Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

October, 2007 w archiwum

I Bóg stworzył

Rafał, czyli Rafalala postanowił być sławny. O to nie trudno. Chodzi po Warszawie i zadaje pytanie: - Czy zna pani/ pan kobietę z penisem? - Gdy otrzymuje odpowiedź negatywną (a niby jaką ma otrzymać?), mówi: - Bo ja własnie taką kobietą jestem. = Rafał, czyli Rafalala ubiera się w wyzywające szmatki, robi ostry makijaż, bierze mikrofon do ręki i pyta jednego z najbadziej znanych gejów w Polsce: - Czy wy jesteście dla nas, transwestytów, tolerancyjni? - Otrzymuje wymijającą odpowiedź, iż nie za bardzo, bo my, geje i lesbijki też mamy swoje uprzedzenia (czyżby pan Biedroń uważał, iż nieakceptowanie swojej fizyczności jest czymś nienormalnym?). Jednak dalej słyszymy, iż walka z homofobią musi łączyć jego, Biedronia i Rafała. I idzie Rafał, czyli Rafalala do klubu i pyta cztery dziewczyny, jak należy podrywać chłopaka. One dwoją się i troją udzielając śmiesznych porad, a Rafał w wysokich szpilkach, krótkiej spódniczce i męskiej twarzy zniekształconej makijażem “praktykuje” na ulicy i stara się owe rady wykorzystywać.
Rafał nakręcił film o sobie - tv. Pokazał to u Krystyny Jandy, ostatnio w Montowni. Sala pełna. Oglądamy przez dwie godziny Rafała - ekshibicjonistę, który pokazuje siebie i swe otoczenie. Ktoś go akceptuje, ktoś nie. Samo Rafalalowe życie.
Są w tym filmie perełki, fragmenty cudownego kiczu pomieszanego z głębią autentycznego człowieczeństwa. Przecież Matka, opowiadająca o Rafałku, o jego rowerku lub o wykopywaniu trumny własnej matki jest tak doskonała, że porównać ją chyba można z samym Himilsbachem. Przecież cichy, miły uroczy chłopak, który przebiera się w stroje kobiece i dobrze jest mu z tym raz w tygodniu - to pomysł na cały film o naszej ludzkiej odmienności. Nawet surrealistyczne pytania przed Pałacem Kultury, gdzie jest ten pałac, bez owego wprowadzenia panienek - podrywaczek to zmakomita etiudka. Takich scen - perełek jest więcej.
Tylko cóz z tego - Rafał ciągnie swój film jak gumę do żucia przez dwie godziny: śmieje się do kamery, udaje kelnerkę, śpiewa ze sztucznym penisem (i do niego), robi tysiąc min. Zabawia publiczność.
Po co? Pokazać swój życiowy problem można znacznie cichszymi, stonowanymi środkami. Przecież Rafalala nie musi być agresywną kobietą. Jeżeli taką jest, to nie dziw, iż będziemy się za nią oglądać na ulicy, ale nie będziemy jej i podobnych jej osób rozumieć. A jeżeli rzeczywiście robić show, to usuńmy część społeczną filmu, te przesłania: - My jesteśmy normalnymi ludźmi. - Niech Rafalala bawi publiczność, a gdy jakaś panienka na ulicy chce sprawdzić, czy Rafał to Rafał (tyle że w spódnicy), to niech się artysta nie wycofuje i pokazuje to, co ma ponoć najpiękniejszego - normalnego męskiego penisa.

Druhna Tazbirówna

W Warszawie rzecz niespotykana. Na dziedzińcu Instytutu Głuchoniemych przy placu Trzech Krzyży w 190 rocznicę założenia tej instytucji odsłonięto pomnik. Jak pewnie kierownictwo tej instytucji uznało, drugiego, najbardziej zasłużonego pedagoga dla tej placówki. Pierwszym jest ks. Jakub Falkowski, założyciel instytutu. O jego zasługach nożna napisać pracę magisterską. Ma on swoje dwa pomniki na terenie koło placu Trzech Krzyży. Jeden z przodu budynku, drugi z boku. Na dziedzińcu zasiadła więc (dosłownie – zasiadła) postać numer dwa dla warszawskich i polskich głuchoniemych – pedagog-społecznik, instruktorka Związku Harcerstwa Polskiego – hm. Wanda Tazbirówna. Nie była ona nauczycielką czy wychowawczynią zatrudnioną na etacie w szkole dla głuchoniemych. Była ona – jak wielu, wielu instruktorów – mówiąc w języku współczesnym, autentyczną wolontariuszką. I takiej osobie Instytut Głuchoniemych wystawił pomnik!
Druhnę Wandę znaliśmy wszyscy. Była opiekunką głuchoniemych jeszcze przed II wojną światową. Zakładała wtedy pierwsze zastępy dla dzieci niepełnosprawnych. W Warszawie prowadziła przez wiele długich lat (świetnie prowadziła!) szczep „Tęcza” działający przy instytucie. Wychowała setki harcerek i harcerzy z upośledzeniem słuchu. Ale nie tylko organizowała obozy, rajdy, zbiórki, szkolenia dzieci i młodzieży głuchej oraz działała w strukturach Nieprzetartego Szlaku GK. W swym życiu miała kilka innych pięknych kart. Wszak była łączniczką w czasie wojny, walczyła w Powstaniu Warszawskim. Wszak za ratowanie Żydów odznaczona została medalem Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Na wniosek dzieci została też kawalerem Orderu Uśmiechu. Była redaktorem w wydawnictwie PWN. Zmarła półtora roku temu.
Teraz, skromna, uśmiechnięta, siedzi w szarym (ale ze spiżu) mundurze harcerskim, z krzyżem harcerskim na piersi. U jej stóp kwiaty… Wzruszająca scena.

Szczypce od aborcji

A mogło być tak pięknie. Mała miejscowość, dwie od dawna mieszkające tam pary małżeńskie i “nowi” - pan prokurator i jego żona. Do tego barman-sprzedawca w sklepie, do którego wpadają wszyscy bohaterowie. W sumie dość czytelna opowieść obyczajowa o zwykłych ludziach. Jak to w takich opowieściach bywa, okazuje się, iż małżonkowie nie rozmawiają ze sobą, każdy z nich przekazuje głośno inny komunikat, który nie dociera do drugiej strony. I nieważne jest, czy chodzi o zupę, czy o poetycki obraz świata.
Obyczajówka przejaskrawiona została dzięki postaci Małgorzaty - żony prokuratora. To ona zainteresowana jest każdym mężczyzną (z wyjątkiem własnego męża), więc nic dziwnego, że komunikuje ona Hiszpanowi (nie, z Hiszpanią nie ma on nic wspólnego), iż czeka na niego bez majtek. Trudno jest się bronić przed taką prowokacją.
I byłoby bardzo pięknie, dramat Waldemara Paradowskiego toczyłby się ku szczęśliwemu lub nieszczęśliwemu rozwiązaniu, gdyby nie koncepcja autora, który uznał, że jego opowieść musi mieś drugie i trzecie dno.
Bo prokurator to nie prokurator, lecz sutener, bo tytuł dzieła brzmi “Wertheim”, to znaczy szczypce absorbcyjne, bo Małgorzacie śni się stół operacyjny i aborcja bliźniąt, bo tych małżeństw to może wcale nie ma, za to jest pożar. W pożarze spalił się dom Prokuratora i nie spalił zarazem. Jeszcze tam dochodzi problem z jakimś szkieletem a może grobem…
Pytany autor o owe dno, ową aborcję, nie chciał na ten temat mówić. Bo zdradziłby swoją wiedzę o utworze.
Byli widzowie zachwyceni (niech każdy wyjdzie z przedstawienia z własnym pomysłem na roizwiązanie). Przypomniano jednak gogolowską strzelbę, która ma na końcu wystrzelić. Zadano pytanie: Dlaczego w pewnym momencie przedstawienie się łamie, widz jest zdezorientowany i stawia się przed nim kolejne zagadki, których nikt nie pomaga mu roziązać. I na to pytanie odpowiedzi nie udzielono.
Nowy dramat, stosunkowo młody dramaturg (nie ukończył jeszcze 40 lat). Ów dramaturg jest przekonany o doskonałości swojego utworu. A mnie się wydaje, że polskie małe miasteczko Waldemar Paradowski pokazał świetnie. Ale po co dołożył do tego szczypce aborbcyjne? One nie wypaliły.

Czyli magnetyzm serca

Z tym magnetyzmem jest w Warszawie trochę kłopotu. W “Rozmaitościach” pokazali sztukę Fredry jako uniwersalną i przekraczającą XIX-wieczne ramy opowieść o miłości. Zabawne i nieco wulgarne, ale czego chcieć od Jarzyny. W Teatrze Ochoty wszystko było po bożemu, najciekawszym rekwizytem na maleńkiej scence była huśtawka, a Gucia grał aktor 40-letni. Ale czegóż moglibyśmy się spodziewać po Mędrzaku.
Więc jak to wymyślił Jan Englert (który obsadził się w roli Radosta)? Najpierw przypomniał sobie (ma już ten wiek), jak w połowie lat siedemdziesiątych Adam Hanuszkiewicz rozwinął piękny dywan z trawy w Teatrze Małym, inscenizując “Miesiąc na wsi”. Fakt, pan Adam zaimponował widzom, wprowadzając na tę trawę dwa piękne charty. W “Ślubach panieńskich” w Teatrze Narodowym chartów nie było, ale z różnych stron dochodziły dźwięki, świadczące, iż jesteśmy przed prostackim, polskim dworkiem szlacheckim. Krowy jako takiej na spektakl nie zaproszono.
Później reżyser przypomniał sobie, że nic tak dobrze nie robi miłości i rozwojowi uczuć młodych polskich szlachciców, jak służąca pokazująca swój nagi pępek (to taki obyczaj z XXI wieku), a panny mają sukienki mniej więcej do kolan i gołe nogi. Przy okazji (to rzeczywiście interesujący pomysł) ona anonimowa panna służąca to postać tragiczna, wykorzystywana przez Gucia i porzucona (co oczywiste) dla pięknej Anieli, która ma posag nie do pogardzenia. Owa służąca to przecież Hanka z “Moralności pani Dulskiej”. Pozostaje ona samotna na scenie, gdy szczęśliwe dwie pary młodych znikną za kulisami.
Następnie Englert przeniósł widownię na scenę, co nie jest niczym dziś odkrywczym. Bawi nas w ten sposób Teatr Syrena, a w Komedii nie tak dawno songi Brechta na widowni były śpiewane, a widzowie mogli obserwować aktorów z widowni. Dlaczego “Śluby” nie są grane na małej scenie Narodowego? Nie można tam rozłożyć trawy? Można. Byłby tylko pewien kłopot z makietą dworku szlacheckiego, ale jakoś z tym problemem scenograf dałby sobie radę. A tak to żal patrzeć na piękne czerwone fotele, puste przez dwie i pół godziny przedstawienia.
No i jeszcze kazał reżyser młodszym aktorom biegać po scenie. Starszym kroczyć. No to biegali, czasami rzucali się na trawę, czasami rzucali ogórkami. Było fajnie i swojsko. Bo całość była grana z tak ogromnym dystansem, tak ogromną ironią, że nikt z widzów ani przez minutę nie mógł uwierzyć, iż prezentowane są jakieś prawdy o życiu. A dodatkowe wypowiedzi (prozą) mówione przez Radosta-Englerta, mające coś nam wskazać, były jak kwiatek do kożucha.
To jakie to były “Śluby”? Radosne, ze świetną panią Dobrójską (Gabriela Kownacka), niezłą czwórką młodych aktorów (dykcja, dykcja), kilkoma ciekawymi pomysłami… Dobre przedstawienie. A to, że nie rzuca na kolana, to fakt.

Festiwal filmowy

Nie jestem wielkim fanem kina. To chyba widać na tych stronach. Czy choć raz omówiłem jakiś film, który oglądałem w ciągu minionego roku? Nie pamiętam.
Zostałem jednak zmobilizowany - obejrzałem trzy filmy prezentowane w czasie Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego. Cóż to jest wobec ponoć stu siedemdziesięciu filmów (lub zestawów na przykład filmów animowanych) pokazywanych na festiwalu? Jeden film amerykański (komedia?), jeden bułgarski (kryminał?), jeden japoński (film drogi?). Mało. Wszystkie niskobudżetowe, ambitne, autorskie nie zdobędą milionów widzów. Wszystkie niosące za sobą jakieś przesłania, mniej lub bardziej czytelne. Oczywiście trudniej rozumieć kulturę, atmosferę i podteksty filmu japońskiego niż bułgarskiego, tkwiącego jeszcze w swoistych realiach minionej epoki. A tak naprawdę, to najłatwiej przejąć się dziejami amerykańskiego nieudanego sympatycznego literata, który stał się kryminalistą - pasjonatem napadów na banki lub sklepy.
Czy obecni po seansach reżyserzy coś nam interesującego są w stanie powiedzieć? Że film kręcono siedemnaście dni? Że filmowana droga znana jest reżyserowi od dziecka? Mało, skromnie - ale kilkanaście minut tłumaczonej rozmowy na pogłębienie tematów nie zezwala. Miło, że w festiwalu uczestniczą.
Jest to ciekawe wydarzenie kulturalne. Zainteresowanie nim jest bardzo duże. Gdy patrzę na tłum kłębiący się w holach Kinoteki, zastanawiam się “To my w Warszawie mamy aż tak wiele osób, zainteresowanych filmem niehollywoodzkim”? Zupełnie niebywałe. Starzy i młodzi kulturalni ludzie. Na dodatek zachowujący się w kinie jak za dawnych czasów! Nie gadający, nie komentujący głośno wydarzeń. Znakomici.
No tak, wystarczy pójść do opery, powiecie, i też się tylu spotka. Nie, to nie to samo. W operze są wycieczki, są wykupywane bilety dla całych grup. Jest inaczej.
Cieszę się, że obejrzałem te trzy filmy, ale także, że zobaczyłem inną, niecodzienną twarz Warszawy, taką, jaką chciałbym widzieć na co dzień.

Next Page »