29/11/2006
Spotkania, czyli Wilson
Na zakończenie festiwalu “Spotkania” organizatorzy przygotowali prawdziwą perełkę - spektakl Roberta Wilsona “Kuszenie świętego Antoniego”. Już po “Kobiecie z morza” można było sądzić, że obejrzymy widowisko najwyższej klasy. I autor nas nie zawiódł. Potrafi on wiele. Z aktorów wydobywa głos i ruch. Dopracowany do najmniejszych szczegółów. A to nie jest proste, gdy występ odbywa się na dużej scenie Teatru Wielkiego.
O mało co, a przedstawienia nie odbyłoby się. Mieliśmy żałobę narodową i artyści wyjątkowo zgodzili się dzień po zakończeniu żałoby zagrać dwa spektakle jednego dnia. Sala na popołudniówce o 13.00 pękała w szwach. Dyrektor Pietkiewicz zaniepokojony patrzył na tłumy, które waliły wszystkimi drzwiami do opery. Czy się wszyscy zmieszczą? Jakoś zmieścili się.
Lecz nie głos (tu przede wszystkim gospel i blues) i gra aktorów wydaje się dla Wilsona najważniejsze. To tylko materiał. Funkcjonuje bez zarzutu. Najważniejsze jest światło. Kolorystyka poszczególnych scen, zmiany barw i nastrojów. Tego się nie da opisać. Dekoracje są proste, ascetyczne, scenografia minimalna. “Kuszenie świętego Antoniego” “stoi” na reflektorach. Na tym, czego można dokonać najprostszym, zdawałoby się efektem. Jak on to robi, jak pracuje nad tym wrażeniem, jakie zostaje po spektaklu? Nie wiem. Wiem oczywiście, że święty Antoni skusić się nie dał, ale bez oglądania spektaklu wiedzieliśmy to od dawna. Teraz wiemy jeszcze więcej, bo temat czujemy. Coś nadzwyczajnego!
PS Dyrektor Pietkiewicz stara się namówić Wilsona, aby wyreżyserował którąś z kolejnych oper w warszawskim Teatrze Wielkim. Oj, będzie się działo!
