Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

Archiwum kategorii: 'Varia'

A w Londynie

Ciągły wyrzut sumienia - nie piszę tu systematycznie felietonów. W efekcie liczba czytelników jest minimalna… Ale cóż, może się kiedyś zmobilizuję i raniutko codziennie jakieś wpis na tej stronie powstanie. Niektórzy to robią na facebooku, ale to nie dla mnie. Nie ta forma.
Byłem w Londynie. Uwaga, uwaga! Po raz pierwszy w życiu. Więc rozumiecie, że niezależnie od faktu, iż znam kilka innych miejsc na świecie, wizyta w Londynie była czymś nadzwyczajnym, niebywałym i doniosłym. No i już. Inicjacja londyńska miała miejsce. Uff. Pojeździłem metrem. Fama mówi, że w tym metrze można się zagubić. To trochę prawda. Bo jak się zagubić w metrze w Warszawie, jeżeli go prawie nie ma? Albo jak się zagubić w świetnie zaprojektowanym (także na głębokość) metrze moskiewskim? A w Londynie można. To moja mało odkrywcza refleksja.
Refleksja druga. Gdy są urodziny królowej, staraj się być jak najdalej od miejsc, gdzie królowa albo jej goście mogliby się znajdować. Tłum cię zadepcze, barierki nie pozwolą na spokojne przechodzenie przez jezdnię. Nie mówiąc, że musisz swój bagaż trzymać ze sobą, na sobie, najlepiej połącz się z tym bagażem w jedność. Jeżeli tego nie uczynisz, co chwila będzie do ciebie podchodził miły pan albo miła pani i zwracała uwagę, że nie wolno ci odstąpić od swoich rzeczy. Nudne to ogromnie.
A kawa w sieciówce, takiej samej jak w Polsce, tak samo wewnątrz wyposażonej, jakby nieco lepsza. Piję taką podwójną espresso, w przeliczeniu tylko niewiele droższą niż w Warszawie, i zastanawiam się, dlaczego ta kawa tak mi smakuje. Czy powodem jest kolumna Nelsona za oknem a za nią gmach muzeum? A może jednak to jakiś inny gatunek kawy? Nie wiem i pewnie nigdy wiedzieć nie będę.
To ciekawe. Na londyńczyków deszcz (no, deszczyk) wieczorną porą nie zrobił wrażenia. Mnie było mokro a oni dalej spacerowali, oglądali występy uliczne, pili piwo. Mnie było mało komfortowo - im nie. Tak, różnię się od typowych londyńczyków i licznych grup gości.
Bo gości w Londynie strasznie dużo. A. powiedziała, że to przecież nie jest szczyt sezonu. To ja nie wiem, jak oni się zmieszczą na chodnikach - w tym szczycie wycieczkowym. Na razie było ciasno, a wycieczek z przewodnikami naprawdę bardzo dużo.
Pierwsze koty za płoty. Muszę się wybrać do Londynu na prawdziwe zwiedzanie miasta. To wcale nie dalej i nie drożej niż wycieczka do Krakowa.

Mój pan listonosz

Listonosz to nadal postać magiczna. Może przynieść dobrą lub złą wiadomość. Może przyjść każdego dnia - niespodziewanie. Wtedy gdy jesteś śpiący i wcale nie chce ci się zejść z kanapy, aby podejść do drzwi. Może przyjść, gdy jesteś pod prysznicem i nie w głowie ci listy. Może nie pozwolić połknąć resztki lodów, które niezjedzone się rozpuszczą. Może także wcale nie przyjść.
Kiedyś przed laty pan listonosz przynosił staruszkom jakieś pieniądze. Renty i emerytury, Żli ludzie zaczajali się za węgłem na pana listonosza i odbierali mu torbę pełną nie tylko listów, ale i pieniędzy. Od czasu do czasu można było w “Expresie Wieczornym” o tym przeczytać. Ale ten mit pana listonosza już blednie. Listów coraz mniej, nawet tych kartek bożonarodzeniowych jakby ubyło, nie mówiąc już o pocztówkach z wakacji. Cóż, wysłanie i otrzymanie zdjęcia zrobionego minutę temu jest bardziej atrakcyjne niż otrzymanie po tygodniu widokówki z pięknym widoczkiem. Ale pomimo to listonosz to postać magiczna.
Nie, nie znam mojego pana listonosza. Ale wiem, że to leniuszek czystej wody. A nasza Poczta Polska (dobrze, że nie Narodowa) to niereformowalna instytucja. A więc moim listonoszu będzie ciąg dalszy.
Dwa dni temu wyjmuję ze skrzynki kwitek. Na nim wydrukowany długi tekst o tym, jak to na poczcie czeka z utęsknieniem dla mnie przesyłka administracyjna. Tekst ten zatytułowany jest “Wezwanie (a może przypomnienie lub powiadomienie) powtórne”. Po prostu powtórne. I ja tego nie rozumiem. Przecież nie otrzymałem wezwania (a może przypomnienia lub powiadomienia) numer jeden. Co się stało? Wytłumaczenie jest proste. Pan listonosz miał obowiązek wręczyć taki sam list (za pokwitowaniem!) każdemu lokatorowi naszego osiedla. I pewnie wielu innym osobom w okolicy. Prawdopodobnie rozniósł listy do pierwszych stu lub dwusu mieszkań i biedny się załamał. Przyszedł zmrok, pora już była iść do domu, a on zabrał się do wypisywania karteczek z wezwaniami lub powiadomieniami. Pisał, pisał i dał sobie spokój. Do mnie już nie napisał. I ja mu się nie dziwię. Miał tego dnia dużo pracy. Od ja już tego dnia przez listonosza-leniuszka zostałem wymazany z rzeczywistości. Na szczęście, gdy w moim urzędzie pocztowym zorientowali się, że nie mam zamiaru (czy oni wiedzieli, że nie wiem o tejże przesyłce?) listu odebrać, wysłali do mnie osobiste pismo - imienne. I to przypomnienie/powiadomienie pan listonosz wrzucił do mojej skrzynki. Uff. Mógłby uznać, że ja nie zasługuję na takie powiadomienie powtórne. Ale nie - zasługiwałem. I tak to po dwóch tygodniach wylegiwania się na poczcie mój list na moich nogach dotarł do mnie. Co za radość. I czy miałbym tyle radości, gdyby pan listonosz osobiście pofatygował się do mnie i wręczył mi urzędowy list? Na pewno nie.

I po świętach

I po świętach. To były bardzo ciekawe tygodnie. Ciekawy tydzień. Choinka jeszcze stoi, trochę podsuszona, ale nadal zielona. Kiedyś, dawno temu o tej porze w domu sterczał kikut prawie bez igieł. A teraz nadal można się cieszyć minionymi świętami. Ale w okolicach naszego osiedlowego śmietnika pierwsze choinki już leżą. Niedługo administracja wystawi wielki pojemnik i trzeba się będzie dostosować do terminów, które nam wyznaczy. Bo co zrobić z drzewkiem, gdy już pojemnika nie będzie?
W radio ciągle słyszymy o smogu. Więc nawet kominka nie wypada rozpalać. I naszej choinki nie spalimy. A tak ładnie wyglądałyby iskry z palących się igiełek… W kominku spalone zostało kadzidło zdobyte w kościele 6 grudnia. Jak to naprawdę było z tymi trzema królami a może magami? Kto ich tam wie… Dotarli do szopki? A może ich zawieziono? I jak to było z ich kadzidłem? Trudno wyrobić sobie ostateczny pogląd.
Płyty z kolędami i noworocznymi, śnieżnymi piosenkami nadal leżą wyjęte z półek. Już nie są słuchane codziennie wieczorem, ale żal je chować. Może jeszcze raz, może dwa zostaną odtworzone? To ciekawe, mamy kilka płyt granych od lat na okrągło. Teatr Stu, Piwnica pod Baranami, europejskie hity wraz z kilkoma piosenkami ze Szwecji…
W lodówce ostatni kawałeczek piernika. Chyba porcja dla jednej osoby. Czeka. Koniec świątecznych ciast też świadczy o końcu Bożego Narodzenia. Choć w tym roku te święta tak łatwo się nie skończą. Ciast po prostu było za wiele i jedno zostało zamrożone. Tkwi w lodówce i czeka na właściwy moment, by je rozmrozić. A ciasto to wyjątkowe…
Jakiś dziwny rok. Koty nie rzucały się na bombki, nie bawiły się nimi. A specjalnie dla nich zostały na dole choinki zawieszone takie plastikowe, nietłuczące się. Czy nasze koty dorosły? Starzeją się i nie będą się wygłupiać, skacząc na kolorową choinkę?
W domu nowe zabawki. Młodzi coś zostawili z tego, co znaleźli pod choinką. I liczba zabawek powiększa się. Nie jeszcze nie zalały naszego największego pokoju, ale już dziecięca biblioteczka jest pokaźna. Już mogę bawić się domkiem dla lalek.
Już po świętach. Do pudełek wrócą mikołajki i figurki w czerwonych czapeczkach, gwiazdy z żarówkami w środku, bombki i kolorowe żaróweczki. Jeszcze trochę, jeszcze chwilkę, jak najdłużej. Ale przecież święta Bożego Narodzenia nie mogą trwać cały rok…

Na plaży…

Plaża nad Bałtykiem to takie dziwne miejsca na świecie rządzące się odrębnymi prawami i obyczajami. “Nasza” plaża pewnie też. Choć w porównaniu z innymi jest chyba jakaś inna. Na “naszej” plaży zawsze można znaleźć miejscówkę w pierwszym rzędzie - bezpośrednio nad morzem. I nie trzeba wpychać się na siłę między dwa “państwa” otoczone parawanami - zawsze mamy możliwość wybrać sobie miejsce, ot, trzeba przejść 50 metrów i można się rozkładać. Można też, gdy trafi się na palących sąsiadów, zwinąć się i przejść kawałek dalej. A więc plaża ideał. Z wolnym drugim, trzecim i czwartym rzędem.
Ten czwarty jest pod płotem. Jeszcze rok temu w naszej okolicy go nie było. Ale jest. I dobrze, bo piaszczysta skarpa była systematycznie rozdeptywana przez osoby, które szły na skróty do lasu. Więc dobrze, że ten płot został postawiony. Fakt, nie możemy się ułożyć w cieniu drzew. Ale to da się przeżyć.
Oczywiście jest rejon prawie tak wyglądający, jak plaże, gdzie smaży się stu Polaków na stu metrach kwadratowych. To wybrany kawałek piasku przy głównym wejściu, gdzie znajdziemy dwa namioty z dobrem wszelakim do jedzenia i picia oraz mniejsze stoiska i budki, a to z goframi i lodami, a to z zapiekankami czy zabawkami dla dzieci. Siedzą też dziewczyny zaplatające warkoczyki. Jak wszędzie. Przed wejściem dwie duże restauracje - bary szybkiej obsługi, jeszcze jakiś kiosk z lodami i nasze ulubione miejsce - kawiarniolodziarnia “Cuba”. Bywamy tam, właśnie tam, często, chyba nawet za często. Ale można tam kupić ciastka, lody, gofry, rurki z kremem i zupełnie niezłą kawę. Niestety tylko niezłą. Ale czy człowiek zawsze musi mieść to, co najbardziej lubi? Siedzimy tam sobie pod parasolami, patrzymy na tłum i kto wie, czy właśnie nie w tym miejscu czujemy się jak na prawdziwych wczasach nad morzem?
A na plaży przy tym wejściu tam kłębi się tłum i między jego namiotami, parasolami, kocami i ręcznikami przechodzi się z trudem. Kawałek dalej jest już pustawo. I jest super.
Obyczaje znad Bałtyku? Owe “państwa” grodzone parawanami już tyle razy były opisywane, więc nie ma sensu rozwijać tego tematu. Jeden fakt jest wart podkreślenia. Wszyscy wokół są mili, uprzejmi, kulturalni. Panie (i panowie) w restauracji “Wielorybek”, i te od zapiekanek, lodów, te od zabawek, gofrów i innych dóbr. One w sezonie ciężko pracują i bardzo się starają, byśmy byli z tej pracy zadowoleni. Ale także ludzie wokół są w większości uśmiechnięci, zadowoleni. Nie słyszy się popularnego słowa na k… Staliśmy się na plaży jacyś cywilizowani. To bardzo dobrze.
I drugi obyczaj - nasi rodacy zazwyczaj nie wchodzą do wody. Leżą, piją i piwo, jedzą gofry. Morze jest dla większości z nich płaszczyzną do oglądania. I jest im dobrze.
Mnie też. Bo na plaży (i jej okolicach) fajno jest.

Dzieci

Luty 2016. Na świecie pojawił się Jerzyk. To trzecie wnuczę po Elizce i Tymku. G. zachwycona. Jerzyk jest duży i jakiś taki dorosły. Ma niewiele ponad miesiąc “a już patrzy tak dorośle”. Każde z tej trójki jest zupełnie inne. Ale cóż, dwuletnia panienka musi różnić się od swojego ciotecznego brata, który ma osiem miesięcy i tego najmłodszego maleństwa.
Jacy będą? Kim zostaną? Jakie będą mieli zdolności? Gdy patrzę na Piotra i Olę - moje dzieci i rodziców tych małych ludków- gdy przypominam sobie ich dzieciństwo, oczywiście porównuję je z tą trójką. Nie sposób nie zauważyć, jak nieprawdopodobnie zmienił się w tym czasie świat. Ale nie o jednorazowych pieluchach, Gerberach i mokrych chusteczkach chcę tu pisać. Także nie o internecie, komórkach i Unii Europejskiej.

Lipiec 2017. Felieton ten zacząłem pisać półtora roku temu. Przerwałem, jak kilkanaście innych tekstów. Ale wydaje się, że temat jest interesujący. Jerzyk już swobodnie chodzi. Jest facetem ze złotymi włoskami, z którym porozmawiać jeszcze się nie da, ale da się porozumieć. A to już dużo. Jeszcze nie powie, czy ma mokrą pieluchę, czy jest głodny. I z jednego, i z drugiego powodu może zacząć płakać. Ale to nic. Rośnie, dojrzewa. Pokazuje palcem. To chce. To mu się podoba. Ciągle trzeba zgadywać, o co mu chodzi.
Jak to było ponad 30 lat temu? Piotr zawsze jakiś dorosły. Niezależnie, ile miał lat. Mówił wcześnie, czytał mając ze trzy, góra cztery lata. Liczył dość swobodnie. Gdy poszedł do szkoły, wszystko umiał i wiedział. Nie musiał się niczego uczyć. Oczywiście poza równym, czytelnym pisaniem. Pisania, takiego kaligraficznego, nie opanował do dziś.
Ola była w jego cieniu. Powtarzamy od czasu do czasu jej pogląd, który sformułowała mając siedem lat: - Ja nie muszę uczyć się czytać, przecież Piotrek potrafi. - Ola miała swoje własne babskie problemy i nauka nie była jej pasją.
A teraz patrzę na Elizkę, Tymka i Jerzyka. Które będzie jak Piotrek, które jak Ola? A które będzie po prostu sobą? Każde będzie się pewnie rozwijać się zupełnie inaczej. Bardzo jestem ciekaw, jak.

Next Page »