Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

September, 2007 w archiwum

Szósta z minutami

Chodzę od czasu do czasu na spektakle teatrów amatorskich, tych, które mają ambicje stać się profesjonalnymi, zwyciężającymi na przeglądach zespołów amatorskich, o których krytycy mówią: “wybitni”, “ciekawi”, “znakomici”… Pobiegłem więc na przedstawienie “6:27″ “Teatru Art. 51 ze Zgierza”.
Zapowiedziano go hucznie: “Grupie Art. 51 udało się stworzyć teatr szalenie sugestywny i mistrzowsko operujący teatralnymi tworzywami; udało się dotrzeć do tej delikatnej granicy pomiędzy teatralnym a rzeczywistym życiem i ograć ją tak, że chwilami ciężko powiedzieć, po której właściwie stronie się znajdujemy”. Prawda, jak to ładnie brzmi? Teatr sugestywny i operujący mistrzowsko. Teatr, któremu udaje się dotrzeć do delikatnej granicy… Padły jeszcze słowa “Godot”, “teksty Eliota” i “Polska”. Uff.
Na scenie biało-czerwony “przystanek”. Narodowy. Na przystanku gość brzdąkający (no nie, tak naprawdę grający) na elektrycznej gitarze. Godzina 6.27? Wszak to norma w Polsce - rankiem na gitarze elektrycznej gra milczący młody mężczyzna. Jakaś dziewczyna w białej grubej, brzydkiej sukience wchodzi i recytuje zapowiadanego Eliota. Później inna w szortach i wysokich obcasach też coś recytuje. Gdybym nie przeczytał wcześniej, że ta pierwsza to panna młoda, a ta druga to dziwka, zupełnie bym się nie domyślił. Ja domyśliłem się - umiem czytać, ale czy tak samo myśli młodociana gimnazjalna publiczność zaproszona na przedstawienie przez organizatorów? Oni pewnie w internecie tekstów o “6:27″ nie czytali.
Scenki na owym patriotycznym przystanku są różne. Na przykład grajek wraz z jedną z dziewcząt milcząco wypalają papierosa. Czekają na autobus? Nie przyjedzie on, jak nie przyszedł u Becketta Godot? Taka głębia, że można by się było w niej utopić. Część biała naszej flagi to także ekran. Czasami tańczy na nim jak w teatrze cieni dziewczyna trzymająca nić-linkę. Jedna z Parek? To nić naszego życia? A może element scenografii? Czasami w tym teatrzyku cieni widać przesuwające się sylwetki ludzi-wycinanki. No i co? Ano nic.
Recenzent napisał: “6:27″ to spektakl bardzo oszczędnie operujący znakiem teatralnym, a zatem kontestujący utarte i oswojone sposoby recepcji. Stawiając opór wymaga szczególnego rodzaju koncentracji - ten zaś pozwala pokonać barierę dzielącą scenę i widownię, wciąga w środek spektaklu.
Oświadczam, że bariera pokonana nie została. W żadnym środku się nie znalazłem. Raczej współczułem męczącym się aktorom. Bo czy trzy dobrze recytujące dziewczęta, plus gitara, plus rzutnik, plus Eliot, plus przystanek z ławeczką, plus milczenie i kilka innych elementów daje teatr? Nie jestem tego pewien.

Epitafium dla Wojtka

Żadne słowa nie są w stanie oddać bólu człowieka po stracie najbliższej mu osoby. A jednak musimy żyć ze świadomością, iż każdy z nas wcześniej lub później pożegnać się musi z tym, co go otacza – niebieskim niebem, słonecznym upałem lub zimową zawieruchą. Na ziemi pozostanie rodzina i przyjaciele, którzy wspominać będą dawniejsze i bliższe lata, sukcesy i klęski, wspólne radości i smutki.
Dziś pożegnaliśmy naszego Druha, przyjaciela, współpracownika harcmistrza Wojciecha Nowotnego – od lat związanego z Główną Kwaterą ZHP, choć jego harcerskie korzenie były na Opolszczyźnie. Tam kierował drużyną, tam działał w komendzie chorągwi. Zaczął Wojtek jak wielu z nas, instruktorów harcerskich, od turystyki, od sportu. Ta było jego pasją i tę pasję mógł w harcerstwie realizować. Ci, którzy znają go z tamtych lat, pamiętają prowadzone przez niego rajdy czy zawody. Gdy awansował do Głównej Kwatery, mógł wykazać swe nieprzeciętne zdolności organizacyjne. Wojtek był współorganizatorem Centralnego Rajdu Kopernikańskiego w 1975 r., był komendantem kieleckiego Harcerskiego Festiwalu Kultury Młodzieży Szkolnej w roku następnym. Został dziennikarzem w Rozgłośni Harcerskiej.
Przez lata pełnił służbę w Głównej Kwaterze, tak jak jego żona – instruktorka harcerska – Ela. Ciężki wypadek, groźny dla jego życia, wytrącił go z codziennej aktywności. Niegdyś radosny, zawsze młodzieńczy, po wypadku poruszał się z trudem. Jednak żył wśród nas i nieustannie cieszył się naszą ogromną przyjaźnią.
Gdy przyszły ciężkie dla ZHP czasy i były one także trudne dla Rozgłośni Harcerskiej, na początku lat dziewięćdziesiątych kierownictwo Związku poprosiło go, aby został dyrektorem tej placówki. Starał się zrobić wszystko, aby rozgłośnia, będąca dla poprzednich pokoleń młodzieży radiem kultowym, zachowała swój harcerski charakter. Jednak utrzymanie rozgłośni było dla harcerstwa zbyt trudne i Wojtek stał się, wbrew swej woli, archiwistą i tym, który mógł przekazać do Muzeum Harcerstwa ogromne zbiory niesłychanie cennych dokumentów i nagrań.
W ciągu ostatnich lat Wojtek powoli od nas odchodził. Tak mu było pisane. Poruszał się coraz słabiej, mówił z coraz większym trudem, aż kilka dni temu zasnął na zawsze.
Gdy myślę o Wojtku, a myśli tak samo cała znana mu wielka harcerska rodzina, nie jawi mi się on jako pan z laską, lecz młodzieńczy instruktor harcerski, z którym można było przenosić góry. Bo Wojtek taki był. Radosny, optymistyczny, nie poddający się trudom życia. Takiego będziemy go pamiętać, dobrego, uczciwego, mądrego człowieka.
Żegnaj, Wojtku!!!

Startówka 2007

Tym razem w Kazimierzu Dolnym. Ponad 60 instruktorów, wędrowników i grupa harcerzy starszych rozpoczęła startówką nowy rok harcerski w Hufcu Praga Południe. Szczepowi, drużynowi, przyboczni. Komenda hufca. Dominowała młodzi. Mocno jeszcze nieopierzeni. Zachowywali się jak członkowie normalnej drużyny harcerskiej a nie poważni instruktorzy i ci, którzy instruktorami lada dzień zostaną. Może dlatego, że zabrakło wielu tych najstarszych, tych, którzy dla grona przybocznych i niektórych drużynowych pozostają nieznanymi im autorytetami. Ot - członkowie Komisji Rewizyjnej. Będą niedługo, w czasie zjazdu hufca oceniać pracę komendy. Lecz kto ich oceni za brak aktywności? Ot - stateczna i odpowiedzialna komisja stopni instruktorskich. Jak mają się wzorować na członkach komisji nasi drużynowi, jeżeli zobaczyć mogą zespół komisji jedynie w czasie otwierania lub zamykania próby? A nasz krąg seniora? Fakt - jego członkini jest skarbnikiem hufca. Ale czy to nie za mała reprezentacja trzydziestoosobowego grona?
Niedawno usłyszałem: - U nas w hufcu tak marnie zdobywane są stopnie instruktorskie, bo wędrownicy, bo przewodnicy nie znają harcmistrzów i podharcmistrzów u nas działających. Nie znają swych potencjalnych opiekunów prób. Coś w tym jest. Na startówce obecnych było tylko pięcioro harcmistrzów (w tym jeden nie działający czynnie), chyba też pięcioro podharcmistrzów. Mało…
Pogoda była znakomita. Posiłki świetne. Program turystyczny przemyślany (kto nie lubi zwiedzać Kazimierza i Janowca), program harcerski świetny (będą inne hufce mogły wzorować się na nas, jak napisać dobrą strategię i nie tylko). No i atmosfera. Tak trzymajmy!
PS Ogłosiłem konkurs na miejsce i elementy programu startówki za rok. Dziś wiemy - spotkamy się (oby w pełniejszym gronie) w trzeci weekend września 2008 roku.

Mewa

Z grupą ukraińskich młodych pracowników naukowych ze Lwowa rozmawiam w kuluarach Teatru Wielkiego o przedstawieniu, które się za chwilę zacznie. - To “Mewa”, według Czechowa - mówię. - Mewa? Jaka mewa? On nie napisał mewy - odpowiadają. Chwila konsternacji. - To “Czajka”! - wybucha jedna z pań. - Znamy, znamy!!! Czytamy “Czajkę” w szkole.
Ta “Mewa” (lub “Czajka”) Czechowowski pierwowzór ledwo przypomina. Znakomity Boris Ejfman ze swym Sanktpetersburskim Teatrem Baletu nie tylko z dramatu stworzył przedstawienie baletowe, wykorzystując kilkanaście fragmentów utworów Rachmaninowa i dwa fragmenty Skraibina (co wcale nie dziwi), ale przeniósł akcję utworu do sali ćwiczeń i na scenę właśnie baletową. Mamy więc dodatkowe utrudnienie, by zrozumieć akcję, i tak zazwyczaj, jak to w balecie, ukazają metaforycznie.
Dlatego nie warto porównywać oryginału z widowiskiem Ejfmana. Raczej trzeba zachwycać się dziełem prezentowanym na deskach teatru. A dzieło to znakomite. W obsadzie, którą oglądałem, w roli Trieplewa tańczył Dmitrij Fiszer. Indywidualista, nie potrafiący znaleźć sobie miejsca w społeczeństwie. Zamknięty w klatce, w akwarium na początku przedstawienia, i wchodzący do tej klatki pod koniec. Na nic jego próby zyskania przyjaźni i miłości. Na nic próba konkurowania z podziwianym powszechnie Trigorinem (Juruj Smiekałow). Obie piekne kobiety - Nina (Marija Abaszowa), w której się Trieplew kocha, oraz Irina (Nina Zmijewiec) - wielka gwiazda i kochanka Trigorina, pójdą do gwiazdora. Trieplew nie znajdzie dla siebie miejsca w świecie teatru i poza nim. Na nic ratowanie przed upadkiem Niny. Ona i tak wybierze tego drugiego.
Do nieprawdopodobnego, cyrkowego niekiedy tańca czwórki solistów dochodzą sceny zbiorowe całego baletu. W różnej formie, różnych konwencjach świetnie prezentują swe mistrzostwo. A że nie jest to Czechow? Przecież na “Mewę” można pójść do zwykłego teatru…

Czyje sprawności?

Czyją własnością są regulaminy (programy) stopni harcerskich? Czyją własnością są wymagania na stopnie instruktorskie? A sprawności? Stare? Nowe? Opracowane przed wojną i te, które powstały rok temu?
Skąd te pytania? Wszak odpowiedź powinna być jedna. Własnością tych materiałów (tak jak regulaminu musztry oraz strategii ZHP) jest Związek Harcerstwa Polskiego. Oczywiście od chwili, gdy jako dokument Związku zatwierdzi go właściwa władza - Zjazd ZHP, Rada Naczelna, Główna Kwatera…
Wcześniej taki materiał jest opracowywany przez jakiegoś instruktora lub grupę instruktorów. Czynią go w jednym celu - aby po dyskusji w różnych gronach owa harcerska władza go zatwierdziła i przekazała organizacji do stosowania. Aż do czasu, gdy kolejna władza uzna, że regulaminy, programy, zasady trzeba odświeżyć, wzbogacić, zmienić…
Raz mamy próbę harcerza, raz Przyrzeczenie harcerz może złożyć dopiero po zdobyciu pierwszego stopnia. Kto jest właścicielem (a więc kto ma prawa autorskie) próby harcerza? Czy instruktor, który ów tekst stworzył?
Piszę te słowa po przeczytaniu listu, jaki jedna z instruktorek wystosowała do harcerskiego wydawcy pewnego regulaminu. Twierdzi ona, że niewymienienie nazwisk twórców owego dokumentu zatwierdzonego przez harcerską władzę jest złamaniem autorskiego prawa osobistego. Podpiera się przy tym autorytetem prawników.
Otóż nie, miła druhno i drodzy prawnicy. Jesteśmy instruktorami ZHP. Jako instruktorzy tej organizacji na zlecenie tejże organizacji wykonujemy określone prace, także piszemy różnorodne regulaminy. I są one własnością ZHP, a nie twórców. Za dzień, tydzień lub rok będą one zmienione przez innych instruktorów, wydrukowane i nikt nie będzie zwracał uwagi, że ktoś kiedyś je wymyślił. Bo Związek ma do tego prawo. I nie powinno być inaczej.

Next Page »