Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

November, 2007 w archiwum

W filharmonii

Wieczór w filharmonii - jedno z najprzyjemniejszych wydarzeń, jakie w tygodniu może mieć miejsce. Świetni wykonawcy (o tych wczorajszych na pewno w gazetach napiszą profesjonalni krytycy muzyczni), lekki (jak dla mnie) repertuar, piękne miejsce, troszcząca się o gości gospodyni wieczoru - pani Elżbieta Penderecka, możliwość uściśnięcia ręki pani prezydentowej Kaczyńskiej, ciekawa rozmowa z radczynią jednej z ambasad przyjaznego Polsce państwa. Naprawdę, czego więcej trzeba, aby uznać, że w filharmonii warto bywać…
Było miło, było miło, ale się skończyło. Siedzimy. Przed nami dwóch panów. Około 35-letnich. Rozparci jak w knajpie. Buty prawie na oparciach krzeseł. Gdy tylko zabrzmiały pierwsze dźwięki fortepianu, jeden z nich wyjmuje komórkę. Z zapamiętaniem pisze sms-a. Co tam koncert! Co tam widzowie! Mam koncert podwójny - ten z estrady głośniejszy i ten cichutki - stuk, stuk, stuk w klawisze komórki - cichszy. Nie najlepiej się uzupełniają. Kolega zwolennika sms-ów filharmonicznych nie chce być gorszy - na swojej komórce z zapamiętaniem poszukuje czegoś w internecie. Zwracam panu komórkowcowi uwagę, mogę skupić się na słuchaniu koncertu. (Ku mojemu zdziwieniu okazało się, iż ten pan jest synem osoby bardzo, bardzo znanej i związanej na co dzień z kulturą muzyczną, a wyglądało, że po raz pierwszy pojawił się w gmachu przy Jasnej).
Słucham, słucham i co słyszę? Z mojej prawej strony coraz głośniejsze chrapanie. No, czasami, gdy już było bardzo głośne, starszy pan budził się, rozglądał dokoła i ponownie zapadał w drzemkę. Na szczęście po przerwie przesiadł się do innego rzędu i jego chrapanie było mniej słychać (nie, nie poszedł do domu, a po co?).
I już byłoby dobrze, gdyby nie rozpoczął się konkurencyjny koncert na komórki. Po cóż w takim miejscu je wyłączać? No po cóż? Można przecież zabawić połowę sali jakąś interesującą muzyczką. Fajnie jest i swobodnie. O, właśnie pan od sms-ów zajął się swoimi kieszeniami i z upodobaniem przegląda posiadane przez siebie wizytówki. Fajnie jest.
Ale nic to. Dotrwałem do końca. Artyści też.

Bachantki

Czasem w “Rozmaitościach” wznawiane są przedstawienia grane od lat, ale wcale niezgrane. Tak było w ubiegłym tygodniu z “Bachantkami”, których oremiera miała miejsce w lutym 2001 roku. Zajęto w niewielkiej sali także miejsca stojące.
Warlikowski jest modny. Na dodatek dostał własny teatr (no tak, na razie jest to jeszcze hala, która ma być Teatrem Nowyn, musi być przebudowana - ile czasu to zajmie?), więc zabierze w najbliższym czasie część aktorów TR. Zespół Jarzyny w aktualnym kształcie rozleci się, więc może dlatego i ja się w Rozmaitościach znalazłem? Wszak niedługo trudno będzie zgromadzić aktorów, by zagrali staruteńki spektakl.
Trudno przedstawiać dramat antyczny. I Warlikowski miał też kłopot. Dlatego widowisko rozbite jest na szereg scen, które zapadają w pamięci. Zaczynając od końca - przerażająca, budząca obrzydzenie scena, w czasie której Agaue “rodzi” głowę zamordowanego przez siebie syna - Penteusza. Zaś na początku rodzi się Dionizos - to nie bóg jest, lecz zwierzę z trudem wypowiadające słowa, bełkoczący, choć z minuty na minutę coraz bardziej świadomy swej boskości. Cały czas na scenie patrzą na toczącą się akcję znakomite stare bachantki - menady, stanowiące równocześnie chór. Wydawałoby się, iż powinny być to piękne, młode dziewczęta - nie, nie w tym przypadku. Patrzą na akcję, ale także w niej uczestniczą.
Sceny łączące starożytny mit, prawdy uniwersalne (bo rzeczywiście - bogowie nie powinni mścić się jak śmiertelni) z naszą codziennością - przecież Kadmos przychodzi w normalnej puchowej czerwonej kurtce a figurka Dionizosa oświetlana jest migoczącymi jarzeniówkami.
Przyznam - na tym spektaklu byłem po raz drugi, chyba nie ja jeden na sali. Bo cały czas odkrywałem nowe sytuacje, niezauważone wcześniej. Niuanse gry aktorów, cały czas otoczonych widzami. “Bachantki” przerażają, oszałamiają. Prosta dydaktyka i przesłanie u Warlikowskiego już prosta nie jest. To dobrze.

W Wilanowie

Długo się zastanawiałem, gdzie wpisać ten tekst. Kultura czy szkoła? Zdecydowałem jednak, że bardziej pasuje mi do szkoły, bo przez dwa dni rozmawialiśmy w grupie kilkunastu nauczycieli i edukatorów w Pałacu Wilanowie na temat e-learningu, a więc nauczania przez internet. Jak nauczanie, to nauczanie.
E-learning czyni w świecie zawrotną karierę, więc nie możemy się dziwić, że jedno z najpiękniejszych polskich muzeów też chce learningowo rozwijać swe strony. Co się jednak dziś okazuje? Bardzo ładna strona pałacu nie jest wykorzystywana przez nauczycieli historii, o innych nauczycielach nie wspominając. A przecież materia wilanowska (nauczyłem się takiego sformułowania) może być pretekstem do prowadzania lekcji polskiego, biologii, łaciny…
Przez pomieszczenia pałacu co roku przechodzi około pół miliona zwiedzających. Ponad połowa z nich to uczniowie. Ćwierć milona ludzi! Niestety jest tak, że wchodzą, przechodzą i wychodzą, zapamiętując, że we wnętrzach widzieli obrazy i nieco wyposażenia. A to mało, bardzo mało.
Jednym z problemów, na jakie natrafiają przewodnicy, jest minimalna, wręcz zerowa wiedza naszych uczniów o czasach króla Jana (późniejszch zresztą też). Dlatego choćby nie wiem, jak mądrze mówił przewodnik, nic nie może się utrwalić, na jałowym gruncie ziarenko wiedzy nie wzrasta.
Czy e-lerning mógłby tu pomóc? Oczywiście. Jeżeli każda szkoła przed przyjazdem do Warszawy zorganizowałaby wirtualne zwiedzanie pałacu (co już jest możliwe), wtedy słowa przewodnika trafiłyby na lepszy grunt. Ale nie tylko tak można wykorzystać stronę Wilanowa. Rozmawialiśmy o tym, o konieczności i możliwości rozwijania strony. Tylko trzeba stworzyć modę wśród wilanowskich widzów na oglądanie strony. Każdy, mam nadzieję, znajdzie tam coś dla siebie. Trochę inaczej muszą być przygotowane dzieci młodsze, inaczej maturzyści. Historia wojen to coś innego niż próby gotowania dań z kuchni królewskiej. Ileż pięknych pomysłów padło w sobotę i niedzielę. Kiedy te pomysły znajdą się już na stronie?

Znów na Francuskiej

Pamiętacie obietnice? Ulica Francuska zrewalidowana, odnowiona, wypieszczona. Ulica Francuska jako cacko Warszawy, po której można będzie z przyjemnością spacerować. Słyszeliśmy to nie jeden raz.
Kilka dni temu spokojnie, nie spiesząc się przespacerowałem się od ronda Waszyngtona do Zwycięzców, by spisać, co na tej ulicy w czasie minionego roku dobrego zrobiono, co jest jeszcze do poprawienia. Przeszedłem się i smutno mi się zrobiło. Francuska, nawet w czasach zgrzebnego socjalizmu, nigdy tak obskurna nie była.
Zostawmy samo rondo w spokoju, może litwidacja do końca targowiska, może budowa nowego stadionu doprowadzi, że obrzydliwe przejście podziemne (z kilkoma bardzo potrzebnymi sklepikami i kilkoma zbędnymi) zostanie zmienione i rozbudowane, abyśmy w tym miejscu także czuli się jak w Europie.
Idźmy Francuską. Nie ma “Krysi”, zbankrutowała. Nie ma kwiaciarni, włacicielka poszła na emeryturę. Nie ma “salonu” samochodowego. Jest smutek i brud. Idziemy Francuską z chodnikiem jak sprzed lat. Dawny sklep elektryczny obok “Renesansu” od lat nieczynny. Stoi pusty. To ta odnowiona Saska Kępa? Tak odnowiona? Tylko za Walecznych zabrakło mi komisu, bo tej ulicy chyba jeszcze takiego sklepu brakuje. A mieszkańcy poczuliby się jak w latach młodości.
Jedyny fragment Francuskiej, który jest normalny, mamy przy skrzyżowaniu z Obrońców. To tam stanęła (czyli usiadła) Agnieszka Osiecka, to z tego skrzyżowania widać kilka miłych lokali, gdzie i zjeść można, i kawę oraz herbatę wypić. Jedno, jedyne skrzyżowanie. Zastanawia w tym miejscu ojciec Rydzyk, ale on dodaje kolorytu temu miejscu.
I już jesteśmy przy Zwycięzców. Sklep Społem wreszcie zlikwidowany. Agonia trwała długo. Pozostał pusty lokal, kolejny pusty lokal w ciągu tej ulicy. Ale już mamy plac Przymierza. Ciąg dalszy ulicy, ale przecież to już nie Francuska.
Pospacerowałem najważniejszą ulicą Saskiej Kępy. Czy ma być ona piękna tylko jednego majowego dnia w roku? Może jednak da się coś z nią zrobić na co dzień? Poczekajmy jeszcze rok.

OPPA

To już dwadzieścia pięć lat! Ogólnopolski przegląd piosenki autorskiej stał się Międzynarodowym Festiwalem Bardów. Rozwinął się godnie. W tym roku prawie dziesięć koncertów, mniejszych i większych, także w “Hybrydach” i Studio Koncertowym Polskiego Radia.
Jak być jednak wszędzie? Jak obejrzeć (a właściwie wysłuchać) jak najwięcej? Trudne zadanie. Udałem się jednak do Centrum “Łowicka”, by wziąć udział w koncercie Małgorzaty Wojciechowskiej i Mirosława Czyżykiewicza. Na szereg wieczorów wstęp jest wolny. Tu trzeba było teoretycznie zapłacić, najwięcej na całej OPPA-ie. Co prawda przy wejściu nikt ode mnie zapłaty nie żądał, i dobrze.
W programie OPPA-y szef festiwalu Piotr Bakal narzeka na brak środków i fakt, że gdyby w ostatnim momencie nie dostał dotacji, imprezy by nie było. Chwali przy tym donatorów - Urząd Miasta. Ba, panie Piotrze, zanim urzędnicy przeleją panu środki, pracuje komisja społeczna, która rozpatruje takie wnioski, jak waszego stowarzyszenia. Pracowałem w niej jakiś czas temu. Wówczas chyba ja jeden wiedziałem w naszym zespole, czym ten festiwal jest naprawdę. Kto wie o tym dziś? Nie wiem. Bo mieszkańców Warszawy jakoś o swej imprezie informować nie chcecie.
Siedziałem w pustawej, chłodnej sali na Łowickiej i zastanawiałem się, dlaczego na koncert znakomitego wokalisty, także aktora i autora nie przyszli jego fani. A takich ma. Tylko jak mieli się o koncercie dowiedzieć? Czy Piotr Bakal sądzi, iż każdy śledzi stronę ballada.pl? To byłaby wielka naiwność. Ma wszak wieloletnie doświadczenia i nie wyciąga żadnych wniosków z wpadek na poprzednich festiwalach?
Bardzo lubię słuchać piosenek w wykonaniu Czyżykiewicza. Choć (co oczywiste) występującego z gitarą, a nie śpiewającej z półplaybackiem. W trudnych warunkach robił on, co mógł, by koncert był udany. A przy zmrożonej publiczności nie jest to proste. Gdzieś tam pod koniec występu już było prawdzie dobrze, już zaczęliśmy czuć, co artysta chce nam przekazać. Ale koncert musiał się zakończyć. Jak zawsze szkoda…

Next Page »