Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

January, 2008 w archiwum

Nie lubią starych?

Sprawa jest drobna, może nawet niewarta, by poświęcać jej całą notatkę na stronie. Na dodatek dotyczy wyłącznie naszego hufca. Ale pewna wypowiedź miała miejsce kilka tygodni temu i ciągle nie mogę o niej zapomnieć. O czymś to świadczy.
Otóż w czasie bardzo luźnej rozmowy pewna druhna w średnim (a może nieco starszym) instruktorskim wieku powiedziała: “A u nas w hufcu to młodzi nie lubią starych. W czasie ostatnich wyborów strasznie tych najstarszych instruktorów wycinano”.
Zastanowiłem się. Pewny siebie ton owej druhny świadczył, że nie tylko jest o tym, co mówi, święcie przekonana, ale także, że wypowiada się w imieniu owych “starych”.
Nie jest dla nikogo nowością, że ja też zaliczam się do owych hufcowych weteranów i równocześnie zostałem zaakceptowany przez zjazd hufca na członka komendy hufca. Powszechnie też wiadomo, że nie głosowało na mnie pewne grono doświadczonych instruktorów, którym nie odpowiada mój sposób pełnienia funkcji w komendzie. Bywa. Nie jestem więc typowym przykładem w konflikcie “młodzi” - “starzy”. No dobrze, ale przewodniczącym sądu harcerskiego hufca jest druh Stefan, który liczy sobie prawie osiemdziesiąt lat! Ale przewodniczącą komisji rewizyjnej jest druhna Ela, która ukończyła lat sześćdziesiąt pięć! Więc skąd ów pogląd o nieakceptowaniu “starych”?
Fakt, gdy na liście do komisji rewizyjnej była większa liczba kandydatów, w głosowaniach odpadali instruktorzy z dłuższym stażem. Tacy, którzy w tej komisji już pracowali i niczym się szczególnym, zdaniem wielu, nie wykazali. Albo tacy, którzy pełnią już inne funkcje w hufcu i, tak jak ja, nie są akceptowani przez niektóre środowiska. Wcale niekoniecznie tych “młodych”. Taka jest prawda.
Jeden czy drugi instruktor z czerwoną podkładką pod krzyżem przejął się, iż został “wycięty”. Mam nadzieję, że w najbliższym czasie wykaże się taką aktywnością w hufcu, iż wszyscy, którzy nie oddali na niego głosu, pomyślą: “Źle zrobiłem, on byłby znakomity jako członek władz hufca. Następnym razem będę na niego głosować”.
Bo, moim zdaniem, w hufcu staraliśmy się głosować na dobrych, a nie na starych i młodych.

Studniówka

Po raz to który brałem udział w studniówce w Mickiewiczu? Lepiej nie liczyć, bo ludzie tak długo nie żyją.
Polonez, wystąpienie p. Dyrektor, kwiaty dla wychowawców, zbiorowe zdjęcia klas (jakoś nikt nie pomyślał o sfotografowaniu obecnych na studniówce przedstawicieli “grona pedagogicznego z przyległościami”) i tańce. No tak, zapomniałbym o tym, co dla poniektórych jest najważniejszą częścią wieczoru - wytwory kuchni hotelu “Marriott”. To cała ważna dla ponad dwustu naszych uczniów impreza?
Nie. W rzeczywistości najistotniejsze są… sukienki (i suknie) naszych trzecioklasistek. Wąskie, szerokie, krótkie, długie, przecięte, wycięte, rozcięte, w futerkiem. falbanką, gładkie, udrapowane. Różnorodne. Gdzież te czasy (popatrzę na zdjęcia z własnej studniówki), gdzie my - płeć nie najpiękniejsza - byliśmy tak samo jak panowie dziś w garniturach (przydatnych później na maturze i w czasie egzaminów na studia) a panie paradowały w białych bluzkach i granatowych spódniczkach? Poloneza tańczyłem dość przypadkowo z Beatą (poszła, jak ja, na polonistykę, później przez wiele, wiele lat pracowała w telewizji). Byliśmy więc wszyscy biało-granatowi.
A dziś? Nie, dziewczyny, nie będę żadnej z was oceniał indywidualnie. Tak jak wam w czasie balu powiedziałem - wyglądałyście wspaniale! I te, które na co dzień eksponujecie swą urodę, i te, które w szkole jesteście “szarymi myszkami”. Naprawdę miło było na was patrzeć, gdy tańczyłyście poloneza, gdy później bawiłyście się. Czasami tylko zdziwiłem się, że któraś w was jest tak wysoka (te kilka centymetrów obcasa), czasami zachwyciłem jakimś elementem stroju. Wybaczcie, nie będę tego opisywał, nie będę komentował. Nie przystoi.
Jeden fakt muszę podkreślić. Dotyczy to wszystkich uczennic Mickiewicza. Wreszcie na dobre zerwałyście z modą pogrzebową. No tak. Były takie zabawy, gdzie ponad dziewięćdziesiąt procent z was występowało w czarnych sukienkach! Polonez wyglądał jak kondukt żałobny. Tym razem było zupełnie inaczej. Nadzwyczajnie.
Panowie zapytają, dlaczego nie zwracam na nich uwagi. To jasne. Płeć brzydsza w swetrach, bluzach, kurtkach, wdziankach i marynarkach wygląda zawsze tak samo. A czy ważne jest i rzuca na kolana jakieś zaczesanie włosów, jakiś żel, jakieś dodatkowe cięcie nożyczkami? Naprawdę nie.
Studniówka wypadła równo na sto dni przed maturą. Teraz, moi mili, trzeba na serio zacząć się uczyć. Przecież nie tylko nam, nauczycielom, oraz waszym rodzicom ma zależeć na jak najlepszych maturach. Wszystko jest przede wszystkim w waszych rękach…

Doby kolejne minęły…

- Och, proszę pana, czy mogę utoczyć panu trochę krwi? Nie nie będzie bolało, tylko muszę zapełnić tych siedem fiolek. To naprawdę niedużo. No i zostanie panu taki ładny siniak… Zupełnie jak kwiatek!

- Proszę pana, niech pan posłucha. To pana krew tak się przelewa. Czy nie pięknie? Innym to serce całą krew tłoczy, a u pana tak ślicznie bulgoce, bo wie pan, ona u pana wcale tam nie wpływa, gdzie powinna. O, niech pan spojrzy na monitor, jak to ładnie wygląda.

- Tu, proszę pana, to popatrzymy na pana przepływy. To jest aorta, a to druga. I tu krew płynie, i tu krew płynie. To tu zdjątko zrobimy, a z tej strony też zrobimy i będziemy wiedzieli, jak jest z pana miażdżycą. Pięknie, pięknie. Widzi pan, płynie, płynie…

- To jakie tu widzimy ciśnienie w klinice dla nadciśnieniowców? Osiemdziesiąt osiem na pięćdziesiąt? Piękne ciśnienie, piękne. To może niech pan trochę wody się napije? Tak jakiś litr przed śniadaniem? Pić trzeba, pić!

- To tutaj założę Panu tampon uciskowy, większy, większy od piłki tenisowej. Niech pan leży nieruchomo przez sześć godzin i od czasu do czasu go dotknie. Gdyby był gorący, to znaczy, że jest pełen krwi. Wtedy niech Pan wezwie pomoc. Bo to niespodziewany krwotok.

- No, proszę Pana, nie wstawili Pana w przyszłym tygodniu na operację. To może Pan trochę poczeka, aż Pana wstawią? Jak się cieszymy. że się Pan wcale nie denerwuje… No niech Pan na tę operację poczeka sobie w domu.

Ciąg dalszy nastąpi za czas jakiś…

Doba szósta - wielkie wagary

Nie ma to jak wagary. Nikt nie może wiedzieć. Ani lekarz prowadzący, ani dyżurny, ani pielęgniarki. Tylko sąsiad z sali wszystko wie. No, może pielęgniarka się nieco zdziwić, że w okolicach śniadania chciałbym otrzymac od niej proszki, które łykam w okolicach obiadu. Ale czy w szpitalu pielęgniarka może się zdziwić czymkolwiek?
Aby pójść na wagary pacjent musi się ubrać w “cywilne” ciuchy i pewnym (nie do końca) krokiem wyjść na ulicę. Dopiero na przystanku autobusowym można odetchnąć pełną piersią - jestem na wolności.
To dokąd się chodzi teraz na wagary? Jeżeli nie do jakiegoś domu, to pewnie najlepsze będzie centrum handlowe. Może “Złote Tarasy”? Tak! Tam są świetne lody, na wagarach każdy je lody. I tam jest kino (nigdy w nim jeszcze nie byłem). I grają tam sympatyczną komedię “Niania w Nowym Jorku”. Przecież wagarowicz powinien pójść do kina.
Taaak. Były lody, było kino, był jeszcze rodzinny “restauracyjny” obiad. Ten ostatni już mało wagarowaty. I była taksówka do szpitala. Przecież nie można się spóźnić na mierzenie temperatury i ciśnienia. Można być nieodpowiedzialnym pacjentem, ale już nie przesadzajmy. Dlatego wieczór mogłem spędzić na roztrząsaniu całego dnia wagarowicza. Fajnie było!

Doba czwarta i piąta

Nie, nie jest źle. W czasie czwartej doby pacjent się przyzwyczaja do swojej sytuacji. Niespodziewanie gdzieś po “obiedzie” około trzynastej ogarnia go chęć podrzemania (kto o takim ekscesie słyszał w pracy?). O szesnastej już nie zapomina o mierzeniu ciśnienia. Ulubione ciasteczko można znów kupić sobie w bufecie. a cisza nocna obowiązuje o dwudziestej drugiej…
Ktoś napisze maila, ktoś zadzwoni. Nawet gdy w czwartej dobie nie ma ani jednego badania, i tak dzień jakoś upływa bez stresów.
Choć może jeden malutki… W moim ulubionym Instytucie, gdzie sobie leżę, są trzy mądre maszyny do badania serca od środka. Wprowadza się jakiś wziernik przez tętnice udową i mądrzy ludzie to serce oglądają. Są te trzy maszyny teoretycznie. Ale w praktyce działa jedna. W efekcie taki pacjent jak ja, z niezagrożonym życiem, spada z badań w najbliższym czasie i będzie czekał, aż przyjdzie jego pora. To znaczy może być tak, że ta pora przyjdzie dopiero wtedy, gdy mądre maszyny naprawią.
Czyli sobie jeszcze poleżę. O czym komunikuję wszem i wobec.
PS Dziadek wyszedł ze szpitala - przebadany i zdrowiusieńki (jak na swój wiek). Teraz w mojej salce czekają na kandydatów dwa ślicznie zasłane łóżka. Pewnie w niedzielę zostaną zajęte.

Next Page »