Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

May, 2007 w archiwum

Reprezentacyjny

Jak spędzić w Warszawie miło i bezpretensjonalnie popołudnie? Może posłuchać “Zespołu Reprezentacyjnego”? To skromny, kulturalny, przed laty zawiązany zespół studencki. Młody dziś on nie jest, ale nadal amatorski, nadal nagrywający piosenki. Sama radość. Na dodatek panowie świetnie mówią po polsku komentując wykonywane teksty. Ale to nic dziwnego, jeżeli jednym z artystów jest znany z ekranu telewizyjnego Jarosław Gugała.
Na marginesie dwugodzinnego koncertu rodzi się jedna refleksja.
Od pewnego czasu “Zespół” wykonuje po polsku piosenki Georga Brassensa. O czym są to piosenki? O miłości, o śmiesznych wydarzeniach w życiu człowieka, o śmierci, o kobietach i ich przywarach. O sprawach ludzkich, codziennych. Codziennych oczywiście dla Francuzów, dla których nic, co ludzkie, nie jest obce. Zmarł król, więc można skomentować jego śmierć i śmierć innych władców. I autor piosenki, nie przebierając w słowa stwierdza, że na nic nie mamy wpływu, gdy na tronie siedzi ch… Gdy “Zespół” zaczynał śpiewać tę piosenkę, na naszym polskim tronie “zasiadał” generał Jaruzelski. Ale okazało się, że późniejsi nasi przywódcy, to też ch…, z miłościwie nam dziś panującym prezydentem. Ot, piosenka uniwersalna z jednym nieparlamentarnym słowem w refrenie. Dla Francuzów to normalne, i normalne dla zmarłego dwadzieścia pięć lat temu Brassensa (rocznik 1921).
Tak samo będzie czymś normalnym, iż mężczyźnie “podnosi się” na widok pięknej dziewczyny, która w innej piosence zupełnie spokojnie nazwana będzie ździrą i k… O pannach lekkiego prowadzenia czy o mężu - rogaczu powstały kolejne piosenki. Lekkie, łatwe, wpadające w ucho. Ze słownictwem, które w polskiej piosence poetyckiej, piosence literackiej, nie istnieje. No cóż, ale my nie jesteśmy Francuzami, którzy spokojnie sobie świntuszą. Nasze słownictwo, a może nasze skojarzenia są bardzo ubogie. Posługujemy się eufemizmami. Czy “Zespół Reprezentacyjny” swą katorżniczą pracą coś w nas zmieni? Nie wiem. Na razie nucę sobie piosenkę o Margot, która, o naiwna, karmiła własną piersią kotka, budząc zachwyt okolicznych chłopców, a zgorszenie starych kobiet.

Ot, wesele

W Powszechnym premiera. Od razu wiadomo, kto pochwali, kto zgani. Wieczni zwolennicy “nowego”, wielbiciele Jerzyny, Masłowskiej i Klaty wpadną w zachwyt. Opowiadać będą trzy po trzy o głębi i nowatorstwie tekstu, o niebanalnym wystawieniu i znakomitej grze aktorów. Zwolennicy zwykłego, poczciwego teatru piać z zachwytu nie będą.
A ja, stojący na rozdrożu? Powiem - to jest ciekawe. I założenie, i interpretacja. Część pierwsza to współczesne wesele, złożone z drobnych perełek. Niektóre piękne, ale niektórych docenić nie umiem. Bo nie wiem, dlaczego autor-reżyser te perełki na scenie tak właśnie nanizał. A pomieszanie jest tam znaczące. Fragmenty z prawdziwego “Wesela” - goście weselni z początku XXI wieku także natężają słuch, aby usłyszeć ów tętent od gościńca. Fragment z Księgi Koheleta, z Michnika, z Herberta… I znakomita ballada (?) w obronie doliny Rospudy. Ostry, współczesny taniec przerwany znanym pytaniem: Czy chcą chłopaków tańczące dziewczyny, czy też, jak pisze Wyspiański, sobie tylko kpią?
Co wrażliwsze osoby powinny wyjść, gdy starsi i młodsi panowie będą kląć równo, niezależnie od tego, czy będą odgrywali polityka, wołającego “ty wykształciuchu”, czy też kibica piłkarskiego wyrażającego się znacznie ostrzej. A w tle Najświętsza Panienka obnażająca piersi, aby nakarmić Syna.
Całość, co nie jest bez znaczenia, w nowej przestrzeni, na obskurnym dziedzińcu teatru.
I część druga - spokojnie, w bezruchu podawany tekst trzeciego aktu “Wesela”. Kontrast nie tylko ruchu, strojów, ale i miejsca (duża scena). Tekst podawany głośno, czytelnie, ale jakby z dystansem. Tam, przed pół godziną, było prawdziwe życie, teraz - w chłopskiej chacie - jest wyłącznie teatr. Piękny, ale jakby martwy.
Który z tych teatrów jest prawdziwy? Który bliższy widzowi? Wydaje się, że ani jeden, ani drugi. Czy mamy oglądać siebie - wiecznych podróżnych z walizkami w ręku? Czy mamy słuchać opowieści sprzed lat, które wydają się martwe? A może prawdziwe, roztańczone, barwne weselisko, pełne konfliktów, marzeń, nadziei jest tym, co widz chciałby obejrzeć? Ale tym razem Teatr Powszechny zaproponował nam coś innego…

Pollesch Superstar

Polska. Warszawa. Teatr Rozmaitości. Na scenie dwie kurtyny, z których jedna jest ekranem. Wyświetlają film “na żywo”, za kurtynami czwórka aktorów, inspicjent, kamerzysta i dźwiękowiec. To oni - aktorzy grają na tle zdjęć miasta - gdzieś w oddali widać Pałac Kultury wraz z pawilonami przy Świętokrzyskiej, bliżej czynny całą dobę kebab i widok na Marszałowską wzdłuż Domów Centrum. Aktorzy sobie grają - a to Dynastię (lub inny równie ambitny kawałek), a to przygody kapitana Klossa. Aktorzy grają - a to On gra Jego, a to On gra Ją, Ona też chce być Klosem - czemu nie? On może mówić nieco wyższym głosem, i nie wiemy, czy gra dziewczynę, czy geja (na widowni także nieco osób znanych z Parady Równości). Lecz aktorzy grać już nie mogą - zgubili czar, jak tu grać bez czaru? I czy można grać Chopina, a za chwilę Papieża-Polaka? Bo u Chopina wiadomo - fortepian. A co zrobić z fortepianem u papieża?
Nic to, za kurtyną trwa próba, tylko próba, gdy pierwszy aktor pojawi się po dwudziestu minutach przed nami, to przez pomyłkę, nie chcąc nas - widzów - znać. Prawdziwe przedstawienie ma zacząć się za czas jakiś. Kiedy więc mamy do czynienia z aktorem, grającym aktora (przecież cały czas inspicjent podpowiada tekst), a kiedy aktor gra postać sceniczną?
Przypomina się tekst “Wyzwolenia” - to kim jest ów Konrad? Konradem? Aktorem? Nie, w “Ragazzo dell ‘Europa”nie przyjdą robotnicy likwidować zabudowy sceny.
Pollesch bawi się nami - widzami. W którymś momencie umożliwia nam oglądanie żywych aktorów i równocześnie na ekranie filmowanych - i są to dwa różne światy! Aktorzy chcą mówić własnym tekstem (ale mówią Polleschem!), gaworzą cokolwiek tekstem z serialu (mówią Polleschem!) i pokazują nam to na ekranie (mówiąc tym i tamtym Polleschem). I zawsze strach - co będzie, gdy Polleschem zacznie mówić aktor na ulicy grając sam siebie już po wyjściu z teatru?
Śmieszne. Zadziwiające. Godne zastanowienia…

Los

Los dla Doroty był niesprawiedliwy. Pozwolił jej przeżyć 32 lata. Był bardzo niesprawiedliwy, bo przeciął nić życia niespodziewanie, w ciągu kilku sekund. Inaczej jest, gdy odchodzi młody człowiek, wcześniej chorując, zmagając się ze słabością własnego ciała, walcząc o każdy dzień. Inaczej jest, gdy ktoś się zagapi i wpadnie pod pociąg, samochód, tramwaj (niepotrzebne skreślić). Bo wiemy - taka śmierć została spowodowana przez zmarłego. Żal bliskich jest taki sam, ale jednak można sobie powiedzieć: “Szkoda, mógł uważać”. I jeszcze inaczej jest w przypadku samobójstwa. Przy każdej takiej tragedii zastanowimy się - czy nie mogliśmy pomóc, coś zmienić w życiu człowieka, który targnął się na własne życie. Ale z Dorotą było całkiem inaczej…
W tym przypadku całkiem niespodziewanie Parki zdecydowały: - Koniec. - I podjęły tę decyzję, gdy Dorota znajdowała się jako pasażerka samochodu na szosie gdzieś na Mazurach.
Czy mogła uniknąć swego losu? Czy mogą uniknąć takiego losu inni znajdujący się w takiej samej sytuacji? Jeden odpowie: - Nie. - Inny zaś: - A gdybyśmy mieli w Polsce szosy właściwej jakości, szerokie, dwupasmowe? A gdybyśmy nie dopuszczali, aby kierowcy przekraczali przepisy, w każdym miejscu pędząc (ku swojej lub cudzej śmierci) jak szaleni?
Wydaje mi się, że ten drugi głos jest bardzo rozsądny. Bo naprawdę Dorota powinna żyć. Zmarła po kilku dniach walki o życie. Pozostawiła roczne dziecko, nową rodzinę. Miła, mądra, zdolna dziewczyna, harcerka.
Pozostał żal.

Już za rok matura

Maraton zakończony. Maraton trwający w moim przypadku ponad dwa tygodnie. Dyrekcja mojej szkoły postawiła przede mną trudne zadanie, po raz pierwszy aż tak męczące. Ale na szczęście tegoroczne matury już za mną. Mogę zacząć zachwycać się piękną pogodą i myśleć o powrocie do codziennych zajęć.
Lecz cały czas pozostają dwie myśli: jak napisała maturę z polskiego “moja” klasa, ta, którą do matury przygotowywałem. Jaki wynik osiągnie Danusia? A Marta? A Justyna? I myśl druga: Co zrobić, aby moi tegoroczni drugoklasiści wypadli na maturach z polskiego śpiewająco.
Przeszłości nie zmienię, ale o przyszłości muszę pomyśleć.
- Muszą znać lektury. Nie da się bardzo dobrze napisać pracy pisemnej, jeżeli Boryna będzie “starą Boryną”. Uczeń wyobraża sobie, iż Antek to jedna postać - oczywiście mężczyzna, a Boryna to postać druga - płci żeńskiej. Nieznajomość lektur, tych podstawowych, widać na każdym kroku. Ot, w wypracowaniu mają być zaprezentowane przykłady z dwóch utworów, a są tylko z jednego - druga lektura nie jest zupełnie znana, nawet ze słyszenia.
- Muszą umieć dokonać analizy tematu. Pisanie nie na temat to zmora prac pisemnych. Klucz jest zawsze tworzony zgodnie z poszczególnymi słowami tematu. Porównaj znaczy porównaj, dokonaj analizy to konieczność przeanalizowania danego fragmentu. Gdy napisano w temacie, że trzeba odnieść się do całego utworu, wiadomo, że w kluczu znajdą się hasła właśnie tego dotyczące. Ku mojemu zdziwieniu są to problemy zasadnicze.
- Trzeba nauczyć ich wprowadzać walory. W tekstach prac pisemych jest ich stanowczo za mało. A dlaczego nie dostać dodatkowego punktu, przecież każdy się liczy.
- Plan pracy musi być jasny. Tu nie ma miejsce na eksperymenty formalne. Wstęp, rozwinięcie (złożone często z dwóch części), zakończenie. Bywają prace bez wstępu (to nie problem napisać, że Słowacki, Mickiewicz, Wyspiański wielkim poetą był), bywają nez zakończenia. A punkty lecą.
- Styl, język… No cóż, tu pomóc mogą częste ćwiczenia. Nie ma lekko. Będziemy ćwiczyć, przecież już za rok matura…

Next Page »