Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

September, 2006 w archiwum

Cela Konrada

Jest w Wilnie kilka miejsc dla Polaków symbolicznych - Ostra Brama, cmentarz na Rossie, kościół św. Ducha z obrazem (dziś kopią) “Miłosierdzia Bożego”, znany z podpisu “Jezu, ufam tobie”. Kolejnym symbolem jest cela Konrada. Ta cela w zamienionym na więzienie klasztorze bazylianów, w której przebywał po aresztowaniu Adam Mickiewicz. Ta cela, w której poeta umieścił akcję III części “Dziadów” - tam narodził się Konrad - jeden z najważniejszych Mickiewiczowskich bohaterów, tam wypowiada on jeden z najważniejszych monologów romantycznych - “Wielką improwizację”. W sąsiednich celach przebywali przyjaciele polskiego wieszcza - aresztowani w Wilnie filomaci i filareci. Stali się oni bohaterami “Dziadów”.
Nie wiemy w stu procentach, pomimo badań Juliusza Kłosa, które z pomieszczeń było tą prawdziwą celą Mickiewicza - Konrada, ale w klasztorze wytypowano jedną salę, jak na warunki więzienne bardzo dużą (spotykało się w niej przecież co najmniej kilku przyjaciół poety) i umieszczono w niej pamiątkową tablicę, informującą po łacinie o przemianie Gustawa.
Plany różnych instytucji - polskich i litewskich - były jednoznaczne. Koniecznie trzeba celę Konrada zachować jako pomieszczenie muzealne, które może także, jak w minionych latach, służyć na przykład jako mała sala koncertowa lub miejsce spotkań literackich. Plany były…
Były, ale się skończyły. Właściciele budynku - bazylianie - sprzedali tę część zabudowań na hotel. Trwają właśnie prace remontowe. Już być może niedługo “cela Konrada” zostanie zmieniona na piękny apartament i tablica zniknie ze ściany. Już niedługo wycieczki stawać będą na dziedzińcu klasztornym, a przewodnicy opowiadać będą o miejscu, które znane jest z historii literatury, ale które współczesny drapieżny kapitalizm zmiótł na naszych oczach z powierzchni ziemi. I wszyscy zadawać sobie będziemy pytanie - czy tak być musiało?

Giovanni

To się w głowie nie mieści. W “Gazecie Wyborczej” Roman Pawłowski krytycznie ocenił realizację “Giovanniego”. Świat zawirował. Pawłowski przeciw Jarzynie? Tego jeszcze nie było. Dla tych, którzy nie śledzili informacji o “Giovannim”, kilka słów wprowadzenia. Pan Grzegorz Jarzyna - jedna z gwiazd reżyserskich polskiego teatru - postanowił poeksperymentować, łącząc dwa utwory: “Don Juana” Moliera i “Don Giovanniego” Mozarta. Temat ten sam, wątki podobne, muzyka Mozarta wspaniała. Jarzyna pracował nad tym materiałem ze trzy lata. W budżecie Teatru Rozmaitości ta pozycja widniała już w roku 2004. Realizacja spadła na rok następny, jeszcze na następny i właśnie odbyła się premiera. W założeniach wszystko logiczne - piękny tekst, piękna muzyka, znakomici aktorzy, świetne nagrane partie operowe “śpiewane” z play backu, dobra scenografia i ruch sceniczny. A razem? Klapa. Czy dlatego, jak twierdzi Pawłowski, że partie dramatu nie mogą przenikać się z fragmentami opery? Nie.
Otóż Jarzyna z uporem godnym lepszej sprawy uwspółcześnia klasyczne teksty. Już “Śluby panieńskie”, w kolejnych scenach rozgrywane w kolejnych epokach, były w wersji XX-wiecznej po prostu niesmaczne we współczesnej scenografii i zachowaniach bohaterów z prywatek lat 60-tych. Nie tak dawno grany “Macbeth 2007″ w wielkiej zimnej sali Waryńskiego, gdzie tytułowy bohater był generałem walczącym na Bliskim Wschodzie, budził zdumienie. I tu ponownie ten sam chwyt. Giovanni jest współczesnym podstarzałym playboyem, który w życiu miał setki kobiet z wielu krajów i miast (z Polski też). Współczesna wanna, wesele, orkiestra. Orgia (orgietka?) w wielkim apartamencie wielkiego miasta. Uniwersalizm, przesłanie Fredry, Szekspira i tym razem Moliera, które w kasycznym przedstawieniu przemawia do widza, tu, w nachalnym brutalnym uwspółcześnieniu po prostu ginie. Tekst przestaje do nas przemawiać, gdy widzimy Komadora z rozbitą czaszką o brzeg wanny lub śmierć Giovanniego, zadławionego jedzoną kolacją. Bo zadajemy sobie pytanie - po co ten obraz, nieczytelna koncepcja, zrozumiała być może dla reżysera-adaptatora. Teatr jest produkcją dla widza, a nie dla reżysera.
Pawłowski zatytułował swą recenzję “Grzesiek, wracaj lepiej do teatru”. Ma rację, panie Grzegorzu, stać pana na zrobienie dobrego przedstawienia, na przykład “Makbeta” lunb “Don Juana”.

Rada radzi

No to sobie znów poradziliśmy. Pan p.o. prezydent miasta, wzorem swojego poprzednika, który jest prezydentem wszystkich Polaków, na sesję Rady Miasta nie przyszedł. Co mu tam będzie rada radziła. On w ramach swej pracy musi myśleć o zdobywaniu nowych wyborców. Kawałek szydła z worka wyszedł przy okazji podejmowania przez nas decyzji o darmowych przejazdach komunikacją miejską w dniu jutrzejszym. Pan Marcinkiewicz ogłosił kilka dni temu, iż w Europejskim Dniu bez Samochodu wszyscy będą mogli pojechać sobie tramwajem albo autobusem gratis. I byłoby pięknie, gdyby nie to, iż to nie on, ale Rada Warszawy (może na jego wniosek) podejmuje taką decyzję. Ale nasz dzielny kandydat na prezydenta w glorii i chwale głosi, iż to on taki prezent warszawiakom funduje. No cóż, nie byliśmy (my, członkowie SLD) na tyle złośliwi, by zrobić panu prezydentowi kuku. Głosowaliśmy „za”. Ale gdybyśmy wyszli z sali, nie byłoby quorum i pan Marcinkiewicz pozostałby ze swoimi obietnicami na lodzie.
Uchwała, dotycząca owych darmowych przejazdów, jest dość śmieszna, bo nasi urzędnicy z Ratusza nie dali się przekonać, iż nieprawdą jest, że każdy jadący jutro metrem, SKM, autobusem lub tramwajem bierze udział w obchodach Dnia bez Samochodu. Jadę w codziennym porannym tłoku i obchodzę Ważny Dzień. Uchwała śmieszna, ale możemy cały dzień jeździć za darmo. No i dobrze.

Który na liście

Ale emocji! Każdy z nas, kandydatów na radnych nowej kadencji, pasjonuje się, na którym miejscu jego nazwisko znajdzie się na liście. Oczywiście tej liście, którą wyborcy dostaną do ręki i będą mieli szansę obok naszego nazwiska postawić krzyżyk, akceptując naszą kandydaturę, a następnie wrzucić kartkę do urny. Ci pierwsi na liście to paniska. Na nich głosują zazwyczaj ci, którym jest obojętne, kim jest kandydat, byle był przedstawicielem ich ulubionej partii. Też kiedyś w takiej sytuacji byłem, gdy startowałem do Rady Dzielnicy w rejonie Saska Kępa. Bez specjalnego wysiłku, bez emocji wybrano mnie do rady. Ale w tym roku? Nie dość, że przede mną znalazł się mój partyjny szef, to jeszcze mamy koalicjantów. Oni chcą mieć “dobre” miejsca na liście - to drugie i trzecie. To co, dla mnie ma pozostać miejce czwarte? A jak wyborcy z Pragi Południe, znający mnie od lat, nie zauważą? Zagłosują na tych przede mną? Koszmar. Ot, kłopoty kandydata.
Myślę, że byłoby wspaniale, gdyby ktoś z ważnych bonzów partyjnych ze mną i innymi kandydatami na radnych porozmawiał. Dowiedział się na takim egzaminie, który z nas się na czym autentycznie zna. O co będziemy walczyć, na czym każdemu z nas zależy. To by była znakomita konfrontacja. Ale na taką rozmowę nikt mnie nie zaprosi. Bo może już jestem tak znany, że wszyscy znają moje poglądy? Nie wiem.
Trudno być dobrym radnym, jestem pewny, że przez minione lata takim byłem (no i jeszcze dziś jestem). A jakim będą ci z pierwszych miejsc na liście? Nie martwmy się na zapas, przecież gdy będę na czwartm miejscu listy, też każdy będzie mógł na mnie głosować. I będzie dobrze.
PS Nie tak dawno pewien mieszkaniec Grochowa, skądinąd zdecydowany zwolennik PiS, podszedł do mnie, spojrzał mi w oczy i powiedział: - Panie Adamie, ja będę na pana głosował.

Matura z polskiego

Nasz minister edukacji pomieszał nam w maturze. Uczniowie w trzeciej klasie zadają mi pytanie: „Czy nie powinniśmy znać wszystkich zasad i koncepcji matury na dwa lata przed egzaminem? A do matury już niecałe osiem miesięcy?”. Cóż mogę odpowiedzieć, zachowując autorytet szkoły i swój, o ministrze już nie mówiąc. Tak młodzieży nie wolno traktować, ale minister o tym chyba wie.
Dzieją się jednak, związane z maturą z polskiego, przy okazji tych zmian rzeczy dobre i złe, Dobre – nie będę oceniał na ustnym egzaminie własnych uczniów. Fakt, ktoś może być w stosunku do „moich” za ostry. Ale w szkole, wydaje mi się, jesteśmy na tyle obiektywni, że nie będziemy starali się pokazać, iż jacyś uczniowie jakiegoś nauczyciela są słabsi. To nie u nas. Czyli jeżeli nie będę pytał własnych uczniów, mogę ich lepiej przygotować, także zadając takie pytania, z jakimi mogą się spotkać już na maturze. Ale „oszczędnościowo” zmniejszono komisję do dwóch osób. To źle.
A matura pisemna? Ja w tym roku nie tworzyłbym w wersji rozszerzonej nowego tzw. testu, nieco trudniejszego od tego z wersji podstawowej. To mało istotne, że komisje egzaminacyjne pokażą przykładowe trudniejsze „testy”. Mało ważne, że uczniowie będą pisać próbną maturę w wersji podstawowej lub rozszerzonej. Zmieniono tu generalnie zasady egzaminu, a tego nie powinno się tak późno robić. Przy okazji ciekaw jestem, jak komisje egzaminacyjne wystandaryzują tę część matur.
W maju będę sprawdzał matury. Już jestem ciekaw, jak powiodą się te w wersji rozszerzonej.

Next Page »