Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

November, 2006 w archiwum

Spotkania, czyli Wilson

Na zakończenie festiwalu “Spotkania” organizatorzy przygotowali prawdziwą perełkę - spektakl Roberta Wilsona “Kuszenie świętego Antoniego”. Już po “Kobiecie z morza” można było sądzić, że obejrzymy widowisko najwyższej klasy. I autor nas nie zawiódł. Potrafi on wiele. Z aktorów wydobywa głos i ruch. Dopracowany do najmniejszych szczegółów. A to nie jest proste, gdy występ odbywa się na dużej scenie Teatru Wielkiego.
O mało co, a przedstawienia nie odbyłoby się. Mieliśmy żałobę narodową i artyści wyjątkowo zgodzili się dzień po zakończeniu żałoby zagrać dwa spektakle jednego dnia. Sala na popołudniówce o 13.00 pękała w szwach. Dyrektor Pietkiewicz zaniepokojony patrzył na tłumy, które waliły wszystkimi drzwiami do opery. Czy się wszyscy zmieszczą? Jakoś zmieścili się.
Lecz nie głos (tu przede wszystkim gospel i blues) i gra aktorów wydaje się dla Wilsona najważniejsze. To tylko materiał. Funkcjonuje bez zarzutu. Najważniejsze jest światło. Kolorystyka poszczególnych scen, zmiany barw i nastrojów. Tego się nie da opisać. Dekoracje są proste, ascetyczne, scenografia minimalna. “Kuszenie świętego Antoniego” “stoi” na reflektorach. Na tym, czego można dokonać najprostszym, zdawałoby się efektem. Jak on to robi, jak pracuje nad tym wrażeniem, jakie zostaje po spektaklu? Nie wiem. Wiem oczywiście, że święty Antoni skusić się nie dał, ale bez oglądania spektaklu wiedzieliśmy to od dawna. Teraz wiemy jeszcze więcej, bo temat czujemy. Coś nadzwyczajnego!
PS Dyrektor Pietkiewicz stara się namówić Wilsona, aby wyreżyserował którąś z kolejnych oper w warszawskim Teatrze Wielkim. Oj, będzie się działo!

Pan Antoni

Trzydzieści lat nie ma między nami pana Antoniego. Tylko trzydzieści. Kim był? Skamandrytą, publicystą, felietonistą, satyrykiem, dramaturgiem, krytykiem teatralnym i filmowym. Można go jeszcze nazwać inteligentem i humanistą. Ciekawy człowiek. Polski Żyd, który był stuprocentowym Polakiem. Nigdy nie akceptował władzy ludowej, a wrócił z Zachodu do kraju w roku 1951. Poeta, na podstawie którego oceniać można było stosunek władz PRL-u do twórców niezależnych. Publikują Słonimskiego - jest “odwilż”, zakazują publikować - znów “przykręcono śrubę”.
W Teatrze Ateneum wystawiono widowisko według poematu “Popiół i wiatr”, napisanego przez Antoniego Słonimskiego w Londynie. Taka miniakademia okolicznościowa. Poemat nie jest znany i wydawany, stąd duże zainteresowanie przedstawieniem. Henryk Talar jako “stary” poeta, Marcin Przybylski jako “młody” oraz “muza”, piosenkarka i recytatorka -Magda Kumorek. Do tego świetna muzyka zespołu Klezzmates.
Warszawa opisywana w poemacie przez pana Antoniego nie była jeszcze zniszczona, wspomina jednak taką, jaka była przed wojną - zakochany w tym mieście, pokazujący tegoż miasta różne oblicza. Radosne i smutne, bogate i biedne. Warszawy z “Popiołu i wiatru” w 1941 roku już nie było. Istniała jednak nadzieja, że po wojnie będzie podobna. Rok 1944 te nadzieje unicestwił. Stolica Polski została w dużej części zmieciona z powierzchni ziemi. Warto było posłuchać prostych strof o Warszawie. O miłości do tamtego miasta.
Warto też pamiętać o całej twórczości pana Antoniego, nie powinna ona być zapominana.

I po wyborach

Powoli dochodzę do siebie - dziesięć dni po wyborach. Więc to już koniec? Nie będę już głosował “za” lub “przeciw” w czasie posiedzeń Rady Warszawy? A no nie będę. Przyznam - szansę miałem znikomą. Po pierwsze musiałoby na naszą listę głosować około 20 procent mieszkańców Pragi Południe. A głosowało znacznie mniej. Po drugie musiałbym osiągnąć drugi wynik na naszej liście. A miałem trzeci. O 75 głosów mniej od Joli, która nie tylko była przede mną na liście, ale miała też większe poparcie.
Czy więc te wybory były dla mnie klęską? Nie, naprawdę nie. Moi koledzy ustawili mnie na liście w samym środku stawki - na szóstym miejscu. Z takiego miejsca się nie wchodzi. Ocenili mnie tak, jak ocenili - ich strata. I głosowało na mnie ponad 1600 osób. Przed czterema laty, gdy też miałem trzeci wynik (tak jak teraz - po “pierwszym” i po pierwszej kobiecie na liście), głosowało na mnie prawie tysiąc osób. Czyli tym razem miałem o około 650 głosów więcej. Źle? Dobrze, naprawdę dobrze.
Bardzo jestem tym wszystkim osobom wdzięczny. Obiecuję - nie zaginę. Napisałem krótki, realny program wyborczy. Pomimo tego, że nie będę członkiem Rady Warszawy, postaram się, aby był on zrealizowany. Chyba, że prezydentem Warszawy zostanie pan Marcinkiewicz. Wtedy będzie mi trudno, bardzo trudno. Obiecuję jednak rozliczyć się przed moimi wyborcami za cztery lata.

Niebiedni Nierumuni

Dorota Masłowska napisała sztukę dla Teatru Rozmaitości. Jako że jest popularną pisarką/grafomanką (niepotrzebne skreślić), TR dramat ów wystawił. Wyreżyserował go Przemysław Wojcieszek, skądinąd niezły młody dramaturg. Rzecz zatytułowano “Dwoje biednych Rumunów mówiących po polsku”. To taka mała mistyfikacja. On nie jest Rumunem, tylko aktorem, grającym w popularnym serialu. Nie jest też biedny, ma ze sobą gotówką pięć tysięcy złotych. Ona nie jest Rumunką (w ciąży), tylko młodą nieszczęśliwą polską narkomanką z czteroletnim dzieckiem. Fakt, oboje mówią po polsku soczystym językiem polskiej ulicy i niektórych polskich parlamentarzystów.
W pijanym widzie wyprawiają się “gdzieś w Polskę” w podróż w nieznane, w podróż, która mogła być fascynująca. Mogłą być, ale nie była. Bo Masłowska jest w stanie napisać kilka scen, opisać jakieś obrazki a to ukazujące starą nieszczęśliwą piosenkarkę, którą zdradza mąż, a to głupawego policjanta, jednego z tych, o których powstawały niegdyś setki dowcipów. Pijany aktor i pijana dziewczyna prowadzą czasem jakieś dialogi. Mają świadczyć one o ich prawdziwych poglądach. Są one jednak płytkie, bo i cóż ta dwójka, która spotkała się na jakiejś imprezce, może mieć sobie do powiedzenia? Przecież nawet nie są pewni, czy tej nocy ze sobą spali.
Więc gdy ona, niech będzie Dżina, jak wpisano w programie, najpierw prowadzi “głęboki” monolog, powoli się rozbierając (brawa dla reżysera, że nie kazał aktorce obnażyć się do końca) a następnie odbiera sobie życie, pytamy ze zdumieniem: “Dlaczego”? Tak samo musi być zdumiony jej towarzysz podróży. Choć pewnie kac uniemożliwia mu realną analizę rzeczywistości.
Aktorka wisi na linie, a my przygotowujemy ręce do oklasków, przecież to Teatr Rozmaitości i sama Masłowska. Musi się to publiczności podobać. Czy na pewno musi?
PS 22 listopada w “Naszym dzienniku” recenzja, której autorka umacnia mnie, że moje uwagi nie są jedyne, że są inni (tylko dlaczego w tym piśmie?), którzy myślą do mnie podobnie.

Ja zabiłem

Ryszard Faron ze Staszkiem Biczysko prezentują od pewnego czasu przedstawienie kierowane do uczniów szkół ponadgimnazjalnych, opracowane na podstawie “Zbrodni i kary” oraz faktów, jakie przynosi nam samo życie.
Z jednej strony nadpobudliwy, zestresowany, chory ze strachu i poczucia winy Raskolnikow - zbrodniarz, z całą premedytacją popełniający morderstwo, ale nie potrafiący sobie z ową winą poradzić.
Z drugiej strony dzisiejsze ofiary bezsensownych zbrodni, które nie powinny się wydarzyć. Ofiary przypadkowe - zabijane kijem bejsbolowym, nożem, siekierą… Gwałcone, wrzucane do rzeki…
Dlaczego? Zadają uczniom w trakcie spektaklu takie pytanie autorzy przedstawienia. Dlaczego zbrodnia ciągle trwa? Tam, w powieści zginęła lichwiarka i jej siostra. Ale tam mieliśmy do czynienia z fikcją literacką.
Tu, w prawdziwym świecie życie jest jeszcze bardziej okrutne. Popatrzmy wokół. Może osoba, która stoi obok nas też będzie chciała spróbować, jak to jest zabić drugiego człowieka. Żeby było jak w filmie lub grze komputerowej.
Raskolnikow cierpi i wyjawia swój czyn. Czy młodzi ludzie, mordercy żyjący na przełomie XX i XXI wieku są nowymi Raskolnikowami? Tylko że bohater Dostojewskiego w efekcie nie uznał, iż można mordować - być Napoleonem swych czasów. A oni?

Next Page »