Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

June, 2007 w archiwum

Białoruś i harcerstwo

Od lat aktywnie kibicuję harcerstwu na Białorusi. Niegdyś ze dwa razy w roku byłem w Grodnie - a to na festiwalu piosenki, a to na spotkaniu kadry całej organizacji. Od kilku lat mój kontakt z polskimi drużynami na Wschodzie nie jest tak ścisły, nie znam już większości drużynowych (a przed laty całą czterdziestkę - pięćdziesiątkę znałem), nie bywam na Białorusi. Długo by pisać, dlaczego tak się dzieje.
Może dlatego, że nasza (bo nie tylko moja) pomoc dla harcerstwa na Białorusi zmniejszyła się, organizacja przeżywa kryzys. Nie da się ukryć, że wiąże się to także z polityką państwa kierowanego przez prezydenta Łukaszenko. To na pewno druga przyczyna osłabienia organizacji. Ale głównym, trzecim powodem są problemy wewnętrzne samego harcerstwa. Nie będzie dobrze działać organizacja, w której część kadry przebywa w Polsce, w której młodej kadry się nie kształci i nie prowadzi codziennej działalności programowej.
I mamy światełko w tunelu! Wątłe, ale jednak jest.
Od dwóch dni trwa w Warszawie seminarium dla opiekunów harcerstwa na Białorusi. Środki przekazał nam Senat. Dla ponaddwudziestoosobowej grupy - większości cywili - cały program to szok. Seminarium, ale niektóre zajęcia poprowadzone jak na normalnym kursie instruktorskim. Dla piętnaściorga z nich słowo zastęp, drużyna, hufiec nic do tej pory nie znaczyło. A tu Główna Kwatera ZHP organizuje dyskusje, wykłady, wycieczki, kominki. I to się podoba!
Jednak panie (bo w przeważającej liczbie w szkoleniu biorą udział panie) są zachwycone. Fakt - najmłodsza ma osiemnaście lat, ale najstarsza mocno przekroczyła pięćdziesiąt. Zachwycone harcerstwem. Nie będą one drużynowymi - może dwie lub trzy. Ale będą troszczyć się, by w kilkunastu miejscowościach harcerstwo się rozwijało. W niektórych przypadkach będzie to trudne (- Gdyby dyrektorka wiedziała, że tu jestem, wyleciałaby z pracy), ale powinno się udać. Nasze panie opiekunki zostają jeszcze z nami trzy dni. Przez ten czas zrobimy wiele (bo ja, odpowiadając za program, oczywiście też), by zapał, jaki miały pierwszego dnia nie zgasł, by praca harcerska trwała na Białorusi. Czy nam się uda? Zobaczymy.

Szkolne niebezpieczeństwa

Za nami koniec roku szkolnego. Jaki był to rok? Wydaje mi się, że zwyczajny, normalny, przeciętny… Przecież nic nadzwyczajnego w czasie minionych dziesięciu miesięcy się nie wydarzyło. Uczyliśmy zgodnie z opracowanymi jakiś czas temu programami. Ponieważ już po raz trzeci przygotowywaliśmy młodzież do matury, więc było jasne, że weszliśmy już w pewien rytm, który się za bardzo nie zmienia. Szkoła jest organizmem statecznym i bieżąca polityka nic w klasie nie zaburza.
Myślę jednak, że w tej naszej małej stabilizacji tkwią pewne niebezpieczeństwa, które można spróbować przestawić. Oczywiście interesuje mnie język polski i o ni słów kilka.
Po pierwsze coraz wyraźniej widać, że brakuje w gimnazjum normalnego kursu historii literatury, a takiego kursu nie ma przecież w szkole pogimnazjalnej. Jeżeli nauczyciel nie chce (a przecież nikt nie zauważy jego niedoróbek), może nie omawiać poszczególnych epok literackich i liceum opuszczą osoby nie mające pojęcia, czy romantyzm był przed czy po pozytywizmie (trochę przesadzam, ale tylko trochę).
Po drugie (tak jak to ma miejsce na poprzednich etapach kształcenia), zaczynamy uczyć “pod egzamin”, co w moim przypadku może się zamknąć omówieniem lektur i poćwiczeniem pisania tzw. testów i wypracowań maturalnych. Najważniejsze wszak to domyślenie się przez maturzystę, jak zbudowany jest klucz wypracowania. A sama jakość i oryginalność tekstu jest wtórna. A ja nie wiadomo po co proponuję czytanie dodatkowej lektury współczesnej (Panie profesorze, tego nie będzie na maturze - słyszę). Zachęcam do chodzenia do teatru. Wymagam znajomości najważniejszych zabytków Warszawy…
Po trzecie prezentowanie cudzych tekstów na maturze ustnej jest już na porządku dziennym. Uczeń nic nie potrafi powiedzieć w trakcie rozmowy, ale tych sześć punktów jakoś dostaje. Może więc ustalić takie kryteria, takie zasady, że gdy w trakcie egzaminu ustnego okazuje się, że egzaminowany recytuje tekst przez siebie nieopracowany, automatycznie będziemy proponować mu przyjście rok później? Męczy mnie nasze wieczne patrzenie na dorosłych wszak ludzi jak na przedszkolaków, którym przecież krzywdy zrobić nie możemy. A cóż to za krzywda, jeżeli nasz dziewiętnastoletni przedszkolak nie przeczytał lektury, o której mówi?
Cóż, wykształcenie średnie to nie to samo co matura. Można ze zwykłym świadectwem ukończenia szkoły pogimnazjalnej żyć długo i szczęśliwie. Prawda?

Wężykiem, czyli o korekcie

- Adam, przeczytaj ten tekst, tam jest sporo błędów.
- Adam, zrób korektę tej gazetki, nie możemy się skompromitować…
Taka moja rola. Czytam, poprawiam, piszę, łączę i ujednolicam (jeżeli się da), robię korektę. Czasami w godzinach pracy, czasami w dniach wolnych.
Prosi druhna Y: - Przeczytaj to. - Redaguję, robię korektę. Oddając ją proszę: - Ale dajcie mi cały materiał do drugiej korekty. - Nie dostałem. Na okładce “100-lat”. Fajnie, co? Druhna Y wyjaśniła mi, jak to się stało, ja osobie łamiącej tekst powiedziałem, co o niej myślę. Mam nadzieję, że się to już nie powtórzy.
Ostatnio w pewnym wydawnictwie napisano, iż byłem tam korektorem jakiejś broszurki. Ja na oczy korekty nie widziałem. Owszem, czytałem maszynopis i wprowadzałem do niego poprawki. Ale od drobnych prac merytoryczno-redakcyjnych do korekty daleka droga. Złość na nich (i to, iż puścili literówkę w tytule Prawo Harcerskie) przeszła mi, gdy otrzymałem od nich dyplom do powieszenia na ścianę za “wykonanie korekty…”. Dostawać dyplom za niewykonaną pracę? Trochę to surrealistyczne, ale jak się gniewać na takie gapy?
Dzwoni druh X: - Musimy to szybko wydać, postaraj się tak raz dwa. - Dobrze, trzeba, to trzeba. Pracuję dobrych kilka godzin w sobotę i niedzielę. Błędów i usterek w części materiału bardzo dużo, widać, że nikt go nie redagował, choć dwukrotnie widać “na łamach” nazwisko redaktora naczelnego. Druh X spotyka się ze mną na mieście, odbiera korektę…
Po kilku dniach oglądam efekt mojej pracy. POPRAWKI NIE ZOSTAŁY WPROWADZONE!!! Moja praca i praca druha X, który był pośrednikiem między mną a Redaktorem Naczenym, poszła na marne. Czy myślicie, że druh Redaktor zadzwonił, zamailował, przeprosił mnie, cokolwiek wyjaśnił? Tak, tak. On wzorowy instruktor ZHP, instruktor społeczny, miałby za cokolwiek przepraszać tego etatowego? Psim obowiązkiem etatowego jest zrobienie w czasie weekendu korekty, więc po co się Redaktor będzie zniżał i tłumaczył. I tak wszystko przez druha X, który chciał, aby wydawnictwo nas, Związku Harcerstwa Polskiego, nie kompromitowało - nie udało mu się.
I pozostaje żal, że od Redaktora Naczelnego, który poprawek korektorskich nie wprowadza, ani dyplomu nie dostanę, ani słowa “przepraszam” nie usłyszę. Takie życie.

Szansa na normalność?

A więc jednak coś w walce harcerskich władz się zmieniło. Nie będzie Zjazdu Nadzwyczajnego na początku sierpnia, nie będzie w najbliższym czasie zmian w Statucie. Trzecia harcerska siła - komendanci chorągwi - została wyeliminowana. (Nie, nie na zawsze, ta grupa jest i musi być bardzo silna w harcerstwie - im lepszy komendant chorągwi, im lepsza komenda, tym harcerstwo na terenie konkretnego województwa pracuje z większymi sukcesami). Ta trzecia siła straciła na znaczeniu w walce o przejęcie władzy w ZHP. Pomysł ze zwołaniem Zjazdu Nadzwyczajnego na wniosek komend chorągwi pisany był na kolanie. Nie do końca było wiadomo, co ma się na tym zjeździe wydarzyć, a konieczność zmiany Statutu z powodu uzyskiwania przez chorągwie osobowości prawnej była pomysłem naciągniętym. Wiemy to wszyscy.
Scenariusz (tu pełen szacunku ukłon w stronę druha Przewodniczącego, który mówi i pisze otwartym tekstem, o co mu chodzi), jest jasny.
30 czerwca (jeżeli Rada Naczelna zbierze się w wymaganym składzie) dokończenie przerwanej przez Przewodniczącego zbiórki Rady. Tu między innymi ważna decyzja o rozwiązaniu Chorągwi Opolskiej. Nie będzie zmian w składzie władz naczelnych. To, co pisze Przewodniczący, to prawda - fatalne by było zmienienie Głównej Kwatery na początku akcji letniej, przed zlotem w Kielcach.
9 września Zjazd Nadzwyczajny. To osobista decyzja Przewodniczącego. Nastąpi wybór pełnego składu władz naczelnych ZHP. Ci sami delegaci, ale mądrzejsi o prawie dwa lata. Zdarzyć się może wszystko. Główna Kwatera może po zjeździe pracować w tym samym składzie! Albo może naczelnikiem zostać Rafał Klepacz, który na minionym zjeździe startował na tę funkcję, więc nie możemy być zdziwieni (a są tacy!), że Rafał jest gotów zostać naczelnikiem, mając pełną świadomość, jak trudno będzie uciszyć wzburzone fale harcerskich emocji.
Czy tak, czy inaczej - wszystko zgodnie z zasadami demokracji. O czym niedawno pisałem.

Modne niepokoje

Nie ma co ukrywać - to kolejne “modne” przedstawienie. Zbudowane według znanego i prostego schematu: wziąć tekst klasyczny i udowodnić, że jest on cały czas aktualny i jak ulał pasuje do dnia dzisiejszego; wziąć młodego i zdolnego człowieka lat 26 i zaproponować mu reżyserię tegoż tekstu; połączyć tekst z reżyserem i kilkorgiem dobrych aktorów. Efekt murowany - z przedstawienia mają obowiązek wyjść zachwyceni i recenzenci, i widzowie.
Tak właśnie w teatrze Dramatycznym zbudowano dramat “Niepokoje wychowanka Torlessa”. Musil swoją powieść umieścił w szkole kadetów. My mamy uniwersalny “Instytut”, w którym kształcą się młodzi, ale już pełnoletni chłopcy. Tacy, których stać na prostytutkę i stać na znęcanie się nad kolegą. Cóż, powiemy, “fala” była, jest i będzie w każdym z takich ośrodków. W każdym z nich musi znaleźć się też ten, który będzie ofiarą, osobnikiem do wykonywania najbrudniejszej roboty. A jeżeli na dodatek tą ofiarą jest złodziej, okradający swych kolegów? Znęcać się nad nim jest tak łatwo…
Aby “fala” była czytelniejsza, mamy silnie uwypuklony wątek gejowski. Przecież ma być modnie i “głęboko”. Kuba Kowalski, ów młody reżyser, robił, co mógł, aby nas przekonać, że świat cesarsko-królewskiej Austrii i nasz świat jest taki sam. Że chłopcy zawsze popełniają mnóstwo błędów, lecz ukochane matki przyjmą ich zawsze do swych domów. Było więc filozoficznie (długo), gejowsko (nago) i brutalnie (w szamotaninie na podłodze).
Widzowie na premierze poklaskali (krótko) i poszli do domów. Czy zapamiętają uniwersalizm przesłania Roberta Musila? Nie wiem.
W każdym razie mamy kolejne “modne” przedstawienie na afiszach teatrów warszawskich. I dobrze.

Next Page »