Adam Czetwertyński

Harcerstwo (206) Kuchnia (25) Kultura (281) Polityka (38) Pożegnania (38) Szkoła (74) Varia (112)

Archiwum kategorii: 'Varia'

Teatr w teatrze

Nie, nie będzie o kolejnym spektaklu. Tym razem obrazek obyczajowy.
Jak wiemy, pandemia powoli odchodzi, ale jeszcze nie minęła. Niektórzy twierdzą, że może wrócić do nas jesienią. Bronimy się przed nią i zabezpieczamy się zgodnie z zasadami, które nasz rząd (jego przedstawiciele?) nam akurat wymyślą. Tym razem wymyślili, że w teatrach może być 50% widzów, że ci widzowie mają być w maseczkach i chyba jeszcze to i owo dyrekcjom teatrów przekazano, bo teraz jest w teatrach nieco teatralnie.
Teatr 1
Idziemy z biletami. A tam przed wejściem stos papierków do wypełnienia. Że nie jestem chory, że nie jestem na kwarantannie itd. Nie czytam, podpisuję w dwóch miejscach i daję pani bileterce. Nie nie bierze ona tego oświadczenia do ręki - każe wrzucić do pudełka przypominającego urnę. Mogłem wpisać, że nazywam się Andrzej Duda i jestem aktualnie chory - też bym na widownię wszedł. Wrzuciłem, wszedłem. Obejrzałem.
Teatr 2
Do tego teatru oświadczenia trzeba było wydrukować sobie w domu. Że nie jestem chory, że nie mam gorączki, że z pandemią nie mam nic wspólnego. Podpisany “dokument” oddaję pani bileterce, a ona do mnie: - I jeszcze papier, a wtedy zmierzymy Panu temperaturę. - No dobrze, niech będzie, temperatury nie mam, podpisuję, co trzeba, jakieś magiczne czynności obok mojego czoła i już mogę wędrować na widownię.
Teatr 3
Tu też srogie teksty w Internecie. Wydrukuj oświadczenie, podpisz. A w oświadczeniu konkretnie - które miejsce zajmujesz na widowni. I oczywiście wszystkie informacje o mnie i moich bliskich. Że nie miałem z wirusem kontaktu. Podchodzę do biletera (bo to był chłopak), a on ani urny nie ma, ani chęci zbierania oświadczeń. Wchodzę, jak za dawnych czasów. Bilet zeskanowany i marsz - na widownię. Co za ulga. Tylko po co ja w domu drukowałem, po co wypisywałem, że nie całowałem się z osobą chorą na koronawirusa?
To jak powinno być naprawdę? Powinny być oświadczenia? Powinna być mierzona temperatura? A może to wszystko jest zbędne i do obejrzenia spektaklu wystarczy mieć bilet? Kto to wie?

Życie w Covidzie

Nie, nikt mi bliski nie został przez wirusa zamordowany. Umierają dalsi znajomi, o których mogę pisać wspomnienia. Ale ile takich wspomnień mogę napisać? Ostatnio umarł Tomek, którego znałem wiele, wiele lat. Mądry, niezwykle zrównoważony instruktor harcerski ze Słupska. Piszę “zrównoważony”, bo to była jego ważna cecha. Historyk, powiedziałbym - średniego pokolenia, bo co to jest dziś dla mężczyzny 66 lat? Bardzo mi Tomka żal.
***
Już ponad miesiąc temu zaszczepiono mnie po raz drugi. Więc prawdopodobnie jestem na razie odporny na tę zarazę. Ale to tak mało. Mogę przecież przynieść ją bezwiednie do domu. Gdzieś się spotkam z beztroskim osobnikiem, który sieje Covida w sklepie czy w autobusie. I może być kłopot. Nie będę tu snuł opowieści o maseczkach na brodach i osobnikach bezmaseczkowych. Cóż tego, że ja prawdopodobnie jestem bezpieczny? A ludzie umierają.
***
Wielkanoc. Do ostatniej chwili debatowaliśmy - spotkać się z rodziną, choćby najbliższą, czy się nie spotykać… To wcale nie było proste. W efekcie zebrała nas się dziesiątka. Pozostała piątka, z którą bylibyśmy razem, spędzała święta osobno. Choć bez przesady. W tym wiekszym gronie byliśmy w czasie świąt niecałe trzy godziny. Więc było prawie normalnie. Prawie, bo maseczka w domu to coś dziwnego, ale cóż - teraz i w mieszkaniu trzeba być zamaskowanym.
***
Jednak wiosna jest tuż, tuż. W pobliskim parku Szczęśliwickim ptaki, psy i dzieci szaleją. W takiej kolejności. Ptaki są w stanie zagłuszyć szczekanie psów i pokrzykiwania małych i jeszcze mniejszych… Ten park (a może inne parki też?) jest bardzo różnorodny. Nie tylko dlatego, że można rozpoznawać różne gatunki kaczek czy ptaków wijących gniazda. Ten park jest międzynarodowy. Mama z dzieckiem rozmawia po rosyjsku, grupa nastolatków chyba po chińsku, słychać było język włoski i oczywiście ukraiński. Oczywiście w przelocie nie rozróżnimy chińskiego od koreańskiego. Mogła nas też minąć rodzina wietnamska. Bardzo lubię ten park…

Z maseczką

Wczasy nad Morzem Śródziemnym. Słońce, piękne walące o brzeg fale, wokół zieleń, cisza. Choć już jesień, ale my mamy lato. Lato maseczkowe.
Przelot
Nie był taki straszny. Biuro podróży kazało nam wypełniać jakieś koszmarne formularze w różnych wersjach. Z plikiem papierów pojawiamy się na lotnisku. I co? Bardzo krótkie oświadczenie, że nie jesteśmy chorzy i z takimi osobami nie mamy kontaktów oddane na stanowisku odprawy oraz poświadczenie rządu greckiego, że nasz wpuszczą do kraju. To poświadczenie jest o tyle dziwne, że jakiś pan już w Grecji patrzy, że mam w ręku jakiś papier. Mój? Mojego kuzyna z Ameryki? Obojętne. Proszę przechodzić dalej…
Za to obowiązuje rygor maseczkowy - na obu lotniskach i w samolocie. Widok jest zadziwiający. Jedni pasażerowie chronią brody, inni nos, niektórzy zdejmują maseczki w trakcie lotu…
W hotelu
Tak, bardzo się personel stara, aby się od nas nie zarazić i aby nie zarazić nas. Najciekawiej jest oczywiście w restauracji - nie możemy sami korzystać z bufetu. Wszystko jest nam podawane. Najwygodniej oczywiście pokazać palcem. W wielu przypadkach to najłatwiejsza forma. Czasami są kolejki, bo akurat większość gości chce zjeść kawałek pieczonego indyka. Ale w kolejce stoją starsi Niemcy, cisza, spokój. I wszyscy na terenie restauracji mamy maseczki. Wszyscy. Dopiero gdy siadamy przy stole maseczkę można odłożyć. Jak wtedy jest miło…
I jeszcze
Na terenie - dużym, zadbanym, zupełnie wyglądającym jak ogród botaniczny - chodzimy bez maseczek. Również w barach hotelowych, tych przy basenach, na maseczki nie zwracamy uwagi. Niby jest normalnie, ale obsługa bardzo się stara, aby jednak mieć maseczki na twarzach.
Czyli jest normalnie, prawie normalnie. Ale w łazience mamy tylko mydło i szampon. Ale pokój sprzątany jest co dwa dni. Ale w pokoju nie ma czajnika i możliwości zrobienia sobie kawy lub herbaty. Ale basen wewnętrzny jest zamknięty. I tak dalej, i tak dalej.
Powrót
Straszą nas. Najpierw okazuje się, że nasze biuro podróży zaprzestało wysyłać swych klientów do Grecji. Czy zatem samolot po nas przyleci? Później okazuje się, że strajkują kontrolerzy lotniczy. Kto nas wypuści z lotniska? Następnie na lotnisku tłum nieprzeliczalny.
I co? Wylatujemy punktualnie. I jesteśmy pół godziny przed czasem! Choć nasze szczęście nie jest pełne. Straż Graniczna musi rozprawić się z gościem, który w samolocie był bezmaseczkowym alkoholikiem. takim, który postanowił pokazać, że cały świat jest jego. Nie był. Ale przygoda z bezmaseczkowcem zajęła nam pół godziny. No, trudno.
PS
Na Krecie znalazłem ślad polski. Zatkało mnie, gdy zobaczyłem z barze karton, z którego miły pan nalewał mleko do kawy. Na kartonie, tak jak w naszym kraju, dumnie napisane było (czerwonymi literami) słowo “Łaciate”.

Być w szpitalu

W szpitalu leżałem (i to długo) dwanaście lat temu. Operacja była poważna, ale sytuacja, w jakiej się znalazłem, zagrażała mojemu życiu. Tym razem byłem w szpitalu krótko w interesującym momencie “koronawirusowym”. Gdy wchodziłem zarejestrować się w odpowiednim szpitalnym okienku - świat był w miarę normalny. Ot, wstrzymano w szpitalu wizyty. Gdy wychodziłem - na przykład do apteki kolejki ustawiały się już na ulicy. Takie interesujące kolejki, gdy ludzie stali już w pewnych od siebie odległościach.
Nie będę tu pisał o pandemii. Może napiszę nieco później. Będzie o szpitalu. Wyobraźcie sobie budynek postawiony “kiedyś”. Budynek stary. Wielokrotnie przerabiany i modyfikowany. W salach dzwonki do pielęgniarek kiedyś były. Tlen kiedyś był do sal doprowadzany. Jakaś rura ze ściany wystaje. Było prawidłowe oświetlenie i gniazdka. Teraz jedne gniazdka (z poprowdzonymi kablami po ścianach) były czynne. Inne (te z przewodami w ścianach) - bez prądu. Budynek zdecydowanie historyczny. No, jedynie okna były nowe. I prysznice mające nie więcej niż 10 lat. Bo toalety to jedna wielka rozpacz. I jeszcze każde łóżko z innych czasów. Coś nieprawdopodobnego.
Są jednak na naszym oddziale fragmenty wyposażenia z XXI wieku. Na przykład w sali pooperacyjnej urządzenie sprawdzające funkcjonowanie chorego. W pewnym momencie maszynka zaczyna piszczeć. Pacjentka (akurat dotyczy to pacjentki) zaniepokojona. Pielęgniarka podchodzi i mówi: - Niech się pani nie martwi, ta maszyna jest zbyt czuła. - I na tym się kończy informacja. Ale żebym był sprawiedliwy - część operacyjna oddziału jest normalna. Tam o chorego dba się prawidłowo.
Generalnie - można w szpitalu czuć się jak w minionej epoce realnego bardzo socjalizmu. Jeżeli dodać do tego przedziwne śniadania i kolacje (a czasami też dziwne obiady) - czułem się, jakbym trafił do obiektu sprzed 40 lat.
A personel jest, można powiedzieć, mieszany. Raz pielęgniarka w dobrym humorze - jest świetnie. Drugim razem coś ją ugryzło. Salowe jakieś milsze - wszystkie się starają, by jakoś nam się żyło. Lekarze zabiegani, zdecydowanie przepracowani. Ale gdy już jest szansa porozmawiania z którymś z nich, są profesjonalistami, wiedzą, co robią, wiedzą, jak pomagać choremu. Tak jest, wydaje mi się, jak zawsze. Kiedyś i dziś tak samo. Dużo tych pracowników, którzy starają się dobrze a nawet bardzo dobrze wykonywać swoje obowiązki. I ci nieliczni, którzy, przemęczeni, mają wszystkiego dosyć. Trafi się też osoba, która w szpitalu jest przez nieporozumienie. Wtedy słyszę: - Nie, nie przysyłajcie mi jej do pomocy. Wolę sama pracować niż mieć taką pomoc. - Ale to są wyjątki.
Więc co? Dobrze czy źle? Co z tą naszą służbą zdrowia? Na podstawie krótkiego pobytu w jednym szpitalu trudno wydać opinię. Bo gdyby nasz oddział był w nowiusieńkim pawilonie obok, byłoby zupełnie inaczej. Ale na nowy budynek chyba “moja” część szpitala jeszcze trochę poczeka. Oby nie do XXII wieku.

500 szczęśliwych staruszków

No, przesadziłem. Nie wszyscy są staruszkami. Niektórzy (i niektóre) mają prawdopodobnie ponad 80 lat, ale część z nich (a szczególnie osoby płci żeńskiej) pewnie tylko 60. Nie opiszę wam sanatorium w którymś polskim zdrojowisku, lecz hotel dla dorosłych na Lanzarote. Bo 500 szczęśliwych staruszków na tej wyspie przebywa w jednym hotelu. I tak naprawdę poza tymi osobami w starszym wieku w hotelu innych gości nie ma (nie piszę tu oczywiście o personelu). I jeszcze jedno - wśród nas są Brytyjczycy, Niemcy, Skandynawowie… Może jeszcze trafi się jakiś Holender lub Francuz. Nie ma wśród nas Rosjan i nie ma Polaków (to znaczy jest nas dwoje i poza nami rodaków naszych brak). Co z tego wynika?
Jest super. Hotel dla dorosłych. Wiecie, jak jest miło, gdy między nogami nie pojawiają się jakieś krzyczące maleństwa. Jak jest znakomicie, gdy wieczorem nie ma taneczno-muzycznych aktywizacji dla dzieci?
Oj, jak miło jest w restauracjach, bo starsi państwo nie zajmują się układaniem na stołach produktów, jakby przygotowywali przyjęcie weselne. Nie nakładają sobie na talerze kopców jedzenia, aby zjeść z nich tylko cząstkę. Staruszkowie jedzą normalnie - jak ludzie. To takie wspaniałe.
I ubierają się, jak na ludzi przystało. Rano i w południe całkiem dowolnie (ale nie pokazując muskulatury, jak to w wielu przypadkach w takich hotelach bywa), zaś wieczorem wszyscy są właściwie ubrani - jedzą przecież kolację. Ani razu nie zauważyłem mężczyzny w krótkich spodenkach! Pełna kultura.
I, wyobraźcie sobie, nikt nie krzyczy w trakcie jedzenia, jakby znajdował się w szkole na korytarzu. Ileż razy wstydziłem się za naszych rodaków, którzy uważali, że cały świat jest ich, i na inne osoby nie muszą zwracać uwagi. Wszak oni są prawdziwymi Panami (którzy wypili za dużo alkoholu).
500 staruszków w ciągu dnia ginie na terenie hotelu. Jakaś grupa się opala, jakaś spaceruje. Ale z niewiadomych powodów nie widać ich. Część leżaków jest wolna (widzieliście to w innych hotelach?). Staruszkowie pojawiają się dopiero wieczorem. A to w barze, gdzie gra ktoś na fortepianie lub śpiewa przeboje sprzed lat. A to w sali widowiskowej, w której występuje jakiś zespól, który tańczy, śpiewa, gimnastykuje się. Dwustu staruszków cieszy się i pije dobre koktajle. Choć nie siedzą cały czas. Trzeba było zobaczyć, jak tańczyli przy piosenkach ABBY! Jakby mieli o 50 lat mniej!
Wybrani staruszkowie (ci, którzy nieco więcej zapłacili) mogą udać się do sali dla tych wybrańców. Ile tam napojów wyskokowych! Także do zrobienia sobie koktajli. I choć tych napojów (jakby “za darmo” jest mnóstwo, to staruszkowie piją spokojnie kawę, colę, i alkoholu nie nadużywają. Błoga cisza. O innych przyjemnościach, którzy mają wybrani, rozpisywać się nie będę. Są malutkie (ot, czekoladka wieczorem na poduszkę) i znacznie większe.
Tak, nie ma to jak mieszkać w hotelu 500 (staruszków) plus. Żyć, nie umierać.

Next Page »