Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

March, 2007 w archiwum

Wężykiem, czyli wydawnicwo

Harcerstwo, a właściwie Związek Harcerstwa Polskiego, nie ma swojego wydawnictwa. Chyba po raz pierwszy od ponad osiemdziesięciu lat. Dlaczego? Ja tego nie rozumiem. Ponieważ pracę zawodową zaczynałem trzydzieści kilka lat temu w Wydawnictwie Harcerskim (”Horyzontami” zostaliśmy później), tragedia ta (to wcale nie za mocne słowo) bardzo osobiście mnie dotknęła.
A zaczęło się pięknie. Połączono dwie przynoszące zysk instytucje: Komisję Dostaw Harcerskich i Harcerskie Biuro Wydawnicze “Horyzonty” (to ja, zanim zacząłem redagować “Czuwaj”, zakładałem HBW na początku lat dziewięćdziesiątych). Odłączono nową firmę od GK ZHP, co miało mnóstwo dobrych stron, i owa spółka “Cztery żywioły”, będąca własnością organizacji, zaczęła samodzielny byt. Miała ona znaczący dodatkowy bonus. Właśnie wprowadzono nowe mundury i logiczne było, iż instytucja zaopatrująca harcerstwo musiała zacząć przynosić duże zyski.
Wydawało się, że musiała, ale zamiast zysków (przypomnijmy - wcześniej HBW i KDH były dochodowe) pokazały się w nowej firmie straty. Jak nie ma być strat, jeżeli zamiast rozwijać działalność wydawniczą, zaczęto ją minimalizować, praktycznie wycofując się z produkcji książek o tematyce harcerskiej. Zwolniono więc (z oszczędności) świetną redaktorkę, zwolniono innych byłych pracowników HBW. W praktyce zlikwidowano pion wydawniczy składnicy harcerskiej.
Zawsze można zadać sobie pytanie, czemu to służy. Czy nam, Związkowi Harcerstwa Polskiego nie jest potrzebne własne wydawnictwo? Bzdura, takie stowarzyszenie jak nasze musi mieć własną komórkę wydawniczą. Więc co? Jacyś operatywni druhowie uknuli spisek i postanowili zacząć prywatnie zarabiać na Związku? Bo wszak produkcja dla ZHP jest opłacalna - można jednak, zamiast zyski generować w organizacji, wkładać je do prywatnej kieszeni. Ale czy takie rozumowanie ma sens?
Główna Kwatera jakby nie widzi problemu. A mnie nie jest obojętne, czy poradniki i podręczniki przeznaczone dla członków ZHP ukazywać się będą w prywatnej firmie, czy w wydawnictwie zlokalizowanym przy Konopnickiej 6. Takim już jestem fanem naszej organizacji.
Dziś można szybko wszystko, co zostało popsute, naprawić, ale jutro może być za późno i zupełnie niepotrzebnie poniesiemy wszyscy duże koszty.

Bóg w Warszawie

Do Warszawy zjechał z Supraśla Teatr Wierszalin i Piotr Tomaszuk z jego przedstawieniem “Bóg Niżyński”. Od momentu premiery “Bóg” został zaliczony do największych wydarzeń sezonu w Polsce, chwalone (i ganione, o czym na końcu) przez publiczność i krytyków. Nagrodzone w Toruniu. Tyle mi o nim opowiadano, że sam namawiałem znajomego dyrektora jednego z teatrów warszawskich, aby sprowadził Wierszalin, bo do Supraśla niektórym jednak za za daleko. Mnie się nie udało tego dyrektora namówić (”Bóg” nie był w “profilu”), ale na szczęście Teatr Narodowy stanął połowicznie na wysokości zadania. Połowicznie, gdyż Wierszalin przyjechał tylko na jedno przedstawienie. Trzeba było być w czwartek przy Wierzbowej, by zobaczyć zawód tych, którzy już na widownię wpuszczeni już być nie mogli.
No tak, “Bóg Niżyński” jest widowiskiem nieprawdopodobnym. To opowieść Tomaszuka i jego aktorów o znakomitym tancerzu, przebywającym w szpitalu wariatów, który organizuje wraz z innymi pacjentami przedstawienie teatralne o sobie jako Bogu w dniu, gdy dowiaduje się, iż Diagiliew, jego dawny kochanek i świetny twórca baletu (jeden z największych na świecie), zmarł. Niżyński - szaleniec - gra kreatora, bardzo świadomie budującego swój świat, w którym jest Bogiem - Jezusem, pod koniec widowiska rozpinanym na krzyżu. A świat ten, na pograniczu marzeń sennych, to przede wszystkim wspomnienie o jego - Niżyńskiego - występach baletowych. Poza niesłychanie ekspresyjnie grającymi aktorami, których chwalić można długo, zapamiętujemy doskonale zaśpiewane “modlitwy” z muzyką cerkiewną. W kolejnym przedstawieniu ponoć śpiewać będzie chór z cerkwi w Supraślu.
Sztuka Tomaszuka zostaje na długo w pamięci, a że niektórzy uważają “Boga Niżyńskiego” za profanację, trudno, tacy też muszą istnieć.

XI Wielkanocny (2)

W poniedziałek showmen Nigel Kennedy. Jak on ma perfekcyjnie opanowany warsztat! Umie na skrzypcach zagrać wszystko. I to jak zagrać! Ma swoich zagorzałych fanów, którzy zajęli wszystkie wolne miejsca, ze schodami włącznie w dużej sali filharmonii. W efekcie oklaskami były przerywane poszczególne części koncertu skrzypcowego Mozarta. I Nigel spokojnie na to przystał, za pierwszym razem nawet podnosząc orkiestrę do podziękowań. Kennedy bawi się na scenie, chce bawić też nas, więc starej daty publiczność może poczuć się zgorszona. Komentowanie, wytupywanie rytmu, oryginalny strój, próby nawiązania bezpośredniego kontaktu z publicznością. Zaczął, zamiast Mozartem, jakimś “kawałkiem”, który dla przyjemności zagrał dla zauważonych na widowni przyjaciół i dopiero potem przeszedł do występu wcześniej zaplanowanego. Tych zachwyconych widzów było zdecydowanie więcej niż zgorszonych. Więc kolejny plus dla pani Pendereckiej, która uznała, że dzieki takiemu występowi jeszcze bardziej warszawiacy będą zainteresowani festiwalem.
We wtorek. No tak. Niektórzy uznali, że to dopiero tym koncertem rozpoczyna się prawdziwy festiwal, wreszcie wszystko było “po bożemu”. To prawda, żadnego szaleństwa. Po prostu znakomity koncert brazylijskiej orkiestry z Nelsonem Freire za fortepianem i Johnem Neslingiem za pulpitem. Różnorodny program. Razem wypadło świetnie.

XI Wielkanocny (1)

Festiwal Beethovenowski trwa. Po przeprowadzce do Warszwy tak jakby umacnia się i stabilizuje. I cały czas zadziwia nowymi koncepcjami. Pani Penderecka konsekwentnie postanowiła proponować koncerty nieco innej publiczności niż ta, która na co dzień przychodzi do warszawskiej filharmonii. I trzeba przyznać, że się jej to udaje.
Ale historycznie wspomnieć trzeba koncert wprowadzający, towarzyszący 23 marca otwarciu tradycyjnej wystawy rekopisów Beethovena (i kilku innych znakomitych twórców z Polakami - Szymanowskim i Pendereckim).
W pieknej sali Auditorium Maximum UJ z towarzyszeniem Orkiestry Akadmii Beethovenowskiej zagrała I koncert C-dur op. 15 Ola Świgut. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż 15-letnia Ola została zauważona przez panią Elżbietę i przed dużą, kilkusetosobową widownią wystąpiła po raz pierwszy. Wystąpiła nastolatka mająca niewątpliwie talent i jeszcze lata ćwiczeń przed sobą. Ściskam kciuki za maleństwo, które wygląda na jeszcze młodsze. Może o niej jeszcze kiedyś usłyszymy?
W niedzielę 25 marca w Teatrze Wielkim inauguracja. Sala nabita do ostatniego miejsca. Beethoven na jazzowo. To był pomysł, z wykonaniem różnie. Nie zawsze wokalistki, wykonujące inną muzykę, umiały a może chciały traktować muzykę poważną dostatecznie niepoważnie, by uzyskać dobry efekt. A artystka operowa, która ma improwizować? Wielkiej materii pomieszanie. Wspaniała Ewa Bem, bardzo dobra Urszula Dudziak, świetni instrumentaliści - Henryk Miśkiewicz, Andrzej Jagodziński. I nieudany pomysł z jazzowym Pendereckim. I słabiusieńko wykonany Hymn do radości.
W pierwszych dniach kwietnia będzie sprzedawana płyta. Będzie na niej kilka perełek i dla nich na pewno ją kupię.

Pod Górkę

Towarzystwo Teatralne Pod Górkę (jego aktorka Katarzyna Łaniewska mówi “z górki”, nawiązując do swego wieku, ale oczywiście nie do jakości samego teatru) ukończyło piętnaście lat. Teatr wędrowny, tak o sobie napisali na stronie internetowej. Pokazujący spektakle proste, a zarazem wzruszające. Hemar, spektakl o Lwowie, Gałczyński… Teatr skromny. Przez kilka wieczorów w tym tygodniu zaprosił warszawiaków na przegląd swych przedstawień. Towarzystwem kieruje i jest w teatrze najważniejszym aktorem (jak to z nazwy wynika) Stanisław Górka - dobrzy ludzie powiedzieli, iż to najlepiej znany w całej Polsce jako kościelny. Nie wiem, nie wiedziałem i nie widziałem.
Całego przeglądu nie widziałem ale zaświadczyć mogę, że ani w czwartkowy, ani w sobotni wieczór Górka kościelnym nie był - najpierw zaprezentował nam życie Mariana Hemara w poezji, satyrze i piosence (”Kiedy znów zakwitną białe bzy…” - zostalismy zobowiązani do śpiewania!), a kolejnego dnia wiersze (i nie tylko) mistrza Ildefonsa.
Nie nie są to widowiska, o których pisaliby krytycy wielkie rozprawy. Są to przedstawienia dla ludzi, którzy chcą spędzić wieczór w miłej atmosferze. To oni ostatnio przychodzili za budynaek warszawskiej YMCA na spektakle teatrów ogródkowych, oni zapełniają salę widowiskową w Nałęczowie i chcą posłuchać wzruszających przedwojennych piosenek. Dobry scenariusz, dobre wykonanie, przyzwoita muzyka.
Nie dziwmy się więc, że aktorzy “spod Górki” zawędrowali też do Stanów Zjednoczonych, by grać dla naszej Polonii. Najstarsze pokolenie tamtejszych Polaków, a i to nieco młodsze, dla których Hemar nie jest obcym nazwiskiem, potrzebuje takich spotkań z polską piosenką i polskim popularnym, dobrze podawanym wierszem.
Górkowe towarzystwo ukończyło piętnaście lat. Czują się młodzi, chcą grać. Gdy na jakimś afiszu zobaczę, że znów pokazują coś w Warszawie, na pewno na ich przedstawienie się wybiorę.

Next Page »