Adam Czetwertyński » 2006 » October

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

October, 2006 w archiwum

Koniec kadencji

W piątkowy wieczór, w ostatnim dniu kadencji spotkanie radnych, nazwane uroczystą sesją. Wspólne zdjęcie (niektórzy na nie nie zdążyli, a szkoda), list prezydenta Kaczyńskiego, wystąpienia byłych przewodniczących rady (a było ich czterech) i szefów klubów, kilka słów od aktualnego komisarza miasta… Podziękowania, uśmiechy, żarty. Biuro rady spisało się wybornie, dostaliśmy na pamiątkę album i “Certyfikat”. Będę mógł powiesić sobie nad łóżkiem zaświadczenie, że byłem radnym Rady Warszawy. Pan Prezydent (jak to było w zwyczaju w czasie kadencji i tym razem na uroczystość nie przyszedł) podarował nam skromne grafiki. Było miło. Aż za miło. Nie powinniśmy tak bez kilku zdań autentycznej refleksji kończyć swej pracy. O czym powinniśmy pamiętać?
Może o owym fakcie, iż prezydent Kaczyński demonstracyjnie lekceważył sobie Radę, a jego zastępca pan Urbański zrobił sobie na przykład cyrk na posiedzeniu, w czasie którego każdy dyrektor biura w mieście na jego polecenie miał mówić co najmniej przez godzinę. Taka drobna złośliwość urzędnika w stosumku do rady, która wymiękła około drugiej w nocy.
Może o tym, iż PiS za wszelką cenę szukał w czasie kadencji kilkorga radnych, aby stworzyć koalicję, mającą na sali 31 głosów? (Rada liczy osób 60). Dobra była do koalicji Platforma, dobry LPR, dobry klub, powstały z grupy radnych, którzy w trakcie kadencji odeszli z innych klubów - a nazwał się Klubem Samorządowym (myśmy nazywali ich inaczej, ale nie napiszę, jak). Ćwiczył prezydent Kaczyński sposób tworzenia koalicji, który to sposób wykorzystuje z powodzeniem w sejmie jego brat.
Może powinniśmy pamiętać, że nie warto za wszelką cenę przyjmować wątpliwych uchwał, głosować tylko dlatego, że któryś urzędnik albo radny coś mniej lub bardziej sensownego wymyslił. Po co głosowanie, jeżeli koalicja przegłosuje wszystko. Przewodniczący klubu PiS niejednokrotnie nawet nie patrzył w trakcie głosowań na radnych i podawał z dumą liczbę głosujących.
A może porozmawiać o sposobie prowadzenia obrad? Czy można radnym ograniczać czas wypowiedzi do dwóch minut albo nawet wcale nie dopuszczać do głosu? I czy radny powinien w błahej sprawie wypowiadać się przez ponad pół godziny? Jak uniemożliwić radnemu obrażanie drugiego radnego? I jak ograniczyć radnego, który wie wszystko najlepiej. Ale wypowiada się i oburza, gdy może skrytykować osobę o innych niż on poglądach politycznych. “Swojemu” nigdy złego słowa nie powie. Doświadczyłem tego w czasie niedawnej dyskusji o “Instytucie kresowym”.
Zabrakło mi, zabrakło powiedzenia kilku słów prawdy.

“Spotkania” na półmetku

Nie biegam na wszystkie spektakle Festiwalu Festiwali Teatralnych Spotkania. Ale po obejrzeniu trzech spektakli (belgijskiej “Platformy”, irańskiego “Amid the Clouds” i francuskich “Filozofów”) krótka refleksja. Jaki teatr reprezentują te przedstawienia? Czy jest w nich coś wspólnego? Opowieść o upadku społeczeństwa konsumpcyjnego, dramat Irańczyków, którzy wędrują do nowego, lepszego zachodniego świata i zestaw obrazów inspirowanych twórczością Brunona Schulza. W przypadku teatru z Nowego Orleanu to zestaw obrazów, gdyż mamy pokaz kilkunastu prezentacji wideo, film i “żywe obrazy”, pokazywane na scenie. Co więc jest wspólnego? To plastyczność prezentowana przez wszystkich twórców. Dołóżmy do tego znaną już “Kobietę z morza”, inscenizację polską, ale amerykańskiego reżysera.
Koszmarna i piękna zarazem scenografia “Platformy”, bo rzecz się toczy na autentycznym i ludzkim śmietnisku. Niebywałe wykorzystanie akwarium, gdzie bohaterka prezentuje się niczym kolorowa, barwna mówiąca ryba. I “Filozofowie”, inspirowani teatrem Kantora, wędrujący ze skrzynią po świecie i starający się przekonać nas do nieprzekonalnego. Tu można by było wymienić kilka pięknych scen - symbolicznych obrazów z życia grupy Żydów.
Teatr ten w dwóch przypadach jest bardzo statyczny. Bohaterowie nie rozmawiają, lecz mówią o wydarzeniach, w których uczestniczą. Ostry seks u Belgów jest tylko opowieścią o seksie, czytanką dla nastolatków, scena miłosna w Irańczyków jest (zgodnie z zasadami Koranu) poprowadzona tak, by kochankowie nie dotknęli się. A teatr francuski to feeria pomysłów kilku panów co chwila chowających się “pod ziemią”, by wyłonić się w nowej sytuacji, zaskakując widzów. A więc teatr bliski pokazom prezentowanym na poznańskiej “Malcie” lub warszawskiej “Sztuce ulicy”.
“Kobieta z morza” to znów piękny obraz, piekne jasne płaszczyzny i niesłychanie precyzyjny ruch sceniczny. Przed nami jeszcze kilka przedstawień, także polskich. Czy któreś z nich każe nam zapamiętać ważne słowa? Bo piękna forma to trochę za mało…

Tablica pani Jantarowej

Dla jednych była panią Profesor od fizyki, dla innych panią Jadwigą, panią Jadzią lub po prostu Jadzią, ale dla wszystkich, którzy ją znali, osobą pełną dobra, uczciwości, radości życia, znakomitym pedagogiem “starej daty”. Teraz, po kilku od śmierci pokazano nam wszystkim - i tym, którzy ją znali dobrze, i tym, którzy przez kilka lat spotykali się z nią w pokoju nauczycielskim, wymieniając “dzień dobry” i prowadząc krótką wymianę zdań na temat naszych uczniów (do takich zaliczam się ja) i tym, którzy jej nie znali - pełne oblicze Jadwigi Wasilewskiej-Jantarowej, nauczycielki przez wiele lat związanej z warszawskim liceum im. Adama Mickiewicza. Okoliczność była prosta - przyjaciele z “Solidarności” zainicjowali i doprowadzili do odsłonięcia na szkolnym korytarzu tablicy ku pamięci osoby nietuzinkowej, jaką pani Jantarowa była. Cicha, skromna, nie narzucająca swych poglądów. Tolerująca, ba, wspierająca harcerstwo, co dla mnie było bardzo ważne.
W czasie uroczystości mówiono o niej jak o wspaniałej kobiecie, kochającej góry i swoją pracę, potrafiącej w latach pięćdziesiątych wyciągnąć klasę w okolice Suwałk, by tam obserwować pełne zaćmienie słońca (pojechali ciężarówką, przystosowaną do przewozu ludzi). Zaprezentowano jako jedyną nauczycielkę z Warszawy, która strajkowała w Gdańsku w roku 1980, jako aktywmą działaczkę “Solidarności”, zaangażowaną też w działalność samokształceniową. Aktywna członkini KIK-u, pracująca też charytatywnie. Nikt w czasie uroczystości nie wspomniał, co mnie utkwiło w pamięci, że długo po stanie wojennym zbierała w szkole odzież, by przekazywać ją potrzebującym.
Jednak wśród pięknych zdań, które padły w trakcie uroczystości, najważniejsze dla mnie było jedno. Absolwent liceum Mickiewicza i wychowanek pani Jantarowej zapytał: Ilu jest nauczycieli, do których po czterdziestu latach od zakończenia szkoły uczniowie przychodzą na imieniny?
Odpowiedzieć mogę krótko - niewielu. A do swojej Jadzi uczniowie po latach przychodzili. O czym to świadczy?

Edukacja warszawska

Ostatnie posiedzenie komisji edukacji i rodziny Rady Warszawy. Pani dyrektor Biura Edukacji przedstawia radnym oraz urzędnikom, zajmującym się warszawską oświatą, prezentację na temat własnych sukcesów i sukcesów swoich poprzedników. Nie zaprzeczam, w wielu przypadkach ma rację. Mówi na przykład o coraz większych dotacjach miasta dla szkół i przedszkoli. O ujednoliceniu zarządzania szkołąmi przez miasto, o liczbie miejsc nie tylko dla uczniów mieszkających w Warszawie, ale także w całęj wielkiej aglomeracji. Zastanówmy się jednak, czy w pełni zostały zrealizowane kierunki polityki oświatowej miasta stołecznego Warszawy na lata 2004 – 2007 i jakie najważniejsze problemy będą stały przed radnymi kolejnej kadencji.
1. Słabe szkoły podstawowe. Chwalimy się, że warszawskie szkolnictwo jest najlepsze w Polsce. Są jednak szkoły lepsze i gorsze. Dobre sobie poradzą. A jaki miasto ma program dla szkół marnych? Tych, do których chodzą dzieci najsłabsze intelektualnie, najbardziej zaniedbane? Nie ma dziś koncepcji pracy takich takich szkół, nie ma programów zajęć pozalekcyjnych dla wszystkich słabeuszy. Dzieci z najsłabszych środowisk potrzebują zjeść pełnowartościowy obiad, móc odrobić w szkole lekcje i następnie pograć w piłkę, pójść na zbiórkę harcerską lub uczestniczyć w dodatkowych zajęciach z matematyki. Ta słaba szkoła musi być otwarta do późnego wieczora.
2. Szkolnictwa ponadgimnazjalne. Czy cała warszawska młodzież będzie robić maturę? Czy musi? Oczywiście nie! Potrzebujemy dziś w mieście dobrych murarzy, hydraulików, dekarzy. Nie wykształcą się sami w ciągu 10 minut. Warszawa musi mieć koncepcję rozwoju szkolnictwa zawodowego. Programu takiego dziś nie ma i dlatego nie wiemy, czy w najbliższym czasie powstaną klasy, gdzie młodzież będzie mogła szybko i dobrze zdobyć wymarzony zawód.
3. Pozarządowe organizacje wychowawcze, przede wszystkim harcerstwo. Nie trzeba przekonywać, że gdyby duży procent uczniów należał do harcerstwa, nie mielibyśmy w wielu środowiskach patologii. Bo czym skorupka za młodu nasiąknie… Nie wystarczy rozpisywanie konkursów i przydzielanie dotacji na akcję letnią, zimową, kształcenie wolontariuszy czy projekty patriotyczne lub kulturalne. Każdemu dyrektorowi szkoły musi zależeć, by miał u siebie dobre drużyny. Ale harcerze sami tu sobie nie poradzą.
Ciąg dalszy nastąpi…

O sztuce porozumiewania się

Są teksty uniwersalne i ponadczasowe. Są dramaty znajdujące się w kanonie najlepszych dzieł literatury swojej epoki. I takim utworem jest “Zmierzch długiego dnia” Eugene O’Neilla. Na podstawie życiorysu autora można napisać kilka scenariuszy znakomitych filmów przygodowych lub psychologicznych. Poszukiwacz złota, impresario objazdowej trupy teatralnej, laureat nagrody Nobla, reporter “The Telegraph”, niedoszły samobójca, gruźlik itd., itd.
Najlepszy, a może najbardziej znany ciemny dramat O’Neilla wystawił wczoraj warszawski Teatr “Scena prezentacje”. Nie jest to typowy dla tego teatru utwór. Dyrektor Szejd wybiera zazwyczaj teksty, które pozwalają widzowi pomyśleć, ale równocześnie czasem się uśmiechnąć. Tacy są oglądani przeze mnie w ubiegłym sezonie “Dyrektorzy”, takie są “Trzy kobiety i stroiciel fortepianu”, taki jest “Diabelski młyn” lub “Piękna pamięć”.
“Zmierzch długiego dnia” to smutna opowieść, przerywana wypijaniem kolejnych kieliszków brandy, o braku możliwości porozumienia się w jednej, małej rodzinie. On, ona i dwóch dorosłych synów. Ona - narkomanka, on - skąpiec, niezbyt trafnie inwestujący w nieruchomości, jeden z synów - gruźlik. Dom, którego właściwie nie ma, a rodzina? Każdy mówi jakby do siebie. Bo najlepiej nic nie mówić o swych problemach - i tak nikt tego nie wysłucha. Przecież lepiej nie wiedzieć, że się ma matkę nieuleczalnie chorą lub że ojciec skąpi na leczenie syna.
Chciałoby się stanąć między tą rodziną, żyjącą gdzieś w Stanach w połowie ubiegłego wieku i głośno krzyknąć: - Ludzie, obudźcie się, zacznijcie żyć, przecież potraficie. - Lecz widz nie ma tu nic do powiedzenia. Aktorzy odgrywają swoje wyuczone role - rodzina Tyronów zbliża się do swej apokalipsy. Nikt jej nie pomoże i tylko my, widzowie, zastanowimy się przez moment - czy w nas nie tkwi przypadkiem taki Tyron?

Next Page »