Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

December, 2006 w archiwum

Pół żartem…

Nie, tytuł nowej komedii wystawianej, a jakże, w Teatrze Komedia kończy się: …pół sercem. Jednak reżyser robi dużo, byśmy poczuli się w atmosferze lat pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, by w uszach zabrzmiał tytuł filmu z Marilyn Monroe, a sama gwiazda (a właściwie jej sobowtór) pokazała nam się w charakterystycznej białej sukni, podwiewanej od dołu zwykłym polskim wiatraczkiem.
Akcja, jak to bywa w takich sztuczkach, prościusieńka, polegająca na ciągłych przebierankach dwóch młodych i przystojnych aktorów, którzy w bardzo brzydkim celu postanawiają przebierać się za kobiety. Bo owi sceniczni aktorzy od pewnego czasu jeżdżą po Ameryce, wystawiając kawałki z Szekspira. Celem przebieranki są oczywiście pieniądze, ale aktorzy tak uroczy, że zakochują się w nich dwie dziewczyny (w jednym przypadku można nawet powiedzieć o miłości lesbijskiej…), a pozostali dwaj pretendenci do ręki jednej i drugiej miejscowej piękności nie są tak mili i zabawni. W sumie komedia pomyłek z zabawnymi dialogami i kilkoma dobrymi pomysłami reżysera. Dobrze zagrana, ale w tym teatrze to norma. Przypomina oczywiście “Jeszcze jednego do puli”, tylko w tej sztuce, grane także w Komedii męczyć się z przebieraniem musi Jerzy Bończak.
To druga premiera w tym sezonie po zmianie kierownictwa teatru. Po średnio udanych “Songach” (bilet już “tylko” 95 złotych), które zapowiadały zmianę repertuaru, “Pół żartem…” jest powrotem do dawnego repertuaru. Sprawdzonego i oczekiwanego przez publiczność. Zastanawiam się jednak, czy dyrektor Dutkiewicz po został mianowany szefem Komedii, by było w niej nadal “Goło i wesoło”. W marcu “Mąż i żona” Fredry, a więc polska klasyka. Zobaczymy, czy taki repertuar się tu przyjmie.

Pastorałki pani Jun

Jestem fanem pani Ireny Jun. Uważam, że jest to aktorka, która znakomicie interpretuje tekst, że nie ma jej równych w umiejętności recytowania wierszy. Pamiętana jeszcze z przedstawień Szajny. No są jeszcze aktorzy ze Zbigniewem Zapasiewiczem na czele, ale kto dorówna pani Irenie? Budzisz-Krzyżanowska? Komorowska? Chyba nie. Więc gdy w Teatrze Studio zapowiedziano “Pastorałki polskie” - świąteczne widowisko złożone z wierszy autorów XX wieku, pobiegłem posłuchać jej i młodszych aktorów recytacji oraz śpiewu tradycyjnych kolęd.
Zastanawiam się, jak z tak różnorodnego materiału, jakim dysponowała Irena Jun, stworzyć jednorodne spójne widowisko. I dochodzę do wniosku, że chyba się nie da. Tu ludowość, tam prostota (księdza Twardowskiego), ówdzie liryczność Gałczyńskiego lub głęboka religijność Branstaettera. Razem dwudziestu! Może więc trzeba wsłuchiwać się w teksty - żartobliwe i poważne, z Jezusikiem w polskiej szopie i w Betlejem, słuchać melodii wygrywanych na przedziwnych i nieznanych ludowych instrumentach skrzypcowych (cudowna Maria Pomianowska) i cieszyć się słowem, jakie pada z estradki ustawionej w kuluarach teatru. Jak napisano w programie, to kolędowanie na chwałę poezji i na chwałę Boską. Prosty spektakl poetycki - ku pokrzepieniu i rozweseleniu serc.
To po wieczorze filozofii według księdza Tisznera kolejne widowisko sceny poetyckiej. Gdy zostanie ogłoszone, iż Irena Jun przygotowała kolejne przedstawienie, na pewno na nie się wybiorę.

Wigilie, wigilie

No i wigilie za nami. Nie nie mówię o Wigilii, lecz o licznych wigiliach (spotkaniach wigilijnych, wieczorkach, porankach, jedzonkach itd., itd.), które dotykają nas każdego roku. Ostatni tydzień adwentu, czasu na skupienie, przygotowanie do corocznego przyjścia Pana na świat, staje się tygodniem obżarstwa i dobrej zabawy. W tym roku z siedmiu (i pół) spotkań, na jakie zostałem oficjalnie zaproszony, zrezygnowałem z jednego. Tego ostatniego, który najbliżej był prawdziwej, domowej, świątecznej Wigilii. Może komuś z tego powodu było przykro, że akurat na to spotkanie nie przyszedłem, ale może w tłumie nikt o mnie nie pamiętał i w związku z tym nic złego się nie stało.
A wigilie są różnorodne - cateringowe, firmowe, składkowe, planowane (każdy przynosi jedną rzecz z listy) i nieplanowane. Z kawą, barszczem, sokami i jedzeniem, jedzeniem, jedzeniem… Najmniejsza, w której uczestniczyłem, zgromadziła 15 osób, największa na pewno ponad 150. W wigilii czasami uczestniczy ksiądz, czasami na stole płonie Betlejemskie Światło Pokoju i zawsze jest opłatek, zawsze życzenia. I jeszcze jedna cech charakterystyczna - nie spotkałem się na takim spotkaniu z alkoholem.
Zastanawiam się, czy najpiękniejsze święto rodzinne powinno się rozwijać w święto każdego zakładu pracy, każdej organizacji pozarządowej a także grup przyjaciół, którzy nie mają szans na zobaczenie się w innych okolicznościach. Cóż, zastanawiać ja się mogę, ale tej nowej świeckiej tradycji nikt już nie obali. Przyjąć ją więc trzeba z dobrodziejstwem wszystkiego, co ze sobą niesie - owych życzeń, składanych czasem zupełnie nieznanym osobom, ale i bardzo, bardzo miłym spotkaniom z ludźmi, których już się dawno nie widziało. Życzeniom banalnym, ale i prawdziwym, serdecznym. Niech więc ów obyczaj trwa… A to, że przez tydzień chodzimy w okresie postu nie lekko przegłodzeni, lecz z wypełnionymi brzuchami pełnymi śledzi, pierogów i makowca - trudno, tak już pewnie być musi. Wesołych Świąt!

Harcerz… nie pije

Rozpoczyna się dyskusja przed nadzwyczajnym zjazdem ZHP, zjazdem poświęconym Prawu Harcerskiemu i jego stosowaniu. Bo pobrzmiewają w ZHP głosy mówiące o potrzebie zmiany Prawa (i Przyrzeczenia też), unowocześnienia go, uwspółcześnienia.
Oczywiście nikt poważnie nie wystąpi i nie powie: - “W każdym widzi bliźniego” nie ma sensu, przecież każdy człowiek jest naszym bliźnim, więc po co taki punkt Prawa? - Albo nie stwierdzi: - Sformułowanie “Harcerz jest oszczędny i ofiarny” jest beznadziejne. Owszem, należy być oszczędnym, nie tylko w wydawaniu pieniędzy, ale także w oszczędzaniu wody lub energii elektrycznej, nie tylko we własnym domu (bo to typowa oszczędność), ale w szkole, na uczelni, w miejscu pracy. Owszem, należy być ofiarnym (nie być ofiarą - to jasne), ale owa ofiarność nie może być rozumiana jako działania charytatywne w rodzaju zbierania środków w ramach WOŚP czy “góry grosza”. A to przecież najprostsze dla harcerzy - wziąć nieco pieniędzy od rodziców i wrzucić do właściwej skrzynki. Czy o taką ofiarność nam chodzi? Więc może ta ofiarność to służba społeczna, to samo, co zawarte zostało w zaleceniu “i niesie pomoc bliźnim”? Czyli w dwóch punkatach Prawa przekazywane są te same treści?
A jednak, choć cały tekst Prawa budzi szereg zastrzeżeń, nic się w nim nie zmieni. Nasza tradycja zabije jakiekolwiek innowacje. To po co organizować nadzwyczajny zjazd? Może, aby (co zalecił nam XXXIII Zjazd) przeprowadzić dyskusję na temat aktualnego rozumienia Prawa? Czyli mam się wytłumaczyć, jak rozumiem słowa “bliźni”, “czysty w mowie” i “karność”. No dobrze, jak trzeba, to trzeba. Sam za taką dyskusję w moim hufcu współodpowiadam.
I już wiem, że skupimy się w swych rozważaniach na czterech słowach: “nie pije napojów alkoholowych”. Więc może po to zainicjowano instruktorskie dyskusje i zwołany został zjazd?

Przegląd mistrza Słobodzianka

“Laboratorium dramatu” prezentuje w ramach przeglądu w salce na Olesińskiej kolejne swe dokonania. Wczoraj “Koronację”. Po spektaklu rozmowa widzów z autorem, reżyserem, aktorami. Moderatorem jest Adam Michnik, jak o sobie powiada - “homo politicus”. - Miało być o tym, jak syn morduje ojca, a jest o przeciętnej polskiej rodzinie i jej kilkorgu znajomych - stwierdza z pewnym zażenowaniem pan Adam. I ma rację. Bo mąż zdradza żonę, bo żona nie sprawdza się w łóżku, gdyż wychowywała się w moherowym środowisku, bo siostra męża w Ameryce, bo ojciec jest nadopiekuńczy a kumpel ze szkoły to nieudacznik. A kochanka, z którą nasz bohater chciałby na stałe związać życie, okazuje się, że wybiera innego. Rzecz na pograniczu kiczu z “królem” - alter ego, głosem wewnętrznym bohatera na scenie. Trochę tam wątków z polskich seriali, trochę pomysłów z Gombrowicza. Więc dlaczego przedstawienie wzbudza tak wielki entuzjazm widzów, nawet niektórzy z nich przyznają, iż byli na “Koronacji” po raz drugi lub trzeci…
Ktoś powiedział: - To nasz obraz, my tacy jesteśmy, słabi, niedojrzali, nie potrafiący ze sobą rozmawiać, nie interesujący się tymi, którzy są obok nas. - Pewnie miał rację. Wracamy do domu, oglądamy się w lustrze, patrzymy na własne odbicie i optymistycznie mówimy do siebie: - Tamto to teatr, a w życiu jest inaczej. Trochę inaczej. - Jednak widzowie twierdzą, aktorzy też, iż polska rzeczywistość jest właśnie taka, jak na scenie i czyjkolwiek optymizm jest przedwczesny.
Na dodatek autor nas zasmuca. Buduje dla nas zakończenie z przesłaniem. Ojciec umiera na zawał po jego śmierci ojca, gdy wydawałoby, się mogłoby nastąpić oczyszczenie, swoiste katharsis, rodziny na scenie i nas - widzów - wszystko zostaje po dawnemu. Bezradni domownicy stają przy zwłokach i nadal, jak widzimy, każdy z nich będzie dzieckiem podszyty. Każdy z nas.

Next Page »