Adam Czetwertyński » 2007 » December

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2007 w archiwum

Minął rok, czyli o szkolnictwie

I znów kolejny rok poza nami. Niewyraźny, nieczytelny jak pogoda, jaką mam za oknem. Siedzę przy komputerze w Sztokholmie i nie rozumiem, dlaczego nie spoglądam na zaśnieżone choinki, białe śnieżne połacie lecz brudny, mokry krajobraz, który ani do minionych Świąt, ani do zbliżającego się nowego roku zupełnie nie pasuje. No cóż, jest, jak jest - nie tak, jakby się chciało.
W minionym roku w Polsce zwycięzyła Platforma. Odetchnęliśmy, bo poprzednie rządy były nie do wytrzymania. Wysłuchiwanie dziwacznych tekstów niewiele mających wspólnego z rzeczywistością było niesłychanie stresujące. Stało się dobrze.
Ale teraz chciałbymz (bo to najwyższa pora) otrzymać wyraźne komunikaty, jak rzeczywiście kierować państwem będzie nowa ekipa.
Jak do tej pory z obu ministerstw (bo wszak najbardziej zajmuje mnie edukacja i kultura) dochodzą do mnie wiadomości, że ma być gładko, spokojnie, bez kontrowersyjnych decyzji. A więc na przykład dalej nie będziemy wiedzieli, czy będzie, czy nie będzie wprowadzany bon oświatowy. I jak tu dyskutować merytorycznie? (Przy okazji - taka formuła bonu, o jakiej słyszałem, bardzo mi się nie podoba - zamiast wyrównywać szanse najsłabszych, w rzeczywistości planuje się powiększenie różnic w kształceniu najlepiej i najgorzej sytuowanych młodych Polaków). Ciągle nie wiemy, czy aktualna Minister Edukacji bedzie chciała dokończyć rozpoczętą przed laty reformę szkolnictwa, doprowadzną do poziomu gimnazjum. Opowiada się o zmianach aktualnych podstaw programowych. Ale czy w tej szkole, w jakiej aktualnie pracujemy? Można sobie podstawy zmieniać, ale czy zmienimy w ten sposób poziom kształcenia?
Albo religia na maturze. Nikt głośno i ostro nie pisze, że akurat z religii nie ma zatwierdzonych państwowych podstaw programowych, a więc dziś religia w szzkole jest wewnętrzną sprawą kościoła. Jak więc sobie z tym obie strony poradzą? Brak tu czytelnego komunikatu. W dodatku ktoś mało rozsądny twierdzi, że równolegle można uczyć etyki. Uczyć etyki przez dwanaście lat? Może filozofii, może religioznawstwa. Ale nie etyki! Chciałbym jednak wiedzieć (i chyba nie tylko ja), co na ten temat sądzi aktualny rząd.
Nieco inny i opisywany dokładniej jest problem niedługo czekającej wszystkich maturzystów egzaminu z matematyki. I tak dalej, i tak dalej. Nowy rok tuż, tuż. Jaki on będzie? Zobaczymy.
PS O kulturze chyba będę musiał napisać oddzielny tekst…

Kamienie w kieszeniach

Przed ponad rokiem mieli znakomite recenzje - dwóch aktorów, jeden z Lublina, drugi z Krakowa pokazali w warszawskim Teatrze Nowym Praga “Kamienie w kieszeniach” Irlandki Marie Jones. Ustawieni między trzema “toi-toiami”, czasami wewnątrz nich, zazwyczaj przd nimi, bywało, że i na tych przenośnych toaletach odgrywali z temperamentem kilkanaście ról, jakie “zadała” im autorka. Niektórzy twierdzili, iż to tragedia (jeden z bohaterów z kamieniami w kieszeniach popełnia samobójstwo), inni, że komedia - wszak to irlandzka prowincja z marzeniami prostych ludzi o innym życiu, wśród aktorów, prawdziwych ludzi filmu. Gdy patrzyłem na miotających się na scenie Bartłomieja Kasprzykowskiego i Szymona Sędrowskiego, gdy śmiałem się z używanych przez nich rekwizytów (bo wyposażenie ubikacji, różne elementy plastikowe grały mikrofon, kamerę lub tubę), gdy zachwycałem się, iż wchodzą do toalety jako statyści, a wychodzą jako producent lub gwiazada filmowa, coś mnie zaczęło niepokoić. Przecież skupiam się na tym, co da się jeszcze wymyślić z jakiejś rury odpływowej lub samego obudowania, a nie na treści utworu. Przecież forma stała się w tym spektaklu najważniejsza.
I zachowałbym w pamięci “Kamienie w kieszeniach” jako zabawę toaletową, gdybym nie poszedł, nieco przypadkowo, na ten sam dramat wystawiony przed miesiącem przez aktorów Teatru Montownia. Rafał Rutkowski i Maciej Wierzbicki dają pokaz świetnych ćwiczeń teatralnych, trochę, jakby był to egzamin w szkole aktorskiej. Bez rekwizytów, bez scenografii grają wszystkie postacie skupiając uwagę widzów na sobie (trudno, by było inaczej). Grają z przerwą (to zawsze ryzyko, że połowa widowni wyjdzie) i grają, grają, jak z nut. Zadanie mają trudniejsze od swych poprzedników, przecież jakaś chusteczka, jakaś butelka na pewno ułatwiłaby im zadanie - ale wywiązują się z niego wzorowo. Każdy ruch, każdy gest jest wyważony, przemyślany. Mistrzostwo świata. Warto było jeszczed raz, w niewielkim odstępie czasu obejrzeć irlandzką sztukę.
PS Narzekam na przeciętne teksty wystawiane w warszawskich teatrach. Dlaczego Irlandczycy piszą tak, że na całym świecie można ich pokazać, a u nas cały czas słabizna?

Święta, święta

Przygotowania do Świąt (bardzo różnorodne) utrudniły mi pisanie notatek. No i nie napisałem:
- o świetnym przedstawieniu, jakie oglądałem ( horror, nawiązujący do starych telewizyjnych “Kobr” w Fabryce Trzciny); premiera 10 stycznia;
- o licznych spotkaniach wigilijnych, w których uczestniczyłem (lub czasami nie, było mi przykro na przykład nie być w Mickiewiczu i nie spotkać się z gronem pedagogicznym, zdziwiłem się też, że na jakąś wigilię harcerską zaproszony nie zostałem), ale refleksji warte jest spotkanie w GK, w hufcu, w naszym środowisku 3 WDH;
- o niespodziewanych kłopotach w hufcu z organizacją Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy; okazało się, że nie wszyscy akceptują tę znakomitą akcję charytatywną; przykro;
- o tym, czy warto uczyć się polskiego przed maturą - ale ten temat mi nie ucieknie;
- o przygotowaniach do Zlotu Silesia;
- o strategii ZHP na szczeblu Głównej Kwatery, chorągwi (oczywiście Stołecznej) i hufca (oczywiście Praga Południe).
Tematów nie brakuje. Oj, nie brakuje.
Lecz teraz mnie nie ma. Przez dziesięć dni nie piszę.

Do wszystkich, którzy trafią na tę stronę: Składam Wam najserdeczniejsze życzenia radosnych Świąt Bożego Narodzenia i szczęśliwego Nowego Roku. Abyśmy mogli spotkać się za rok i ponownie życzenia sobie składać.
Adam

Dobry dramat

Bezpośrednio po premierze “Gardenii” w Laboratorium Dramatu wygłosiłem dość banalną uwagę. Stwierdziłem, iż szkoda, że autorka dramatu (o czterech pokoleniach kobiet w jednej rodzinie - ta najstarsza to “pokolenie Kolumbów”, najmłodsza - “pokolenie białych bardzo współczesnych kołnierzyków”) porusza problemy tak schematycznie. Ot, z czterech kobiet dwie są alkoholiczkami. Ot, nowoczesność przejawiać się musi w niesformalizowanym związku najmłodszej bohaterki. Ot, ta “trzecia” (od najstarszej poczynając) w ramach buntu rodzi sobie córkę mając lat siedemnaście. Niewiele nas może zaskoczyć. Nawet pomysł, iż druga z bohaterek narodziła się w efekcie związku seniorki rodu z Niemcem, który mógł wypuścić z więzienia jej męża (seniorki zaangażowanej, a jakże, w działalność podziemną) - wcale nas nie dziwi. Ot, normalność, podkreślana świetnymi elementami scenografii. Znawca teatru współczesnego, do którego tych kilka niezbyt przychylnych zdań powiedziałem, chyba był zdziwiony. On uważał, że dramat jest świetny.
Na marginesie - wróżę “Gardenii” długą przyszłość sceniczną. Przecież lubimy oglądać sztuki o nas samych, na dodatek świetnie zagrane (no, może tu i ówdzie przerysowane przez reżysera, ale czepiać się nie będę). Dramat powstał ponoć z krótkiego monologu, wydaje się - pierwszej bohaterki, i rozwinięty został w pełny spektakl. Autorka (debiutantka?) - Elżbieta Chowaniec może być zadowolona.
I tydzień później znalazłem się innym teatrze offowym “Drugiej Strefie”. Tam grana jest od miesiąca “Ciocia” młodego i obiecującego Rafała Wojasińskiego. Na scenie Emilia Krakowska - świetna, znakomita, doskonała… I jej bratanek. Ona - samotna i szukająca kogoś, z kim mogłaby porozmawiać. Komu mogłaby być przydatna. Ciepła i twarda zarazem, za bardzo nie rozumiejąca świata, który ją otacza. On - młody i z pieniędzmi, z zaplanowanym życiem solo. Jest pomysł na sztukę? Jest! Zrobił coś sensownego autor z tego pomysłu? Nie zrobił. Ma być o problemach pokoleń? Ma być o konflikcie? Niby jakieś problemy są pokazane, ale wszystko nieprawdziwie, we wzruszenia, emocje, rozterki bohaterów uwierzyć nie sposób. Żal pracy, żal wysiłku bardzo dobrej aktorki. Po prostu żal.
I dlatego pomyślałem - dwa teatry offowe. W pierwszym z nich z krótkiego tekstu powstaje prościutki dramat o ludziach naszych czasów. I ja narzekam, marudzę, chciałbym czegoś więcej. A w drugim pokazuje się tekst pełen niekonsekwencji, źle skonstruowany, z zakończeniem (wszystko oczywiście kończy się dobrze) jak z serialu telewizyjnego. I publiczność ma być zadowolona, bo obejrzała dziełko młodego i obiecującego. Nie, publiczność tylko dlatego może wrócić do domu zadowolona, bo widziała bardzo dobrą grę aktorską. Ale to mało.
Dlatego wycofuję wszystko, co powiedziałem przed tygodniem. Niech żyją “Gardenie”!

Pisać każdy może

A później opublikować. Na przykład w “Rzeczpospolitej” (8/9 grudnia) zamieścił swój tekst Piotr Skórzyński. Niby człowiek poważny, publicysta, mocno po pięćdziesiątce, a jak dziecko. Co mu się przypomni, to przelewa na papier (przepraszam, wpisuje na swój komputerowy twardy dysk) i w efekcie tworzy artykulik “Pustka po skautingu”. Jaka pustka? Po jakim skautingu? Czy tym, w którym jestesmy?
Lista półprawd, ćwierćprawd, nibyprawd jest tak długa, że gdyby całkiem poważnie pana Skórzyńskiego potraktować, trzeba by było polemikę z nim napisać znacznie dłuższą niż jego paplanina. Więc tylko o niektórych wątkach.
Zaczyna pytaniem, raczej retorycznym, jaką wyższą (wysoką?) ideę oferuje dziś cywilizacja Zachodu nastolatkom. Lecz ową ideą (ideami) się nie zajmuje, tylko ni z tego, ni z owego wymienia różne rocznice, jakie miały miejsce w 2007 roku. Ot, tak sobie, wymienia, jak popadnie. A to 60. rocznicę rozpoczęcia zimnej wojny, a to 50. rocznicę powstania EWG (co jest dla niego tożsamym z powstaniem Unii, chyba Europejskiej). Nie są to oczywiście idee, ale wymienione zostały chyba po to, by dojść do “niezauważonej” przez nikogo (pewnie poza panem Skórzyńskim) setnej rocznicy założenia skautingu.
Czy całkiem niezauważonej? To ćwierćprawda. Oczywiście chciałbym (czy pan Skórzyński też?), by o tej rocznicy pisano więcej. Ale czy o ruchu społecznym, skupiającym dziś na świecie prawie 30 milionów dzieci, młodzieży i dorosłych zamieszczono na świecie rzeczywiście mało informacji? Co to znaczy mało? Może 40-tysięczne Jamboree w Anglii było zbyt słabo nagłośnione. Może o naszym wspólnym Skautowym Wschodzie Słońca w poszczególnych dziennikach ulazła się tylko skromna notka. Przecież nawet znaczki pocztowe wydane z tej okazji we wszystkich państwach świata dotarły być może przede wszystkim do zainteresowanych - skautów i filatelistów.
Ale podkreślić trzeba jeden znamienny fakt, o czym autor “Pustki po skautingu” chyba nie wie, traktując skauting jako ideę (instytucję) Zachodu - te miliony skautów to dziś nie tylko Europejczycy i Amerykanie (a więc ów Zachód). To dzieci białe, czarne, żółte. Dzieci ze wszystkich kontynentów, wierzące w różnych Bogów. Skauci to nie są tylko “chrześcijańscy rycerze” (jak chciałby autor), to także wyznawcy Allaha i Buddy. I nie są w skautingu (zresztą nigdy nie byli) przeciwstawiani mahometanie chrześcijanom. Ten światowy skauting to nasza globalna wioska, wspólna, wszystkich - tolerancyjna i patrząca optymistycznie w przyszłość. Także na Zachodzie.
Są one (mogę też napisać - jesteśmy my wszyscy) - dzieci, młodzież i dorośli wierni przesłaniu gen. Roberta Baden-Powella: Spróbujcie pozostawić świat trochę lepszym, niż go zastaliście. Ale tego autor “Pustki po skautingu” nie zauważa, pewnie też tego nie wie. Skauting to wielka gra, skauting to też służba dla innych. To przestrzeganie norm, zawartych w Prawie i Przyrzeczeniu. Tegoroczne obchody 100-lecia tego ruchu przebiegały pod hasłem Jeden świat, jedno przyrzeczenie. Proste.
Wie jednak pan Skórzyński, że Hitlerjugend to “rozbudowana” wersja skautingu, sugeruje, że metodami skautowymi posługiwano się także wychowując młodzież w czasach stalinowskich w ZSRR. Czy rozumie zatem, czym jest demokracja, a czym totalitaryzm? I po której stronie jest skauting?
Cóż może też wiedzieć autor “Rzeczpospolitej” o procesie degradacji i spustoszenia w harcerstwie powojennym (po 48 czy 56 roku?), jeżeli stać go jedynie na cytowanie fragmentu pamiętnika Jana Kotta, który od matury (jeszcze przed wojną w warszawskim gimnazjum Mickiewicza) z harcerstwem nie miał już żadnej styczności?
Powojenną historię harcerstwa poznał pan Skórzyński z jednej książki prof. Tomasza Strzembosza, który oczywiście nie był nigdy naczelnikiem ZHP, a co autor beztrosko napisał. W efekcie możemy przeczytać, że ZHR poniósł klęskę, a miał odrodzić ruch harcerski wobec betonowego oporu władz ZHP. Betonowego? Co to znaczy? Klęskę? Czy rzeczywiście? I kiedy ów “betonowy” opór miał miejsce? Takie sobie ahistoryczne, beztroskie pisanie.
Po wypowiedzeniu takich i wielu innych “udokumentowanych” opinii autor stwierdza, iż na Zachodzie “biali” oddają pola dzieciom Allaha i nie jest przypadkiem, że nie zauważono na tam rocznicy stulecia skautingu. On to wie. Przeciwstawia więc chrześcijan - mahometanom. Stawiając skauting z jednej strony - tej chrześcijańskiej. Jest to, co napisałem powyżej, niezgodne z podstawowymi zasadami skautingu!
Pisać każdy może, ale czy nie lepiej by było, aby pan Skórzyński pisał o hodowcach królików lub wędkarzach a skautingowi, o który nie ma bladego pojęcia dał spokój?

Next Page »