Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

January, 2007 w archiwum

Przed Zjazdem Programowym

Czy wszystkich harcerzy i instruktorów musi obowiązywać przestrzeganie 10 punktów Prawa Harcerskiego? Czy są jakieś wyjątki dla osób pełnoletnich? Czy instruktor harcerski może sobie „podpalać” na boku, tak, aby nikt go nie widział, i jest wszystko w porządku? A może tylko nie może na obozie i zbiórce harcerskiej? A może tylko w mundurze? Czy komenda może dać mu czas na zerwanie z nałogiem? I co dalej?
(Znałem instruktora pijącego w mundurze alkohol. Miał swoje zasady. W prawej ręce trzymał kieliszek. Lewą ręką zakrywał w tym czasie krzyż harcerski, żeby „krzyż tego nie widział”).

Czy należy zmienić tekst Prawa Harcerskiego (zapis tekstu prawa, a nie jego przesłanie). Czy aktualnie obowiązujące nas reguły postępowania są czytelne, czy rzeczywiście wiemy, co kryje się pod „słowem jak na Zawiszy” albo posłuszeństwu wszystkim swoim przełożonym? A owa czystość w myśli, mowie i uczynkach? I co to znaczy, że harcerz jest pożyteczny?
Może warto spisać nasze podstawowe zasady inaczej – jasno i czytelnie, nie bacząc na wieloletnią tradycję aktualnego prawa? A może ważniejsza jest tradycja i tak jak Kościół (przepraszam za swoistą megalomanię) nie zmienia sformułowań zawartych w 10 przykazaniach i dla nas 10 punktów prawa powinno być święte?

To dwa z wielu problemów, jakie mamy z harcerskim Prawem. (Chyba że nie mamy z nim problemu, bo o nim nie pamiętamy – taka wersja mi nie odpowiada). Na początku czerwca na ten temat obradować będzie Zjazd Programowy ZHP, wezmą w nim udział dotychczasowi delegaci na Zjazd ZHP, gdyż jest to zjazd nadzwyczajny Związku. (Będzie on miał, być może, także prawo zmienienia części naszych władz naczelnych). Pozornie banalna dyskusja o Prawie Harcerskim może tam przynieść niezwykłe efekty.

Nie matura, lecz chęć szczera

Rozgorzała w ubiegłym tygodniu dyskusja o maturzystach bez matury, czy też maturze, którą się zdaje, choć się jej w rzeczywistości nie zdaje. Wszystko za sprawą wyroku Trybunału Konstytucyjnego.
Przy okazji - spodobał mi się pan Rzecznik Praw Obywatelskich, który wyraża swe opinie konkretnie, sygnały, jakie od niego odbieramy, są zupełnie poprawne. Cieszy mnie, że stara się dorównać swym wielkim poprzednikom.
I w tej dyskusji nie miałbym nic do dodania, bo wszystko jest jasne, gdyby nie powtarzające się uwagi - krytyka aktualnej matury. Otóż jeden z posłów LPR (i nie jeden on chyba), stwierdził, że nowa matura jest niedobra, bo teraz to nie zdaje wielu abiturientów, a poprzednio odsetek niezdających był o wiele mniejszy.
To prawda, bo poprzednio matura była bardzo, bardzo naciągana. Nauczyciel uczący danego ucznia pytał go i proponował komisji egzaminacyjnej lub sprawdzał jego pracę pisemną i wystawiał stopień. Były stopnie, nie było sztywnych kryteriów. Szkole zależało, aby mieć jak największy procent uczniów, którzy otrzymali matury. I takie były tego efekty. Dziś matura jest porównywalna. Po prostu porównywalna w całej Polsce. I uczeń, który pisze wypracowanie o “Chłopach”, musi wiedzieć, że Boryna to nazwisko bohaterów utworu, także mężczyzn, więc Boryna nie może być kochanką Antka (także, jak wiemy, Boryny). Prawdopodobnie uczeń, który napisał, że Antek ma jako kochankę samego siebie, czułby się dziś głupio, gdyby się dowiedział, że zdał maturę. Ale jest duże prawdopodobieństwo, że pani polonistka, znając maturzystę i wiedząc, że ma takie lub inne kłopoty, ocenę dopuszczającą (w starym systemie) by wystawiła. Może nawet absolwent nadal czułby się nie najlepiej, ale przyniósłby pani polonistce w podziękowaniu kwiatek i maturę miał w kieszeni.
Wieć dobrze, że pan Giertych nie może już bezsensownie majstrować przy maturze, że ci, którzy ją zdali, świadectwo mieć będą. A ci, którzy nie zdali, będą mogli zdawać za rok. Na pewno (po przeczytaniu “Chłopów”) im się uda.

Taka sobie miłość

Trudno jest dziś grać Mrożka, szczególnie wtedy, gdy reżyser z Mrożka - prześmiewcy, żartownisia, uczynić chce historiozofa. Trudno, bo dramaty wielkiego twórcy “Tanga” nigdy nie były specjalnie głębokie. Ot, bardzo interesujące obrazki obyczajowe, wśród których znaleźć możemy siebie i własne problemy. I od lat inscenizacje pokazujące dramaty jak najmniej udziwnione i zmienione, takie prawdziwie “mrożkowe”, cieszyły się dużym uznaniem widzów i krytyków. Taka była “Miłość na Krymie” realizowana przez Erwina Axera ponad 10 lat temu. Axer nie zmieniał tekstu, stosował się do wytycznych autora, który wiedział, jakie chce mieć przedstawienie.
O inscenizacji tej sztuki w Teatrze Narodowym, której premiera odbyła się w minioną środę, krążyły wieści, iż bedzie to dzieło wybitne, na dodatek autor wyraził zgodę na wprowadzenie przez reżysera własnych wstawek. I Jerzy Jarocki poszalał. Stworzył dzieło poważne i dostojne. Cóż, z każdego skeczu można uczynić monument. Wystarczy go tylko odpowiednio rozdąć. I Jarocki “Miłość na Krymie” rozdyma - wreszcie wiemy, jaka prawdziwa jest dusza Rosjanina - komunisty, Rosjanina - bandyty, takiego, którego losy rzuciły na Syberię i takiego, który marzy o wyjeździe do Ameryki. Uff. A wszystkim przygląda się wiecznie żywy, a tu nadmiernie ożywiony Lenin.
Szkoda cytatów z Czechowa, szkoda tych trzech sióstr, wyciętego wiśniowego sadu i dwururki, która wystrzeliła. Szkoda wysiłku świetnych aktorów, których reżyser z godziny na godzinę (całość - 3 godz. 40 min) coraz bardziej odczłowiecza na Krymie, symbolu Rosji. Cóż, brakuje nam wielkich dzieł politycznych na miarę dzisiejszych czasów, może dlatego Jarocki postanowił poprawić Mrożka i dać nam dzieło wielkie. Ale czy na pewno wielkie? Nie jestem wcale taki pewny.

Wężykiem, czyli najlepszy z najlepszych

Było to dawno, dawno temu. Latem 2003 roku. Grupa wędrowników z całej Polski udawała się na zlot roversów do Portugalii. Jako że kilkunastoosobowym zespołom ktoś musiał kierować, postawiono na czele naszej reprezentacji druha harcmistrza - młodego, sympatycznego, władającego językami, członka władz naczelnych ZHP. komendanta hufca. Postawiono na czele najlepszego z najlepszych. Najlepszy z najlepszych wziął się do pracy, pomagała mu w tym żona, też instruktorka - załatwił transport do dalekiego kraju. Załadowali się nasi harcerze do mikrobusa, wzięli też nieco sprzętu pionierskiego jednego ze środowisk i pojechali. Podróż upływała im sympatycznie, raz tylko policja zatrzymała mikrobus i kazała płacić mandat za jakieś przekroczenie drogowe. Pech, najlepszy z najlepszych siedział za kierownicą.
I felietoniku tego by nie było, gdyby nie pech kolejny - mikrobusik stanął pod Madrytem i już dalej nie ruszył. Najlepszy z najlepszych się nie przejął: - Zabierzcie, co wam jest najbardziej potrzebne, pojedziemy inaczej do Lizbony, a mikrobus następnego dnia do nas przyjedzie - powiedział druh harcmistrz do harcerzy. Zostawili więc harcerze sprzęt, buty, jedzenie, kosmetyki i latarki. Nawet jakiś wokmen też został. Zabrali, co najważniejsze i pojechali… Na zlot się spóźnili, ale cóż tam. Zlot był znakomity. I wszystko byłoby świetnie, gdyby nie brak sprzętu, kosmetyczki, butów, gitary i wielu różnych przedmiotów, które nie dojechały. Mikrobus był i się z rzeczami harcerzy zmył. Pozostał najlepszy z najlepszych harcmistrz, który owszem, podróż z Lizbony do Polski harcerzom autobusem rejsowym zorganizował.
A później zaczęło się oczekiwanie na sprzęt i rzeczy. Oczekiwanie tygodniami i miesiącami. Pisanie do druha harcmistrza, dzwonienie, pisanie. I nawet po kilku miesiącach część zagubionych przedmiotów do Warszawy druh najlepszy z najlepszych przysłał! Przysłał i obiecał, że dośle resztę. I co? I do dziś nic. No jeszcze było pisanie, proszenie, uzgadnianie… Bez efektów.
Bo okazało się, że druh ten (powtarzam, członek władz naczelnych ZHP) nie podpisał umowy (nawet małego świstka na piśmie) z firmą transportową, że przez miesiące nie mógł z tą firmą się skontaktować, że mikrobus nie był ubezpieczony. I że obiecywał, iż zagubione przedmioty już wysyła do Warszawy. Bo okazało się, że najlepszy z najlepszych najlepiej potrafi obiecywać i ręką nie chce ruszyć, aby rzecz wyjaśnić do końca i ostatecznie załatwić. Zupełnie go nie interesuje, że polecił harcerzom zostawić w mikrobusie prywatne rzeczy (sprzęt pionierski środowiska harcerskiego także) i od tego momentu stał się odpowiedzialny za to, co dalej z tymi rzeczami się dzieje.
Dziś druh ten miedzy innymi bada, czy jedna z jednostek harcerskich prawidłowo prowadziła inwestycje, bada finanse Związku. Jakie moralne prawo ma ten najlepszy z najlepszych zajmować wysokie stanowiska w naszej organizacji, jeżeli doprowadził, iż przez niego harcerze ponieśli duże straty i tych strat nikt im nie pokrył? Czy można zajmować się sprawami całej organizacji, jeżeli samemu jest się “najlepszym z najlepszych”?
Dziwną mamy zaiste organizację.

Wariacje na Ochocie

Jestem fanem Teatru Ochota. Staram się oglądać wszystkie nowo wystawiane tam przedstawienia. Nawet wytrzymałem jedną z części “Inspiracji - Kafka”, granej przez Cezarego Morawskiego po niemiecku. Na szczęście druga była po polsku.
Tym razem pokazano nam popularną i graną już w kilku teatrach w Polsce sztukę “Wariacje enigmatyczne” Erica-Emmanuela Schmitta. Gdzieś na końcu świata na małej wysepce u wybrzeży Norwegii spotyka się dwóch mężczyzn średniego pokolenia - wielki pisarz, laureat nagrody Nobla i tajemniczy przybysz, podający się za dziennikarza. Łączy ich Ona, kobieta marzeń. Brzydka i piękna zarazem, ale o znakomitym ciele, którym każdy mógłby się zafascynować. Jest ona wielką nieobecną, choć to o niej cały czas jest mowa. Sztuka bardzo sprawnie napisana z kilkoma punktami, zasadniczo zmieniającymi tok akcji. Sztuka zabawna, ale i zmuszająca do myślenia. Myślenia egzystencjalnego o uczuciach i miłości.
Spokojnie oglądając kolejne sceny zadajemy sobie dziesiątki pytań: Czy należy uciekać od miłości? Czy miłość fizyczna musi odpychać prawdziwe uczucie? Czy tęsknota i marzenie o tej drugiej istocie wzmacnia miłość czy osłabia? Zdzisław Wardejn (pisarz) i Cezary Morawski (ten drugi…) pięknie wcielają się w swych bohaterów.
Gdy milkną oklaski, długo pozostajemy pod wrażeniem prawd prostych i jasno nam przekazanych. Bo miłość jest częścią każdego z nas.

Next Page »