Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

March, 2008 w archiwum

Dla dobra ZHP

Nieco wyłączony jestem od bieżącej pracy w GK. Nie dziwne to, bo jak się na zmianę jest w szpitalu i na zwolnieniu, to tak być musi. Dochodzą jednak do mnie jakieś echa dyskusji ogólnozwiązkowej. A to co miesiąc spotyka się Rada Naczelna (jednak jesteśmy bogatą organizacją, jeżeli stać nas na taki rytm pracy w ZHP), a to zjeżdżają do Warszawy komendanci chorągwi. I żeby to na Rajd Arsenał - nie, na kilka dni przed rajdem.
Ponoć najważniejszym problemem naszej organizacji, tematem, którym pasjonują się nasze władze, jest nasz krzyż harcerski, który został zastrzeżony przez poprzednie władze w Urzędzie Patentowym jako nasz, Związku Harcerstwa Polskiego, znak towarowy. No i dziś nasze aktualne władze nie wiedzą, co z tym znakiem zrobić. Piszę - aktualne władze - nie dzieląc ich na ustawodawcze i wykonawcze. Nie ma tu jednolitości w poglądach. Okazało się, że (jak wróble ćwierkają) nawet ten i ów instruktor myśli o rezygnacji ze swej zaszczytnej funkcji, jeżeli decyzje (na przykład Rady Naczelnej) nie będą po jego myśli.
Ciekawa ta nasza demokracja - jesteśmy demokratami do momentu, gdy wszystko toczy się zgodnie z naszymi poglądami. Ale przestajemy nimi być, gdy zostaniemy przegłosowani. Ciekawa demokracja niedemokratyczna. Bardzo ciekawa.
Przy okazji jeszcze dwa typowe zjawiska. Po pierwsze niektórzy instruktorzy uważają, iż wybranie ich na jakąś funkcję powoduje, iż stają się oni mądrzejsi niż przed wyborem. Nie zauważają, że przede wszystkim mają więcej obowiązków, między innymi uważne wsłuchiwanie się, co mówi prosty, zwykły “lud”. A “lud” na przykład wiele pamięta, potrafi analizować nie tylko sytuację bieżącą, ale także wyciągać wnioski z przeszłości, patrząc na przyszłość. Części naszych władz tej umiejętności brakuje. I w efekcie “wiedzą oni lepiej”.
Po drugie (co jest spójne z uwagą poprzednią) znów punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ileż to osób chciałoby (jak za moich czasów) na przykład cenzurować artykuły w “Czuwaj”. Bo komu i czemu to służy - zadadzą pytanie druhowie, którzy wcześniej, zanim nie znaleźli się na wysokim harcerskim stołku, bardzo chcieli, by takich tekstów (krytycznych, po prostu krytycznych) ukazywało się jak najwięcej. Dziś oni rządzą, więc analiza krytyczna tego, co dzieje się w organizacji, jest, ich zdaniem, zbędna.
Wymyśliłem ładny tytuł tego felietonu, więc pointa będzie do niego nawiązywać. I ja, członek komendy jednego z kilkuset hufców, i druhowie “na szczycie” władz mamy to samo zadanie - działać na rzecz dobra ZHP, na rzecz dzieci, które do naszej organizacji należą lub chcą do niej należeć. Muszę nieskromnie przyznać, że wiem, jakie stoją przede mną zadania, by cel ten osiągnąć. Czy wszyscy członkowie władz naczelnych też to wiedzą? Nie jestem pewny.

W pooperacyjnej

Doszedłem do wniosku, że dość istotne wydarzenie w moim życiu - pierwsza prawdziwa operacja - w tych zapiskach zostało potraktowane jako coś drugorzędnego, mało znaczącego, czego opisywać nie warto. Więc się poprawię i opiszę wrażenia z sali pooperacyjnej. Może ktoś miał podobne?
Sala - dziesięć łóżek, prawie dziesięcioro przekrojonych od góry do dołu (i zszytych) na tychże łózkach, kilka pielęgniarek, lekarz dyżurny… Poza tym kroplówki przy każdym osobniku, jakieś stałe monitorowanie pracy serca i systematyczne mierzenie tego, co z osobnika spływa. A spływa mocz (co dziwić nie powinno) oraz jakieś świństwo, wypływające z brzucha przez dwie rury, zwane sączkami. To tam, na sali pooperacyjnej (gdy już byłem rozcięty a później zreperowany) budzi mnie jakiś głos: - W którym roku pan się urodził? - głupie pytanie, staram się odpowiedzieć, ale w przełyku mam rurę, która skutecznie uniemożliwia odpowiedź. Może więc powiedziałem tę datę później, gdy już rury nie miałem? Nie wiem. Staram się przespać niemiłe chwile, ale czuję się jak przedmiot, z którego zwisa zbyt wiele rurek o różnych przekrojach. Ile jednak można spać? Patrzę wokół…
Coś mi przeszkadza w obserwacji sali. No tak, bez okularów to widzę na odległość dziesięciu centymetrów, a przede mną głos: - Panie profesorze (to do mnie), czy mnie pan poznaje? - Jak mam cię poznać, jeżeli nic nie widzę? - To ja, Jeremi, tylko jestem o dziesięć kilo starszy - No tak, Jeremi wymaga, bym go po dwudziestu latach poznał, ucieszył się i pogadał z nim. Na szczęście go pamiętam, był przez jakiś czas w harcerstwie a jego mama była moją koleżanką na polonistyce. Tym razem nie skompromitowałem się: - To ty mnie operowałeś? - Nie, sam pan Profesor. - Hm… Szef kliniki, trafiłem w dobre ręce.
Obok mnie babcia. Nie mogę się odwrócić, więc jej nie widzę, ale słyszę. Już czwarty dzień spędza w sali pooperacyjnej, nie oddycha, jak powinna i lekarze boją się skierować ją na oddział. Z tym oddychaniem mnóstwo kłopotu. Pani rehabilitantka każe dmuchać. Nabierać powietrze do płuc i dmuchać - na papierek, w butelkę, ćwiczyć, ćwiczyć. Przy okazji ruszać nogami. jakieś kółeczka, jakiś prawie rowerek. Płuca i nogi - nie pracują, tkwisz w pooperacyjnej, pracują - możesz wychodzić. Tylko lekarz musi wyrwać z ciebie te rurosączki - dziękuję, niezbyt to było miłe. I jakieś inne przyszyte do człowieka przewody. Z godziny na godzinę jest ich na mnie i we mnie coraz mniej. Pozostaje “kolczyk” przyczepiony do ucha, czyli trzy rurki, przez które wpuszczać we mnie można różne płyny, z krwią włącznie.
Krew - krwią, ale pierwszy posiłek to jakaś kaszka, mdła, bez smaku. I dobrze, bo przez dobę przyzwoita kanapka jakoś przeze mnie zjedzona nie była. Powoli, powoli - zupka, coś delikatnego…
Leży się na wznak. Fakt, że można sobie regulować położenie łóżka - plecy wyżej, nogi niżej. Ale to i tak niewygodne. Dlaczego konstruktorzy tych łóżek nie mogą stworzyć ich dla ludzi? Nie rozumiem.
Prawie dwie doby na sali pooperacyjnej. Przychodzi Profesor: - Dobrze się pan czuje? - Dobrze - odpowiadam cicho. - Odpowiedź ma brzmieć “Bardzo dobrze” - informuje profesor. - Przenieść go na oddział.
No i zostałem przeniesiony. Jedzący, chodzący, czytający - z lekka obolały, ale czego żądać od życia, jeżeli czterdzieści godzin wcześniej ważni ludzie kroili moje serce, starając się naprawić to, co tam było do naprawienia…
PS Obiecuję, że już więcej o szpitalu pisać nie będę.

Wielkanocny

I znów po roku warszawscy (i nie tylko) melomani mają możliwość słuchać koncertów Festiwalu Beethovenowskiego. “Żelazna” pani Penderecka konsekwentnie realizuje swój program, zapoznając nas nie tylko z utworami Beethovena, lecz wielu innych znakomitych twórców. Znakomite orkiestry, świetni (zazwyczaj) soliści…
Nie z mojej (jak wiecie) bezpośrednio winy nie mogłem uczestniczyć w pierwszej części festiwalu. Dopiero w piątek wypuszczono mnie ze szpitala, więc w sobotę po raz pierwszy zasiadłem na widowni, tym razem Teatru Wielkiego. To dosyć ciekawe doświadczenie - siedzieć na widowni w przedziwnej “kamizelce”, ściskającej mi żebra. Na “kamizelce” sweterek, bo w marynarce wyglądałbym mocno dziwacznie. Ale wytrzymałem i w sobotę, i w niedzielę, i dziś.
Zostawmy w spokoju spektakl sobotni - na pewno znęcać się na nim będą zawodowi krytycy. Niedzielny koncert przeznaczony był dla prostaczków (takich jak ja). Muzyka łatwa i mogąca każdemu się podobać. Za to dziś “Lodoiska” - opera Cherubiniego niewystawiana w Warszawie od 200 lat. Dlaczego? Nie wiem. Prosta akcja tocząca się w Polsce. Wpadająca w ucho muzyka, ciekawe role i możliwość zaprezentowania przez wokalistów swych umiejętności. Możliwości inscenizacyjne, na przykład scena pojedynku lub końcowa partia walki “dobra ze złym” - pokonanie barona Dourlinskiego przez dzielnego Tizikana i jego Tatarów. Na dodatek wszystko kończy się dobrze, zupełnie jakby to nie była opera, gdzie wypada w ostatnim akcie uśmiercić główną bohaterkę. A tu piękna Lodoiska zostaje ze swym ukochanym Floreskim. Cóż, takie wczesne opery nie są modne. A szkoda.
Dobra obsada - najbardziej podobać się mógł śpiew tytułowej bohaterki - ukraińskiej wokalistki Sofii Soloviy. Piękny, czyściutki, mocny sopran - miło było słychać. No i chór Polskiego Radia w Krakowie (a właściwie jego męska część - prawdziwi Tatarzy) - jak brzmiał!
Przed nami jeszcze kilka dni festiwalu. Mam nadzieję, że uda mi się kilku koncertów wysłuchać.

Rumi

Muszę się przyznać, nie wiem, czy powinienem się wstydzić, ale nie znałem poezji Rumiego. Chyba w Polsce ta poezja nie jest popularna, jeżeli w programie widowiska, o którym poniżej, teksty Rumiego były tłumaczone nie z oryginału, lecz z języka angielskiego. Na szczęście przetłumaczone prześlicznie (ale Joasia jest zdolna!), więc wydaje się, że podstawowa myśl XIV-wiecznego poety-filozofa do nas dociera.
Rzecz (pokaz? zbiór ruchomych obrazów? widowisko?), którego punktem wyjścia była ta poezja, wystawił w Operze Narodowej Robert Wilson. Oficjalnie także w zastępstwie opery, której premierę obiecuje na jesieni. Wilsona oglądamy w Warszawie po raz trzeci. Najpierw w Teatrze Dramatycznym cudowną “Kobietę z morza”, jedno z najlepszych wystawień dramatów w ciągu ostatnich sezonów; później (już w Operze) sprowadzonym zespołem śpiewającym stare murzyńskie pieśni (choć u Wilsona nie dźwięk jest najważniejszy, lecz obraz). Teraz “Rumi”, mający podtytuł “w mgnieniu oka”. I rzeczywiście - nie treść (bo wszak jej jak na lekarstwo), nie muzyka - bliskowschodnia, turecka, ale jak zwykle obraz dominuje i w tej inscenizacji Wilsona. Co prawda zmienił on scenę Teatru Wielkiego na widownię, swych aktorów wyprowadził nad kanał orkiestry, ale ważny dla niego jest i w tym spektaklu czysty obraz, czytelna kreska, klarowne kolory. W oknach wielkiego papierowego domu zmieniają się kolory - w mgnieniu oka. Derwisze tańczą - kręcą się wkoło - w mgnieniu oka, tak samo błyskają wielkie lustra, powiększające ruch aktorów na scenie. Tylko wielkie słońce wschodzi i zachodzi spokojnie, tylko ciemność nocy jest czarna jak noc.
Po obejrzeniu spektaklu pozostają marzenia.
I myśl - trzeba pójść na kolejną “rzecz” wystawianą przez Wiliamsa. Trzeba koniecznie.

On, Feuerbach

Przyszła pora, abym wspomniał o przedstawieniu “Ja, Feuerbach”, które oglądałem ponad tydzień temu w “Drugiej Strefie” przy Magazynowej. O jego premierze nikt już nie pamięta. A szkoda. Odkryłem tam bardzo dobrego aktora, którego osiągnięć nie pamiętam. Gdzie gra? Jakie były jego największe dokonania? W głowie pustka.
Oczywiście można otworzyć portral e-teatr, wpisać nazwisko i miałbym wszystko jak na dłoni. Ale przecież nie w tym rzecz.
Oglądamy casting, a właściwie próbę castingu. Aktor, tytułowy Feuerbach, szukający pracy, zaproszony do teatru przez reżysera, stara się z nim skontaktować, stara się pokazać przygotowany z tej okazji monolog. W pierwszej części spektaklu patrzymy na aktora-nieudacznika, którego reżyser oglądać nie chce. Co myśli, co czuje - jesteśmy w jakiejś garderobie - on - sam, i my - dziewięcioro widzów. Teatr prawie domowy, teatr super kameralny, gdzie aktor jest na wyciągnięcie dłoni. Rozumiemy bohatera, którego szept i krzyk są tak samo dobrze słyszalne (to zasługa chwalonego przeze mnie Tomasza Zaroda). I nie rozumiemy, dlaczego nie załamie się, dlaczego nadal walczy o swą godność.
W części drugiej obserwujemy ów monolog opracowany na podstawie “Zbrodni i kary”. To perełka - wybrane fragmenty “spowiedzi” Marmieładowa, zakończone jego samobójstwem. Samobójstwem bohatera Dostojewskiego czy aktora odrzuconego przez nieznanego reżysera?
Warto poświęcić godzinę na dalekim Mokotowie na obejrzenie monodramu Tomasza Zaroda.