Adam Czetwertyński

Harcerstwo (204) Kuchnia (25) Kultura (278) Polityka (37) Pożegnania (31) Szkoła (74) Varia (109)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

B jak biwak (literki nr 24)

Filiżanka kawy była już całkiem zimna, a z ulubionego fotela Mojego Ulubionego Instruktora dochodziły dziwne dźwięki - ni to posapywanie, ni to cichutkie chrapanie. Tak, Mulin zdrzemnął się. Na dodatek przyśniła się mu rzecz cudowna - biwak w którym bierze on udział wraz z członkami jego ulubionej organizacji. Noc, szumiący w pobliżu potok, płonące niewielkie ognisko i małe namioty rozbite wokół. Piękny sen… Ale wszystko co miłe, musi się kiedyś skończyć. Więc Mulin wyszedł ze swego snu i po prostu się obudził. - Piękny obraz, właściwie mógłbym go namalować - głośno powiedział sam do siebie. - Tylko zdolności nie mam. Także malarskich, co by to był za obraz z tym ogniem przeze mnie namalowanym.
Dlatego Mulin zaczął sobie przypominać takie prawdziwe biwaki, w których uczestniczył. Kawa dalej stała, a Mulin myślał i myślał. Dlaczego tych biwaków było tak mało? No tak, w czasach, gdy Mulin był piękny i młody, w jego ulubionej organizacji takich lekkich, nieprzemakalnych namiotów nie było. Ale biwaki? Jakie zapamiętał? Tak, z obozu wędrownego w Rumunii. Co wieczór trzeba było rozbijać biwakowisko. Tylko w Suczawie i Bukareszcie były zarezerwowane miejsca w schronisku. Mulin zamyślił się. Jak to było za rządów strasznego satrapy, że gdzieś pod lasem na zapuszczonej łące polscy harcerze siedzieli przy ognisku i śpiewali tak, że głosy ich musiały dochodzić do pobliskiej wsi. A jak było w Czechosłowacji? Podobnie.
Ale krajowych biwaków jak na lekarstwo… Sobota w szkole, późnym popołudniem wyjazd a w niedzielę trzeba wracać. I to jeszcze tak, by choć przez chwilę spojrzeć do zeszytów, co tam jest zadane na poniedziałek… Mało, oj jak mało było tych biwaków w czasie roku szkolnego. Ale były.
Kawa Mulina smakowała, jakby wyjęto ją z lodówki. Oj, o tych wycieczkach i rajdach warto by było powspominać. Ale czy da się o wszystkim wspominać przy jednej kawie?

Tradycja jest na t (literki nr 23)

Jakaż piękna pogoda! Mój Ulubiony Instruktor popatrzył przez okno. Może wyjść i pobiegać? Myśl taka wyskoczyła Mulinowi niespodzianie z głowy. Ale Mulin to zauważył i z powrotem myśl tę do głowy włożył. - Oj, nie, przecież to by było wbrew mojej wieloletniej tradycji. - mruknął do siebie i aż się zarumienił z zachwytu nad własnym intelektem. Teraz czeka mnie filiżanka dobrej kawy. Chyba bym sobie nie darował takiego wybryku, jakim jest bieganie przy pięknej pogodzie.
Ale jedna myśl zaczęła kiełkować w głowie Mulina (tak, wiemy, że on za dużo myśli). Myśl o tradycjach w jego ulubionej organizacji. Mulin ma swój wiek i pamięta więcej niż wielu członków chodzących w dziwnych szarych i zielonych koszulach. Jak to z tą tradycją jest? I co jest tą tradycją?
Przypomniał sobie, jak siedział przy ognisku a członkowie jego ulubionej organizacji śpiewali piosenki. I nagle padł tytuł jednej z popularnych piosenek. Niech to będzie dla przykładu “Harcerska dola”. - Nie, nie możemy tej piosenki zaśpiewać - zakomunikowało kilkoro członków jego ulubionej organizacji. - Dlaczego? - zapytał Mulin. - Bo to jest nasza obrzędowa piosenka i my ją śpiewamy w trakcie naszych uroczystości. To taka nasza tradycja. - Nie rozumiem, powiedział Mulin. - Przecież nie napisaliście jej, piosenka jest popularna w organizacji, jak można jej nie śpiewać przy ognisku? - Nie można i już - powiedzieli członkowie ulubionej organizacji Mojego Ulubionego Instruktora.
Nie, nie dyskutował z nimi. Później tylko popytał, o co chodzi z tą piosenką. Okazało się, że po Przyrzeczeniu przed trzema laty jednego z członków drużyny zaproponował on wspólne zaśpiewanie “Harcerskiej doli”. A później przy kolejnym Przyrzeczeniu znów padł tytuł tej piosenki. I rada drużyny uchwaliła, że będą ją śpiewać tylko w trakcie ważnych spotkań. I nigdy więcej. Tak narodziła się tradycja. Dla niektórych członków ulubionej organizacji Ulubionego Instruktora istniejąca od zawsze.
Siedział Mulin z filiżanką kawy w ręku i myślał, że jego ulubiona organizacja jest jakaś dziwna. Jej członkowie wymyślają sobie jakieś dziwaczne tradycje, a potem nie mogą śpiewać ładnej piosenki przy ognisku.
PS I przypomniał sobie Mulin, że dawno temu znał takich członków swej ulubionej organizacji, którzy pisali sobie piosenki, także te obrzędowe. Ale takich podobno w jego ulubionej organizacji już nie ma.

“F” jak fabuła (literki nr 22)

Mój Ulubiony Instruktor zwany pieszczotliwie Mulinem siedział na swym ulubionym fotelu i myślał. Myślenie obok picia kawy jest ulubioną jego czynnością. Nie, żeby myślał tak głęboko, filozoficznie. Nie - po prostu myślał sobie o swojej ulubionej organizacji, której członkowie mają różne pomysły. Na przykład jadą na obóz na Mazury i bawią się w Janosika wraz z jego towarzyszami. Albo jadą na zimowisko w góry (niech to będą Tatry) i tworzą przebogatą, niezwykle interesującą fabułę związaną z oglądanym niedawno filmem fantastycznym. Są więc na obozie szlachetne uczynki - odbieranie bogatym a dawanie biednym. Są rozliczne przygody łącznie z wyprawą do Wiednia. Nie ma (i może dobrze) zawieszania Janosika za żebro na haku. Na zimowisku jest poszukiwanie kamienia szczęścia, piękne elfy i ludojady. Tam członkowie Mulinowej ulubionej organizacji też mają ogromne szczęście, bo ludojady nie zjadają członków organizacji - członkowie ci przestrzegają swoich 10 praw, dlatego są chronieni przed unicestwieniem.
Siedział sobie Mulin w fotelu i zaczął się zastanawiać. Czy kiedyś członkowie jego ulubionej organizacji wymyślą fabułę, którą nazwą “Gra w harcerstwo”. I Mój Ulubiony Instruktor zaczął sobie fantazjować. Wyobraził sobie zastępy, które z porozumieniu z leśniczym polować będą posługując się swoimi ulubionymi komórkami na grubego zwierza - na sarny, na dziki, a może na jakąś drobnicę - lisy, zające czy kuropatwy. Wyobraził sobie, że członkowie jego organizacji na serio będą sobie gotować posiłki na ogniskach lub zbudowanych przez siebie kuchniach polowych. Na serio, czyli przygotowując trzydaniowy obiad… Wyobraził sobie, jak jeden z zastępów leży w nocy na pomoście a oboźny opowiada im o gwiazdozbiorach, które właśnie widzą.
Siedział sobie Mulin i myślał, że pora już wydobyć nastoletnich członków jego ulubionej organizacji z poziomu zuchowych fabułek, często mało logicznych, niepowiązanych z tradycją środowisk, niemających związku z miejscem obozowania, że pora zaprzestać dziwacznych zabaw i zacząć sięgać do źródeł. Autentycznego poznawania przyrody i otaczającego nas świata. Dawania sobie rady w trudnych sytuacjach. Budowania przygody autentycznej, a nie baśniowej, przynależnej najmłodszej gałęzi ulubionej Mulinowej organizacji.
No tak, ale wtedy kadra tej organizacji musiałaby przeczytać “Skauting dla chłopców”, a następnie przenieść pomysły zacnego lorda B-P z dwudziestego do dwudziestego pierwszego wieku. Zaadaptować. Albo musieliby przenieść swą fabułę (czyli jednak fabułę?) o sto lat wstecz i bawić się w prawdziwych skautów / tropicieli / zwiadowców. Trudne zadanie.
Od tego intensywnego myślenia Mulina zaczęła boleć głowa. Nie, pora na kolejną filiżankę kawy…

Wołosatki

Kiedy ostatnio byłem na koncercie “Wołosatek”? Tak, to było 20 lat temu. Zespół obchodził swe 25-lecie. W kieleckim teatrze im. Żeromskiego spotkały się harcerskie pokolenia - przede wszystkim uczestników “Operacji Bieszczady 40″ i uczestników festiwalu w Wołosatem. Było wspaniale. Nie, nie miałem z tym zespołem wielu spotkań. Ze dwa razy przy różnych okazjach w Bieszczadach, kiedyś (tak, tak) w Danii. Przypomnieć sobie dawne, zapoznać się z nowymi wołosatkowymi piosenkami - duża przyjemność. Sporo tych piosenek przecież śpiewamy na co dzień. Słynny harcerski zespół występuje w warszawskiej “Stodole”, dzień po Dniu Myśli Braterskiej - poszedłem.
Nie zawiodłem się. Było jak zawsze. Druh Pomorski w dobrej formie (a prowadzi “Wołosatki” 45 lat!), zespolik akompaniujący bezbłędny, a dziewczyny (i jeden chłopak) śpiewają jak zawsze. Z jednej strony to piękne - kolejne pokolenia śpiewają jak przed laty! Pewnie około dziesięciorga “seniorek” - byłych wokalistek zespołu, które siedziały na sali powiedziałyby to samo. Ale z drugiej strony to takie nudne. Młodzi wokaliści stoją przy swoich mikrofonach rytmicznie się poruszając. Od pierwszej do ostatniej piosenki. Tak ciągle tak samo? Nie rozumiem. Dobrze, że zaproszono na scenę gościa - jego występ rozbił tę monotonię. I jego młodziutka córka - grała na saksofonie!
Pamiętamy. To był zespół harcerski. Przez długie lata ich kalendarz prezentował grupę w harcerskich mundurach sfotografowaną gdzieś w Bieszczadach. Wyobrażacie sobie, że w ciągu półtoragodzinnego koncertu, gdy dziewczyny prowadzą narrację zapowiadając kolejne piosenki, ani razu nie pada słowo “harcerstwo”? Nie było nic o bazie Chorągwi Kieleckiej, o Operacji Bieszczady 40, o mundurach. Było o górach, przyrodzie, wędrówce, było o przyrodzie. I tyle.
Trochę zdziwiłem się, że “Wołosatki” mają w Warszawie tak mało fanów. Może harcerzy wypłoszyła “cywilna” Stodoła? Może nie było zaproszeń w warszawskich hufcach? Na widowni kilkoro, dosłownie kilkoro starszych harcerskich instruktorów. To zadziwiające.
Piszę tak sobie piszę i cały czas zastanawiam się, czy gdyby zespół przyjechał na występ do stolicy poszedłbym na ich występ czy nie. A więc wyobraźcie sobie, że powtórnie znów pójdę. Choć to teraz cywile.
PS 1 Kupiłem płytę z piosenkami “Wołosatek” i ich przyjaciół. Jaka to słabizna. Piosenki nagrywane w studio brzmią nieprawdopodobnie amatorsko. Jednak w sali, gdy publiczność czuje, reaguje na występ, zupełnie inaczej się słucha. A takie śpiewanki ze skromnym zazwyczaj akompaniamentem? Oj, jakie są marne…
PS 2 Przypominają mi się “Filipinki”. Teraz już panie na emeryturze. One też zaczynały jako harcerki w zespole Skoraczewskiego. Tak bywa. Nie zawsze i nie do końca życia (także zespołu wokalnego) trzeba być obowiązkowo w harcerstwie. Ot, trochę to dziwne, trochę smutno. Da się przeżyć.

“M”, czyli o mądrych (literki nr 21)

Mojemu Ulubionemu Instruktorowi coś się od rana nie wiodło. Woda pod prysznicem była za zimna, skarpetki trafiły mu się od dwóch par, a w pojemniku na chleb Mulin odnalazł dwie nadpleśniałe bułeczki. - Co za życie - pomyślał. - Czy nie lepiej jest raniutko wypić filiżankę dobrej kawy i dać sobie spokój z tymi codziennymi, banalnymi czynnościami? Jakiś prysznic, jakieś bułeczki… Jak żyć? - Mulin potrząsnął głową i zaczął myśleć.
Myślenie to (tak, tak, wiemy)… Mulin się zamyślił. A myślenie, wbrew niektórym. ma kolosalną przyszłość. Myślał więc Mulin o czymś, co jest mu najbliższe. Była to jego ulubiona organizacja. Ku swemu nieszczęściu (czy to przez te bułeczki?) zaczął filozofować. I zaczął się zastanawiać, czym jest mądrość. Zwykła, ludzka, uczciwa mądrość. Obejrzał się wokoło. Nawet popatrzył w lustro, Nie, nie zobaczył w okolicy człowieka mądrego. A jak to jest w jego ulubionej organizacji? Czy są w niej ludzie mądrzy? I czy mądrzy ludzie są jej potrzebni? Pomyślał chwilę (tak, tak, pomyślał) i zaczął przypominać sobie dorosłych członków jego ulubionej organizacji. Najwięcej było ambitnych. Dużo też znał dobrych organizatorów. Znalazł wśród nich instruktorów skłonnych do poświęceń a nawet takich, którzy po prostu są w niej z nudy, bo nie znaleźli sobie w życiu czegoś lepszego do robienia. Był między nimi głupawy wesołek i kilku przemądrzalców, którzy wiedzą wszystko najlepiej. Byli też leniwi (tzw. lenie patentowani), aktywiści, starcy chcący być całe życie młodzi i młodzi udający starców. Wielu, bardzo wielu. Mulin przypomniał sobie jeszcze kilka typów, ale pomyślał, że nawet pomyśleć o nich nie powinien.
Tylko tych mądrych, prawdziwych filozofów, jakoś w jego ulubionej organizacji było stanowczo za mało.
Przypomniało mu się zdanie jego nauczyciela sprzed lat, który dzielił ówczesną inteligencję na ludzi uczonych (których nie cenił) i mądrych. Dawał przykład wiejskich mędrców, do których przychodzi po poradę pół wsi. Takich ludzi zupełnie nieuczonych, ale mających w okolicy ogromny autorytet.- Gdzie są ci mądrzy w mojej ulubionej organizacji - szepnął Mulin do siebie. Bardzo mu ich brakowało, niech to będzie wesołek, ale mądry. Niech będzie mądry leniwiec - tak by chciał z mądrym członkiem jego ulubionej organizacji porozmawiać. I wiedział, o czym.
Cóż, nie ma bułeczek, pora na filiżankę dobrej kawy. Pewnie nic dobrego Mulina tego dnia nie czeka…

Next Page »