Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

Pod tęczową flagą

W ZHP padają stare pytania. Czy osoba homoseksualna może być drużynowym/drużynową? Co na to rodzice? Jeżeli gej jest drużynowym i nikt o tym nie wie, to może sobie być, a gdy się ujawni, to dla jednych nie ma problemu, a dla innych jednak problem istnieje? A lesbijka? I jak to jest w harcerstwie - na przykład na obozie - czy nieobyczajne zachowanie dziewczyny i chłopaka (na przykład nocne wizyty oboźnego u komendantki) jest akceptowane, a nieobyczajne zachowanie dwóch pełnoletnich chłopaków (śpią w jednym namiocie na jednej pryczy) - nie? A może oba takie zachowania powinny być przez wszystkich traktowane jako naganne? Także przez rodziców i całą kadrę instruktorską? Odpowiedź na te pytania jest prosta.
Jakiś czas temu w prowadzonym przeze mnie kursie drużynowych brał udział W. Sympatyczny, inteligentny, zainteresowany teatrem. Zaczął prowadzić drużynę artystyczną, coś mu nie wyszło, odszedł z harcerstwa. Po kilku latach stał się twarzą warszawskich homoseksualistów. W. był przed laty kandydatem na dobrego instruktora, choć (co było widać na kursie) osobą nadwrażliwą. Jego późniejsza kariera świadczyła, że był urodzonym przywódcą. Ciekawe, czy byłby dobrym drużynowym.
Po raz trzeci w tym roku grupa członków naszej organizacji uczestniczyła w warszawskiej Paradzie Równości. Bez mundurów, ale z harcerskimi/skautowymi chustami. Wywołuje to dyskusję. Przy okazji tejże parady Helena, warszawska młoda instruktorka, zaprezentowała się publicznie jako osoba biseksualna. Pada pytanie, czy harcerze powinni uczestniczyć w takich imprezach? Nawet jeśli ta impreza w pełni jest zgodna z Prawem Harcerskim. Bo harcerz jest pogodny, bo harcerz w każdym widzi bliźniego. Wydaje mi się, że nie to jest najistotniejsze. Harcerz powinien stać w obronie słabszych. Nie da się ukryć, że środowisko LGBT są dziś słabsze, ciągle nie ma równych praw. I w takim kontekście w radosnym święcie tej społeczności instruktorzy harcerscy spokojnie mogą brać udział. Przecież zupełnie nieistotne jest, jaka jest orientacja seksualna osób w paradzie uczestniczących. To jest parada równości. Dlatego kilka razy proponowałem jednemu z naszych harcerskich vipów: - Pójdźmy na paradę za rok. - Na razie się nie zgodził. Będę nad nim pracował.
PS I mamy jeszcze dwie kłopotliwe dyskusje. Jedna wokół poglądów byłego komendanta Hufca Łowicz. Druga dotyczy wychowania duchowego w ZHP. Za mało wiem, aby się w tych sprawach wypowiadać. Ale jeszcze wszystko przede mną.

Misja komisja

Kilka dni temu starałem się osobie, która z harcerstwem nie miała i nie ma nic wspólnego, opowiedzieć (i to w skrócie opowiedzieć), czym jest w ZHP zdobywanie stopni instruktorskich. Nie było to proste. Jak wyjaśnić, że dobrowolnie tworzymy program osobistego rozwoju połączony ze zdobywaniem wiedzy i umiejętności związanych z wychowywaniem dzieci i młodzieży. Uprawnienia, które sobie przyznajemy, świadczą o nas, naszym zaangażowaniu w działalność społeczną. Zdobywanie tych stopni, dążenie do (bardzo w nazwie anachronicznym) zostania mistrzem harców może dla osoby “z zewnątrz” być jakimś dziwactwem. Choć przecież dziwaczne nie jest.
W minioną sobotę w Łodzi brałem udział w konferencji “Misja - komisja”, konferencji, na którą zjechało kilkudziesięciu instruktorów w stopniu harcmistrza i podharcmistrza - członków hufcowych i chorągwianych komisji stopni instruktorskich. Byli członkowie władz harcerskich różnych szczebli - ci z wyboru i ci mianowani, byli harcerscy zapaleńcy - wszyscy - wydaje się, wiele wiedzący o pracy organizacji.
To duża radość widzieć kilkudziesięciu zapaleńców, którzy nie chcą rewolucji w organizacji, lecz modernizowania w taki sposób, by wychowywali się w niej bardzo dobrzy instruktorzy. Co jest dla tej grupy najważniejsze? Wydaje mi się, że takie sformułowanie naszych regulaminów, zasad, przepisów, całego systemu stopni instruktorskich, by nie trzeba go było interpretować, tłumaczyć poszczególnych wymagań. Grzesio Całek tłumaczył nam, że tam w tym w systemie jest wszystko jasne i proste, ale tak nie jest. Bo jeżeli jest wiele pytań, bardzo wiele, o czymś to świadczy. I pozostaje w naszej pamięci stała informacja - mamy ogromną grupę drużynowych, co prawda przeszkolonych, ale bez formalnych uprawnień - nie mają stopnia instruktorskiego.
Konferencję zorganizowali instruktorzy Hufca Łódź-Górna - dobrego hufca. I tam, w wielkim mieście ponad połowa drużynowych to nie są instruktorzy. Dlaczego? Na to pytanie uczestnicy konferencji nie odpowiedzieli. Niektórzy - tak jak ja - uważają, że trzeba zmodyfikować wymagania na przewodnika. Inni uważają - niech sobie tak będzie, jak jest. KSI - Komisje Stopni Instruktorskich mają dużą przed sobą misję. Ciekawe, czy tej misji podołają.

Czterdziesty

Zakończył się 40 Zjazd ZHP. Trwał trzy doby z krótkimi przerwami na sen i posiłki. Snu było niewiele. Posiłki mocno przeciętne. To taki pierwszy przypadek, gdy musiałem jeść kolację bez popijania herbatą. No w jakichś hotelach na wczasach dają tak jeść, a napoje trzeba sobie dokupić, ale w czasie zjazdu kupienie herbaty u miłych panów rozdzielających różne produkty żywnościowe było niemożliwe. Fakt, gdy już się zatkaliśmy, mogliśmy wyjść z jadalni i wypić herbatę w pięknych jednorazowych naczyniach - plastikowych lub papierowych - do wyboru. No dobrze, mogłem pójść do któregoś pokoików -dla VIP-ów lub gości zagranicznych - i tam wypić normalnie - w filiżance. Ale ten zjazd pozostanie mi w pamięci jako dość specyficzny.
W trakcie takiej imprezy człowiek zdaje sobie sprawę z upływającego czasu. Walnęło mnie, gdy przewodniczący zjazdu poprosił, by sznur funkcyjny naczelniczce i przewodniczącemu wręczył najmłodszy i najstarszy delegat. Tym najstarszym był Jan O. Ja od Jana po prostu jestem starszy… Nasz hufcowy delegat zwany Polonistą mówi do mnie: - Dziadku. - Kilka razy musiałem tłumaczyć, że Polo jest takim moim harcerskim wnukiem. Żarty żartami, ale czas płynie.
Ten upływ czasu dał o sobie znać na samym początku wielkiego harcerskiego spotkania. Kilkanaście godzin wcześniej niespodziewanie we własnym domu zmarła Lucyna. Przemiła instruktorka, autentycznie lubiana, ceniona. Taka, która “całym życiem”. 24 lata była komendantką chorągwi. I mogła jeszcze dalej pełnić harcerską służbę. Żal.
A zjazd był zjazdem spóźnień, zjazdem opóźnień. Powiedzmy - jak zwykle. Kiedy usiądziemy i tak rozsądnie zaplanujemy zjazd, aby przebiegał on spokojnie, abyśmy podjęli na nim wszystkie decyzje we właściwym czasie? Abyśmy występowali na zjeździe krótko i rzeczowo? Aby nie było na nim projektów zbędnych uchwał? To można właściwie zorganizować, tylko wystarczy zacząć uczyć się na własnych błędach. To takie proste.
W newsie na oficjalnej stronie ZHP rewelacyjne wiadomość. Okazuje się, że ten zjazd był przełomowy, ponieważ służby zjazdowe wypełniały swe zadania bezbłędnie. Jeszcze raz powtórzę - przełomowy z powodu jakości działania służb. Tekst ten musiała napisać młoda osoba, która nie rozumie słowa przełomowy. Moim zdaniem przełomowy był VII Zjazd w 1981 roku, dla innych - bydgoski w roku 1990. Gdyby ktokolwiek chciał widzieć jakąś przełomowość w tym, czterdziestym, to z powodu chęci przejęcia kierowania organizacją przez trzy różne ekipy. To rzeczywiście przełomowe - trzy programy, trzy osobowości potencjalnych naczelników. No ale newsa pisał ktoś ze starej Głównej Kwatery. Może to taka złośliwość w stosunku do tej nowej?
Delegaci wybrali władze. I moim zdaniem wybrali optymalni. Z kandydatów na naczelnika ZHP zdecydowanie najlepsza była Ania. A jeżeli chodzi o przewodniczącego, to stawiałem na Grzesia, ale Darek ma czteroletnie doświadczenie na tej funkcji i sprawował ją dobrze. cieszę się, że wybrano Darka.
Nie będę gdybał, nie będę bawił się w proroctwa. Czekają nas kolejne trudne lata. Mam nadzieję, że lata sukcesów. Czego całej naszej organizacji, i sobie, życzę.

Zjazdowe refleksje

Felieton ten napisałem do miesięcznika “Czuwaj”, ale zdecydowałem, że w naszym piśmie instruktorskim zamieszczę inny tekst. Pozostał mi felieton, który jednak wart jest upowszechnienia.

Tak jest za każdym razem od czasu, gdy aktywnie uczestniczę w zjazdach ZHP, a to już będzie około 40 lat. Najważniejszą częścią zjazdu są wybory władz. Podejrzewam, że wcześniej było podobnie. I choć przed laty wszystkie władze były z góry znane, kandydaci zaproponowani przez tzw. komisję matkę, czyli komisję wyborczą, zawsze we władzach się znaleźli, to dreszczyk emocji zawsze wyborom towarzyszył.
Przypomnę, że w minionej niesłusznej epoce przyjęte zostało, że władze ZHP dotyka tzw. nomenklatura, a to znaczyło, że naczelnik ZHP (przewodniczącego jeszcze w organizacji nie wybieraliśmy) był jeszcze przed wyborami zatwierdzany w Komitecie Centralnym PZPR. (Komendanci chorągwi i hufców też – odpowiednio w komitetach wojewódzkich i powiatowych. Może czytaliście w którymś z moich felietonów wspomnienie, jak na jednym ze zjazdów – nazywaliśmy je konferencjami sprawozdawczo-wyborczymi - Chorągwi Stołecznej wybraliśmy komendantkę, która przez władze partyjne zatwierdzona wcześniej nie była. Kandydat, ten uzgodniony w komitecie, przepadł w głosowaniu. Na szczęście partia nie zaprotestowała, choć był to szok dla wielu instruktorów – druha, którego popierała PZPR, nie wybrano!).
Wybory były zatem najważniejsze, ale i w tamtych czasach uchwały przyjmowane były w spokoju, były dopracowane i wcześniej dobrze zredagowane.
Lecz od VII Zjazdu ZHP (uważam, że najważniejszego w historii ZHP – większość instruktorów tak nie myśli), czyli od wiosny 1981 r., emocje rosły. Najpierw dotyczyły one spraw ideowych (tu powinienem rozwinąć akapit o kręgach instruktorskich imienia Andrzeja Małkowskiego, o płaskim węźle i wyszywanej na instruktorskich lilijkach liczbie 10). Później, po roku 1989 – także emocje zaczęły dotyczyć też spraw personalnych. Zjazd bydgoski, gdy wybraliśmy druha Mirowskiego na przewodniczącego, jest tu doskonałym przykładem. Byłem na tym zjeździe przewodniczącym komisji uchwał i wniosków. Wydawałoby się – bardzo ważnej komisji. Pracowaliśmy nad uchwałami w przełomowym momencie funkcjonowania organizacji. Bo w tamtym momencie historii Polski było to być albo nie być naszego ZHP. I okazało się, że rola „mojej” komisji była marginesowa. Nie dlatego, że uchwały były nieważne. Nie. Po prostu sprawy personalne, obecność „bandy czworga” (z jej ekipy, poza przewodniczącym hm. Stefanem Mirowskim, wiceprzewodniczącą ZHP została hm. Anna Zawadzka – siostra „Zośki”), wybór młodziutkiego Rysia Pacławskiego na naczelnika, świadomość wagi podstawowych decyzji zjazdowych, rozumienie, że bierzemy udział w bardzo ważnym wydarzeniu, spowodowały, że komisja uchwał stawała się prawie zbędna. A to, co dawaliśmy zjazdowi do przegłosowania, było prawie bez zbędnych dyskusji przegłosowywane. Ale na tym zjeździe proporcje się zmieniły. Walka o władzę stawała się coraz ważniejsza.
Nie, nie będę opisywał przebiegu poszczególnych zjazdów, gdy wybierano naczelników i przewodniczących. Zwracam tylko po raz kolejny uwagę, że tymi wyborami pasjonujemy się – jak mało ważne są decyzje programowe czy strategiczne. Tak być musi.
Na tegorocznym grudniowym zjeździe mamy komfortową sytuację. Troje kandydatów na Przewodniczącego, troje kandydatów na Naczelnika. Wiemy o nich bardzo wiele, mogli się zaprezentować – także w tym numerze „Czuwaj”. Wybory powinny być dość proste, bo jeszcze przed zjazdem każdy z delegatów ma prawdopodobnie swojego faworyta. I wie, jak będzie głosował, gdy dojdzie do drugiej tury głosowań.
Może więc będzie tym razem czas na autentyczną rozmowę o Związku? O tym drużynowym, który jest w centrum uwagi? O metodzie harcerskiej i jej stosowaniu? Zobaczymy.

“Trójka” i 120-lecie “Mickiewicza”

Nie, nie będę teraz sumował uroczystości związane ze 120-leciem “Mickiewicza”. To wymaga oddzielnego omówienia. Ja o naszej 3 WDH i przy okazji “39″. Bo żeglarska “39″ to nie tylko inne mundury, ale także tradycja, która jest równie piękna, jak “3″. Drużyna stała się dzięki Jurkowi częścią naszego szczepu, ale jednak stanowiła odrębną jakość.
Spotkało się nas w trakcie imprezy rocznicowej (tych, którzy wpisali się na listę) nieco ponad 30 osób. Kilkoro naszych byłych harcerek i harcerzy do “naszej” klasy nie dotarło. Krążyli po szkole, być może mieli bardziej interesujących rozmówców. Karolina wybrała koleżanki z klasy. Witek też gdzieś był widziany. Więc prawdopodobnie było nas trochę więcej. Ponad 30 (ile było osób na zjeździe absolwentów? 300?) “naszych”, 10% obecnych, powiązanych towarzysko i rodzinnie. Czas płynie i pada zdanie: - Moja była żona, którą poznałem w harcerstwie. - Ale poszczególne grupy harcerskie nadal się po wielu latach przyjaźnią. Ten moment, 120-lecie szkoły, to niewątpliwie bodziec do wzmocnienia naszego środowiska. Nie rozmawiałem z całą naszą gromadą (oni mieli wiele między sobą do powiedzenia), ale padały nazwiska, padały propozycje.
Moje dwa marzenia - odtworzyć “3″ im. x Józefa Poniatowskiego. Jak to zrobić? Czy mi siły i determinacji wystarczy? Trudna sprawa. Drugie marzenie jest bardziej realne. Zorganizować Stowarzyszenie Przyjaciół Harcerstwa. Szczepu 3 WDH? Trójek i 39? Harcerstwa na Saskiej Kępie? (W tym ostatnim przypadku moglibyśmy się wzmocnić o także moje “46″, choć szczepowym w Liceum Prusa byłem krótko).
Odtwarzają się śpiewanki w gronie naszych dawnych harcerzy. Dorota mówi, że pewnie się rozszerzą. Że może zaczną przychodzić inni, kolejni nasi byli członkowie. To nadzwyczajna inicjatywa. Prosta i skuteczna. Kukuła (której nie było) ponoć zaprasza.
I dla mnie sensacja - przy okazji tego spotkania dowiedziałem się, że Arek prowadzi stronę ze zdjęciami 3 WDH, ponoć jest tam już zawieszonych ponad 2 tysiące zdjęć. Muszę przyznać, że przeglądałem je wieczorem przez kilka godzin. To był dla mnie wieczór wspomnień. Zdjęcia naszego szczepu sprzed około 35 lat. Patrzyłem na nas, porównywałem z naszym wyglądem z sobotniej rocznicy szkoły. Benek - szczuplutki, rozrósł się, młody Kostek nie zmienił się, Pućka dziś rewelacyjna, jak dawniej, Joasia S. wyszlachetniała, jakaś poważniejsza, Ola wygląda ślicznie. Itd., itd. Byłem z siebie dumny, że pierwszego naszego harcerza, którego zobaczyłem w “Mickiewiczu”, Jacka, rozpoznałem bezbłędnie. I smutno, że nie poznałem Joego, który mieszka gdzieś daleko, daleko. Ale nic straconego, następnym razem go poznam.
Na facebooku nasze rodzinne zdjęcie, z tyłu sztandar. Drgnie, coś musi drgnąć po tym spotkaniu.
PS. Dorota zawiesiła na facebooku zdjęcie z Norwegii z 85 roku. Odezwała się Ania z Kanady. Super.

Next Page »