Adam Czetwertyński

Harcerstwo (204) Kuchnia (25) Kultura (279) Polityka (37) Pożegnania (32) Szkoła (74) Varia (109)

Archiwum kategorii: 'Varia'

Być w szpitalu

W szpitalu leżałem (i to długo) dwanaście lat temu. Operacja była poważna, ale sytuacja, w jakiej się znalazłem, zagrażała mojemu życiu. Tym razem byłem w szpitalu krótko w interesującym momencie “koronawirusowym”. Gdy wchodziłem zarejestrować się w odpowiednim szpitalnym okienku - świat był w miarę normalny. Ot, wstrzymano w szpitalu wizyty. Gdy wychodziłem - na przykład do apteki kolejki ustawiały się już na ulicy. Takie interesujące kolejki, gdy ludzie stali już w pewnych od siebie odległościach.
Nie będę tu pisał o pandemii. Może napiszę nieco później. Będzie o szpitalu. Wyobraźcie sobie budynek postawiony “kiedyś”. Budynek stary. Wielokrotnie przerabiany i modyfikowany. W salach dzwonki do pielęgniarek kiedyś były. Tlen kiedyś był do sal doprowadzany. Jakaś rura ze ściany wystaje. Było prawidłowe oświetlenie i gniazdka. Teraz jedne gniazdka (z poprowdzonymi kablami po ścianach) były czynne. Inne (te z przewodami w ścianach) - bez prądu. Budynek zdecydowanie historyczny. No, jedynie okna były nowe. I prysznice mające nie więcej niż 10 lat. Bo toalety to jedna wielka rozpacz. I jeszcze każde łóżko z innych czasów. Coś nieprawdopodobnego.
Są jednak na naszym oddziale fragmenty wyposażenia z XXI wieku. Na przykład w sali pooperacyjnej urządzenie sprawdzające funkcjonowanie chorego. W pewnym momencie maszynka zaczyna piszczeć. Pacjentka (akurat dotyczy to pacjentki) zaniepokojona. Pielęgniarka podchodzi i mówi: - Niech się pani nie martwi, ta maszyna jest zbyt czuła. - I na tym się kończy informacja. Ale żebym był sprawiedliwy - część operacyjna oddziału jest normalna. Tam o chorego dba się prawidłowo.
Generalnie - można w szpitalu czuć się jak w minionej epoce realnego bardzo socjalizmu. Jeżeli dodać do tego przedziwne śniadania i kolacje (a czasami też dziwne obiady) - czułem się, jakbym trafił do obiektu sprzed 40 lat.
A personel jest, można powiedzieć, mieszany. Raz pielęgniarka w dobrym humorze - jest świetnie. Drugim razem coś ją ugryzło. Salowe jakieś milsze - wszystkie się starają, by jakoś nam się żyło. Lekarze zabiegani, zdecydowanie przepracowani. Ale gdy już jest szansa porozmawiania z którymś z nich, są profesjonalistami, wiedzą, co robią, wiedzą, jak pomagać choremu. Tak jest, wydaje mi się, jak zawsze. Kiedyś i dziś tak samo. Dużo tych pracowników, którzy starają się dobrze a nawet bardzo dobrze wykonywać swoje obowiązki. I ci nieliczni, którzy, przemęczeni, mają wszystkiego dosyć. Trafi się też osoba, która w szpitalu jest przez nieporozumienie. Wtedy słyszę: - Nie, nie przysyłajcie mi jej do pomocy. Wolę sama pracować niż mieć taką pomoc. - Ale to są wyjątki.
Więc co? Dobrze czy źle? Co z tą naszą służbą zdrowia? Na podstawie krótkiego pobytu w jednym szpitalu trudno wydać opinię. Bo gdyby nasz oddział był w nowiusieńkim pawilonie obok, byłoby zupełnie inaczej. Ale na nowy budynek chyba “moja” część szpitala jeszcze trochę poczeka. Oby nie do XXII wieku.

500 szczęśliwych staruszków

No, przesadziłem. Nie wszyscy są staruszkami. Niektórzy (i niektóre) mają prawdopodobnie ponad 80 lat, ale część z nich (a szczególnie osoby płci żeńskiej) pewnie tylko 60. Nie opiszę wam sanatorium w którymś polskim zdrojowisku, lecz hotel dla dorosłych na Lanzarote. Bo 500 szczęśliwych staruszków na tej wyspie przebywa w jednym hotelu. I tak naprawdę poza tymi osobami w starszym wieku w hotelu innych gości nie ma (nie piszę tu oczywiście o personelu). I jeszcze jedno - wśród nas są Brytyjczycy, Niemcy, Skandynawowie… Może jeszcze trafi się jakiś Holender lub Francuz. Nie ma wśród nas Rosjan i nie ma Polaków (to znaczy jest nas dwoje i poza nami rodaków naszych brak). Co z tego wynika?
Jest super. Hotel dla dorosłych. Wiecie, jak jest miło, gdy między nogami nie pojawiają się jakieś krzyczące maleństwa. Jak jest znakomicie, gdy wieczorem nie ma taneczno-muzycznych aktywizacji dla dzieci?
Oj, jak miło jest w restauracjach, bo starsi państwo nie zajmują się układaniem na stołach produktów, jakby przygotowywali przyjęcie weselne. Nie nakładają sobie na talerze kopców jedzenia, aby zjeść z nich tylko cząstkę. Staruszkowie jedzą normalnie - jak ludzie. To takie wspaniałe.
I ubierają się, jak na ludzi przystało. Rano i w południe całkiem dowolnie (ale nie pokazując muskulatury, jak to w wielu przypadkach w takich hotelach bywa), zaś wieczorem wszyscy są właściwie ubrani - jedzą przecież kolację. Ani razu nie zauważyłem mężczyzny w krótkich spodenkach! Pełna kultura.
I, wyobraźcie sobie, nikt nie krzyczy w trakcie jedzenia, jakby znajdował się w szkole na korytarzu. Ileż razy wstydziłem się za naszych rodaków, którzy uważali, że cały świat jest ich, i na inne osoby nie muszą zwracać uwagi. Wszak oni są prawdziwymi Panami (którzy wypili za dużo alkoholu).
500 staruszków w ciągu dnia ginie na terenie hotelu. Jakaś grupa się opala, jakaś spaceruje. Ale z niewiadomych powodów nie widać ich. Część leżaków jest wolna (widzieliście to w innych hotelach?). Staruszkowie pojawiają się dopiero wieczorem. A to w barze, gdzie gra ktoś na fortepianie lub śpiewa przeboje sprzed lat. A to w sali widowiskowej, w której występuje jakiś zespól, który tańczy, śpiewa, gimnastykuje się. Dwustu staruszków cieszy się i pije dobre koktajle. Choć nie siedzą cały czas. Trzeba było zobaczyć, jak tańczyli przy piosenkach ABBY! Jakby mieli o 50 lat mniej!
Wybrani staruszkowie (ci, którzy nieco więcej zapłacili) mogą udać się do sali dla tych wybrańców. Ile tam napojów wyskokowych! Także do zrobienia sobie koktajli. I choć tych napojów (jakby “za darmo” jest mnóstwo, to staruszkowie piją spokojnie kawę, colę, i alkoholu nie nadużywają. Błoga cisza. O innych przyjemnościach, którzy mają wybrani, rozpisywać się nie będę. Są malutkie (ot, czekoladka wieczorem na poduszkę) i znacznie większe.
Tak, nie ma to jak mieszkać w hotelu 500 (staruszków) plus. Żyć, nie umierać.

75

Urodziny. Dzień jak każdy, ale jednak symboliczny. Trzy czwarte wieku. Jakie było? Co jeszcze mnie czeka? Ponoć człowiek ma tyle lat , na ile się czuje. Fakt. Niektórzy moi rówieśnicy uważają się za starców, przed którymi nie ma żadnej przyszłości. Niektórzy są autentycznie młodzi i nie chcą przejść na emeryturę, nadal pracują, nadal cieszą się zżyciem. Ta druga opcja jest mi bliższa. Może dlatego, że nadal jestem czynnym członkiem ZHP, może dlatego, że nadal jestem organizacji potrzebny.
75 lat. Jak je liczyć?
Kiedyś upływający czas liczyłem moimi miejscami zamieszkania. Najpierw małe mieszkanie na Zakopiańskiej. Małe, ale z kotami, psami, ogródkiem. Mieszkanie dzieciństwa i młodości. Później Brazylijska - mały lokal, ale własny. Pokój z wnęką kuchenną. Radosny, choć ciasny. Ponad dwa razy większa Grochowska. Mieszkanie rodzinne, cztery pokoje. O, w tamtych czasach to luksus nad luksusy. I znów dwa razy większe nasze aktualne mieszkanie. Docelowe, większe nie jest potrzebne. Gdy patrzę do kalendarza, okazuje się, że to już 18 lat żyjemy na Ochocie.
A może liczyć rodzinnie? Trzydzieści lat dorastania. Małżeństwo, rodzą się dzieci, wychowujemy je, one wyrastają i odchodzą z domu, zakładają własne rodziny, zostaję dziadkiem.
A może policzyć zawodowo? Studia, pierwsza praca, druga, trzecia (to te kolejne prace związane z redagowaniem książek, czasopism, innych materiałów) i do tych prac zasadniczych taki szkolny równoległy dodatek - praca w szkole. Gdy skończyłem 65 lat, ona dominowała.
No i jeszcze można moje 75 lat podzielić na kawałki harcerskie. Ale ten tort byłby bardzo skomplikowany. Chyba żeby uprościć i napisać: 133, 46, 3 (to numery drużyn - szczepów) oraz hufiec i Główna Kwatera. Ale w harcerstwie się działo, oj działo. Piszę o tym systematycznie w “Czuwaj”. tam sumuję ponad 50 lat harcerskiej służby w stopniu harcmistrza.
Gdzieś umyka tu polityka. Jakoś nie była ona najważniejszą częścią mojego życia, choć dzięki zaangażowaniu politycznym byłem przez kilka lat radnym dzielnicy i radnym Warszawy.
W sumie to było życie proste - rodzinnie, zawodowo, społecznie. Całkiem ciekawe 75 lat. I pozostaje pytanie: co mnie jeszcze czeka. Bardzo jestem tym zainteresowany.

I po co im Krym?

Nie wiedziałem, jak zatytułować ten mój tekst. Może niech zostanie z Krymem. Tym Krymem, który tak niedawno odebrali Rosjanie Ukraińcom. Po co im, jeżeli w tureckim hotelu na wybrzeżu Morza Śródziemnego są większością gości. Praktycznie inne nacje między nimi się przemykają. Także miejscowi, którzy w tym kolosalnym obiekcie (ponad tysiąc pokoi) są widziani, ale nie jest ich zbyt wielu. Napisy po rosyjsku, animacje dla dzieci także. Zaprzyjaźniony pan barman, który z rana częstuje nas zimnym napojem, wiedząc, że jesteśmy Polakami, wita nas “zdrastwujtie”. My mu na to, że po polsku mówi się “dzień dobry”, co pan ładnie wymawia, by następnego dnia rano powitać nas po rosyjsku. Wie, że może się z nami porozumieć w tym języku, więc po co się wysilać.
Od czasu, gdy w jakimś hotelu za granicą spotkałem większą grupę Rosjan, wiele się zmieniło. Nie są tak krzykliwi, nie są (w przeważającej większości) pijani, są zdecydowanie bardziej cywilizowany. I tylko część z nich w restauracji jada zgodnie z trzema zasadami. O jednej z nich pisałem, ale warto przypomnieć.
Zasada pierwsza - piramida albo kopiec kreta. Na talerz nakładamy kolejne warstwy produktów. Frytki, mięso, warzywa, surówki. Ale piramidę można zbudować z ciastek lub żółtego sera. Ważne, by była wysoka, ale tak ułożona, by nic z niej nie spadło. Piramida jest zjadana w połowie, czasem mniej niż w połowie.
Zasada druga - stół weselny. Stół weselny zastawiamy, gdy jest nas więcej niż dwoje. Przez pół godziny na stół przynosimy wszystko to, co potencjalnie może się przydać do jedzenia. Jak na weselu. Zamawiamy też różne napoje. Gdy stół jest zapełniony, zaczynamy jeść. Zjadamy tak że 30% tego, co sobie przynieśliśmy. Resztę zostawiamy, by kelner miał co sprzątać.
Zasada trzecia - bierzemy na później. Nie myślę o jakimś owocu czy ciastku. Biorący na później są dobrze zorganizowani i często niezauważalni. Mają że sobą torby a w nich pudełeczka. A może pudełka. Obserwowałem akcję “baklawa”. Przynoszono kolejne kopce kreta z ciasteczkami, które znikały w przepastnych torbach. Czy ciastka były przeznaczone na prezenty w dalekiej Moskwie? Czy miały być zjedzone w czasie najbliższej nocy? Nie wiem i się nie dowiem.
Piszę o tym, lecz przypominam. Już tylko część byłych obywateli ZSRR po zdobyciu wybrzeża Turcji zachowuje się, jak Hunowie. Można obok nich wypoczywać.

Tak daleko a tak blisko

Wyobrażacie sobie? W Grodnie poprzednio byłem 20 lat temu. 20 lat! Lucynka, rodowita grodnianka, zapraszała mnie wielokrotnie. Ale najpierw coś mi nie pasowało z terminem, potem wprowadzono wizy, jeszcze później jakoś nie miałem zapału… I przyszedł ten dzień, przekroczyłem granicę Białorusi. Bezstresowo! Jako turysta udający się do strefy bezwizowej. Nazywa się ona “Kanał Augustowski”. Jadę pociągiem, wychodzę na peron w Grodnie, szybka odprawa celna i już jestem na placu przed dworcem. Zadziwiająca ta normalność. Optymistyczna.
Hotel, taki największy w mieście, ponoć kupili Chińczycy. Będzie miał dużo gwiazdek i nie będzie na kieszeń przeciętnego turysty. Hotel pana Siemiaszki w samym centrum też imponuje. Ponoć dziś najdroższy w mieście. Ale w rzeczywistości imponuje coś innego. Poczucie, że znajduję się w niewielkim europejskim mieście. Bo to nieistotne, że miasto ma 360 tysięcy mieszkańców - jest niewielkie. Co z tego, że Nowy Zamek jest pięknie odremontowany, w jego wnętrzach mieści się dobre powiatowe muzeum. Co z tego, że istnieje “szczyt świata”, z którego obejrzeć można panoramę miasta, jeżeli ów szczyt znajduje się na piątym piętrze jednego z budynków przy miejscowym deptaku. Ot, niewielkie miasto, do którego jednak chce się wrócić. Chce się wrócić, bo miasto jest czyste, zadbane, w nocy rozświetlone. Bo są normalne kawiarnie i restauracje, a dla turysty to ważne miejsca. A w tych kawiarniach czyste toalety. Bo osoby, z którymi turysta ma kontakt (tu wyłączyć trzeba panie w podrzędnym hoteliku, które żyją w minionej rzeczywistości), są uśmiechnięte, starają się cię zrozumieć. Ze zrozumieniem języka polskiego jest nieźle. W odbudowywanej synagodze przewodnik stara się mówić po polsku a panie w sklepiku po prostu po polsku mówią. W restauracji kelner także mówi po polsku, kelnerka w kawiarni przynosi menu w naszym języku (i przeprasza, że ceny w tym polskim menu są nie do końca prawdziwe). To mi się podoba.
Przejście się po miejscowym deptaku to duża przyjemność. Na deptaku sporo stoisk z pamiątkami. Takie, jak gdzie indziej - wyroby z drewna, szkła, coś z biżuterii, obrazy na różne tematy, jakieś wyroby papiernicze, jakiś len czy bawełna… No i jeszcze dla mnie niespodzianka - wszędzie można płacić kartą. Nie trzeba wymieniać złotówek czy dolarów na białoruskie ruble. Nie wiedziałem, że była denominacja. Że teraz taki rubel to około dwóch złotych. Ceny jak w Polsce. Tańsze są produkty, którymi się nie interesowałem - alkohol, papierosy. W pociągu powrotnym nasi celnicy przepytywali podróżnych, co wiozą w bagażach. Padały odpowiedzi: “Litr alkoholu”, “Dwie butelki wódki”. Aż mi było głupio, gdy powiedziałem: “Nic”.
Nie wiem, muszę to sprawdzić, czy jako turysta “bezwizowy” mogę pojechać do Nowogródka czy nad Świteź (ach ten Mickiewicz). Ale samo Grodno warte jest poznania. Tylko muzeum Elizy Orzeszkowej jest zamknięte w weekendy. Jak taki niedzielny turysta ma czegoś się więcej dowiedzieć o jednej z najwybitniejszych grodnianek?
Wizyta na Białorusi nie może pozostać bez jednego komentarza. Zachodzą w tym mieście zmiany, zmiany na lepsze. Ale pozostaje nadal duch dawnej epoki: pomnik Lenina, tablica Dzierżyńskiego, czerwona gwiazda na wieży Nowego Zamku. Te symbole, których w Polsce od dawna nie ma. Choć cieszy, że nie ma już pomnika Czapajewa.
Czy warto jechać na taką wyprawę? Spędzić w pociągu sześć godzin? Tak, na pewno tak. Bo to przecież wcale nie tak daleko.

Next Page »