Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

July, 2007 w archiwum

No i po wczasach

Wczasy za granicą rzecz interesująca. A co dopiero, gdy człowiek praży się w temperaturze 40 stopni i wchodzi do morza, które ma trochę ponad 30… Człowiek praży się i ma czas na obserwowanie przemysłu turystycznego będąc obiektem, przedmiotem, który ma być zadowolony ze swego wypoczynku jak tysiące podobnych osobników znajdujących się w okolicach.
Mam być zadowolony, więc jestem. Płynę na wielkim pontonie dość wartką od czasu do czasu rzeczką (to się oficjalnie nazywa rafting). Wokół nas inne pontony. Pochlapujemy się prowadząc małe bitwy rzeczne. - Ile osób spływa tędy dziennie? - pytamy. - Około sześciu tysięcy - pada odpowiedź. No tak, nie ma to jak wypoczynek zbiorowy…
Jedziemy do słynnych ruin starożytnego miasta. Wycieczka zorganizowana przez renomowane biuro podróży, ponoć najlepsze w kraju. Godzinka jazdy - sklepik przydrożny. Kolejna godzinka - znów sklepik. Kawałek dalej: - Tu, proszę państwa, mają państwo możliwość zjeść znakomity obiad, nie jest on wliczany w koszty wycieczki… - Mamy więc przerwę. W powrotnej drodze jeszcze tylko obowiązkowy postój i degustacja miejscowych win, kolacja (już w ramach opłaty za wycieczkę), dwa krótkie postoje (bo pewnie nie kupiliśmy pamiątek jadąc w tamtą stronę). Wycieczka od szóstej rano do dwudziestej drugiej. Czy poza postojami i posiłkami coś jeszcze? Oczywiście. Zwiedzaliśmy ruiny i miejscowe cuda natury nieożywionej wpisane na listę UNESCO. Mieliśmy na to diwe godziny i dziesięć minut. Ale cóż to wobec możliwości zakupu miejscowych win… W tym fragmencie przemysłu turystycznego wzięło razem z nami udział także kilka tysięcy innych. Może innym organizatorzy dali dwie godziny i dwadzieścia minut na zwiedzanie? Szczęściarze….
Po dwóch tygodniach zwiedzania, pływania, jedzenia (śniadanie od siódmej) , jedzenia, jedzenia, opalania się, jedzenia (ostatni posiłek o północy) wracamy do domu. Zadowoleni? Oczywiście (choć chciałbym po tych ruinach chodzić co najmniej cztery godziny). Wypoczęci? Nie da się ukryć. Przemysł turystyczny zrobi wszystko, abyśmy już teraz zaczęli myśleć - gdzie by się tak wybrać za rok… Temperatura minimum 35, a morze 28. Gdzie to będzie?

Wakacje

Cóż, przyszła pora na wakacje.
Całe lata zdumiewał mnie fakt, że ludzie chcą latem przebywać w tłumie - nad jeziorami, nad morzem, w górach. Czy to może być wypoczynek? Dziwiłem się, organizując obozy harcerskie, że ktokolwiek chce walczyć o swoje grajdoły (to takie miejsca na nadmorskiej plaży, które zajmuje jedna rodzina), chodzić na smażone rybki i opalać się wśród setek podobnych osób opalających się wokół. Nie da się ukryć - życie pod namiotem na obozie stałym, pod namiotem lub w schroniskach na obozie wędrownym to był jedyny sposób na spędzanie najpierw wakacji, a później urlopu. Gdzieś później zaświtał nam genialny rodzinny pomysł - można na wakacje wynająć sobie chatę, żyć w warunkach bardziej cywilizowanych niż na obozie, ale nadal w jakiejś głuszy. A jeżeli owa chata znajduje się na wyspie gdzieś w okolicach Sztokholmu - wypoczynek musiał być nadzwyczajny.
I co się ostatnio wydarzyło? Z naszych lasów, znad jezior, ze szwedzkiego zimnego Bałtyku częściowo zrezygnowałem rz rzecz wypoczynku nad Morzem Śródziemnym. Gorące słońce, gorące morze, góry gorącego (i zimnego) jedzenia. I wokól tłumy… Czy tak jest, że w pewnym wieku człowiek staje się leniwy i nie chce mu się spać w śpiworze w mokrym namiocie? Chce jeść dobrze, coś przy okazji zwiedzić. I lenić się…
Ale nie jest tak całkiem ze mną źle. Na przykład przez 10 dni w małym namiocie na karimacie spać będę w tym roku na zlocie ZHP w Kielcach.
Ale jutro pływać już będę w Morzu Śródziemnym, co chciałem w takiej formie oznajmić i przy okazji wszystkim czytelnikm moich zapisków tego samego życzyć.

III j i kilka refleksji

Refleksja I - internetowa demoralizacja
Przez kilkanaście lat pracowałem jako dziennikarz. Zasada w redakcji była prosta: anonimy wrzucamy do kosza. Dziś w dobie wszechwładnie panującego internetu i licznych list dyskusyjnych oraz komentarzy na stronach nastąpiły tak ogromne zmiany w mentalności społeczeństwa, że anonimowe inwektywy, plecenie bzdur, obrażanie ludzi jest na porządku dziennym. Internetowa demoralizacja wśliznęła się też do III j. Każdą sprawę między ludźmi cywilizowanymi można załatwić w sposób cywilizowany. Moja była uczennica xxx tego nie zauważyła. Powiecie - ogromnie zbulwersowało ją podanie w felietonie wyników matury z polskiego. Ale czy taka może być reakcja na mój spokojny i wyważony tekst? Mam nadzieję, iż xxx jest tylko zdemoralizowana w tej sferze.
Refleksja II - znienawidzony nauczyciel?
Wytłumaczeniem komentarza xxx może być jakaś dawna, zapamiętana, zapiekła nienawiść do nauczyciela języka polskiego. Nie jest miło występować w pozycji osobnika, do którego ktokolwiek żywi takie uczucia. Dlatego pozostaje pytanie, cóż takiego ów nauczyciel zrobił, czym się naraził uczennicy? Tego nie wiem i pewnie się nie dowiem.
A może uczennica xxx uznała, iż jestem bardzo słaby, a słabego łatwo skopać? I to nie nienawiść, ale lekceważenie? Ja jestem mądra, śliczna, najbardziej kochana, wiem, czego, chcę. A tu jakiś przeciętny, beznadziejny, okropny (niepotrzebne skreślić) belfer jeszcze śmie komentować moją maturę? I pisze, że ze mną (i całą klasą) pracował?
Refleksja III - pracował czy nie pracował?
Xxx napisała, że moja praca z klasą była żenująca. (Dołączyła tu swoje poparcie ow). Silne. Żenujące lekcje, tematy lekcji, prowadzenie czy żenujące zachowania niektórych uczennic na lekcji? Żenujące z mojej strony propozycje interesowania się wydarzeniami kulturalnymi? Żenująca wycieczka do Wilna, spacery po Warszawie? A może propozycje dodatkowych spotkań dla części uczniów? Sprawdzanie konspektów? Czytanie tekstów prezentacji? Owszem, były w klasie osoby, które zdecydowały, że będą się do matury przygotowywać we własnym zakresie, że współpracować ze mną nie będą, bo są korepetytorzy, którzy wszystkiego nauczą. Było to żenujące. Nieprawda, iż zawdzięczają te osoby mi “nic”, ale mają one własny pomysł na sukces. Nie należy tego jednak mieszać z dwoma latami naszej wspólnej pracy w klasie (i z klasą).
Refleksja IV - o prywatności
Mam inne zdanie niż część klasy (w tym LA) na temat naszej prywatności. Gdybym zachowywał się jak LA, ta strona by nie istniała. Istniałby blog “belfra”, całkiem anonimowy, jak większość, jakie czytamy. Pisałbym anonimowo o wszystkim, ostro i bez pardonu. Ale jest inaczej. Moim zdaniem zasada prywatności nie została przeze mnie złamana. Rozszyfrować wyniki, połączyć imiona z nazwiskami mogły tylko osoby w klasie III j lub z klasą zaprzyjaźnione. A więc te, dla których te wyniki nie są tajne. W innych szkołach rzeczywiście wyniki matur się wywiesza, tak jak wyniki osób przyjętych do szkoły ponadgimnazjalnej. Ktoś nie związany z klasą, gdyby wszedł na stronę, nie wiedziałby, kto to jest Zosia, Krysia, Kasia czy Wiesia. Nawet gdyby to była Zosia B. Pełna prywatność zachowana. Zmieniłem tekst felietonu, usunąłem imiona. Boksowanie się w tej sprawie nie miało sensu, przecież nie pisałem tekstu, by komukolwiek sprawić przykrość, lecz dokonać analizy przeciętnych wyników części klasy.
Refleksja V - podziękowania
Dziękuję tym kilku osobom, które zechciały napisać normalne komentarze o naszej współpracy. Frustraci zawsze będą istnieć na świecie (widzimy to na co dzień, obserwując naszych polityków), ale na szczęście przeważają ci, którzy inaczej oceniają rzeczywistość. Bo gdybyśmy poszli drogą xxx, z naszych wspólnych (i indywidualnych) wysiłków zostałoby po prostu żenujące nic.
Prośba
Nie zamykam możliwości komentowania powyższego tekstu, ale chciałbym prosić o nierozwijanie dyskusji. Chyba dostatecznie dużo zostało uprzednio powiedziane. A zawsze możecie do mnie napisać maila, odpowiem.

Co dalej z Ocyplem?

Lato, w tej części mokre, trwa. Krótki pobyt w naszym ośrodku kolonijnym zmusza do kilku refleksji.
Od lat nie potrafimy znaleźć właściwej koncepcji zarządzania “Słoneczną republiką”. Niegdyś, przed laty, gdy mieliśmy dotacje państwowe, a standardy w tego rodzaju ośrodkach były znacznie niższe, nasz Ocypel był jednym z najlepszych i najbardziej zadbanych ośrodków ZHP. Idealny na kolonie zuchowe w taki sposób był wykorzystywany przez pełne trzy turnusy.
Dziś czasy są inne. Zuchów mniej (w tym roku około setki z naszego hufca), harcerzy także, a poziom związany choćby z warunkami higieniczno-sanitarnymi znacznie, znacznie wyższy. Stąd kłopoty. Rodzice chcieliby dla swoich dzieci pokojów z łazienkami, a my dysponujemy jedną łaźnią… Na szczęście w Ocyplu mamy znakomite wyżywienie przy niewielkiej stawce. Tu nasz ośrodek może spokojnie być porównywany z najlepszymi.
Zarządzanie ośrodkiem to inwestycje i remonty w sensowny sposób zaplanowane, to zdobywanie środków, przygotowanie ośrodka do sezonu, zbieranie chętnych na wyjazd do Ocypla, przeprowadzenie dwumiesięcznej akcji, aby przyniosła ona zyski. Na każdym etapie mamy z tym kłopoty. Dziś podstawowym jest różny poziom kadry. Nie ma problemu z naszymi drużynowymi i przybocznymi. Ci robią wszystko, aby zuchy i harcerze z NS przeżywali swą wielka przygodę. Ale gdy się trafi kadra z innej chorągwi, teoretycznie tak samo dobrze umiejąca poprowadzić obóz jak nasza? Co zrobić z kadrą hufca, który wynajął część “Słonecznej republiki”, ale instruktorzy nie mają zamiaru prowadzić zajęć? Harcerze nudzą się i różne głupie myśli przychodzą im do głowy… A komenda ośrodka jest dziś bezradna.
Przygotowujemy się do listopadowego zjazdu hufca. Jedną z uchwał powinna być ta dotycząca stałej bazy hufca. Bo stagnacja (nie piszę tu o programie kolonii zuchowej - ten jest wzorcowy) w sferze kierowania całym ośrodkiem jest widoczna. Nie wystarczy pełna poświęcenia praca Krysi. działanie po omacku, na wyczucie nie przyniesie właściwych efektów, a powinny nimi być:
- zadowolenie wszystkich dzieci i całej młodzieży z wypoczynku w Ocyplu,
- zarobienie na przeprowadzonej akcji, by pieniądze starczyły tak na nowe inwestycje, jak i częściowe utrzymanie hufca w czasie roku harcerskiego.
Jak do tego doprowadzić? Odpowiemy sobie na to pytanie w dwóch dokumentach - opracowywanej Strategii hufca do roku 2011 oraz wymienionej już uchwale w sprawie funkcjonowania naszego ośrodka kolonijnego. A później wystarczy odpowiednie zapisy wprowadzać w życie. Powinno wreszcie nam się udać.

III j i matura z polskiego

Wpis niniejszy jest zmieniony. W wersji pierwotnej zawierał imiona wszystkich uczniów. Wywołało to ostrą, negatywną reakcję części byłej klasy III j. Można przeczytać to w komentarzach, których nie usuwam. Żyjemy, jak zwykle, w ciekawych czasach… Zdziwiony jestem takimi reakcjami - nie treścią, ale tonem. W każdym razie nie ma już w poniższym tekście imion. Treści pozostają bez zmian.
To nasza wspólna matura - bo przecież razem z “III j” przez dwa lata pracowałem, aby wypadła ona (matura i klasa) jak najlepiej. Teraz pora na podsumowanie.
Ustne prezentacje - to już historia - duży sukces. Część klasy otrzymało 20 punktów, najgorsza ocena w granicach 50%. Moje - nasze wysiłki nie poszły na marne.
Teraz podsumujmy wyniki egzaminu pisemnego. Generalnie - poniżej możliwości dużej części moich uczniów (a właściwie uczennic). Jedna osoba z 96% zdobytych punktów wiosny tu nie czyni.
Dobre, czwórkowe uczennice: 67%, trzy razy po 66%, dwa razy po 63%, 59%. A więc duża część dziewcząt, które powinny mieć ponad 70%, zdobyły mniej więcej po dwie trzecie możliwych do zdobycia punktów. Jedni powiedzą - to zupełnie niezłe wyniki, ale ja nie jestem usatysfakcjonowany.
Z drugiej strony słabeusze - niespodziewanie dobre. Wyniki od 56 do 61%. Dla nich to sukces, moim zdaniem duży. Spłaszczyły się wyniki w klasie, okazało się, iż uczennice dobre oraz te czasami z pewnym trudem dopuszczone do matury uzyskały podobne oceny. Czy było tak, że te lepsze były przekonane, iż maturę z polskiego napiszą z marszu, więc się do niej za bardzo nie przygotowywały, a te słabsze przed maturą przyzwoicie, solidnie pracowały?
Jest kilkoro uczniów, tych dobrych i dostatecznych, którzy napisali maturę na dobrym poziomie - od 70 do 73%. To jest w porządku, takie wyniki powinni mieć wszyscy.
Dwie matury zdecydowanie słabsze, pewnie z różnych powodów.
Osobny rozdział to poziom rozszerzony. Od 70 do 50%. Gdybyście pisały na poziomie podstawowym, na pewno miałybyście dużo lepsze wyniki. Ale podjęłyście to ryzyko…
Matura za nami. Pan Giertych na szczęście nikomu (tak jak w całej szkole) nie musiał pomagać. Teraz czekam na oceny waszych prac magisterskich.

Next Page »