Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

April, 2007 w archiwum

Zaryzykuj

“Zaryzykuj wszystko” Teatru Rozmaitości zeszło z antresoli na warszawskim Dworcu Centralnym do dawnego sklepu z kwiatami (a może z ubraniami? - pamięć jest zawodna) w budynku, gdzie mieści się TR przy Marszałkowskiej. Nie zaglądają więc na przedstawienie stali mieszkańcy dworca oraz przechodzący pasażerowie, lecz babcia z wózkiem, starszy pan na spacerze, rodzina z dzieckiem na rowerze itd., itd. Ruch niewielki, ale zawsze można zapytać młodego człowieka, czy nie widział jakiegoś samochodu, którym przyjechałby Zły albo zbulwersować babcię, gdy popatrzy na przebiegającego półnagiego, zakrwawionego, czyli wysmarowanego czerwoną farbą aktora.
“Zaryzykuj wszystko” tak naprawdę jest żartem scenicznym, zabawą we fragment telewizyjnej mydlanej opery połączonej z kryminałem, gdzie trup ma szansę słać się gęsto. Różne wątki, różne konwencje, jeden wielki kicz. Sztuczkę - śmietnik zużytych pomysłów ogląda się z zainteresowaniem. Wszak jest tam nieco tego, co na co dzień serwuje nam telewizja, a trochę nas samych - uzależnionych od szklanego ekranu, cytujących zdania, jakie za chwilę padną z ust Izaury lub jej partnera. Jest marzenie o sławie, ale i “wielka kradzież”, jest gwiazdor filmów porno, ale także zwyczajna miłość córki do matki, jest wielki zgryw, żartowanie z siebie i jest potężny Murzyn, który czuwa, aby dołożyć obu męskim bohaterom, gdy już przyjdzie na to pora, są narkotyki i mąż ze wschodu, nie najlepiej mówiący po polsku.
Czy sztuka, mająca taki charakter, jest wielkim dziełem scenicznym? Na pewno nie. Zdawał sobie z tego sprawę Grzegorz Jarzyna, lokując swą inscenizację na dworcu w ramach projektu “Teren Warszawa”. Bo u Jarzyny mamy po prostu do czynienia z tekstem, do którego znakomicie pasują słowa Gogolowskiego Horodniczego: - Z kogo się śmiejecie? Z siebie samych się śmiejecie.

Oniegin

W Teatrze Wielkim wydarzenie - premiera baletu “Oniegin”. Chciałoby się napisać - baletu Piotra Czajkowskiego, ale znawcy powiedzą: baletu z muzyką Czajkowskiego. Dlaczego? Po prostu wielki kompozytor takiego baletu nie napisał, to Kurt-Heinz Stolze z różnych utworów Czajowskiego wybrał te, które akurat mu odpowiadały, scalił zgodnie z własną koncepcją do libretta według poematu Puszkina i powstało dzieło, które prezentować można w teatrach operowych.
Kierownictwo naszego Wielkiego poszło na całość. Zapragnęło, by przedstawić klasyczną inscenizację sprzed czterdziestu lat, pokazywaną na kilku europejskich scenach, a której autorem jest nieżyjący już John Cranko. Udało się. Cukierkową inscenizację, dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach, od soboty można oglądać w Warszawie. Wielkie płachty materiału z namalowanymi ścianami, cudowne pastelowe stroje, ciekawe światło, dobrze poprowadzona orkiestra…
Ale najsilniejszym atutem “Oniegina” są wykonawcy. Jak są młodzi, można było zobaczyć, gdy już rozcharakteryzowani pokazali się na spotkaniu popremierowym. Wojciech Ślęzak (Oniegin) tłumaczył swoje spóźnienie: - Musiałem zdjąć z siebie te dodatkowe dziesięć lat, które miałem na twarzy. - Bo akcja trzeciej części baletu toczy się dziesięć lat po części drugiej, gdy Oniegin w pojedynku zabija swojego przyjaciela Leńskiego (tańczy w tej roli Maksim Wojtul).
Ja ze zdumieniem patrzyłem na szczuplutkie tancerki zespołu baletowego - ponoć gdy utyją kilo lub dwa, ich partnerzy odmawiają tańczenia z nimi, bo kto by chciał wielokrotnie podnosić jakieś dodatkowe ciężary. Ale może to całego baletu nie dotyczy, lecz tylko solistów. Obie główne wykonawczynie - Marta Fiedler i Aneta Zbrzeźniak na razie spokojnie mogą jeść czekoladki.
Balet jest zatańczony znakomicie. I wszyscy cieszyli się, że choć inscenizacja jest przygotowana przez międzynarodową ekipę, to wszyscy wykonawcy są naszymi tancerzami, że nie trzeba, jak w przypadku wielu oper, sięgać po zagranicznych wykonawców, gdyż nasza młodzież jest świetna.
Można “Onieginowi” wróżyć długie lata na stołecznej scenie, bo to widowisko, które ogląda się z dużą przyjemnością.

Wielka Litwa

Grażyna wróciła z Wilna. Uczestniczyła tam w kameralnej konferencji naukowców, zainteresowanych badaniem w Europie jakości pracy szkół. Temat ciekawy, ale nie o tym chcę napisać. Jak to na takich konferencjach bywa, gospodarze prezentowali nie tylko własne osiągnięcia w sferze bezpośrednich zainteresowań członków spotkania, lecz także pokazywali swą historię, swe miasto, swój naród…
Gdy jesteśmy w stolicy Litwy, obserwujemy historię miasta, a przy tym historię tego małego państwa przez nasz polski pryzmat - polscy królowie Jagiellonowie, polskie przez wieki Wilno, polski uniwersytet itd. Słowacki, Mickiewicz, Moniuszko, Lelewel… Nie spotykamy się z litewskim spojrzeniem na te same fakty, problemy, osoby, wydarzenia. A jest to, jak by tu powiedzieć, zdumiewający dla Polaków punkt widzenia. Na przykład popatrzmy na wspólną historię.
Na przełomie czternastego i piętnastego wieku Litwa przyłączyła do swych ziem Polskę i władcy Litwy zostali także królami sąsiedniego państwa. Władcy litewscy rządzili wielką Litwą (z Polską w jej granicach) przez dwa wieki, odnieśli wiele sukcesów militarnych i gospodarczych. Ponieważ państwo było duże, Litwa miała dwie stolice - tą drugą był Kraków.
Albo ciekawy fragment z dziejów uniwersytetu w Wilnie. Pod koniec osiemnastego wieku i na początku dziewiętnastego uczyli tam znakomici litewscy naukowcy, np.: bracia Śniadeccy lub Groddeck. W tym uniwersytecie kształcił się największy litewski poeta (napisał “Litwo, ojczyzno moja”) niejaki Adamus Mickiewiczius. Z tym uniwersytetem związany był inny wybitny spolonizowany Litwin - Juliusz Słowacki.
Cóż, wspólna historia rzecz ciekawa. Interpretować ją można różnorako. Nie wiem jednak, czy wzorem polsko-niemieckiej komisji do spraw podręczników szkolnych nie powinna powstać podobna komisja polsko-litewska. Bo dobrze by było, aby opracować taki tekst podstawowego podręcznika dziejów Rzeczpospolitej Obojga Narodów, by każdy zainteresowany mógł do niego sięgnąć (czy na Litwie, czy w Polsce) i powiedzieć: - Tak było naprawdę. - Jakimś wzorcem może być niezły przewodnik po Wilnie autorstwa wielkiego przyjaciela Polski, świetnego litewskiego intelektualisty Tomasa Venclovy. Bo na razie uczestnicy kolejnych konferencji bedą słyszeć: - Juliusz Słowacki wielkim litewskim poetą był.

Jeszcze tydzień (i trzy dni)

No już, za chwilę, za tydzień (i trzy dni) matura. Interesujące, gdy patrzy się na naszych uczniów. Jedni już drżą i boją się na wszelki wypadek (czasem wcale im się nie dziwię), inni ze spokojem godnym lepszej sprawy z uśmiechem podchodzą do czekających ich zmagań. Ten strach, i ta pewność siebie wcale nie idzie w parze z wiedzą. Może nawet tym najsłabszym jest matura najbardziej obojętna?
Cały czas mi się wydaje, że ten egzamin co roku przede wszystkim zdają nauczyciele, a nie uczniowie. Miałem wczoraj ogromny dylemat - pozwolić ukończyć naukę w szkole, a tym samym dopuścić do matury jednego czy drugiego słabeusza, czy nie dopuszczać.. Przecież ja wiem, że jego umiejętności, jego wiedza jest własnie, jak to przedziwnie wpisujemy do dziennika, “dopuszczająca”. Coś tam wie, coś tam przeczytał. Mało, malutko. Wystawię tę “dopuszczającą” - słabeusz skompromituje siebie (i mnie) na maturze.To może nie brać na siebie tego ryzyka, kazać jeszcze rok uczyć się w szkole? A po co, przecież i tak zbyt wiele nowych wiadomości do niego nie dotrze. A tak to choć może uczyć się w jakiejś szkole, gdzie matura nie jest wymagana… Ma zdać czy nie. Wieczny kłopot belfra.
Straszne zamieszanie, nasi (prawie) abiturienci zamias normalnie przyjść na lekcję, rozmawiają ze mną najchętniej na przerwie. A rozmawiać muszą, bo składają konspekty swych prezentacji. W tym roku mogę zapoznać się z całym materiałem, także z opracowaniami, które będą przedstawiane na egzaminie ustnym. Cóż, da się poznać, który materiał jest oryginalny, napisany przez ucznia, a który ściągnięty z internetu lub jest kompilacją jakichś obcych wypracowań. Uczeń przedstawia konspekt, tekst prezentacji, a na koniec rozmowy, gdy już pokażę mu podstawowe błędy, cichutko mówi: - To ja jeszcze muszę tę lekturę przeczytać, tak, tę, o której już napisałem w prezentacji.
Nie pytam własnych uczniów, lecz ponad czterdziestkę “cudzych” aż z czterech klas. Postaram się poznać, kto napisał (i przedstawił) opracowany przez siebie materiał, a kto nauczył się na pamięć obcych sformułowań, zdań i poglądów. Kto opowiedział o treści lektuty, której nie czytał. Takie belferskie zadanie. Bardzo jestem ciekaw, czy mi się mój plan uda zrealizować.

Merlin

Dopiero w tym tygodniu wybrałem się na “Merlina”. Nieco wstyd, bo premiera była ponad dwa lata temu. Ale cóż, lepiej późno niż wcale. W dodatku, że dobrze jest czasem obejrzeć przedstawienie zgrane, gdy aktorzy doskonale wiedzą, kiedy publiczność będzie śmiać się, a kiedy mogą spodziewać się oklasków. Właśnie takie przedstawienie świadczy o jakości teatru, o profesjonalizmie aktorów. W mojej ocenie Teatr Narodowy taki egzamin zalicza na piątkę.
Jak to u Słobodzianka - piękna opowieść o rycerzach Okrągłego Stołu została przetworzona na moralitet, Merlin nie okazał się takim szatańskim dzieckiem, jakby się można było spodziewać, a rycerze pokazali się, jako normalni, dość przeciętni ludzie, którym nie chciało się poszukiwać świętego Gralla, a ambicje i ambicyjki doprowadzają do klęski każdego z nich indywidualnie i całej drużyny króla Artura jako zespołu. Cóż, Słobodzianek ma umiejętność konstruowania dramatu zgodnie z wszelkimi zasadami sztuki, nie bez przyczyny z powodzeniem, choć nie bez problemów prowadzi swoje Laboratorium Dramatu - z tego rodzaju inicjatyw, na pewno najlepsze w Warszawie.
Zastanawiające jednak, że “Merlin” w części pierwszej, gdy rycerze wybawiają kolejne piękne dziewice z rąk, paszcz, łap okropnych potworów (to siedmiogłowa bestia - siedem grzechów głównych), by po dokonaniu tego zbożnego dzieła ponieść klęskę - za każdym razem inaczej przedstawianą, widz zauważa, iż kolejne rozwiązania są znakomicie zaprezentowane. W części drugiej, gdy ci sami rycerze niszczą swą więź, gdy walczą ze sobą i kolejno giną, gdy ich braterstwo i przyjaźń wystawione jest na próbę, gdy królowa Ginerwa zdradza króla Artura z Lancelotem, można czuć się znudzonym i zastanawiać się, czy autor nie mógłby wymyślić jakiegoś prostszego rozwiązania akcji.
Po powrocie do domu, przeczytałem “scenariusz” “Merlina”. I wierzcie mi, choć aktorzy byli znakomici, reżyseria Spisaka wspaniała, scenografia znakomita, to spokojna lektura tekstu, gdy ma się w pamięci to, co przedstawiono w teatrze, robi niezapomniane wrażenie. Może teraz powinienem obejrzeć “Merlina” ponownie?

Next Page »