<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<!-- generator="wordpress/1.5.2" -->
<rss version="2.0" 
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
>

<channel>
	<title>Adam Czetwertyński</title>
	<link>http://www.czetwertynski.pl</link>
	<description>Strona byłego radnego Miasta Stołecznego Warszawy</description>
	<pubDate>Wed, 01 Sep 2010 13:49:34 +0000</pubDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=1.5.2</generator>
	<language>en</language>

		<item>
		<title>W Krakowie, czyli dlaczego?</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=436</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=436#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 01 Sep 2010 13:27:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Harcerstwo</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=436</guid>
		<description><![CDATA[	Przez miniony tydzień wielokrotnie pytano mnie, jak było w Krakowie. Udzielałem odpowiedzi na różne tematy. Raz mówiłem o zajęciach w Parku Jordana, innym razem o koncertach lub konferencjach, czasem o apelu kończącym zlot, niekiedy (i chyba najczęściej) o tym, jak mi się redagowało &#8220;Skauta krakowskiego&#8221;. Czasem rozmowa schodziła na wyżywienie i porównania z innymi zlotami, [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Przez miniony tydzień wielokrotnie pytano mnie, jak było w Krakowie. Udzielałem odpowiedzi na różne tematy. Raz mówiłem o zajęciach w Parku Jordana, innym razem o koncertach lub konferencjach, czasem o apelu kończącym zlot, niekiedy (i chyba najczęściej) o tym, jak mi się redagowało &#8220;Skauta krakowskiego&#8221;. Czasem rozmowa schodziła na wyżywienie i porównania z innymi zlotami, a czasem na kawiarenki zlotowe. Kilka razy komentowałem wystawy zlotowe - przede wszystkim tę główną, w Pałacu Sztuki przy pl. Szczepańskim. I tak dalej, i tak dalej.<br />
I starając się być jak najbardziej obiektywnym, zastanawiałem się, gdzie popełnialiśmy najwięcej błędów, co sprawiło, że tak często byliśmy z siebie niezadowoleni, mieliśmy sobie za złe, pokrzykiwaliśmy głośno lub cicho i załamywaliśmy ręce.<br />
Jednym z powodów, wydaje się, jest nasz narodowy charakter. Polacy nieskłóceni nie są Polakami. My kłócić się i mieć sobie za złe musimy, niezależnie od tego, czy pada deszcz, czy świeci słońce. Obserwowałem niejednokrotnie organizatorów zlotów znacznie większych niż ten nasz krakowski. Byli cisi, spokojni i radośni. Inna postawa, inne nastawienie do otaczającego nas świata.<br />
Nie powiem tu nic odkrywczego. Drugim i podstawowym powodem naszej (piszę w liczbie mnogiej, bo utożsamiam się z dziesiątkami instruktorów, będących w podobnej sytuacji) frustracji był brak normalnego, znanego od wieków świadomego planowania a następnie rozliczania z wykonanych zadań.<br />
Jak to? Nie umiemy planować? Przecież uczymy tego na kursach równo od stu lat! I każdy drużynowy wie, na czym polega tzw. logistyka, niezależnie od tego, czy przygotowujemy dwudniowy biwak drużyny, trzytygodniowe zgrupowanie obozów czy zlot kilku tysięcy harcerzy. Zaplanować (na piśmie!), przedyskutować, poprawić, zatwierdzić, realizować zgodnie z harmonogramem a następnie ocenić, rozliczyć nagrodzić albo udzielić nagany. Po drodze monitorować realizację wszystkich zadań. To tak proste, banalne. W takim wielozadaniowym wielkim biwaku, jakim był zlot, przekazać pełne uprawnienia odpowiedniej grupie odpowiednio wcześniej przygotowanych instruktorów. I (powtórzę to) sprawdzać, czy wszystkie trybiki zaskoczyły, modyfikować (na piśmie!), poprawiać struktury. Nadal to proste i znane wszystkim, nie tylko naszym drużynowym.<br />
Dlatego moi norwescy, duńscy czy luksemburscy przyjaciele, którzy zlot zaplanowali i przeprowadzali w pełnym spokoju, mogli bez stresów w porze kawy pić ją a wieczorami zajmować się życiem towarzyskim tak przed zlotem, jak i w jego trakcie. (Chyba że trafiła im się powódź, ale to inna historia). Mieli rozdzielone zadania i za nie konsekwentnie odpowiadali. I nie było ich więcej niż nas. A my działamy na wariackich papierach w poczuciu, że wszystko się wali. Choć wcale walić się nic nie zamierza. Nasz harcerski koszmar.<br />
Nie wiem, czy to jest tak, że im mamy więcej komputerów, telefonów komórkowych, wiedzy teoretycznej, jak organizować taką imprezę bezbłędnie, pracować nam się musi coraz gorzej? Bo tak na przykład w Zegrzu (gdzie wykonywałem podobną pracę, jak w Krakowie) nie było.<br />
Co to będzie za kilka lat? A co 2023 roku? Gdy zorganizujemy światowe Jamboree?<br />
Strach myśleć.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=436</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>ConCordia</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=435</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=435#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 30 Aug 2010 07:24:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Harcerstwo</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=435</guid>
		<description><![CDATA[	Po raz pierwszy nie wziąłem udziału w zlocie skautów Europy Środkowej. A był on ósmym w nowych, kapitalistycznych czasach. Okazało się, że lato nie jest z gumy. Jednak wizyty na ConCordii nie mogłem sobie odmówić. Chciałem pobyć na zlocie choć jeden, choć dwa dni. Dlatego z Sebastianem pojechałem do Budapesztu.
Węgierscy skauci po raz drugi zorganizowali [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Po raz pierwszy nie wziąłem udziału w zlocie skautów Europy Środkowej. A był on ósmym w nowych, kapitalistycznych czasach. Okazało się, że lato nie jest z gumy. Jednak wizyty na ConCordii nie mogłem sobie odmówić. Chciałem pobyć na zlocie choć jeden, choć dwa dni. Dlatego z Sebastianem pojechałem do Budapesztu.<br />
Węgierscy skauci po raz drugi zorganizowali nasz &#8220;wyszehradzki&#8221; zlot w parku skautowym, tym razem na granicy Budapesztu.  W ośrodku z częściową infrastrukturą, jednak nie zagospodarowanym w pełni. A może nie do końca zadbanym. Nie da się ukryć - inwestowanie w kilka czy kilkanaście hektarów terenu wraz z zabudowaniami wymaga środków.  A tych, jak to w organizacji pozarządowej, zawsze brakuje. Teren jednak przepiękny. łąki, pagórki, las, umocnione niektóre drogi. I do najbliższego sklepu (a także autobusu) ze cztery kilometry. Można poczuć się w Budapeszcie jak w Bieszczadach. W dodatku że podłoże nieco do bieszczadzkiego podobne. Po większym deszczu ścieżki i drogi stawały się nie do przejścia. Błotniste i z trudem wysychające.<br />
Zastanawiam się, będąc wśród tysiąca skautów, czy kolejny zlot jest lepszy od poprzedniego, czy ConCordia jest robi lepsze wrażenie od Silesii, od Tatracoru, od Sanu&#8230; Bo ten pierwszy - Fenix zapisał się w mojej pamięci jako dość słaby. Ale ponieważ był w Pradze, mogliśmy go uatrakcyjniać, organizując wycieczki do miasta.<br />
Zastanawiam się i chyba na tym zastanawianiu pozostanie. Bo, wybaczcie, nie umiem powiedzieć, który z nich był najlepszy. Może San? No ale chwalić własny, polski zlot jest łatwo.<br />
Zawsze ważna jest atmosfera. Z nią najwięcej kłopotów dwukrotnie mieli Słowacy. Ale jak można mieć dobrą atmosferę, gdy nie ma możliwości normalnego umycia się przez dwa dni?<br />
Połowa sukcesu to dobre jedzenie. Na nie zawsze narzekamy. Nie przypominam sobie zlotu, w czasie którego nie byłoby jakichś kłopotów z wyżywieniem. Na Sanie każdy kupował sobie produkty w sklepie, ale sklep był znacznie oddalony od terenu zlotu - też kłopot. Tym razem jedni mówili - świetne jedzenie, jest go dużo. Inni - bardzo jednostajne, a obiady co drugi dzień są smaczne. Nie, nadal nie wypracowaliśmy dobrego systemu, a szkoda.<br />
No i zajęcia. Większość z nich zawsze na zlotach jest bardzo interesująca. Niestety dla tych, którzy po raz kolejny są na zlocie - powtarzają się. Najtrudniej jest zorganizować skautową służbę. I ta w Budapeszcie się udała. Nie było to zbieranie papierków na tatrzańskim szlaku. Na tym samym pierwszego, drugiego i przez kolejne dni. Zajęcia i tym razem trzeba pochwalić. I jeszcze jeden pomysł - wizyty domowe. Pomysł, by uczestnicy zlotu rozjechali się po Węgrzech a następnie wrócili na ceremonię zakończenia był znakomity.<br />
Udana była wioska wyszehradzka. Nasz Wojtek (najpopularniejszy skaut zlotu!) robił tam furorę. i dzięki jego zdolnościom show-mana połowa uczestników umiała powiedzieć &#8220;klamerka&#8221;. A poza tym w wiosce można było pójść do międzynarodowej kuchni i zrobić sobie polskie ruskie pierogi. Bomba.<br />
O terenie już wspomniałem, ale poszedłem odwiedzić podobóz naszych harcerzy z hufca, miałem duży problem z poruszaniem się po ich terenie. Za dużo padało. Ale Piwi dzielnie dawała sobie radę. Nasi harcerze byli ze zlotu zadowoleni.<br />
Ot, kilka notatek z ConCordii. Rozmowa z naszą już &#8220;etatową&#8221; (i dobrze!) szefową Perłą, z pomagającym nam jak zawsze Laszlem, mnóstwo nowych kontaktów, obserwacja spotkania komisarzy zagranicznych, udział w bardzo uroczystej mszy świętej, spotkanie z ponad dziewięćdziesięcioletnim Polakiem z Budapesztu, który zakładał tam przed wojną drużynę harcerską. Mnóstwo wrażeń.<br />
I pytanie na zakończenie. Czy rzeczywiście nie było więcej środowisk chętnych, by w zlocie uczestniczyć? Czy nie mogłoby wziąć w nim udziału więcej niż 160 Polaków? Nie wiem.<br />
Za dwa lata zlot skautów Europy Środkowej organizują Słowacy. Trzeba będzie im pomóc. Perła, gdy odpoczniesz po trudach lata, zabieramy się do pracy. Niech zlot w 2012 roku będzie (dzięki nam) jeszcze lepszy!
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=435</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>Koń, jaki jest&#8230;</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=420</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=420#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Aug 2010 08:48:52 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Varia</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=420</guid>
		<description><![CDATA[	Czasem mi się wydaje, że niektóre felietoniki, które tu zamieszczam, nie powinny się ukazać. Bo akurat ja nie powinienem na ten temat się wypowiadać. Ale cóż, są takie sprawy, które - choć nie moje - moimi są. Lato jakoś uśpiło moją pisaninę, ale tematy się zbierały a pisać nie zapomniałem, a więc do dzieła.
Ten problem [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Czasem mi się wydaje, że niektóre felietoniki, które tu zamieszczam, nie powinny się ukazać. Bo akurat ja nie powinienem na ten temat się wypowiadać. Ale cóż, są takie sprawy, które - choć nie moje - moimi są. Lato jakoś uśpiło moją pisaninę, ale tematy się zbierały a pisać nie zapomniałem, a więc do dzieła.<br />
Ten problem gnębi mnie od dawna. Już kiedyś sobie powiedziałem: - Nie, nigdy więcej. Ja przeciw takiemu wykonywaniu swej pracy (a może misji) stanowczo protestuję. - Co? Przeciw komu tu występuję? Co mnie tak męczy? Przecież wiem, że fakt, iż na ten temat tu napiszę, nic, ale to zupełnie nic nie zmieni w otaczającej mnie rzeczywistości. Ale trudno, zacząłem, będę konsekwentny. Otóż protestuję przeciwko kazaniom księdza O. Tak, przeciw kazaniom. Jak jestem zdeterminowany, świadczy fakt, że przyrzekłem niegdyś sobie, iż nie będę uczestniczyć w mszy, w czasie której ów ksiądz będzie kazanie wygłaszał. A jeżeli przypadkiem na tego księdza trafię - po prostu na czas kazania wyjdę z kościoła.<br />
Jak to bywa z takimi obietnicami, nic z moich postanowień nie wyszło. Bo po jakimś czasie w czasie ślubu (a może pogrzebu?) zamiast głośno protestować i wyjść z kościoła, tkwiłem w ławce i cierpiałem z cicha. Ciekaw jestem, czy jeszcze ktoś cierpiał ze mną.<br />
W czym rzecz? Niektórzy księża z zasady nie przygotowują kazań. (Tak jak gawęd niektórzy zasłużeni druhowie). Jak ów ksiądz O. Muszą przez kilka - kilkanaście minut głosić słowo, w którym naprawiać będą dusze swych owieczek. I nie wiedzą, o czym owo słowo głosić. Mój ulubiony ksiądz O. czynił to (i czyni, jak sądzę) następująco: Rozpoczynał od ostatniego zdania przeczytanej przez siebie Ewangelii. Chwytał jedno słowo, definiował je po swojemu. Następnie odbijał się od niego, na przykład mówiąc, jak ludzie źle owo słowo rozumieją. Miał więc możliwość opowiedzenia czegoś o złych ludziach, w dywagacji o złych ludziach wprowadzał kawałek własnego życiorysu, na przykład pokazując swe kontakty ze złymi ludźmi. Tu, jak widać, mógł już rozpocząć dywagacje o rodzinie własnej, a później o wielkiej rodzinie harcerskiej, a później mówić na kolejny dowolny temat plotąc, opowiadając, motając się w wypowiedziach. Dość składnie, ładną polszczyzną, lecz sformułowaniami, które nazwałbym ciągiem luźnych skojarzeń. Może to zabawne, lecz nie dla mnie.<br />
Ostatnio miałem możliwość posłuchania innego kapłana. Rozpoczął od zmartwychwstania Chrystusa i po dłuższej chwili metodą swobodnych skojarzeń dobrnął do rozbitych małżeństw, zdrad małżeńskich i kłopotów, jakie ma spowiednik nieudzielając rozgrzeszenia. Tu zatrzymał się w słowotoku i przeszedł do odprawiania mszy. Ponoć to u tego księdza reguła. Iluż mamy takich księży O. ? I dlaczego?<br />
Bo koń, jaki jest, każdy widzi.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=420</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>Totem Tomka</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=432</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=432#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 28 Aug 2010 17:04:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Varia</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=432</guid>
		<description><![CDATA[	Było to dawno, dawno temu, najstarsi ludzie tego nie pamiętają. Były to czasy, gdy każde środowisko harcerskie w naszym hufcu nie tylko organizowało obóz stały, ale także wędrowny. Nie, nie. Nie były to jeszcze te lata, gdy nasz szczep organizował latem trzy obozy wędrowne. Te lata przyszły znacznie później.
Właściwie to powinienem najpierw opowiedzieć o naszych [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Było to dawno, dawno temu, najstarsi ludzie tego nie pamiętają. Były to czasy, gdy każde środowisko harcerskie w naszym hufcu nie tylko organizowało obóz stały, ale także wędrowny. Nie, nie. Nie były to jeszcze te lata, gdy nasz szczep organizował latem trzy obozy wędrowne. Te lata przyszły znacznie później.<br />
Właściwie to powinienem najpierw opowiedzieć o naszych plecakach (jeszcze nie wymyślono stelaży) i wpijających się, raniących nas paskach, o noclegach w stodołach (choć zazwyczaj w schroniskach), o kupowaniu denaturatu (tego popularnego na naszej wsi napoju nie brakowało, ale myśmy używali go w zbożnym celu - mieliśmy przecież kochery i coś ciepłego jadać trzeba, ba gotowaliśmy całkiem smaczne posiłki), o bąblach, czyli pęcherzach na nogach (jakież wówczas były buty, lepiej nie mówić). To lato można było nazwać w moim życiorysie czasem Ireny. Ale będzie o totemie Tomka.<br />
Tomek - delikatnie mówiąc - nie był najlepszym harcerzem świata. Ale miał brata - drużynowego. Dobrego drużynowego, który się nim opiekował. I jakoś było.<br />
Co wydarzyło się tamtego dnia? Co tak zdenerwowało Tomka? Nie pamiętam. Ale nasz nienajlepszy harcerz przez całą noc podobno rzeźbił swój totem z jednego pnia drzewa. I postanowił te dziesięć a może piętnaście kilogramów drewna wnieść na Baranią Górę. Dlaczego? Kto zrozumie duszę nastolatka?<br />
Wszedł, wniósł, był z tego bardzo dumny. Zebrał stos kamieni i postawił swój totem na samym szczycie. Jedno zdjęcie, drugie. I wtedy na górę weszli turyści. Jedna grupa, druga. Odeszliśmy od totemu a oni zaczęli się fotografować. Zjedliśmy arbuza (ktoś tę zieloną kulę też musiał wnieść) i przyszedł moment (zawsze taki na górze następuje), że trzeba było zejść na dół. Tomek poszedł po swój totem.<br />
Co nastąpiło? Awantura. Oburzeni turyści nie pozwolili Tomkowi zabrać totemu. Nie pozwolili. Nie będzie przecież niszczył czegoś, co zostało uwiecznione przez nich na zdjęciach! Nie będzie zabierał &#8220;ich&#8221; pięknego totemu!<br />
Bo totem zaczął żyć własnym totemowym życiem. To już nie był totem Tomka, to był symbol Góry. I nic nie można było na to poradzić.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=432</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>Andrzej</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=433</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=433#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 27 Aug 2010 19:54:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Harcerstwo</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=433</guid>
		<description><![CDATA[	Niespodziewanie odszedł Andrzej. Najpierw pierwszy zawał, a w minioną sobotę drugi. Ostatni. Czy mógł tego drugiego uniknąć? Dziś możemy sobie komentować, spekulować i oceniać, ale czasu cofnąć się nie da. Rozumieliśmy to dziś wszyscy tak licznie zgromadzeni na cmentarzu w Starej Miłosnej. Żegnali Andrzeja harcerze (i byli harcerze - jak liczna była grupa instruktorek zuchowych [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Niespodziewanie odszedł Andrzej. Najpierw pierwszy zawał, a w minioną sobotę drugi. Ostatni. Czy mógł tego drugiego uniknąć? Dziś możemy sobie komentować, spekulować i oceniać, ale czasu cofnąć się nie da. Rozumieliśmy to dziś wszyscy tak licznie zgromadzeni na cmentarzu w Starej Miłosnej. Żegnali Andrzeja harcerze (i byli harcerze - jak liczna była grupa instruktorek zuchowych sprzed lat!), pracownicy i wychowankowie ośrodka &#8220;Na Przedwiośniu&#8221;, przedstawiciele krakowskiego stowarzyszenia &#8220;U Siemachy&#8221;, pracownicy służb społecznych, znajomi, wychowankowie, znajomi&#8230;<br />
Kilka wystąpień w kościele i przy grobie. Ksiądz Wysocki, wspomnienie harcerskie, kilka słów od Małgosi&#8230; Przewodniczący ZHP przyznał Andrzejowi pośmiertnie złoty krzyż &#8220;Za Zasługi dla ZHP&#8221;. I kwiaty, stosy kwiatów.<br />
W harcerstwie w ostatnim czasie znacznie się różniliśmy. Teraz mogę spokojnie zastanowić się i odpowiedzieć &#8220;dlaczego?&#8221;. Bo oczywiście nie chodzi (jak to bywa zazwyczaj) o pieniądze. Wydaje mi się, że po prostu inaczej ocenialiśmy działalność niektórych naszych instruktorów. Także naszą własną pracę. Popełniamy błędy. Takie jest życie. Postępowanie, które dla mnie było błędem, powodującym konieczność odejścia konkretnego instruktora  z funkcji, dla Andrzeja błędem nie było. Mogę jednak Andrzeja zapewnić (jeżeli istnieje ów byt pozaziemski, o którym nam tak wiele dziś mówiono), że każdy ma prawo po naprawieniu szkód albo po zmienieniu poglądów wrócić i dalej działać na rzecz dzieci. Nigdy nikogo nie skreślam. Za długo jestem w harcerstwie.  Może o tym kiedyś więcej napiszę.<br />
I dlatego dalej nie będzie o harcerstwie. Będzie o ośrodku, jaki Andrzej prowadził. A właściwie o Andrzejowej pasji. Bo ośrodek był prawdziwą Jego pasją, dużym kawałkiem Jego życia. Oprowadzał mnie któregoś dnia  po &#8220;Na Przedwiośniu&#8221;, pokazując konkretnych wychowanków, ich dzieje, ich perspektywy życia. O każdym coś wiedział, każdego doceniał. I tych, którzy prawie pomagali ośrodek prowadzić, pełnili w nim jakieś dla nich ważne funkcje, i tych, którzy mieli zdolności plastyczne, i tych, nielicznych, którzy wegetowali jak roślinki. Ta duma z opracowania metody porozumienia się z jednym z chłopców, o którym myślano, iż jest niesprawny intelektualnie, a ma wyobraźnię (nie ruszając się z łóżka!) prawdziwego poety. On te dzieciaki (bo dzieciaki, nawet gdy były pełnoletnie) szanował, lubił i rozumiał. Bardzo mi tym zaimponował, bardzo mu tej postawy zazdroszczę. I żal, strasznie żal, że nie będzie mógł dalej z nimi pracować. I żal, że nie pokłócę się z Nim na najbliższej zbiórce wyborczej hufca. Żegnaj, Andrzeju.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=433</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>Czytanie, czytanie</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=393</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=393#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 25 Jul 2010 22:18:33 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Harcerstwo</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=393</guid>
		<description><![CDATA[	Już niedługo zlot w Krakowie. Karol. który funkcji ma co niemiara i w czasie zlotu dowodzić będzie naszymi mediami, zaproponował, bym w centrum multimedialnym robił to, co potrafię najlepiej, czyli redagował rozliczne tworzone tam teksty. Mam przy okazji dowodzić grupą młodszych i starszych harcerzy, by na papierze i w internecie dochodziły do naszej harcerskiej braci [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Już niedługo zlot w Krakowie. Karol. który funkcji ma co niemiara i w czasie zlotu dowodzić będzie naszymi mediami, zaproponował, bym w centrum multimedialnym robił to, co potrafię najlepiej, czyli redagował rozliczne tworzone tam teksty. Mam przy okazji dowodzić grupą młodszych i starszych harcerzy, by na papierze i w internecie dochodziły do naszej harcerskiej braci jak najlepsze komunikaty.<br />
Mam nadzieję, że w naszym zlotowym &#8220;Skaucie&#8221; znajdzie się sporo materiałów do poczytania, że będą to teksty interesujące dla młodszych i starszych. Mam też nadzieję, że &#8220;Skaut&#8221; dorówna dziennikowi &#8220;Czuwaj&#8221;, jaki ukazywał się w Zegrzu w 1995 roku. Uważam, że było to najlepsze pismo zlotowe wydawane w ostatnich latach, bo z tym, które ukazywało się w Spale, porównywać się oczywiście nie będziemy. Tak, tamto &#8220;Czuwaj&#8221; redagowałem i do dziś jestem z niego dumny.<br />
Dobre pismo harcerskie&#8230;. Przypomniały mi się dwie rozmowy z przemiłymi skądinąd instruktorkami. Obie, i wcale nie chórem, stwierdziły, że prasy harcerskiej nie czytają. Nie mają na to czasu. Nie mają na to chęci. To pierwsze tylko częściowo rozumiem, bo nigdy nie jest tak, że nie mamy czasu na to, co robić chcemy lub powinniśmy. To drugie świadczy o małej dojrzałości druhen instruktorek.<br />
Niegdyś, przed laty, gdy redagowałem miesięcznik &#8220;Czuwaj&#8221;, rozmawiając z instruktorami Głównej Kwatery lub komend chorągwi spokojnie nawiązywałem do materiałów, które zostały w naszym piśmie opublikowane. Po jakimś czasie zadawałem im zazwyczaj pytanie &#8220;czytałeś?&#8221;, bo rozmowa o nieznanych tekstach była dziwaczna. Zdarzyło się, że pewna druhna nie czytała &#8220;Czuwaj&#8221;, bo mnie nie lubiła. Argument jak argument. Przecież nie zapełniałem pisma własnymi materiałami. Ale teraz po prostu inna druhna &#8220;nie ma czasu&#8221; i &#8220;nie ma chęci&#8221;.<br />
Co z tym fantem zrobić? Jak przekonywać instruktorów, że niewiedza nie jest lepsza od wiedzy? Jak wytłumaczyć, że nie ma szans na autentyczne funkcjonowanie w organizacji, jeżeli jest się instruktorem bez pełnej o niej wiedzy?<br />
Zawsze mnie zdumiewają druhowie, działający w pewnej chorągwianej komisji, dowiadujący się o pracy ZHP z informacji, jaka co miesiąc jest im przekazywana ustnie przez bardziej światłych instruktorów. Żeby poczytać coś na piśmie? Nie, przecież wszystko, co najważniejsze, będzie im w formie papki przekazane. Cóż oni naprawdę wiedzą o harcerstwie? Niewiele - już kiedyś o tym pisałem.<br />
Może dlatego tak mnie to obchodzi, bo sam od lat mam zupełnie inny stosunek do słowa pisanego. Gdy rozpoczynałem swą przygodę jako kandydat na drużynowego z uporem czytałem dwutygodnik &#8220;Drużyna&#8221;. Zazwyczaj jeden egzemplarz dochodził do kiosku. Udawało mi się go kupić. I czytałem, czytałem, choć połowa tekstów na pewno nie była dla mnie przejrzysta.<br />
Dziś po latach znów będę współodpowiadał za harcerskie pismo, które docierać będzie do trzech tysięcy czytelników. Tylko czy będzie ono przez naszych harcerzy i instruktorów czytane?
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=393</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>O harcerstwie na Białorusi</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=430</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=430#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 13 Jul 2010 07:09:45 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Harcerstwo</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=430</guid>
		<description><![CDATA[	Ile już lat kibicuję harcerstwu na Białorusi? Prawie dwadzieścia. Różne były to etapy. Najpierw zakładał drużyny mityczny Jacek z Gorzowa, później dowodził dużą i prężną organizacją Wiesiek, dziś kieruje nią Antoni. Najpierw spotykaliśmy się z entuzjazmem pierwszych miesięcy i lat wolności, później z naszej strony nastąpiła żmudna praca szkolenia młodych Polaków z Białorusi, a z [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Ile już lat kibicuję harcerstwu na Białorusi? Prawie dwadzieścia. Różne były to etapy. Najpierw zakładał drużyny mityczny Jacek z Gorzowa, później dowodził dużą i prężną organizacją Wiesiek, dziś kieruje nią Antoni. Najpierw spotykaliśmy się z entuzjazmem pierwszych miesięcy i lat wolności, później z naszej strony nastąpiła żmudna praca szkolenia młodych Polaków z Białorusi, a z czasem (a także równolegle) piętrzyły się problemy, kłopoty, porozumienia i nieporozumienia. Od początku współpracował z białoruskim harcerstwem Hufiec Białystok, szkolił Toruń i Radom. W pewnym momencie (to już jedenaście lat temu) kurs przeprowadził mój hufiec. Kilka środowisk na lata zaangażowało się w pomoc. Miastko, Łódź, Sokołów, Szczecin, wymienione już hufce (mój to Praga Południe). Jeździliśmy pomagać organizować festiwale piosenki harcerskiej,  kursy zastępowych, patrzyliśmy (czasem z podziwem) na wybory władz. Dawali sobie radę.<br />
Białoruś i tamtejsze harcerstwo jest jednak specyficzne. Na pracę organizacji nakłada się sytuacja polityczna wschodniego sąsiada oraz skromne możliwości, jakie ma dziś Związek Harcerstwa Polskiego. No i tzw. czynnik ludzki. Dlaczego wśród działaczy harcerskich ma być inaczej niż w pozostałej części społeczeństwa? Jakim cudem mieliby pracować bezkonfliktowo? Kłopotów, problemów, spraw było i jest niezwykle dużo.<br />
Właśnie zakończył się kolejny kurs drużynowych, trzeci prowadzony w tym samym miejscu, częściowo przez tę samą kadrę. Można porównać, można wyciągnąć wnioski.<br />
1. Program całego Związku i poszczególnych środowisk zazwyczaj nie istnieje. Ot, grupa (zwana drużyną) spotyka się co jakiś czas i &#8220;rozmawia o harcerstwie&#8221;. Pytam: - Dlaczego nie zorganizujecie rajdu lub wycieczki do miejsc, związanych ze wspólną historią Polski i Białorusi? Czy wiecie, gdzie jest kanał Ogińskiego, gdzie są Bohatyrowicze, gdzie urodził się Mickiewicz lub Kościuszko? Recytowaliście &#8220;Świteź&#8221; nad brzegiem jeziora? Chodziliście po Grodnie szlakami Orzeszkowej? Podejmujecie jakieś zadania o podobnym charakterze? - Nie. - To co robicie? - Śpiewamy piosenki&#8230; - A wiecie, co to był sejm grodzieński? Którzy polscy królowie zmarli w Grodnie? Co się mieściło w Twierdzy Brzeskiej? Kto był tam więziony i dlaczego? - Nie, harcerze na Białorusi śpiewają piosenki i rozmawiają na zbiórkach o harcerstwie.<br />
2. Jeszcze dziesięć lat temu polskie dzieci uczyły się w szkołach języka polskiego, uczyły się szybko, miały zapał, chęć czytania i pisania po polsku. Po polsku mówiły, także między sobą. A pamiętajmy, że ich matki i ojcowie języka przodków często nie znali. Po polsku mówiły jednak prababcie i babcie, które urodziły się często jeszcze w II Rzeczpospolitej. Dziś nauka polskiego jest marginalizowana, mówienie po polsku, które należało do dobrego tonu, zamiera i na kursie drużynowych harcerze mówią między sobą po rosyjsku, ba, pojawiają się osoby nie mówiące po polsku. Powtórzę. Są tacy Polacy w harcerskich mundurach, którzy nie rozumieją ojczystego języka. Harcerze? Nie jestem pewny.<br />
3. Piętnaście lat temu organizowanie drużyn nie było niczym ograniczone, dyrektorzy szkół, gdzie były polskie dzieci (w Grodnie ponad 20% populacji to Polacy), z radością witali naszych instruktorów i umożliwiali prowadzenie zbiórek. Dziś? Dziś w każdej miejscowości, każdej szkole, także każdej parafii jest inaczej. Nie, nie wymienię tu miejscowości. Ale są już szkoły, gdzie harcerstwo (przypomnijmy, organizacja oficjalnie zarejestrowana w białoruskim Ministerstwie Sprawiedliwości) &#8220;schodzi do podziemia&#8221;. Bo lepiej, aby dyrektor szkoły nie wiedział, że nauczyciel opiekuje się harcerstwem, bo w szkole nie ma możliwości organizowania zbiórek, nie da się też w Domu Polskim i na terenie parafii. W każdym przypadku z innego powodu. Na przykład proboszcz jest z Polski i boi się, aby nie być usunięty z Białorusi, tak jak wielu innych kapłanów z polskim obywatelstwem. Albo ksiądz jest Polakiem z Białorusi i nie rozumie (i nie chce rozumieć), czym jest harcerstwo. O dyrektorach szkół i domach polskich też można napisać długie analizy.<br />
Nie zmienia to faktu, że są miejsca, gdzie harcerzy się ceni, pomaga, wspiera. Bo, powtarzam, każda drużyna znajduje się w innej sytuacji.<br />
4. No i styl, sposób kierowania organizacją. O tym napiszę kiedyś odrębny felieton. Mam nadzieję, że coś się tu natychmiast zmieni, gdyż nie może po dwudziestu latach organizacja funkcjonować jako ruch z jego pozytywnymi, ale i negatywnymi cechami.<br />
5. I punkt ostatni, ale może najważniejszy. Harcerstwo ma potężną konkurencję - oficjalne, wspierane przez państwo związki młodzieży. Do nich wypada, należy, trzeba należeć. Tak jak w Polsce w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych XX wieku. To nie konkurencja programowa, raczej ideowa, inaczej budująca młodego człowieka. Owa konkurencja to także temat na inny felieton.<br />
I pomimo tych przeszkód, mimo kłopotów, problemów ruch harcerski na Białorusi nie zamiera. Kibicuję mu wiele lat i mam nadzieję, że doczekam się czasów, gdy będzie tam działać prężna, jednolita, dobrze kierowana organizacja. Będę o niej pisał.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=430</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>To był wieczór</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=429</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=429#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 19 Jun 2010 08:38:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Varia</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=429</guid>
		<description><![CDATA[	To był wieczór! Na scenie ogromne przejęcie widoczne na twarzach niezależnie od wieku biorących w występie udział. Ale tam obowiązuje profesjonalny uśmiech.
Widownia zapełniona do ostatniego miejsca i ręce jeszcze przed podniesieniem kurtyny przygotowane do burzliwych oklasków.
Bierzemy udział w dorocznym pokazie grup tanecznych skupionych w jednej z warszawskich szkół tańca. Czego nie można tam poćwiczyć! Jest [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>To był wieczór! Na scenie ogromne przejęcie widoczne na twarzach niezależnie od wieku biorących w występie udział. Ale tam obowiązuje profesjonalny uśmiech.<br />
Widownia zapełniona do ostatniego miejsca i ręce jeszcze przed podniesieniem kurtyny przygotowane do burzliwych oklasków.<br />
Bierzemy udział w dorocznym pokazie grup tanecznych skupionych w jednej z warszawskich szkół tańca. Czego nie można tam poćwiczyć! Jest taniec klasyczny (i wcale nie trzeba w tej grupie być dobrze umięśnioną, aczkolwiek wątłą panienką, jakie prezentują się na profesjonalnych scenach). Jest taniec brzucha (zawsze mi się wydawało, że taniec brzucha to zupełnie coś innego, niż zobaczyliśmy, ale ja się nie znam - i dobrze). Jest taniec towarzyski, grupa tańcząca jazz, inna to taniec z jakąś fabułką - nie wiem, jak ją nazwać.<br />
Dziesiątki panienek, dziewcząt i kobiet. Same istoty prezentujące płeć piękną! Wśród chyba dwóch setek wykonawczyń trzech mężczyzn! Ich - chłopaków - to zupełnie nie interesuje! Rozumiem taniec brzucha zarezerwowany dla kobiet. Ale w innych grupach chłopców nie ma. No dobrze, ale ja się nie znam. Siedzę na widowni j zastanawiam się. Zwracać uwagę na wszelkie wpadki? A może cieszyć się z wykonawcami z ich sukcesów? Tylko jak się cieszyć, gdy widać ciężką pracę a nie widać lekkości i radości z zabawy, jaką zawsze jest taniec?<br />
Na szczęście odrobinę (no, dwie odrobiny) luzu wprowadziły zapowiadające poszczególne  występy organizatorki całej imprezy. Przebierały się, tańczyły, modulowały głos, były zabawne i rozśmieszały nas. Gdyby jeszcze te występy któraś z grup potraktowała tak samo! Ale nie - wysiłek i jeszcze raz wysiłek. Wszak oglądają nas mamy, babcie, przyjaciele i nieprzyjaciele. Trzeba być bezbłędnymi.<br />
Nasza Ola (patrz życiorys na stronie rodzinnej) tarzała się po scenie znakomicie, maszerowała zza jednych kulis do drugich, machała głową do upadłego, ponoć nawet stojąc przed nami trzymała w ręku szklaną kulę. Nic o tym nie wiedzieliśmy, bo szkło jest przezroczyste i kuli widać nie było. No i jeszcze przebiegła się kilka razy po scenie wokół całej grupy. Ponoć miała już zadyszkę. Widać, że to ceniona tancerka, bo inne tylko maszerowały a Ola mogła być szybsza niż inne. Bardzo mi się to jej bieganie podobało, wiec gdy cała grupa skończyła miotanie się na scenie, klaskałem do upadłego. Pozostałe rodziny też.<br />
Tak było. Większa grupa - silniejsze oklaski, mniejsza - słabsze.<br />
Już nie mogę się doczekać występu za rok. Co Ola wtedy nam pokaże po kolejnym roku ciężkiej pracy?
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=429</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>Porozumienie</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=428</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=428#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 10 Jun 2010 10:57:26 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Harcerstwo</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=428</guid>
		<description><![CDATA[	Dla mnie problem porozumienia zaczął się chyba w listopadzie ubiegłego roku. Jakoś tak zgadało się w GK, że przed Zjazdem ZHP byłoby właściwe spotkać się z Minister Edukacji Narodowej, porozmawiać o roli harcerstwa w szkole, spróbować troszkę odświeżyć nasze kontakty. Bo, nikt chyba tego nie kwestionuje, jeżeli bylibyśmy wspierani przez każdą szkołę, każdego dyrektora i [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Dla mnie problem porozumienia zaczął się chyba w listopadzie ubiegłego roku. Jakoś tak zgadało się w GK, że przed Zjazdem ZHP byłoby właściwe spotkać się z Minister Edukacji Narodowej, porozmawiać o roli harcerstwa w szkole, spróbować troszkę odświeżyć nasze kontakty. Bo, nikt chyba tego nie kwestionuje, jeżeli bylibyśmy wspierani przez każdą szkołę, każdego dyrektora i radę pedagogiczną, nasza sytuacja jako organizacji ciągle zmniejszającej swą liczebność zdecydowanie by się zmieniła. Kłopot był trochę w tym, że pani Hallowa nie była nigdy w harcerstwie, ZHP było jej bardzo odległe, choć w minionych latach, gdy pracowała w Gdańsku a nasza Naczelniczka była tam komendantką  hufca, drogi pań przecinały. Dlatego trudno powiedzieć, by sprawy harcerskiej pani Minister były całkiem nieznane.<br />
No ale wówczas, samorządnie i niezależnie, pełen dobrej woli postanowiłem, że zaopiekuję się odświeżeniem porozumienia, które mieliśmy przed wielu laty (19.02.1997) podpisane z ówczesnym ministrem prof. Jerzym Wiatrem. Porozumienie nie było złe, ale stało się mocno nieaktualne, choć Karta Nauczyciela ta sama i ustawa o systemie oświaty też. I o porozumieniu tym Związek już całkiem zapomniał. Ministerstwo też.<br />
Zaraz po grudniowym Zjeździe (pamiętamy wystąpienie Katarzyny Hall i miłe pod naszym adresem kierowane słowa z trybuny zjazdowej) zabraliśmy się do pracy. Z jednej strony tworzyliśmy zapis merytoryczne, z drugie strony ciągle myśleliśmy o terminie i miejscu podpisania nowego porozumienia. Dzień Myśli Braterskiej? Dzień Świętego Jerzego? 2 maja - Dzień Flagi? Czas płynął, terminy się zmieniały, a my rozpatrywaliśmy kolejne wersje dokumentu.<br />
Problem był jeden - zasadniczy - ze strony MEN porozumienie było widziane jako ogólna deklaracja &#8220;Jesteście fajni, lubimy was&#8221;. My chcieliśmy, aby zapisy były bardzo konkretne, nawet pod koniec pracy padło zdanie: &#8220;Wszystko jedno, co, ale niech to będzie rozliczalne&#8221;. Bo my bardzo liczyliśmy na zapis rzeczowy, aby z porozumieniem w ręku móc rozmawiać z dyrektorem szkoły. Problem nie do rozwiązania. Bo jak zapisać, że dyrektor szkoły ma obowiązek zaliczyć instruktorowi, będącemu nauczycielem, prowadzenie przyszkolnej drużyny harcerskiej w ramach tak zwanych godzin z Karty Nauczyciela? Ma prawo (o czym wiedzieć powinien), ale obowiązku już nie - wszak drużyna nie jest częścią systemu szkolnego, nawet jeżeli do niej należą wyłącznie uczniowie  danej szkoły. Dlatego Minister może mówić o tym na zjeździe ZHP (i mówi), może twierdzić, iż godzina &#8220;karciana&#8221; powinna być rozliczana, gdy nauczyciel jest drużynowym, ale nic więcej, co się okazało, zrobić nie może, na przykład nie może zapisać tego w porozumieniu.<br />
Prace trwały długo, prawnicy ministerialni mieli wiele pracy. 23 maja, a więc prawie 99 lat po wydaniu przez Andrzeja Małkowskiego pierwszego rozkazu porozumienie zostało w Tczewie, w trakcie zakończenia rajdu &#8220;Rodło&#8221; podpisane.<br />
Trochę w tym dokumencie jest mojej pracy, traktuję go więc bardzo osobiście. Będę o nim pisał, starał się interpretować. Najpierw w najbliższym czerwcowo-lipcowym numerze &#8220;Czuwaj&#8221;. A później w innych miejscach i w inny sposób. W nowym roku harcerskim pierwsze efekty porozumienia powinny być widoczne. Nie tylko w tych zapiskach.
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=428</wfw:commentRSS>
	</item>
		<item>
		<title>Tango, czyli remanentu ciąg dalszy</title>
		<link>http://www.czetwertynski.pl/?p=427</link>
		<comments>http://www.czetwertynski.pl/?p=427#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 03 Jun 2010 10:35:37 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Adam</dc:creator>
		
	<category>Kultura</category>
		<guid>http://www.czetwertynski.pl/?p=427</guid>
		<description><![CDATA[	Pisanie o inscenizacji &#8220;Tanga&#8221; bez porównywania z &#8220;tamtym&#8221; z Teatru Współczesnego byłoby niestosowne. Kiedy to było? Sto lat temu? Pięćdziesiąt? Najstarsi ludzie nie pamiętają. Gdy zastanawiam się dziś - już nie żartując, po kilkudziesięciu latach - co (poz treścią)  z tamtego z tamtego przestawienia zapamiętałem, mogę chyba odpowiedzieć - aktorów. To było przedstawienie gwiazd [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[	<p>Pisanie o inscenizacji &#8220;Tanga&#8221; bez porównywania z &#8220;tamtym&#8221; z Teatru Współczesnego byłoby niestosowne. Kiedy to było? Sto lat temu? Pięćdziesiąt? Najstarsi ludzie nie pamiętają. Gdy zastanawiam się dziś - już nie żartując, po kilkudziesięciu latach - co (poz treścią)  z tamtego z tamtego przestawienia zapamiętałem, mogę chyba odpowiedzieć - aktorów. To było przedstawienie gwiazd polskiego teatru dramatycznego. Fijewski, Ludwiżanka (jak ona układała się na katafalku, jak ona prosiła, aby pozwolono jej z niego zejść, jak ona umierała - a przecież była to rola drugoplanowa), Michnikowski (Artur), Czechowicz, Pawlikowski&#8230;<br />
Przyznam się - poczytałem przed napisaniem tego tekstu recenzje tamtego spektaklu z roku 1965. Entuzjastyczne (także, nie uwierzycie, w &#8220;Trybunie Ludu&#8221;). Tak, moja pamięć mnie nie zawodzi - to był spektakl gwiazd. Axer potrafił ze wszystkich wymusić, nawet na najsłabszych - wydawałoby się - Kossobudzkiej i Sołtysik - grę zespołową i solową. Może przede wszystkim solową. Każdy z aktorów grał swą najlepszą rolę w życiu. A dodajmy do finałowe tango, które do dziś brzmi mi w uszach.  Bo brzmiało ono po zapadnięciu kurtyny, brzmiało w szatni, snuło się za nami po wyjściu w teatru.<br />
Co zapamiętam z &#8220;Tanga&#8221; w Teatrze Narodowym? Chyba jednak formę. &#8220;Tango&#8221; to dramat o formie, zasadach, konwenansach. Bo czym jest koncepcja Edka jak nie nową (a właściwie starą, jak świat) formą. I dlatego z widowiska, jakie nam zaproponował Jarecki, zapamiętamy koncepcję zagospodarowania widowni-sceny w pierwszej (bałaganiarskiej) i drugiej (uporządkowanej) części. Pomysł bardzo dobry, trafiony, na scenie przy Wierzbowej mozliwy do zrealizowania.<br />
A dalej? Dalej już nijak. Dobra gra zespołowa, nie zawsze trafnie dobrani aktorzy do swych ról (razi, jak bardzo razi niezły przecież na co dzień Englert jako wuj Eugeniusz - Eugeniusz grany jako zdeklasowany inteligent, dumny, spokojny, nie do przyjęcia antyteza Eugeniuszów z innych przedstawień). Odgrywają więc dość spokojnie, czasem ironicznie, z dystansem (ciekawy moment &#8220;robienia zdjęcia&#8221; rodzinie Stomila i widowni). Czemu jednak nie potrafimy przejąć się śmiercią Artura a także ładną sceną pomiatania - dosłownie - Arturem, zainteresować eksperymentem Stomila czy nawet, zawsze zabawną, sceną otwarcia drzwi, za którymi zamiast sceny morderstwa rozgrywana jest partia jakiejś gry w karty. No cóż dramat o formie musi przypominać Gombrowicza a nie Dostojewskiego. Tak wyszło.<br />
Co by było, gdyby ktoś, co najlepsze wziął z Axera i z Jareckiego? Ale byłby eksperyment!
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRSS>http://www.czetwertynski.pl/?feed=rss2&amp;p=427</wfw:commentRSS>
	</item>
	</channel>
</rss>
