30/09/2007
Szósta z minutami
Chodzę od czasu do czasu na spektakle teatrów amatorskich, tych, które mają ambicje stać się profesjonalnymi, zwyciężającymi na przeglądach zespołów amatorskich, o których krytycy mówią: “wybitni”, “ciekawi”, “znakomici”… Pobiegłem więc na przedstawienie “6:27″ “Teatru Art. 51 ze Zgierza”.
Zapowiedziano go hucznie: “Grupie Art. 51 udało się stworzyć teatr szalenie sugestywny i mistrzowsko operujący teatralnymi tworzywami; udało się dotrzeć do tej delikatnej granicy pomiędzy teatralnym a rzeczywistym życiem i ograć ją tak, że chwilami ciężko powiedzieć, po której właściwie stronie się znajdujemy”. Prawda, jak to ładnie brzmi? Teatr sugestywny i operujący mistrzowsko. Teatr, któremu udaje się dotrzeć do delikatnej granicy… Padły jeszcze słowa “Godot”, “teksty Eliota” i “Polska”. Uff.
Na scenie biało-czerwony “przystanek”. Narodowy. Na przystanku gość brzdąkający (no nie, tak naprawdę grający) na elektrycznej gitarze. Godzina 6.27? Wszak to norma w Polsce - rankiem na gitarze elektrycznej gra milczący młody mężczyzna. Jakaś dziewczyna w białej grubej, brzydkiej sukience wchodzi i recytuje zapowiadanego Eliota. Później inna w szortach i wysokich obcasach też coś recytuje. Gdybym nie przeczytał wcześniej, że ta pierwsza to panna młoda, a ta druga to dziwka, zupełnie bym się nie domyślił. Ja domyśliłem się - umiem czytać, ale czy tak samo myśli młodociana gimnazjalna publiczność zaproszona na przedstawienie przez organizatorów? Oni pewnie w internecie tekstów o “6:27″ nie czytali.
Scenki na owym patriotycznym przystanku są różne. Na przykład grajek wraz z jedną z dziewcząt milcząco wypalają papierosa. Czekają na autobus? Nie przyjedzie on, jak nie przyszedł u Becketta Godot? Taka głębia, że można by się było w niej utopić. Część biała naszej flagi to także ekran. Czasami tańczy na nim jak w teatrze cieni dziewczyna trzymająca nić-linkę. Jedna z Parek? To nić naszego życia? A może element scenografii? Czasami w tym teatrzyku cieni widać przesuwające się sylwetki ludzi-wycinanki. No i co? Ano nic.
Recenzent napisał: “6:27″ to spektakl bardzo oszczędnie operujący znakiem teatralnym, a zatem kontestujący utarte i oswojone sposoby recepcji. Stawiając opór wymaga szczególnego rodzaju koncentracji - ten zaś pozwala pokonać barierę dzielącą scenę i widownię, wciąga w środek spektaklu.
Oświadczam, że bariera pokonana nie została. W żadnym środku się nie znalazłem. Raczej współczułem męczącym się aktorom. Bo czy trzy dobrze recytujące dziewczęta, plus gitara, plus rzutnik, plus Eliot, plus przystanek z ławeczką, plus milczenie i kilka innych elementów daje teatr? Nie jestem tego pewien.

Komentarz