcjami czy bez; w lesie z pełnym wykorzystaniem tajemnic przyrody czy raczej iść na “nowoczesność” i nowe środki komunikacji? A może to da się połączyć? Mulina od tego myślenia zaczęła boleć głowa. Nie, musi przenieść się na swój fotel i wypić kolejną filiżankę kawy. I dać sobie spokój z myśleniem o niewielkiej harcerskiej organizacji. I jej członkach.

“A” jak absolutorium (literki nr 12)

Mój Ulubiony Instruktor popatrzył w niebo. A tam ani jednej chmurki. - Dziwny jest ten świat - mruknął znanym cytatem. Bo Mulin znał wiele cytatów, choć większość nie zachwycałaby ludzi biegłych w sztuce cytatologii. Zasiadł w fotelu tyłem do nieba, jakby był na niebo i klimat lekko obrażony. - Ale, ale - w gotującym się z gorąca mózgu ulubionego instruktora coś zaświtało: - Oni nie uzyskali absolutorium. - Coś zaczęło zastanawiać Mulina. Co to takiego to absolutorium? Może gdzieś sprawdzić? W ulubionej Wikipedii ulubiony instruktor czyta: “Udzielenie absolutorium oznacza stwierdzenie prawidłowości działania finansowego organu wykonawczego w określonym przedziale czasowym”. No, no, to ci z Głównej Kwatery nie dostali absolutorium, bo organizacyjni rewidenci stwierdzili nieprawidłowości. Ale główna szefowa absolutorium dostała, a przecież ona za te nieprawidłowości jest generalnie odpowiedzialna. Jednoosobowo. Coś zaczęło się nie zgadzać Mojemu Ulubionemu Instruktorowi. No i jeszcze dostał absolutorium Cz. Jest chory, a jak jest chory, to nie mógł narozrabiać. Także w finansach. Pozytywnie oceniono też Druha Skarbnika, ale nie tego, który jest teraz i jest byłym rewidentem, tylko tego poprzedniego, który był siedem miesięcy i zrezygnował. Czyli się odciął. Jak się odciął, to znaczy, że był dobry. Nieprawidłowości nie narobił. Narobił ten, który był skarbnikiem pięć miesięcy Roku Pańskiego 2018. Bo ten drugi (ten były rewident) absolutorium nie uzyskał. W pięć miesięcy zniszczył całą organizację, a ja nic o tym nie wiem! Mulin aż zapadł się w swym fotelu siedząc nadal tyłem do słońca… Mam winnego! Zaraz, i jeszcze nie popełniła błędów finansowych jedna zastępczyni szefowej. No to nie jest tak źle. Mulin zastanowił się. Nie jest źle? Wyciągnął lewą rękę, taką swoistą rączkę metody liczenia na palcach i zaczął odliczanie: szefowa to raz, Cz. nie działa, nie liczymy, były skarbnik to przeszłość, czyli zastępczyni to dwa. I już. Na rączce metody liczenia na palcach widniała tylko skromna, złożona tylko z dwóch paluchów Mulina literka V. Mało, oj mało.
Siedział sobie Mulin w fotelu, wzdychał cichutko i myślał, jakby tu dojść do prawdy, jakby się dowiedzieć, o co naszym rewidentom naprawdę chodziło. Bo w owe przekręty finansowe po prostu nie wierzył. A jeżeli nie finanse, to o co w tych przedziwnych decyzjach w sprawie absolutorium chodzi? Czy o styl pracy? (Ale to z absolutorium nie ma nic wspólnego). Czy małą aktywność? (Ale właśnie braku aktywności członkom GK zarzucić nie można). A może oni źle się prezentują w mundurach? Oj, Mulinie, sprowadzasz swe myślenie do absurdu. Winni niewinni. Jakiś nonsens. Proces czarownic.
Stop! Najwyższa pora przestać myśleć. Pomyślał Mulin i odwrócił się twarzą do słońca. A co tam, niech mnie opala.

B, czyli skąd te błędy (literki nr 11)

Książka harcerska. Co za radość. Usiąść w ulubionym fotelu i oddać się lekturze. Poczytać o dzielnych członkach niewielkiej organizacji. - Mój Ulubiony Instruktor, zwany druhem Mulinem, zaczął marzyć o sytuacji, w której tak lubi się znajdować. Dość przypadkowo wpadła mu w rękę ta niewielka książeczka. Harcerska. Dlatego wpadł w zachwyt, bo wpadanie przypadkowo przypadkowych książek nie zdarza się zbyt często. Ba, wpadanie nieprzypadkowo też się często nie zdarza.
Zasiadł więc Mulin tam, gdzie miał zasiąść. Wziął do ręki to, co miał wziąć i oniemiał. Co prawda i tak nie miał zamiaru z nikim rozmawiać, ale oniemienie było widoczne na jego twarzy. Bo Mulin oczom nie wierzył. Książka harcerska, jaką trzymał w ręku, była ilustrowana. I na jednej z ilustracji pani grafik narysowała przystojnego drużynowego. Nałożyła na niego szarą bluzę mundurową, zawiesiła mu z ramienia sznur zastępcy komendanta hufca, zgrabnie narysowała we właściwym miejscu krzyż harcerski, ale podkładki pod krzyżem już nie. Oniemiały Mulin zaczął myśleć. Dlaczego ten babochłop - zastępca hufcowego - nie jest instruktorem? O co tu chodzi? Czy to wpływ jakiegoś genderu? Czy fakt, że wielu drużynowych nie jest instruktorami, tak właśnie w satyrycznym rysuneczku się przejawia? A może… a może…
No tak, Mulin zaczął sobie z lekka fantazjować, pewnie pani artystka nie była w harcerstwie, pani redaktor nie była harcerką, a obie dobrze chciały, żeby było ślicznie, a wyszło, jak wyszło. Oczywiście! Tak być musiało! Niewielka organizacja druha Mulina po prostu nie jest dziś powszechnie znana. Ludzie o niej powoli zapominają. Nawet jeśli wiadomo, że mundury są szare i zielone, kto by pamiętał w młodym pokoleniu, czy chłopcy mają chodzić w jednych czy drugich.
Mój Ulubiony Instruktor zamyślił się. Czy członkowie jego niewielkiej organizacji nie powinni coś w tej sprawie zrobić? Na pewno powinni. Ale jego marzenie o prawdziwej promocji harcerstwa chyba pozostanie tylko marzeniem. Przecież pani artystka mogłaby narysować druha drużynowego w mundurze czerwonym (tu Mulin przypomniał sobie, że w czasie jakichś bardzo oficjalnych uroczystości państwowych widział harcerzy w pięknych czerwonych kurteczkach). Czy więc nie lepiej, że drużynowy jest w szarym?
I Mulin pogodził się z rzeczywistością. Tak być musi, takie błędy będą się powtarzały. Po prostu będą.

Ognisko, czyli drugi raz “o” (literki nr 10)

Popatrzył Mulin przez okno. Świat jakiś zamulony. No nie, zamglony. Czy tak, czy inaczej, wychodzić się na dwór nie chce. Mój Ulubiony Instruktor, nawet gdyby świeciło słońce, i tak wyjść by nie chciał. Ale pozwólmy mu myśleć, że mogłoby być inaczej. Mulin popatrzył i przypomniał wtedy sobie ogniskowe obozowe ciepełko, bijące z rozżarzonych drew. Tak, usiadłby przy ognisku i pośpiewał kilka ulubionych piosenek jego ulubionej organizacji. W jego ulubionej nie największej organizacji ogniska jakoś ostatnio wyszły z mody. Nie wiedzieć dlaczego znani mu harcerze uważają codzienne ogniska za coś dziwnego, jakby z innej epoki. - No tak - Mulin aż krzyknął z zachwytu nad własnym intelektem - przecież właśnie mamy inną epokę! - Dzisiaj harcerze - znajomi druha Mulina organizują ogniska “obrzędowe”, takie ze strażnikami ognia, obrzędowym rozpoczęciem, harcerskimi piosenkami… i ogniska “zwykłe”, gdzie się pląsa, wygłupia i na których nie trzeba mieć mundurów. - Ale, ale… - mózg Mulina pracował na najwyższych obrotach - w czasie tych “obrzędowych”, aby nie było nudno, też harcerze pląsają a na tych “zwyczajnych” drużynowy wygłasza gawędę. To czym się one różnią? Mundurami? I dlaczego na tych “obrzędowych” ma być nudno? Zastanawianie się nad współczenymi wersjami ognisk, których i tak jest jak na lekarstwo, bardzo zmęczyło druha Mulina. Na dodatek za oknem zaświeciło od dawna oczekiwane słońce. Mulina zawsze bawiły ogniskowe tradycje. Ta powaga, to “rycerskie” mianowanie strażników. Nie, to nie dla niego. Co więc było takiego, że Mulin lubił siedzieć przy codziennym obozowym ogniu? Czy tylko to ciepełko? Nie, chyba nie tylko to ciepełko. Po prostu członkowie jego organizacji śpiewali. Śpiewali godzinami, śpiewali z gitarą i bez. Nie mieli w ręku drukowanych śpiewników, czasami któryś z nich - zazwyczaj obozowy biszkopt - miał zeszyt ze spisanymi piosenkami. Ale to była rzadkość. Mulin zamyślił się. Niegdyś potrafili śpiewać godzinami bez śpiewników a dziś nie potrafią? Co się stało? Pamięć członków ulubionej niewielkiej organizacji osłabła? A może, nie wiedzieć dlaczego, już teraz na zbiórkach się nie śpiewa? A może na obozach, gdy jest brzydka pogoda, nie siadają harcerze w namiotach-świetlicach i nie uczą się nowych piosenek? A może zwyczaj obozowy: “Każdego dnia nowa piosenka, czyli mamy naszą piosenkę dnia” odszedł do lamusa? A może wszystko razem i jeszcze kilka innych powodów spowodowało prawie że upadek normalnych codziennych ognisk? Bo jeżeli członkowie jego małej organizacji mieliby się codziennie nudzić, to po co ich zanudzać?
Przyszły nowe czasy w jego niedużej organizacji. Śpiew stał się niemodny. Siedział Mulin w swym ulubionym fotelu i zamiast przysypiać, zaczął sobie podśpiewywać ulubione piosenki Bułata Okudżawy. I te antywojenne, i te o Moskwie. I o przyjaźni, a tę o ostatnim trolejbusie zaśpiewał nawet dwa razy. I nadal marzył o prawdziwym ognisku, prawdziwym ogniu i jego wymarzonej niewielkiej organizacji.
PS Mulin spojrzał do kalendarza. Jakiż piękny dzień! “Rozkazowy”. Niektórzy uznali, że to początek istnienia jego niewielkiej organizacji. Czy nie powinien więc zacząć myśleć na zupełnie inny temat? Nie, myślenie na dwa tematy to by była przesada. Niech już zostanie myślenie o niebieskim trolejbusie, ognisku i Okudżawie.

“I” jak instrumenty metodyczne (literki nr 9)

Druh Mulin nie lubi wstawać ze swojego ulubionego fotela. Szczególnie, gdy pije kawę. Na fotelu można spokojnie rozmyślać, nie trzeba tracić kalorii i przemieszczać się z miejsca na miejsce. Niestety Mój Ulubiony Instruktor popełnił kolejny w swym życiu błąd i nie tylko opuścił swój fotel, ale nawet swój dom. Postanowił przy pięknej słonecznej pogodzie obejrzeć sobie, o zgrozo!, zbiórkę drużyny harcerskiej. Bo błędem jest, by teoretyk, za jakiego się Mój Ulubiony Instruktor uważa, zajmował się czymś tak przyziemnym, jak zbiórka prawdziwych harcerzy z jego ulubionej organizacji. Ale zostawmy Mulina na boku, zajmijmy się zbiórką, którą oglądał. Pogoda była piękna, druhna drużynowa estetyczna (nie wiedzieć, dlaczego Mój Ulubiony Instruktor woli, gdy ma do czynienia z estetyczną druhną, a nie z niedomytym druhem w niedopranym mundurze). Na zbiórce harcerzy spora gromada, przyboczni też się pojawili. Druhna miała ze sobą trzy busole, jakieś mapy, ołówki, papier i dużo innych niewątpliwie na zbiórkę przygotowywanych materiałów. Oj, terenoznawstwo, pomyślał druh Mulin, zaraz każą mi biegać po lesie, a do najbliższego lasu ze dwa kilometry. - Nie, nie - uspokoiła Mulina estetyczna druhna drużynowa. - To będzie zbiórka na szkolnym boisku. - Mulin odetchnął, bo jego ulubiony fotel i las to straszny kontrast. Jednak pomyślał chwilę. - Na boisku? Terenoznawstwo na boisku? - Mulin swym przenikliwym umysłem sam doszedł do wniosku, że pomimo wszystko, lepiej by było, gdyby ta zbiórka była w lesie. Patrzy, a tam już druhna stoi otoczona gromadką podopiecznych.
- Dziś będziemy mieli zbiórkę o terenoznawstwie. Terenoznawstwo to ważna technika harcerska… - Wiemy!!! - wykrzyknęli harcerze. - Zorganizujemy trzy zastępy. - Jak to trzy, jak mamy cztery! - znów wykrzyknęli harcerze i popatrzyli na siebie. - Połączymy dwa najmniejsze - ogłosiła drużynowa. - Nie, nigdy, przenigdy, my z nimi nie chcemy!!! - wrzask młodych gardeł było słychać nie tylko na boisku, ale pewnie na kilku sąsiednich ulicach. - Ale widzicie, mam tylko trzy busole. Muszą być trzy zastępy. - Mulin wpatrywał się ze zdumieniem w drużynową. Czy metoda harcerska już nic nie znaczy? Ale Mój Ulubiony Instruktor nie mógł zbyt długo wpatrywać się w estetyczną drużynową. Gra się zaczęła. Bo ta zbiórka to przede wszystkim gra. Na rogach boiska stała kadra. Zastępy przemieszczały się od jednego do drugiego przybocznego, którym pomagała dwójka harcerzy starszych. Od nich harcerze otrzymywali zadania: wyznaczali azymuty, rysowali szkice i pracowali na mapie. Druh Mulin postanowił wykorzystać wolną chwilę estetycznej drużynowej i zapytał: - Pewnie te zajęcia z terenoznawstwa harcerze zaliczają na stopień? - Nie, my stopni nie zdobywamy, może na obozie - To pewnie zdobywają jakąś sprawność związaną z terenoznawstwem? Będziecie organizować im zawody na orientację i muszą lepiej poznać mapę i wyznaczanie azymutów? - Nie, ta zbiórka to zbiórka z terenoznawstwa. Tak po prostu. - Druh Mulin, który bardzo chciał znaleźć się na swoim ulubionym fotelu z filiżanką kawy w ręku, zamyślił się. Bo czy warto zadawać pytania, jeżeli uzyskuje się odpowiedź “nie”? Ale zaryzykował. Ciekawość przeważyła: - A jakie zadania zespołowe ostatnio były zrealizowane w drużynie? - Zadania zespołowe? Nie. Ja z przybocznymi przygotowuję zbiórki. One są naprawdę ciekawe. - Cóż, Mulin jeszcze się dowiedział, że w ciągu minionych dziewięciu miesięcy ani jeden członek drużyny nie złożył przyrzeczenia i że to jest dobra drużyna, lepsza niż inne w hufcu. I po głowie druha Mulina, który nie był praktykiem, bo jak na fotelu być praktykiem, zaczęły latać dwa słowa: “instrumenty metodyczne”. I zaczął się zastanawiać, czy na pewno uczestniczy w zbiórce drużyny harcerskiej. Zastanawiał się, co on tam robi. Po co tam się znalazł. Aż doszedł do jednego możliwego wniosku: Pojawił się na tej zbiórce, by poznać estetyczną druhnę drużynową. I umówić się z nią na kawę, aby porozmawiać z nią o instrumentach metodycznych. Instrumentach na literę “i”.

Next Page »