Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

February, 2008 w archiwum

No i znów w szpitalu

No tak. Znów znalazłem się w szpitalu, po raz drugi i na razie ostatni. Ale dla osób, które śledzą moje zapiski nie jest to nic nowego. Musiałem naprawić sobie zastawkę (mitralną), o czym myślałem od połowy stycznia. Nie jest to oczywiście miła przygoda, bo chirurdzy musieli przeciąć mi kilka żeber. Przecięli, zszyli co mieli zszyć, włożyli kawałek metalowej obrączki, do niej doszyli starą (prawdziwą, ale nie całą) zastawkę.
Niestety, rehabilitacja po takim wydarzeniu trwa dosyć długo, ponieważ żebra zrastają się kilka miesięcy. I dlatego będę współpracował z moją klasą trzecią, ale nie będę mógł aż do połowy kwietnia przyjeżdżać do szkoły. Podobnie będzie z różnymi moim zadaniami w Głównej Kwaterze ZHP i w naszym hufcu.
No cóż, lekarze w Instytucie Kardiologii w Aninie obiecali, że ta zastawka będzie funkcjonować bardzo długo, ale nie można sobie lekceważyć okresu rehabilitacji.
Pojedynczym osobom proponowałem, aby oddały w Aninie krew. I ta propozycja jest nadal aktualna, bo oczywiście nie rzecz w tym, że ja dostałem kilka litrów krwi, ale w tym, że mają w szpitalu duże potrzeby. Codziennie jest kilka operacji, razy kilka litrów krwi każda - łącznie trzeba kilkadziesiąt litrów!
Wszystkich, którzy się interesowali moim zdrowiem serdecznie pozdrawiam i liczę na to, że już niedługo się spotkamy w normalnej pracy zawodowej albo społecznej.
Nie mam szans na to, aby systematycznie pisać na tej stronie, ale jeżeli będziecie do mnie pisać listy na adres mailowy,będę starał się w miarę regularnie odpowiadać.

Pozdrawiam
Adam

GK z klasą

W lutowym numerze “Czuwaj” naczelny pisma opublikuje (mam nadzieję) artykulik, który można streścić “Zacznijmy na serio rozmawiać publicznie o trudnych sprawach naszej organizacji. Zawsze uważałem (tak redagując “Drużynę - Na Tropie”, jak i “Czuwaj”), że nie wolno nam chować głowy w piasek i udawać, że takich tematów nie ma.
Zawsze jednak sądzę, że każdą dyskusję w naszym gronie bardzo personifikujemy i zastanawiamy się, czy dyskutant jest “z tej” czy “z tamtej” strony, czy wspiera opcję tych “za” czy “przeciw”. I w takim przypadku rozmawia się z trudem. Nigdy nie chciałem być (i nie byłem) wrogiem jednego z byłych naczelników ZHP. Ale on tak uważał! Bo miałem inne zdanie niż on i publicznie je głosiłem. Nigdy nie chciałem być wrogiem (i nim nie byłem) jednego z komendantów Chorągwi Stołecznej, ale… Nigdy nie chciałem…
No dobrze, zacznijmy, tylko zacznijmy rozmawiać.
Tak jak wielu instruktorów uważnie obserwuję działania ciągle jeszcze nowej Głównej Kwatery ZHP. Ale lada dzień upłynie pół roku pracy tej GK-i i Rady Naczelnej. I powiemy: - Do zjazdu, tego zwykłego, mamy jeszcze półtora roku. A więc wcale nie tak długo. Znacznie wcześniej, już w czerwcu przy okazji udzielania przez Radę Naczelną absolutorium Głównej Kwaterze odbędzie się pierwsze podsumowanie pracy aktualnych władz i odpowiedzenie sobie na wiele pytań. Krążyć one będą (bo muszą) wokół porównań między “starą” a “nową” władzą. Między tą GK-ą sprzed 9 września 2007 roku i tą po… Mniej dotyczyć to będzie porównań obu Rad Naczelnych i druhów Przewodniczących. Po prostu ta Rada jest kontynuatorem Rady poprzedniej, wielu jej członków zostało ponownie wybranych. Trudno tu mówić o jakiejś nowej jakości. Za to druhów Przewodniczących porównać się nie da. Każdego z nich lubię i cenię z innych powodów. I, muszę przyznać, z oboma rozmawia mi się bardzo dobrze.
Czy nowa GK jest lepsza od poprzedniej? Tego nie widzę. Za to widzę brak klasy w poczynaniu naszej władzy wykonawczej. Brak klasy połączony z zadyszką. Na nic nie mogą zdążyć! Umawia się druh czy druhna i spóźnia się. Umawia się po raz wtóry z kimś innym - sytuacja się powtarza. Cóż - brak klasy. Odbywa się uroczystość 22 lutego w Pałacu Prezydenckim - nie zaprasza GK na tę imprezę byłych naczelników - brak klasy. Jest jakieś spotkanie, choćby z okazji Dnia Myśli Braterskiej - o jakimś instruktorze GK się zapomina - zwykły brak klasy. I tak dalej, i tak dalej.
Trafiłem ponownie do szpitala, ciekaw jestem, ilu moich bezpośrednich zwierzchników zainteresuje się moim zdrowiem - ilu wykaże zwykłą klasę.
PS. Czeka mnie dość poważna operacja, więc następne wpisy na tej stronie powstaną prawdopodobnie za jakieś dwa tygodnie. Wtedy ustosunkuję się do uwag Grzesia w “Czuwaj”.

Harcerze w służbach

Gdy w środkach masowej informacji padnie słowo “harcerze”, budzi to moją uwagę. Bo o harcerzach pisze się w prasie wysokonakładowej i mówi w radiu lub telewizji bardzo rzadko. A tu, z okazji tekstu o raporcie o stanie Służby Kontrwywiadu Wojskowego pada zdanie, iż Antoni Macierewicz do służby w kontrwywiadzie zatrudniał… harcerzy. Przechodzili oni przez przyspieszone kursy podoficerskie i oficerskie, niektóre trwające tylko 17 dni.
Czyżby minister Macierewicz przypomniał sobie poczynania Roberta Baden-Powella w wojnie burskiej, gdy późniejszy twórca ruchu skautowego wykorzystywał do czynności wywiadowczych młodych chłopców? No nie, nie jest możliwe, by na przełomie XX i XXI wieku minister Rzeczpospolitej typował do służb specjalnych niepełnoletnich harcerzy. Więc jacyż to “harcerze” mogli się pojawić na kursach ministra?
Przypomnę - Antoni Macierewicz był przed laty instruktorem 1 WDH “Czarnej Jedynki”, działającej w Liceum im. Tadeusza Reytana na warszawskim Mokotowie. Drużyna to (i szczep) specyficzna, w której nigdy nie miało miejsca “wychowanie dla socjalizmu”. Środowisko to zawsze było wolnomyślicielskie, tradycyjne, skautowe. A więc nie dziw, że tam wychowała się duża grupa opozycjonistów, ludzi podziemia, tych, którzy zmieniali Polskę w czasach KOR-u, pierwszej “Solidarności” i później po okrągłym stole. Nazwiska? Andrzej Janowski, Janusz Kijowski, Wojciech Onyszkiewicz, Andrzej Celiński, Michał Kulesza, Piotr Naimski, Ludwik Dorn… No nie, nie ci starsi panowie pełnią funkcje w kontrwywiadzie. Ale miał szanse pan minister werbować do służb specjalnych byłych harcerzy Hufca Mokotów. Czy czynił to? Nie wiem.
Miał też możliwość angażowania młodszych “harcerzy”. Ideowo z ministrem Macierewiczem powiązane były te środowiska harcerskie, które odeszły z ZHP i stworzyły inne organizacje harcerskie. Tam więc należy szukać “harcerzy” (piszę to słowo w cudzysłowie, gdyż musieli to być instruktorzy, na pewno nie prowadzący już bezpośredniej pracy wychowawczej), którzy przez kilkanaście dni byli przeszkalani na asów wywiadu.
Nikt nie napisze nazw tych organizacji, pisze się ogólnikowo “harcerze”. Tak już musi być. Wszak nie zmienimy faktu, iż druh Antoni Macierewicz był instruktorem ZHP. A więc werbował tajemniczych “harcerzy”.

Tamara L.

Tamara Łempicka malarka, która zrobiła karierę światową, twórczyni art-deco, fascynuje. Polka, w której płynęła tylko połowa polskiej krwi, kobieta, która nie znała pojęcia etyka, przez wiele lat swego życia przekraczała wszelkie granice moralne. Malująca nagie kobiety, żyjąca z nimi, ale także z mężczyznami. Życie z Paryżu w dwudziestoleciu międzywojennym, wielka popularność, pieniądze, znajomość (i przyjaźń) z najwybitniejszymi intelektualistami tamtych lat zostały nie raz opisane. Oglądaliśmy fragmencik jej życia (Łempicka odwiedza jednego ze swych przyjaciół w faszystowskich Włoszech) w interesującej “Tamarze” Johna Krizanca, wystawianej dwukrotnie w Warszawie - po raz pierwszy kilkanaście lat temu w Teatrze Studio, po raz wtóry przed kilku laty w Pałacu na Wodzie w warszawskich Łazienkach. Tamta “Tamara” słynie z dwóch powodów - w trakcie spektaklu widzowie mają możliwość zjeść obiad oraz nie mają szans na obejrzenie całego przedstawienia. Po prostu akcja toczy się równolegle w kilku pomieszczeniach. Krytykom łazienkowskie przedstawienie się nie podobało, ja byłem zafascynowany - także grą aktorów - Doroty Stenki, Magdaleny Wójcik, Krzysztofa Kolbergera… Cóż, de gustibus…
W Teatrze Ochoty “Tamara L.” Kazimierza Brauna. Słynna malarka tworzy portret włoskiej zakonnicy. To rok 35 lub 39, raczej ten drugi - koniec epoki. W klasztorze, miejscu obcym Tamarze, dzięki rozmowie z matką zakonną słynna artystka ma możliwość zaprezentować swój światopogląd, fragmenty życiorysu a my - widzowie - porównać życie kobiety “światowej” z tym, które prowadzi się za furtą klasztoru. Ciekawa konfrontacja. A wymowa dydaktyczna widoczna. Każdy z nas - nawet najbardziej zdemoralizowany - ma szansę być zbawionym. Pewnie to prawda.
Dobra rola Małgorzaty Bogdańskiej (Tamary) i przeciętna Agnieszki Sitek - cóż, mamy w oczach jej niedawne interpretacje, gdy gra dwudziestopięciolatki, dlatego nie sposób patrzeć na nią jako Matkę Przełożoną, osobę doświadczoną, wykształconą, znacznie starszą od 40-45-letniej Tamary.
Czy warto popularyzować Łempicką, postać nietuzinkową, czy chcemy pamiętać o przełomie w jej życiu, spowodowanym być może właśnie tym pobytem we Włoszech? Warto. Może doczekamy się jeszcze tekstu o Tamarze z lat 70-tych XX wieku. Co wtedy mogła myśleć o swojej przeszłości?

Loretta

Marzenia? Jakie dziewczyna, nawet piękna dziewczyna może mieć marzenia, jeżeli jest bez pieniędzy, bez męża, a dziecko spłodzone z kochankiem jest “w drodze”? Czy wystarczy być kelnerką i mieszkać w amerykańskim motelu, którego właścicielem jest Rosjanin, aby rzucić świat do stóp i być jego panią? Ale jak być panią swego losu, autentycznie o nim decydować? Trudno, bardzo trudno…
A więc w życiu pełnym fantazji lub niebywałych wrażeń (mąż na przykład zjedzony został przez niedźwiedzia a właściciel motelu “zakrzyczał się na śmierć”) w towarzystwie dwóch zakochanych nieudaczników Loretta stara się zostać gwiazdą porno. Słyszała przecież, że sprzedając własne ciało można wiele zarobić. Wiele? Dwa tysiące pięćset dolarów, jak mówi jej “macho” - pseudoopiekun, jeden z owych dwóch mężczyzn, którzy chcieliby mieć Lorettę na zawsze. Cóż, starania o zdobycie dużej kasy nie zakończą się sukcesem, nakręcania filmu nie zobaczymy, wszystko sprowadzi się do gawędzenia i rywalizacji sprzedawcy śrub (dużych, technicznych) z gościem, mającym zajęcie jako naganiacz dziewczyn tańczących toples.
Słabiutka to sztuka, której premiera odbyła się wczoraj w Teatrze Powszechnym, bo jak stworzyć dramat (nawet komedię) o seksie bez seksu? Jak pokazywać owych facetów, którzy na widok Loretty czują się podnieceni, jeżeli tego podniecenia nie da się na serio pokazać? Wszystko w niej jest udawane - miłość i zazdrość, erotyka i głębia przeżyć. Może rzeczywiście Loretta wraz ze swą przyjaciółką - Rosjanką mają szanse na spokojne życie bez szamoczących się bez sensu mężczyzn, nie potrafiących niczego mądrego zrobić w życiu. Nawet na serio się pobić.
Śmiejemy się w czasie spektaklu, bo sporo scen śmiech budzi. Podoba nam się, gdy dwulicowa Lotetta jest silniejsza od swych partnerów. Manipuluje nimi, dyryguje. Reżyser nie postawił kropki nad “i”. Sen o amerykańskiej karierze nie ziści się, ale marzenia pozostają. Bo marzenie o szczęściu tkwi w każdym z nas.

Next Page »