Adam Czetwertyński

Harcerstwo (193) Kuchnia (25) Kultura (273) Polityka (37) Pożegnania (28) Szkoła (74) Varia (106)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

Zjazd, czyli “z” (literki nr 14)

Mój Ulubiony Instruktor wyjątkowo stał. Stał i trzymał w ręku filiżankę ze swą ulubioną kawą. Trzymał w jednym ręku, bo drugą drapał się po swej łysiejącej powoli głowie. Właśnie dotarła do niego informacja, że w jego ulubionej organizacji odbędzie się zjazd. I to nie taki sobie zwykły, bo do tego jeszcze ponad dwa lata, ale nadzwyczajny, specjalny, ekstraordynaryjny. - Co jest grane - zapytał głośno, choć nikt go nie słuchał. - Ja tego nie rozumiem. Sześciu facetów w sześciu województwach dogadało się. Chcą zmienić władze mojej organizacji i teraz setka osobników w szarych i zielonych mundurach zjedzie do Warszawy, by sobie twórczo podyskutować. - Mulin, którego tak podrzuciło do góry, że stał i stał, zaczął się zastanawiać. Ktoś tu coś chce ugrać. Tylko co? Uważnie spojrzał na ekran komputera. A tam listy i decyzje. Instruktorzy z samej góry piszą: - Spokojnie rozmawiajmy. Wyjaśniajmy. Pewnie lud potrzebuje wyjaśnień. - No dobrze - mruknął do siebie Mulin. - Ale żeby coś sobie powyjaśniać tłum ludzi musi się spotykać? Czy nie można tego było wyjaśnić na jakiejś konferencji, takiej w internecie? Wtedy to całe zamieszanie byłoby znacznie mniejsze i może tych sześciu, co to się osobiście podpisało pod wnioskiem o zwołanie zjazdu, byłoby usatysfakcjonowanych? I na tym by się skończyło?
Mulin postanowił jednak usiąść w swym ulubionym fotelu, zaczął pić kawę i przestał się drapać po (napiszmy prawdę) łysinie. Od czego to się zaczęło? Tak formalnie? No tak, Mulin nie musiał długo się zastanawiać. Zaczęło się od demokracji! To przecież zupełnie demokratycznie rewidenci ulubionej Mulinowej organizacji głosowali tajnie nad czymś mało zrozumiałym - nad absolutorium dla najwyższych władz. I ku swemu zdziwieniu, gdy policzyli te tajne głosy okazało się, że nie lubią oni kilku osób z władz najwyższych. To znaczy lubią, cenią, ale głosowali za nieudzieleniem absolutorium. Po tym wydarzeniu musieli uzasadnić swą zbiorową mądrość. Nie da się ukryć, że im się za bardzo nie udało. Ale tych sześciu o tym nie wiedziało. Jest źle - stwierdzili - i zarządzili zjazd nie wiedząc, że rewidenci po prostu się zagalopowali. Mulin postanowił nie analizować dalszych poczynań władz wszelakich. I tak z głowy mu parowało. Czyżby to zamieszanie było dokonane przez nieporozumienie? Tak na pozór wygląda. Mój Ulubiony Instruktor zapadł się w swym fotelu. Do tej pory myślał, że jeżeli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. A w ulubionej organizacji jest inaczej? Dziwne.

Skrawki wspomnień

To bardzo sympatyczne. Ostatnio odzywają się do mnie instruktorzy, których nie widziałem kilkadziesiąt lat. Gdzieś mnie znaleźli w internecie, gdzieś otarliśmy się o siebie na którymś z pogrzebów. Siadamy przy kawie i snujemy opowieści o dawnych czasach. Ja cały czas w harcerstwie - oni przez lat kilka dawno temu też byli niezwykle aktywni. Odeszli, ale z radością wracają do wspomnień. A pamięć nasza jest zawodna. To zupełnie normalne. Trzy ostatnie kontakty - i kolejne trzy wspomnienia o sytuacjach krytycznych, trudnych.
J. - mój pierwszy drużynowy - ten z 1958 roku. Drużynowy sprzed 60 lat! Wśród skrawków wspomnień zachowało się to o kradzieży portfela. Ja tego wydarzenia zupełnie nie pamiętałem. A był to chyba rok 1960. Na obozie J. zarządził rewizję osobistą wszystkich harcerzy, gdyż jednemu z nich ukradziono portfel. I co? Portfel z pieniędzmi znalazł się w ręku młodocianego złodzieja. Został on wyrzucony z obozu. J. odwoził chłopaka do domu. Ja tego nie pamiętałem! Ale obaj pamiętaliśmy zimowisko w Szklarskiej Porębie chyba z przełomu roku 1959/1960. Tam o mało co zbiorowo się nie zatruliśmy. A właściwie zagazowaliśmy. J. świetnie pamiętał sytuację, gdy w sali, w której spaliśmy, przed laty było oświetlenie gazowe, i gaz ten nas o mało co nie zatruł. Po prostu się ulatniał.
M. - szczepowa niezłego szczepu starszoharcerskiego z lat siedemdziesiątych. To ona była przyczyną zdjęcia mnie z funkcji zastępcy komendanta hufca. M. zupełnie nie wiedziała, iż to ona sprawiła, że mój harcerski życiorys w pewnym momencie się zupełnie załamał. Sprawa była mało znacząca, po prostu byłem zbyt samodzielny i w efekcie nie spodobałem się jakiemuś ówczesnemu partyjnemu VIPowi. Pisałem o tym niegdyś. Ale z M. wspólnie wspominaliśmy harcerkę, która była w jej drużynie zimowiskowej, gdy ja byłem komendantem całego wielkiego 200-osobowego zimowiska. I owa harcerka urodziła dziecko dwa dni po powrocie z zimowiska! Podobno dziewczyny nic nie wiedziały o tej ciąży. Nie chciałem w to wierzyć, ale M. twierdziła, że rzeczywiście to owa druhna ukryła do ostatniego dnia swą ciążę przed wszystkimi, a przede wszystkim własną rodziną.
I jeszcze jeden kontakt. Z T. Opisał mi obóz - horror z nieco późniejszych czasów, bo była to połowa lat 80-tych. Tam nieprzygotowane kwatermistrzowsko zgrupowanie, komendantka, która rodzi na trzy dni przed rozpoczęciem obozu. T. zastępuje młodą matkę (a nie jest przygotowany do prowadzenia takiego obozu). I owa instruktorka przyjeżdża na obóz - dziecko zostawiła w szpitalu - i chce wraz z mężem zgrupowanie prowadzić. Jakiś koszmar, który miał miejsce w naszym hufcu. Z T. jestem umówiony na spotkanie za dwa tygodnie, ciekawe, czy mnie jeszcze czymś zaskoczy.
Trzy kontakty. Trzy wspomnienia. Oj, działo się u nas na obozach i nie tylko na obozach, oj, działo…

Oni są dobrzy

Ponad dwa tygodnie spędziłem w naszym hufcowym ośrodku kolonijnym w Ocyplu. Przed laty nazwano go Słoneczną Republiką. Z tą republiką to nie do końca była prawda. Wszak kierował nią przez lata nasz Komendant, który do współdecydowania o losach zuchowej republiki rzadko dopuszczał swych instruktorów. Słońce częściej docierało do ośrodka, ale nie ukrywajmy - Kociewie to rejon, gdzie deszcze jakoś częściej padają, niż w innych rejonach kraju. Ośrodek budowano i zbudowano dla naszych zuchów, których w trzech turnusach w czasie jednego lata przebywało około 500. Dziś bywa ich w Ocyplu mniej, ale wraz z polskimi zuchami z Białorusi było ich tym razem około 200.
Zajmowałem się białoruskimi malcami, które nie zawsze rozumiały, co się im po polsku mówi. Ot, uczyłem ich naszego języka, gdyż Polacy na Białorusi są zazwyczaj zrusyfikowani i ich językiem domowym jest język naszych (i ich) wschodnich sąsiadów. To ciekawe doświadczenia, ale nie o nich będę pisał. Po prostu, jakby przy okazji uważnie patrzyłem na naszą, naszego hufca, zuchową kadrę. Opinie o niej krążą różne. Jednak nie będę tu wchodził w szczegóły. Po prostu muszę jednoznacznie stwierdzić: - Oni są dobrzy.
I nie jest tu miejsce, aby oceniać organizację kolonii, jej program i obrzędowość. Oceniam młodą (w większości) kadrę. Bo zainteresowany byłem, jaki był tejże kadry (i tej młodszej, i tej nico starszej) stosunek do dzieci. Spokojnie mogę napisać, że cechy, które prof. Kotarbiński pięknie ujął w sformułowaniu “opiekun spolegliwy”, dotyczą naszych zuchmistrzów. Większość z nich nie przeczytało (niestety) “Antka Cwaniaka”, ale od druha Cwankiewicza nie byli gorsi. Na serio bardzo dobrze opiekowali się zuchami.
Tak, z dzieckiem trudnym (niezależnie od tego, jakie są powody niedostosowania dziecka do pracy w grupie) poradzić sobie tu i ówdzie nasi młodzi wychowawcy nie umieli. Ale pamiętać trzeba, że takiemu dziecku trzeba poświęcić wyjątkowo dużo uwagi, ot, posadzić obok niego odrębnego wychowawcę. A na to nikogo nie stać. Takich wychowawców, którzy zajmowaliby się jednym zuchem, nie ma.
Ale nie narzekajmy na trudne zuchy. Powtórzmy. Kadra ma właściwy stosunek do zuchów a zuchy są radosne i czasem rozbrykane. Jest dobrze. Po prostu dobrze.

Fabuła na “f” (literki nr 13)

- A może by tak wstać z fotela, przejść się trochę, pospacerować? - druh Mulin, będący Moim Ulubionym Instruktorem, zadał sobie pytanie, na które nie znał dobrej odpowiedzi. W ramach wewnętrznego buntu postanowił tego wieczora nie zasiadać na swym ulubionym fotelu. Harcerz powinien walczyć z nałogami, a siedzenie w fotelu niewątpliwie za nałóg mogło przez niektórych druhów być uważane. Usiadł więc na twardym krześle i zaczął pić wyjątkowo czarną kawę. Wczoraj uczestniczył w harcerskim rajdzie. Poleciał z harcerzami na księżyc. Mieli tam znaleźć Pana Twardowskiego. Tego z XVI wieku i tego z bajki Mickiewicza. Na księżycu było mało powietrza i jeden z uczestników ekspedycji zasłabł - trzeba było zrobić mu sztuczne oddychanie. Ktoś wpadł w szczelinę księżycową i należało szybko go z tej szczeliny wydobyć. I jeszcze harcerze musieli przeprowadzić naukową dysputę, ile diabłów może się zmieścić na główce od szpilki. Tych atrakcji było wiele, Mulin nawet wszystkich nie zapamiętał. Atrakcja goniła atrakcję. Busola, jak to na księżycu, oszalała i pokazywała północ na południu. Mapy się zniszczyły, pozostały z nich strzępki. Jak tu bez dobrej busoli i mapy znaleźć bohatera polskiej baśni? A przecież Pan Twardowski miał pokazać, jak z ołowiu można zrobić złoto! Na szczęście Mulin z harcerzami nie wędrował. On tylko układał i rozpalał ognisko. Przebrany w piękny kostium Pan Twardowski wykonywał obok niego sztuczki chemiczne.
Siedział Mulin na swoim twardym krześle i tak sobie myślał. A gdyby nie organizować dla członków jego ulubionej organizacji gier fabularnych? Gdyby mieli przejść z punktu A do punktu B interesującą leśną trasą? Gdyby harcerze mieli rozpoznawać gatunki drzew i słuchać śpiewu ptaków? Gdyby mieli część trasy przejść w absolutnej ciszy, wsłuchując się we wszystkie dochodzące do nich dźwięki? Może po drodze jest mrowisko? Albo miejsce, gdzie żerują bobry? Czy ta fabuła jest harcerzom potrzebna? I czy kadra, organizując rajdy “leśne”, nie miałaby mniej pracy, przygotowując imprezę? A może sama czegoś (choćby o śpiewie ptaków) się dodaykowo dowiedziała. Czy rzeczywiście harcerze powinni szukać Pana Twardowskiego, aby rajd był atrakcyjny?
Nie, Mój Ulubiony Instruktor nie umiał zdecydować - fabuła czy bez fabuły; z super atrakcjami czy bez; w lesie z pełnym wykorzystaniem tajemnic przyrody czy raczej iść na “nowoczesność” i nowe środki komunikacji? A może to da się połączyć? Mulina od tego myślenia zaczęła boleć głowa. Nie, musi przenieść się na swój fotel i wypić kolejną filiżankę kawy. I dać sobie spokój z myśleniem o niewielkiej harcerskiej organizacji. I jej członkach.

“A” jak absolutorium (literki nr 12)

Mój Ulubiony Instruktor popatrzył w niebo. A tam ani jednej chmurki. - Dziwny jest ten świat - mruknął znanym cytatem. Bo Mulin znał wiele cytatów, choć większość nie zachwycałaby ludzi biegłych w sztuce cytatologii. Zasiadł w fotelu tyłem do nieba, jakby był na niebo i klimat lekko obrażony. - Ale, ale - w gotującym się z gorąca mózgu ulubionego instruktora coś zaświtało: - Oni nie uzyskali absolutorium. - Coś zaczęło zastanawiać Mulina. Co to takiego to absolutorium? Może gdzieś sprawdzić? W ulubionej Wikipedii ulubiony instruktor czyta: “Udzielenie absolutorium oznacza stwierdzenie prawidłowości działania finansowego organu wykonawczego w określonym przedziale czasowym”. No, no, to ci z Głównej Kwatery nie dostali absolutorium, bo organizacyjni rewidenci stwierdzili nieprawidłowości. Ale główna szefowa absolutorium dostała, a przecież ona za te nieprawidłowości jest generalnie odpowiedzialna. Jednoosobowo. Coś zaczęło się nie zgadzać Mojemu Ulubionemu Instruktorowi. No i jeszcze dostał absolutorium Cz. Jest chory, a jak jest chory, to nie mógł narozrabiać. Także w finansach. Pozytywnie oceniono też Druha Skarbnika, ale nie tego, który jest teraz i jest byłym rewidentem, tylko tego poprzedniego, który był siedem miesięcy i zrezygnował. Czyli się odciął. Jak się odciął, to znaczy, że był dobry. Nieprawidłowości nie narobił. Narobił ten, który był skarbnikiem pięć miesięcy Roku Pańskiego 2018. Bo ten drugi (ten były rewident) absolutorium nie uzyskał. W pięć miesięcy zniszczył całą organizację, a ja nic o tym nie wiem! Mulin aż zapadł się w swym fotelu siedząc nadal tyłem do słońca… Mam winnego! Zaraz, i jeszcze nie popełniła błędów finansowych jedna zastępczyni szefowej. No to nie jest tak źle. Mulin zastanowił się. Nie jest źle? Wyciągnął lewą rękę, taką swoistą rączkę metody liczenia na palcach i zaczął odliczanie: szefowa to raz, Cz. nie działa, nie liczymy, były skarbnik to przeszłość, czyli zastępczyni to dwa. I już. Na rączce metody liczenia na palcach widniała tylko skromna, złożona tylko z dwóch paluchów Mulina literka V. Mało, oj mało.
Siedział sobie Mulin w fotelu, wzdychał cichutko i myślał, jakby tu dojść do prawdy, jakby się dowiedzieć, o co naszym rewidentom naprawdę chodziło. Bo w owe przekręty finansowe po prostu nie wierzył. A jeżeli nie finanse, to o co w tych przedziwnych decyzjach w sprawie absolutorium chodzi? Czy o styl pracy? (Ale to z absolutorium nie ma nic wspólnego). Czy małą aktywność? (Ale właśnie braku aktywności członkom GK zarzucić nie można). A może oni źle się prezentują w mundurach? Oj, Mulinie, sprowadzasz swe myślenie do absurdu. Winni niewinni. Jakiś nonsens. Proces czarownic.
Stop! Najwyższa pora przestać myśleć. Pomyślał Mulin i odwrócił się twarzą do słońca. A co tam, niech mnie opala.

Next Page »