Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

Archiwum kategorii: 'Harcerstwo'

Czterdziesty

Zakończył się 40 Zjazd ZHP. Trwał trzy doby z krótkimi przerwami na sen i posiłki. Snu było niewiele. Posiłki mocno przeciętne. To taki pierwszy przypadek, gdy musiałem jeść kolację bez popijania herbatą. No w jakichś hotelach na wczasach dają tak jeść, a napoje trzeba sobie dokupić, ale w czasie zjazdu kupienie herbaty u miłych panów rozdzielających różne produkty żywnościowe było niemożliwe. Fakt, gdy już się zatkaliśmy, mogliśmy wyjść z jadalni i wypić herbatę w pięknych jednorazowych naczyniach - plastikowych lub papierowych - do wyboru. No dobrze, mogłem pójść do któregoś pokoików -dla VIP-ów lub gości zagranicznych - i tam wypić normalnie - w filiżance. Ale ten zjazd pozostanie mi w pamięci jako dość specyficzny.
W trakcie takiej imprezy człowiek zdaje sobie sprawę z upływającego czasu. Walnęło mnie, gdy przewodniczący zjazdu poprosił, by sznur funkcyjny naczelniczce i przewodniczącemu wręczył najmłodszy i najstarszy delegat. Tym najstarszym był Jan O. Ja od Jana po prostu jestem starszy… Nasz hufcowy delegat zwany Polonistą mówi do mnie: - Dziadku. - Kilka razy musiałem tłumaczyć, że Polo jest takim moim harcerskim wnukiem. Żarty żartami, ale czas płynie.
Ten upływ czasu dał o sobie znać na samym początku wielkiego harcerskiego spotkania. Kilkanaście godzin wcześniej niespodziewanie we własnym domu zmarła Lucyna. Przemiła instruktorka, autentycznie lubiana, ceniona. Taka, która “całym życiem”. 24 lata była komendantką chorągwi. I mogła jeszcze dalej pełnić harcerską służbę. Żal.
A zjazd był zjazdem spóźnień, zjazdem opóźnień. Powiedzmy - jak zwykle. Kiedy usiądziemy i tak rozsądnie zaplanujemy zjazd, aby przebiegał on spokojnie, abyśmy podjęli na nim wszystkie decyzje we właściwym czasie? Abyśmy występowali na zjeździe krótko i rzeczowo? Aby nie było na nim projektów zbędnych uchwał? To można właściwie zorganizować, tylko wystarczy zacząć uczyć się na własnych błędach. To takie proste.
W newsie na oficjalnej stronie ZHP rewelacyjne wiadomość. Okazuje się, że ten zjazd był przełomowy, ponieważ służby zjazdowe wypełniały swe zadania bezbłędnie. Jeszcze raz powtórzę - przełomowy z powodu jakości działania służb. Tekst ten musiała napisać młoda osoba, która nie rozumie słowa przełomowy. Moim zdaniem przełomowy był VII Zjazd w 1981 roku, dla innych - bydgoski w roku 1990. Gdyby ktokolwiek chciał widzieć jakąś przełomowość w tym, czterdziestym, to z powodu chęci przejęcia kierowania organizacją przez trzy różne ekipy. To rzeczywiście przełomowe - trzy programy, trzy osobowości potencjalnych naczelników. No ale newsa pisał ktoś ze starej Głównej Kwatery. Może to taka złośliwość w stosunku do tej nowej?
Delegaci wybrali władze. I moim zdaniem wybrali optymalni. Z kandydatów na naczelnika ZHP zdecydowanie najlepsza była Ania. A jeżeli chodzi o przewodniczącego, to stawiałem na Grzesia, ale Darek ma czteroletnie doświadczenie na tej funkcji i sprawował ją dobrze. cieszę się, że wybrano Darka.
Nie będę gdybał, nie będę bawił się w proroctwa. Czekają nas kolejne trudne lata. Mam nadzieję, że lata sukcesów. Czego całej naszej organizacji, i sobie, życzę.

Zjazdowe refleksje

Felieton ten napisałem do miesięcznika “Czuwaj”, ale zdecydowałem, że w naszym piśmie instruktorskim zamieszczę inny tekst. Pozostał mi felieton, który jednak wart jest upowszechnienia.

Tak jest za każdym razem od czasu, gdy aktywnie uczestniczę w zjazdach ZHP, a to już będzie około 40 lat. Najważniejszą częścią zjazdu są wybory władz. Podejrzewam, że wcześniej było podobnie. I choć przed laty wszystkie władze były z góry znane, kandydaci zaproponowani przez tzw. komisję matkę, czyli komisję wyborczą, zawsze we władzach się znaleźli, to dreszczyk emocji zawsze wyborom towarzyszył.
Przypomnę, że w minionej niesłusznej epoce przyjęte zostało, że władze ZHP dotyka tzw. nomenklatura, a to znaczyło, że naczelnik ZHP (przewodniczącego jeszcze w organizacji nie wybieraliśmy) był jeszcze przed wyborami zatwierdzany w Komitecie Centralnym PZPR. (Komendanci chorągwi i hufców też – odpowiednio w komitetach wojewódzkich i powiatowych. Może czytaliście w którymś z moich felietonów wspomnienie, jak na jednym ze zjazdów – nazywaliśmy je konferencjami sprawozdawczo-wyborczymi - Chorągwi Stołecznej wybraliśmy komendantkę, która przez władze partyjne zatwierdzona wcześniej nie była. Kandydat, ten uzgodniony w komitecie, przepadł w głosowaniu. Na szczęście partia nie zaprotestowała, choć był to szok dla wielu instruktorów – druha, którego popierała PZPR, nie wybrano!).
Wybory były zatem najważniejsze, ale i w tamtych czasach uchwały przyjmowane były w spokoju, były dopracowane i wcześniej dobrze zredagowane.
Lecz od VII Zjazdu ZHP (uważam, że najważniejszego w historii ZHP – większość instruktorów tak nie myśli), czyli od wiosny 1981 r., emocje rosły. Najpierw dotyczyły one spraw ideowych (tu powinienem rozwinąć akapit o kręgach instruktorskich imienia Andrzeja Małkowskiego, o płaskim węźle i wyszywanej na instruktorskich lilijkach liczbie 10). Później, po roku 1989 – także emocje zaczęły dotyczyć też spraw personalnych. Zjazd bydgoski, gdy wybraliśmy druha Mirowskiego na przewodniczącego, jest tu doskonałym przykładem. Byłem na tym zjeździe przewodniczącym komisji uchwał i wniosków. Wydawałoby się – bardzo ważnej komisji. Pracowaliśmy nad uchwałami w przełomowym momencie funkcjonowania organizacji. Bo w tamtym momencie historii Polski było to być albo nie być naszego ZHP. I okazało się, że rola „mojej” komisji była marginesowa. Nie dlatego, że uchwały były nieważne. Nie. Po prostu sprawy personalne, obecność „bandy czworga” (z jej ekipy, poza przewodniczącym hm. Stefanem Mirowskim, wiceprzewodniczącą ZHP została hm. Anna Zawadzka – siostra „Zośki”), wybór młodziutkiego Rysia Pacławskiego na naczelnika, świadomość wagi podstawowych decyzji zjazdowych, rozumienie, że bierzemy udział w bardzo ważnym wydarzeniu, spowodowały, że komisja uchwał stawała się prawie zbędna. A to, co dawaliśmy zjazdowi do przegłosowania, było prawie bez zbędnych dyskusji przegłosowywane. Ale na tym zjeździe proporcje się zmieniły. Walka o władzę stawała się coraz ważniejsza.
Nie, nie będę opisywał przebiegu poszczególnych zjazdów, gdy wybierano naczelników i przewodniczących. Zwracam tylko po raz kolejny uwagę, że tymi wyborami pasjonujemy się – jak mało ważne są decyzje programowe czy strategiczne. Tak być musi.
Na tegorocznym grudniowym zjeździe mamy komfortową sytuację. Troje kandydatów na Przewodniczącego, troje kandydatów na Naczelnika. Wiemy o nich bardzo wiele, mogli się zaprezentować – także w tym numerze „Czuwaj”. Wybory powinny być dość proste, bo jeszcze przed zjazdem każdy z delegatów ma prawdopodobnie swojego faworyta. I wie, jak będzie głosował, gdy dojdzie do drugiej tury głosowań.
Może więc będzie tym razem czas na autentyczną rozmowę o Związku? O tym drużynowym, który jest w centrum uwagi? O metodzie harcerskiej i jej stosowaniu? Zobaczymy.

“Trójka” i 120-lecie “Mickiewicza”

Nie, nie będę teraz sumował uroczystości związane ze 120-leciem “Mickiewicza”. To wymaga oddzielnego omówienia. Ja o naszej 3 WDH i przy okazji “39″. Bo żeglarska “39″ to nie tylko inne mundury, ale także tradycja, która jest równie piękna, jak “3″. Drużyna stała się dzięki Jurkowi częścią naszego szczepu, ale jednak stanowiła odrębną jakość.
Spotkało się nas w trakcie imprezy rocznicowej (tych, którzy wpisali się na listę) nieco ponad 30 osób. Kilkoro naszych byłych harcerek i harcerzy do “naszej” klasy nie dotarło. Krążyli po szkole, być może mieli bardziej interesujących rozmówców. Karolina wybrała koleżanki z klasy. Witek też gdzieś był widziany. Więc prawdopodobnie było nas trochę więcej. Ponad 30 (ile było osób na zjeździe absolwentów? 300?) “naszych”, 10% obecnych, powiązanych towarzysko i rodzinnie. Czas płynie i pada zdanie: - Moja była żona, którą poznałem w harcerstwie. - Ale poszczególne grupy harcerskie nadal się po wielu latach przyjaźnią. Ten moment, 120-lecie szkoły, to niewątpliwie bodziec do wzmocnienia naszego środowiska. Nie rozmawiałem z całą naszą gromadą (oni mieli wiele między sobą do powiedzenia), ale padały nazwiska, padały propozycje.
Moje dwa marzenia - odtworzyć “3″ im. x Józefa Poniatowskiego. Jak to zrobić? Czy mi siły i determinacji wystarczy? Trudna sprawa. Drugie marzenie jest bardziej realne. Zorganizować Stowarzyszenie Przyjaciół Harcerstwa. Szczepu 3 WDH? Trójek i 39? Harcerstwa na Saskiej Kępie? (W tym ostatnim przypadku moglibyśmy się wzmocnić o także moje “46″, choć szczepowym w Liceum Prusa byłem krótko).
Odtwarzają się śpiewanki w gronie naszych dawnych harcerzy. Dorota mówi, że pewnie się rozszerzą. Że może zaczną przychodzić inni, kolejni nasi byli członkowie. To nadzwyczajna inicjatywa. Prosta i skuteczna. Kukuła (której nie było) ponoć zaprasza.
I dla mnie sensacja - przy okazji tego spotkania dowiedziałem się, że Arek prowadzi stronę ze zdjęciami 3 WDH, ponoć jest tam już zawieszonych ponad 2 tysiące zdjęć. Muszę przyznać, że przeglądałem je wieczorem przez kilka godzin. To był dla mnie wieczór wspomnień. Zdjęcia naszego szczepu sprzed około 35 lat. Patrzyłem na nas, porównywałem z naszym wyglądem z sobotniej rocznicy szkoły. Benek - szczuplutki, rozrósł się, młody Kostek nie zmienił się, Pućka dziś rewelacyjna, jak dawniej, Joasia S. wyszlachetniała, jakaś poważniejsza, Ola wygląda ślicznie. Itd., itd. Byłem z siebie dumny, że pierwszego naszego harcerza, którego zobaczyłem w “Mickiewiczu”, Jacka, rozpoznałem bezbłędnie. I smutno, że nie poznałem Joego, który mieszka gdzieś daleko, daleko. Ale nic straconego, następnym razem go poznam.
Na facebooku nasze rodzinne zdjęcie, z tyłu sztandar. Drgnie, coś musi drgnąć po tym spotkaniu.
PS. Dorota zawiesiła na facebooku zdjęcie z Norwegii z 85 roku. Odezwała się Ania z Kanady. Super.

Ten dziesiąty

Tak, dziś będzie o dziesiątym punkcie Prawa Harcerskiego. Tym, który nie tak dawno zmieniony został przez zjazd ZHP. Będzie o tym punkcie i przedziwnym jego rozumieniu. Nie będę się zajmował historią harcerstwa, Małkowskim, Szarymi Szeregami, statutami - przedwojennymi i powojennymi. Nie zajmę się także Prawem Harcerskim obowiązującym w ZHP poza granicami Kraju. Choć warto, bo bardzo podobne jest do tego funkcjonującego w dzisiejszym ZHP. Porozmawiamy o tym punkcie, który jest zmodernizowany, zdaniem jednych - poprawionym, zdaniem innych - popsutym. Ten punkt powinniśmy interpretować. Oczywiście dlatego, że obowiązuje nas dziś, ale będzie (chyba) obowiązywał nas jutro i pojutrze. Brzmi on: “Harcerz pracuje nad sobą, jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; jest wolny od nałogów”.
Zaczyna się ta cząstka harcerskiego prawa od sformułowania zobowiązującego harcerza do pracy nad sobą. Fakt, wszystkie poprzednie punkty też do pracy nad sobą zobowiązują. Ten jakby pointuje, zamyka tamtą dziewiątkę. Praca nad sobą - bycie coraz lepszym; we wszystkich sferach. Tej intelektualnej, tej fizycznej, tej duchowej. To proste. Często mówimy w harcerstwie o stawianiu wyzwań. Tak, to praca nad sobą przez stawianie wyzwań.
Przy okazji rozmowy o zmianie 10. punktu Prawa zdumiał mnie pewien młody, aczkolwiek pełnoletni od jakiegoś czasu instruktor. Stwierdził, że bardzo się cieszy z tego nowego zapisu. Będzie teraz swoim harcerzom powiedzieć, że lubi sobie strzelić malucha, po zbiórce pójść na piwo a dziewczyną usiąść i wypić butelkę dobrego wina. No, może troszkę tu fantazjuję, ale ogólna wymowa jego wypowiedzi była właśnie taka. Instruktor ten stwierdził, że nie musi już nikogo oszukiwać. Nie musi być (jak poprzednio) dwulicowy. Mówić harcerzom, że alkoholu nie pije, co prawdą nie było.
Porozmawiajmy na serio. Opowiadanie harcerzom o własnych nałogach lub nawet o ulubionych napojach wyskokowych jest skandalem. Granica między nałogiem a przyjemnością wypicia jednego piwa jest cienka. Ów instruktor zupełnie zapomniał, że ma być wzorcem dla swoich harcerzy (i harcerek też). Nie widzi, że działa w środowisku, gdzie mieszka sporo rodzin patologicznych, że abstynencja szczególnie tam powinna być tam propagowana.
Zastanawiam się, czy ten instruktor umawia się ze swoimi harcerzami (i harcerkami także), że gdy skończą osiemnaście lat, pójdzie z nimi po zbiórce na piwo (ma on swoje zasady - na zbiórce będzie trzeźwy, dopiero później może sobie używać życia). Czy zatem pracuje nad sobą? Oczywiście nie. Czy jest czysty w myślach? Wątpię.
W jego przypadku sens miałoby tylko jedno stwierdzenie: - Mam pewną niedoskonałość, jestem w pewnej dziedzinie swego życia mało harcerski. Będę się starał zwalczać moje nienajlepsze postawy, moje słabości. Opracuję moją indywidualną ścieżkę rozwoju i będę nią kroczył. - Ale tak nie jest. On jakby szczycił się swoją nieharcerską postawą.
Do pracy nad sobą zachęcałbym owego druha - ekshibicjonistę i innych druhów podobnie myślących. Powtórzę - pracujmy nad sobą, starajmy się dla naszych wychowanków być wzorcem. Instruktor z papierosem w zębach i butelką piwa w ręku takim wzorem nie był, nie jest i nie będzie. Nigdy. Przeczytajcie ze zrozumieniem 10 punkt harcerskiego prawa. Ze zrozumieniem.

Biwaki

Nie tak dawno Główna Kwatera ZHP zatwierdziła instrukcję, w której spisano zasady funkcjonowania gromad, drużyn, kręgów, klubów. Instrukcja budziła ogromne zainteresowanie, gdyż zbiera kilka czy kilkanaście dotychczasowych dokumentów w jeden solidny plik. W tejże instrukcji znajduje się fragment (moim zdaniem nie za bardzo na miejscu) dotyczący biwaków. I jest to temat, który budzi moją dodatkową refleksję i dlatego postanowiłem o biwakach napisać.
Nie tylko ja deliberuję na ten temat. Wystarczyło na fb jedno pytanie w sprawie coraz mniejszego zainteresowania w harcerstwie biwakami, a sypnęło się tak dużo wypowiedzi, że miałem kłopot w śledzeniu dyskusji. Nasi harcmistrzowie (bo to na ich stroniczce prowadzona była rozmowa) wykazali nieprawdopodobną aktywność.
Większość z nich zajęła się analizą powyższego dokumentu GK i różnymi biurokratycznymi pomysłami naszych harcerskich władz na szczeblu hufca. Bo papierologia w naszej organizacji kwitnie. Mnie jednak (bo włączyłem się niebacznie do rozmowy na fb) interesował całkiem inny aspekt związany z biwakami. Są to mianowicie biwaki-niebiwaki, czyli wyjazdy środowisk harcerskich nie do lasu, w pole, na świeże powietrze, lecz do szkoły. Spanie w salach gimnastycznych lub na korytarzach w wielkim tłumie, a więc szumie, kurzu i (niezależnie od starań kadry) - bałaganie. Przygotowywanie posiłków nie na trawie, lecz na stolikach szkolnych. Gotowanie wody nie na ognisku lecz w elektrycznych czajnikach.
Gdy pytam, skąd ta moda na nibybiwaki, słyszę różne odpowiedzi. A to że chcemy na wyjeździe mieć zuchy a ich do namiotów na noc położyć nie można (prawda). Tylko kto mi powie, że zuchy muszą się integrować na wyjeździe w sali gimnastycznej? I czy nie można organizować prawdziwych zuchowych wypraw z zuchową obrzędowością i pełnym zuchowym programem? Albo słyszę, że harcerze z czwartej i piątej klasy nie mogą nieść namiotów, śpiworów i karimat w czasie rajdu (bo do tego lasu dojść trzeba). Też prawda. Ale od czego mamy rodziców i ich samochody? Takich tłumaczeń bywa więcej. I każde z nich nie przekonuje.
Bo prawda jest prosta. “Biwak” w szkole jest łatwy do zorganizowania. Pojechać, poprowadzić kilka gier, zabaw, kominek i impreza jest gotowa. Na dodatek harcerze są zadowoleni. I nie wyobrażają sobie, że można pojechać na normalny biwak. Spać w warunkach polowych, nauczyć się żyć w nietypowych dla nas sytuacjach. Ale dziś zmęczyć się, zmarznąć, być głodnym w dzisiejszych czasach sobie w naszym wygodnickim harcerstwie nie wyobrażamy. I nie ma już prawdziwej wielkiej przygody. Zaczyna ona przypominać tę, którą przeżywamy na grach planszowych.
Czy harcerstwo w naszym hufcu (a pewnie i nie tylko u nas) ma szanse na powrót do autentycznego wychowania w świecie natury, do wychowania puszczańskiego? Na pewno tak. Tylko musimy przestać iść na łatwiznę, a to jest trudne.

« Previous PageNext Page »