Adam Czetwertyński

Harcerstwo (108) Kultura (168) Polityka (30) Szkoła (45) Varia (59)

Archiwum kategorii: 'Varia'

Koń, jaki jest…

Czasem mi się wydaje, że niektóre felietoniki, które tu zamieszczam, nie powinny się ukazać. Bo akurat ja nie powinienem na ten temat się wypowiadać. Ale cóż, są takie sprawy, które - choć nie moje - moimi są. Lato jakoś uśpiło moją pisaninę, ale tematy się zbierały a pisać nie zapomniałem, a więc do dzieła.
Ten problem gnębi mnie od dawna. Już kiedyś sobie powiedziałem: - Nie, nigdy więcej. Ja przeciw takiemu wykonywaniu swej pracy (a może misji) stanowczo protestuję. - Co? Przeciw komu tu występuję? Co mnie tak męczy? Przecież wiem, że fakt, iż na ten temat tu napiszę, nic, ale to zupełnie nic nie zmieni w otaczającej mnie rzeczywistości. Ale trudno, zacząłem, będę konsekwentny. Otóż protestuję przeciwko kazaniom księdza O. Tak, przeciw kazaniom. Jak jestem zdeterminowany, świadczy fakt, że przyrzekłem niegdyś sobie, iż nie będę uczestniczyć w mszy, w czasie której ów ksiądz będzie kazanie wygłaszał. A jeżeli przypadkiem na tego księdza trafię - po prostu na czas kazania wyjdę z kościoła.
Jak to bywa z takimi obietnicami, nic z moich postanowień nie wyszło. Bo po jakimś czasie w czasie ślubu (a może pogrzebu?) zamiast głośno protestować i wyjść z kościoła, tkwiłem w ławce i cierpiałem z cicha. Ciekaw jestem, czy jeszcze ktoś cierpiał ze mną.
W czym rzecz? Niektórzy księża z zasady nie przygotowują kazań. (Tak jak gawęd niektórzy zasłużeni druhowie). Jak ów ksiądz O. Muszą przez kilka - kilkanaście minut głosić słowo, w którym naprawiać będą dusze swych owieczek. I nie wiedzą, o czym owo słowo głosić. Mój ulubiony ksiądz O. czynił to (i czyni, jak sądzę) następująco: Rozpoczynał od ostatniego zdania przeczytanej przez siebie Ewangelii. Chwytał jedno słowo, definiował je po swojemu. Następnie odbijał się od niego, na przykład mówiąc, jak ludzie źle owo słowo rozumieją. Miał więc możliwość opowiedzenia czegoś o złych ludziach, w dywagacji o złych ludziach wprowadzał kawałek własnego życiorysu, na przykład pokazując swe kontakty ze złymi ludźmi. Tu, jak widać, mógł już rozpocząć dywagacje o rodzinie własnej, a później o wielkiej rodzinie harcerskiej, a później mówić na kolejny dowolny temat plotąc, opowiadając, motając się w wypowiedziach. Dość składnie, ładną polszczyzną, lecz sformułowaniami, które nazwałbym ciągiem luźnych skojarzeń. Może to zabawne, lecz nie dla mnie.
Ostatnio miałem możliwość posłuchania innego kapłana. Rozpoczął od zmartwychwstania Chrystusa i po dłuższej chwili metodą swobodnych skojarzeń dobrnął do rozbitych małżeństw, zdrad małżeńskich i kłopotów, jakie ma spowiednik nieudzielając rozgrzeszenia. Tu zatrzymał się w słowotoku i przeszedł do odprawiania mszy. Ponoć to u tego księdza reguła. Iluż mamy takich księży O. ? I dlaczego?
Bo koń, jaki jest, każdy widzi.

Totem Tomka

Było to dawno, dawno temu, najstarsi ludzie tego nie pamiętają. Były to czasy, gdy każde środowisko harcerskie w naszym hufcu nie tylko organizowało obóz stały, ale także wędrowny. Nie, nie. Nie były to jeszcze te lata, gdy nasz szczep organizował latem trzy obozy wędrowne. Te lata przyszły znacznie później.
Właściwie to powinienem najpierw opowiedzieć o naszych plecakach (jeszcze nie wymyślono stelaży) i wpijających się, raniących nas paskach, o noclegach w stodołach (choć zazwyczaj w schroniskach), o kupowaniu denaturatu (tego popularnego na naszej wsi napoju nie brakowało, ale myśmy używali go w zbożnym celu - mieliśmy przecież kochery i coś ciepłego jadać trzeba, ba gotowaliśmy całkiem smaczne posiłki), o bąblach, czyli pęcherzach na nogach (jakież wówczas były buty, lepiej nie mówić). To lato można było nazwać w moim życiorysie czasem Ireny. Ale będzie o totemie Tomka.
Tomek - delikatnie mówiąc - nie był najlepszym harcerzem świata. Ale miał brata - drużynowego. Dobrego drużynowego, który się nim opiekował. I jakoś było.
Co wydarzyło się tamtego dnia? Co tak zdenerwowało Tomka? Nie pamiętam. Ale nasz nienajlepszy harcerz przez całą noc podobno rzeźbił swój totem z jednego pnia drzewa. I postanowił te dziesięć a może piętnaście kilogramów drewna wnieść na Baranią Górę. Dlaczego? Kto zrozumie duszę nastolatka?
Wszedł, wniósł, był z tego bardzo dumny. Zebrał stos kamieni i postawił swój totem na samym szczycie. Jedno zdjęcie, drugie. I wtedy na górę weszli turyści. Jedna grupa, druga. Odeszliśmy od totemu a oni zaczęli się fotografować. Zjedliśmy arbuza (ktoś tę zieloną kulę też musiał wnieść) i przyszedł moment (zawsze taki na górze następuje), że trzeba było zejść na dół. Tomek poszedł po swój totem.
Co nastąpiło? Awantura. Oburzeni turyści nie pozwolili Tomkowi zabrać totemu. Nie pozwolili. Nie będzie przecież niszczył czegoś, co zostało uwiecznione przez nich na zdjęciach! Nie będzie zabierał “ich” pięknego totemu!
Bo totem zaczął żyć własnym totemowym życiem. To już nie był totem Tomka, to był symbol Góry. I nic nie można było na to poradzić.

To był wieczór

To był wieczór! Na scenie ogromne przejęcie widoczne na twarzach niezależnie od wieku biorących w występie udział. Ale tam obowiązuje profesjonalny uśmiech.
Widownia zapełniona do ostatniego miejsca i ręce jeszcze przed podniesieniem kurtyny przygotowane do burzliwych oklasków.
Bierzemy udział w dorocznym pokazie grup tanecznych skupionych w jednej z warszawskich szkół tańca. Czego nie można tam poćwiczyć! Jest taniec klasyczny (i wcale nie trzeba w tej grupie być dobrze umięśnioną, aczkolwiek wątłą panienką, jakie prezentują się na profesjonalnych scenach). Jest taniec brzucha (zawsze mi się wydawało, że taniec brzucha to zupełnie coś innego, niż zobaczyliśmy, ale ja się nie znam - i dobrze). Jest taniec towarzyski, grupa tańcząca jazz, inna to taniec z jakąś fabułką - nie wiem, jak ją nazwać.
Dziesiątki panienek, dziewcząt i kobiet. Same istoty prezentujące płeć piękną! Wśród chyba dwóch setek wykonawczyń trzech mężczyzn! Ich - chłopaków - to zupełnie nie interesuje! Rozumiem taniec brzucha zarezerwowany dla kobiet. Ale w innych grupach chłopców nie ma. No dobrze, ale ja się nie znam. Siedzę na widowni j zastanawiam się. Zwracać uwagę na wszelkie wpadki? A może cieszyć się z wykonawcami z ich sukcesów? Tylko jak się cieszyć, gdy widać ciężką pracę a nie widać lekkości i radości z zabawy, jaką zawsze jest taniec?
Na szczęście odrobinę (no, dwie odrobiny) luzu wprowadziły zapowiadające poszczególne występy organizatorki całej imprezy. Przebierały się, tańczyły, modulowały głos, były zabawne i rozśmieszały nas. Gdyby jeszcze te występy któraś z grup potraktowała tak samo! Ale nie - wysiłek i jeszcze raz wysiłek. Wszak oglądają nas mamy, babcie, przyjaciele i nieprzyjaciele. Trzeba być bezbłędnymi.
Nasza Ola (patrz życiorys na stronie rodzinnej) tarzała się po scenie znakomicie, maszerowała zza jednych kulis do drugich, machała głową do upadłego, ponoć nawet stojąc przed nami trzymała w ręku szklaną kulę. Nic o tym nie wiedzieliśmy, bo szkło jest przezroczyste i kuli widać nie było. No i jeszcze przebiegła się kilka razy po scenie wokół całej grupy. Ponoć miała już zadyszkę. Widać, że to ceniona tancerka, bo inne tylko maszerowały a Ola mogła być szybsza niż inne. Bardzo mi się to jej bieganie podobało, wiec gdy cała grupa skończyła miotanie się na scenie, klaskałem do upadłego. Pozostałe rodziny też.
Tak było. Większa grupa - silniejsze oklaski, mniejsza - słabsze.
Już nie mogę się doczekać występu za rok. Co Ola wtedy nam pokaże po kolejnym roku ciężkiej pracy?

Po

Bardzo długo już nie pisałem. Powodów - jak zwykle - bywa kilka. Zmęczenie robieniem tych notatek-felietonów? Brak czasu? Inne ciekawsze zajęcia? Sytuacja, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy - tym razem “po”? No cóż - wracam. Minione tygodnie warte są skomentowania. Ba, skomentować je po prostu należy.

Każda tragedia ma swój wymiar ogólny, społeczny. Wszyscy stawiamy sobie pytania egzystencjalne: - Dlaczego? - Zadajemy pytanie, jakie były przyczyny wypadku. Dziś, po trzech tygodniach od Smoleńska, to pytanie jest nadal aktualne. Zastanawiamy się też, co będzie dalej. Czy zmienimy się jako społeczeństwo, czy to wielkie nieszczęście narodowe czegoś nas nauczy. Mądrzy w piśmie twierdzą, iż pewne wyciszenie, swoista zgoda narodowa to chwila, moment, po którym powrócimy do dawnego stylu życia, do dawnego stylu uprawiania polityki. Czas pokaże, ale jestem skłonny owym mędrcom ufać. Zaczyna się kampania prezydencka.
Tragedia ma swój też wymiar jednostkowy - dla rodzin, przyjaciół i po prostu znajomych. Bo przecież ci ludzie tak niedawno byli wśród nas, w domu, w miejscu pracy albo tylko na ekranie telewizora. Tak, byli oni naszymi znajomymi, choć o nas nic nie wiedzieli. Kilkoro pasażerów znałem - lepiej, gorzej. Poświęcę im kilka zdań w jednym z kolejnych felietonów.
Dla mnie ten wymiar jednostkowy nie jest zbyt oryginalny. Z nikim z nich nie pijałem herbaty na co dzień. Czasem telefon, bo było coś do załatwienia. Czasem rozmowa o nim, bo czeka nas wspólna praca nad jakimś tekstem, bo w czasie wakacji obok mnie biega jego syn, bo może spotkamy się na którymś koncercie w filharmonii. Każde z nich było z innej wsi, a każdego z nich jakoś mi brakuje. Nie, nie dziewięćdziesięciorga sześciorga - może trojga, może czworga. Grupki, grupeńki.
Z tymi, którzy odeszli, odeszli już dawniej, mam pewien kłopot. Niektórzy z nich tkwią we mnie bardzo głęboko. Ot, na przykład Z. Mój wychowanek, który stał się w pewnym momencie moim wychowawcą. Nawet gdy nie widzieliśmy się przez rok, był zawsze obok mnie. Po prostu był. I jest też teraz. Niebywałe. Ot, pani P., której grób na Cmentarzu Północnym miałem sobie zapamiętać i o którym natychmiast zapominałem. Co roku w listopadzie myślę o niej, jej nieudanym życiu i dobrym, bardzo dobrym charakterze. Przemknęło jej życie. Niezauważalnie. W kim jeszcze ona jest? Czy tylko we mnie? Albo D. - zmarł na własne życzenie. Ileż to lat jestem nadal wściekły z tego powodu. Mógł żyć, ale nie wiedział, że taki sposób na życie, jaki wybrał, doprowadzić może do końca, którego przecież nie planował.
Ci, z samolotu prezydenckiego są nam, całemu społeczeństwu, bliżsi, bo stali się sławni, bardzo dużo o nich mówiono, setki, tysiące ludzi było na ich pogrzebach. Będziemy o nich dłużej pamiętać. O wszystkich. A kto z nich pozostanie w każdym z nas?

Po Orkiestrze

Nie oglądałem w tym roku transmisji telewizyjnych, nie współczułem młodszym i starszym, którzy ze sztucznym entuzjazmem wykrzykiwali przed kamerami sumy zebranych na WOŚP pieniędzy, machali łapkami, pokazywali symbole swego miasta, szkoły, sztabu. Nie patrzyłem na człowieka-orkiestrę Jurka Owsiaka, który schrypniętym głosem (a może w tym roku było inaczej?) pytał, interesował się, wspomagał, wchodził i wychodził, łączył i łączył się, budził entuzjazm, zainteresowanie, zachwyt.
W tym roku towarzyszyłem naszej hufcowej Orkiestrze, naszemu sztabowi, który po raz pierwszy od kilku lat profesjonalnie razem z Urzędem Dzielnicy i naszym Centrum Promocji Kultury przeprowadził całą dzielnicową akcję. Od kilku lat (tak, organizujemy sztab od niedawna) próbowaliśmy różnie. Samodzielnie w hufcu, organizując przy pomocy dzielnicy estradę na Gocławiu, prowadząc imprezę w obiekcie pod dachem - niedawno oddanym CPK. I chyba wypracowaliśmy optymalną koncepcję. Centrum organizuje koncerty, my aukcję i sztab kierujący wolontariuszami. Spokojnie, bez zbytniej nerwowości.
Patrzyłem na wolontariuszy (łącznie 150 osób!) przychodzących z miasta. Wcale nie tacy zmarznięci, jak głosili co poniektórzy. Patrzyłem na szczęśliwą młodzież. I na tych, którzy mieli w puszkach po ponad tysiąc złotych, i tych, którzy zebrali tylko kilkadziesiąt.
Oglądałem nasz “skarbiec”, w którym liczono pieniądze. - O, zobacz - powiedziała Ela. - W tym roku jest znacznie więcej “papierków”. Tak, choć na ulicach było znacznie mniej osób (śnieg, śnieg, śnieg…), ludzie byli bardziej hojni.
Była jeszcze kawiarenka dla wolontariuszy (chronili się w niej także policjanci - u nas było sympatycznie i ciepło). Pierniczki, pączki, kawa, herbata. To już zapewniliśmy my - hufiec.
I koncert - Anita Lipnicka wraz z Johnem Porterem. Uśmiechnięci, na luzie. Ona opowiada o dziecku i o tym, że była na łyżwach, on - stara się jak najlepiej mówić po polsku i z wdziękiem kaleczy polszczyznę. I śpiewają, ślicznie śpiewają…
Zebraliśmy ponad 51 tysięcy złotych, w ubiegłym roku około 20 tysięcy. Czy pobijemy swój rekord za rok?

Next Page »