Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

August, 2007 w archiwum

Znów o lekturach

Długo trwały przepychanki z byłym ministrem Giertychem o listę lektur szkolnych. Nie miało być Gombrowicza - był Gombrowicz. Wyleciał Witkacy albo wracał. No i ten Conrad, i Schulz… Jakaś walka o “Potop”, który w lekturach był, ale ten tytuł minister ponownie wprowadzał. Tego się nie dało zrozumieć.
A tu chyłkiem, cichutko nowy minister szybciutko podstawy programowe zmienił, zestaw lektur wprowadził od 1 września i całą dyskusję zakończył.
Ba, gdyby to było proste - zakończyć dyskusję i przystąpić do realizacji nowo opracowanych programów. Ale proste to nie jest. Bo panaministrowe decyzje to kolejny krok do psucia i tak popsutej przez panaministrowych poprzedników reformy szkoły. W czym rzecz? Otóż przed laty, gdy przystępowano do zmian strukturalnych i programowych szkoły, zakładano, iż nauczyciel języka polskiego będzie miał duży margines wolności w budowaniu programu, między innymi dlatego, że może osiągać ten sam efekt, ten sam cel, posługując się innym materiałem - innymi lekturami. Dziś jest to niemożliwe. Dziś mamy taki zestaw lektur, że poza nim nie da się już omówić ani jednego tekstu. Nie wierzę, abym mógł rozmawiać w klasie o współczesnych powieściach, jeżeli pan minister dołożył mi (nam) teksty z kręgu kultury chrześcijańskiej: “Qvo vadis”, Jana Pawła II, kardynała Wyszyńskiego, Hannę Malewską itd. Czy pan minister policzył, ile stron tekstu ma dziennie przeczytać przyszły uczeń trzeciej klasy liceum? Nawet nowatorskie “Jądro ciemności” Conrada wymieniono na Conradowskiego tradycyjnego “Lorda Jima”. Nie tylko materiał trudniejszy w interpretacji zmieniono na łatwiejszy, ale także krótszy na dłuższy. I w tym tłoku lektur cudowna “Madame” (w podstawie rozszerzonej) też mi ciąży. O ile piękniej było, gdy rozmawialiśmy w klasie na jej temat kilka lat temu, zaraz po wydaniu, jako tekście zaproponowanym przez uczniów.
Jedyny ratunek w tym, że niedługo przyjdzie nowy pan minister, ponownie zmieni podstawy programowe i jakoś nam ulży. Bo na szczęście zmiany w klasie pierwszej liceum są niezauważalne, więc można w tym roku pracować według starych programów i tym samym podręczników. A za rok, w klasie drugiej, wszystko wróci do normy. Oby.
PS A maturzyści i tak mają realizować programy opracowane według starej podstawy, więc się u nich nic zmienia.

O kondycji na skromnym przykładzie

Wśród kandydatów na funkcję naczelnika pojawia się od pewnego czasu wyłącznie Rafał. Czyżby miał on pozostać jedynym kandydatem i obradujący za dwa tygodnie zjazd będzie musiał głosować za lub przeciw niemu? Mam nadzieję, że pojawi się kontrkandydat (kontrkandydaci), by delegaci mieli szanse na wybór między różnymi koncepcjami kierowania Związkiem Harcerstwa Polskiego. Rafał (lub inny wybrany na zjeździe naczelnik) nie będzie miał prosto - z finansami organizacji nadal nie jest najlepiej, program ZHP, mający scalać wszystkie chorągwie, musi zostać ożywiony, CSI powinna odzyskać swój autorytet. Nawet gdy rozmawiamy o obozach harcerskich, wydaje się, że niektórzy zapomnieli, jak je organizować. Wydawnictw harcerskich jak na lekarstwo. Przykłady można mnożyć.
Ja jednak, zamiast pokazywać, jak wiele mamy do zrobienia (piszę w liczbie mnogiej, bo wszyscy instruktorzy Związku będą w jakiejś formie z nowym naczelnikiem współpracować), napiszę o jednym wybranym problemie - kondycji naszej organizacji.
Jest ona, ku pewnie zdumieniu licznych, dobra. Oczywiście mógłbym tu przytaczać argumenty wszystkim znane na temat naszej reprezentacji na Jamboree - jaka była znakomita. (Nie byłem, ale miałem ze zlotu wiele różnorodnych informacji). Mógłbym pokazywać świetną kondycję naszych środowisk na zlocie w Kielcach. (Tu byłem). Ale zajmę się pewnym elementem planowanego za rok zlotu Silesia.
Jest to, jak wiemy, kolejny zlot skautów Europy Środkowej i Wschodniej, tym razem organizowany przez Polskę. Zlot przeprowadzony będzie w Chorzowie, wykorzystane zostaną wszystkie możliwości tego ośrodka, komenda w większości to instruktorzy Chorągwi Śląskiej przez komendanta tejże chorągwi zatwierdzeni. Nie ma w tym nic takiego, co mogłoby pozwolić na wydawaniu opinii na temat kondycji ZHP.
Zetknąłem się tu jednak z przypadkiem niebywałym. Są oto w harcerstwie fani tych zlotów, opinia o nich jest na taka, że już dziś niczym pospolite ruszenie zgłaszają się instruktorzy i wędrownicy, którzy chcą ten zlot organizować, prowadzić zajęcia programowe (przez siebie wymyślone), ba, zgłosiła się pierwsza grupa chętna do pełnienia służby porządkowej. Kadra zlotu musi liczyć co najmniej czterysta osób i gdy tylko komenda zlotu uszczegółowi koncepcję poszczególnych bloków programowych, wszyscy chętni zaproszeni będą do pomocy (wśród nich także skauci z Czech, Węgier i Słowacji). Ale już dziś wiadomo - mamy rzeszę kadry, której się chce zrobić coś dla innych. A jeżeli tak, to z kondycją ZHP nie jest źle.

I po zlocie

Pora na podsumowanie zlotu kieleckiego. I, wierzcie mi, nie jest to proste. Dlatego w tym tekście pójdę na łatwiznę i zrelacjonuję opinie harcerzy spoza Polski.
Gościliśmy sześć reprezentacji - z ZHPpgK (przyjechała ze Stanów Zjednoczonych), z Litwy, Białorusi, Czech, Mołdawii i Kazachstanu. Opiekowałem się nimi na zlocie i dlatego mogę ich opinie przedstawić. Jaki był to zlot zdaniem tych harcerzy?
Był bardzo, bardzo udany. Podobały im się zajęcia programowe, tak te przedpołudniowe - w miejscach programowych - jak i popołudniowe i wieczorne. (- Od trzeciego dnia zlotu przestaliśmy brać bilety, i tak by dla wszystkich nie wystarczyło, szliśmy na pasujące nam zajęcia i zawsze byliśmy przyjęci - powiedział jeden z instruktorów). Dla harcerzy z Białorusi najwspanialsza była wyprawa do Warszawy na Dzień Wojska Polskiego, dla reprezentacji z Czech zajęcia “adrelinowe”, dla harcerzy z Kazachstanu - te na wodzie (nic dziwnego, wody u nich bardzo mało), z Litwy - koncerty. Za to Kasia z USA stwierdziła, że ogromnym plusem zlotu była otwartość, przyjaźń wszystkich uczestników. Pewnie coś w tym jest - dobrych zajęć było wiele (nikt nie wymienił wesołego miasteczka!), ale najważniejsze było autentyczne braterstwo. Bardzo dobrze też zajmowali się tymi grupami ich opiekunowie ze strony polskiej.
Tu dygresja - wypowiedź instruktorki, komendantki drużyny zlotowej: - Zupełnie nie sądziłam, że instruktorzy i harcerze z naszej chorągwi są tak znakomici. Dzięki komendantowi naszego gniazda nie mamy żadnych problemów. Ten zlot doprowadzi do współpracy naszych hufców, a to od lat nie miało u nas miejsca.
Słabe strony zlotu? Po pierwsze - brak możliwości palenia ognia, a więc niemożliwość organizowania normalnych ognisk harcerskich. Bo co to za harcerstwo bez ognisk? Po drugie - słaby przepływ informacji. O wielu imprezach po prostu w gniazdach nie wiedziano. Czemu to gazeta zlotowa nie podawała bardzo precyzyjnego rozkładu zajęć na następny dzień? Bo to wymagało nieco pracy? Po trzecie - jedzenie. I nie chodzi tu tylko o owe słynne krokieciki (ja je zjadłem!), lecz także punktualność na przykład śniadań w gniazdach. Kończyły się one niekiedy około dziewiątej, a więc harcerze nie mogli zdążyć na poranne zajęcia.
Gdy analizuję te opinie, wydaje mi się, że plusów było znacznie więcej od minusów. Harcerze spoza Polski wyjechali ze zlotu zachwyceni i nic tego zachwytu nie zmieni. Czy taka sama jest opinia harcerzy z Polski?

Defilada

Tego już dawno nie było. Defilada, jak w dawnych peerelowskich czasach. Przed nami czwórkami stoją przed przeglądem wojska równe pododdziały żołnierzy obok nas rozentuzjazmowany tłum. To było przepiękne. Szczególnie, że żołnierze w pełnym umundurowaniu stoją bez ruchu na pełnym słońcu. A praży ono ostro.
Nie, jest jedna zasadnicza różnica między aktualną Rzeczpospolitą (ponoć czwartą) a PRL. Jako pierwsi maszerować będą (z pewną nonszalancją, ale cóż - wolno im) żołnierze z naszych misji pokojowych. Zawodowcy. Śniade twarze, pustynne mundury, średnia wieku też dość wysoka.
Czekamy. Pan prezydent się nieco spóźnia (niektórzy goście na trybunę honorową nie dotarli z uroczystości, które odbywały się pod Grobem Nieznanego Żołnierza), ale kilka minut po czternastej rozpoczyna przegląd. Biedny prezydent, myślę, gdy upływają kolejne minuty. Długą ma pieszą drogę z placu Na Rozdrożu do pomnika Piłsudskiego. Żołnierze stoją, a ja martwię się o zdrowie prezydenta. - Jedzie, jedzie - słyszę w tłumie. Co? Jedzie? I rzeczywiście - na wysokim wojskowym wozie w pozycji papieskiej, stojąc i machając z lekka do tłumu, przemieszcza się pan prezydent. Choć nie da się ukryć, że główną postacią, na którą zwróciłem uwagę, był stojący z tyłu oficer BOR. Prezentował się przepięknie.
W naszym sektorze oklaski mierne, z drugiej strony ulicy znacznie bardziej entuzjastyczne. Czyżby tam było więcej niż u nas zwolenników Radia Maryja?
Jeszcze chwila oficjalnych uroczystości, jeszcze hymn i już może zacząć się DEFILADA! Jest nadzwyczajnie! Przed nami maszerujący żołnierze, nad nami samoloty, przed nami konnica, wozy pancerne, czołgi, i jeszcze helikoptery, i jeszcze jakieś inne pojazdy.
Z głośników płynie informacja, jaki to mamy nowoczesny sprzęt, choć ja cały czas z uwagą i napięciem patrzę, czy przed nami nie będzie przypadkiem przejeżdżać słynny czołg “Rudy”. Nie, “Rudego” nie było, a to oznacza, że jednak nie przenieśliśmy się w czasy PRL, że nadal jesteśmy w NATO. Naprawdę dobrze żyć w czwartej (chyba) Rzeczpospolitej.

PS Spojrzałem na statystykę. To właśnie stopięćdziesiąty mój felieton na tej stronie. No i dobrze!

Kielce, czyli deszcz

Trzeba mieć niesłychanego pecha. I to nie ja, ale cała organizacja. I to przez zwykły, normalny deszcz. To nawet to nie była wichura, jak w 2000 roku w Gnieźnie. Tylko solidny deszcz.
Najpierw apel sobotni - otwarcie zlotu. Na boisku kilka tysięcy harcerzy, na trybunie kilkanaście zacnych osób, w tym prezydent Ryszard Kaczorowski i pani minister Anna Fotyga. A nad nami pech - okropne chmury, z których spadają co prawda dość ciepłe, ale rzęsiste krople. Nie można stać spokojnie, uczestniczyć w apelu, gdy wszystko wokół staje się coraz bardziej wilgotne…
Swoją drogą bardzo się dziwię takiej napuszonej, apelowej formie rozpoczęcia zlotu. Ten marsz naszych przemokniętych harcerzy był nieco groteskowy. W tej sferze jesteśmy mało skautowi. Na całym świecie otwarcie zlotu to manifestacja młodości i radości - u nas pseudowojskówka, przytupywanie, salutowanie sztandarami, stanie w szeregach, wysłuchiwanie rozkazów. Nie, nie doszliśmy tu jeszcze do skautingu.
Niedziela była jeszcze gorsza. Najpierw większość harcerek i harcerzy nie dotarła do Kielc na mszę (transmitowaną przez telewizję, z prymasem Glempem jako jednym z koncelebransów). Ale tym razem to już nie był deszcz, lecz burza z piorunami. Woda płynęła jezdniami, tak że nie można było przez nie przejść. Ci, których miałem możliwość obserwować na placu przed katedrą, byli przemoczeni do suchej nitki.
Nie zdziwiliśmy się więc, gdy w czasie wieczornego koncertu na Kadzielni po czterdziestu minutach występu zaczęło najpierw siąpić, a później solidnie padać. W amfiteatrze pozostało kilkaset osób (ja też), ale jak dobrze się bawić, gdy wszędzie jest tak mokro?
Zastanawiam się więc, czy nie jest tak, że Ten, Co Na Górze nie jest nam specjalnie przychylny? A może chce nas doświadczyć i sprawdzić, czy jesteśmy prawdziwymi skautami i pogwizdujemy w każdych okolicznościach? Nie wiem.

Next Page »