Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

June, 2008 w archiwum

Harcerski kłopot

Wróciłem z krótkiego kursu, który prowadziłem dla harcerzy z Białorusi. I mam kłopot. Jak ocenić nasze wspólnie spędzone dziesięć dni? Dni trudne dla nich i dla mnie. Bo stało się to, co wydarza się dość często w naszych wzajemnych kontaktach. My mówimy: - Chcemy zorganizować prawdziwy kurs instruktorski, chcemy przeszkolić przyszłych drużynowych na prawie normalnym obozie pod namiotami. Prawie normalnym, bo jednak jesteśmy w bazie, nie mamy służb w kuchni i nocnych wart. Ale pada deszcz, jest zimno (i gorąco), do umywalni dwieście metrów, do najbliższej toalety - sto. Trzeba wstawać na gimnastykę, uczestniczyć w różnych zajęciach, robić notatki, myśleć, rozwijać się…
A na Białorusi mówią: - Chcemy wysłać na kurs kogokolwiek, na wszelki wypadek powiedzmy kursantom, że zajęć będzie mało, że będą odpoczywać, że nie będzie żadnych obowiązków, lecz same przyjemności - wycieczki, plażowanie, dyskoteki.
My mówimy: - W kursie mogą wziąć udział harcerze z doświadczeniem, po złożonym Przyrzeczeniu, mówiący po polsku, bo wszak harcerstwo jest polskie.
A oni: - Niech jedzie, kto chce. Nieistotne, czy zapisał się do organizacji wczoraj, czy przedwczoraj…
I pojawia się w Polsce grupa “mieszana” - harcerzy i nieharcerzy, młodszych i starszych, chcących zdobywać nową wiedzę i umiejętności i wprost odwrotnie, osób palących i niepalących, mówiących świetnie po polsku i ledwo nasz język rozumiejących. Co zrobić? Odesłać połowę do domu? Ale oni przyjechali jako grupa! Sytuacja obu stron nie do pozazdroszczenia. W dodatku doświadczenia harcerskie nawet tych najlepszych, tych zapalonych, są niewielkie. Drużyny nie mają zbiórek, drużynowym nikt nie pomaga pracować, nie ma planów pracy, nie zdobywa się stopni, sprawności. Nie są znane członkom organizacji najważniejsze zapisy statutowe. Uczyć trzeba wszystkiego - od umiejętności posługiwania się busolą i zasad układania ogniska poczynając. Więc jak zapoznawać z metodą harcerską właściwie grupę cywili, częściowo ubranych w mundury?
Dziesięć dni trwał kurs. Uczestników było ponad dwadzieścioro - ukończyło kurs sześć osób. Mam kłopot, jak go obiektywnie ocenić.
Za rok będzie lepiej - musi być lepiej, nawet wiem, jak to zrobić. Kiedyś o tym napiszę.

45 lat minęło

Tego się nikt z nas nie spodziewał, fakt, że czas płynie, dzieci są coraz starsze, ale żeby od naszej matury mogło minąć czterdzieści pięć lat? Nie , to niemożliwe. Tak długo ludzie nie żyją…
Spotkaliśmy się przed szkołą - w międzyczasie jacyś dobrzy ludzie postawili na placyku przy ul. Zwycięzców mały pomniczek Bolesława Prusa, więc mieliśmy gdzie się fotografować. A, właśnie - to za naszych czasów dawnej TPD VI, późniejszemu Liceum nr 35 nadano imię twórcy “Lalki”. Nie pamiętam, czy był już hymn szkoły, ale na pewno przećwiczono z nami przed uroczystością “Wszyscy wraz… zaśpiewajmy marsz”, którą to pieśń mogę zanucić o dowolnej porze dnia i nocy…
Dzielny Gadzio zebrał nas dwanaścioro, dwie osoby przysłały listy - Magda z Holandii (nie da się ukryć - Magda jest nadal najpopularniejszą dziewczyną naszej klasy), a Dyl ze Stanów. W bazie kontaktów Gadzia jest jeszcze z pięć osób, w tym dzielny kapitan Andrzej pływający gdzieś na Karaibach. Ale nie da się ukryć, to nie jest cała nasza “XIc”. Trzeba znaleźć pozostałych.
Czterdzieści pięć lat - dorosłe dzieci, tu i ówdzie wnuki. Niestety z dwójką naszych kolegów spotkamy się już w innym świecie.
Pierwsza refleksja? Pamięć nasza jest bardzo ulotna. Gdy podszedłem przed szkołą do grupki starszych państwa, bez trudu wymieniłem trzy imiona, a z resztą miałem duży kłopot. Fakt, nie przygotowałem się, nie poczytałem listy obecności. Wtedy bez kłopotów wymieniłbym kolejne imiona i nazwiska. Ale nie wszystkie… Tylko czy to moja pamięć, czy myśmy tak się zmienili? Pewnie i jedno, i drugie. Kilka lat temu nie poznał mnie Jurek - dość stanowczo stwierdził, że razem do klasy nie chodziliśmy. A teraz w czasie rozmowy z Jolą doszliśmy do wniosku, że ze dwa lata razem studiowaliśmy na jednym roku i tego faktu w ogóle nie pamiętamy! Oboje!
Refleksja druga - zawsze byliśmy fajną klasą, lubiącą się. Oczywiście z liderami bardziej popularnymi - to ci nieco zdolniejsi, mający więcej ocen bardzo dobrych w dzienniku, ale także ci lepsi sportowcy i osoby, będące “duszą towarzystwa”. Liderowała nam spora grupa. Byli też także ci słabsi, wlekący się w ogonie klasy. (Mieliśmy dużą rotację - zasadą było, że po każdym okresie opuszczał klasę najsłabszy uczeń - taka mało sympatyczna koncepcja naszej wychowawczyni). Stąd charakterystyczna dyskusja o jednym z kolegów, czy był na pewno w naszej klasie, czy zdawał z nami maturę… A więc nadal jesteśmy fajną klasą - nieco starszą, ale bez problemów dogadującą się ze sobą. Zdumiewające.
I refleksja trzecia - wyszliśmy na ludzi. Nie ma wśród nas osób przegranych, nieszczęśliwych, załamanych. Oczywiście część z nas miała w życiu trudne momenty, ale jesteśmy grupą ludzi, którym się powiodło. Mniej lub bardziej, ale jednak. Kiedyś o tym warto będzie napisać większy tekst.
Nie było to pierwsze spotkanie klasy, po prostu ja zostałem odszukany dość późno. Widać jednak, że stare przyjaźnie wrócą. Że gdy coraz wyraźniej widać smugę cienia, wspomnienia z przeszłości stają się czymś pięknym. I w pełni czerpiąc z życia dziś, będziemy wracać do tamtych lat.

Nasza Basia kochana

Basię można kochać lub nienawidzić, obojętnym być nie można. Basia jest nieuleczalną entuzjastką. Dziś nie ma wokół nas takich jak ona. Wychowuje nas, kształci, uczy o wielkich Polakach, zaszczepia swoje pasje. Potrafi zakompleksić. Mówi: “Polak powinien znać tę piosenkę”. I każdy z nas czuje się nieswojo. Przecież zanucić ją potrafimy, ale żeby tak umieć ją zaśpiewać solo głośno przy pełnej sali? Nie. Basia mówi “Kościuszko”. I chciałaby, abyśmy wymienili całą drogę życiową Naczelnika. I Sienkiewicza, i Żeromskiego, i twórców harcerstwa, i chłopców z batalionu “Zośka”. Z żyjącymi zośkowcami jest zaprzyjaźniona, ale wydaje się, że tak samo potrafi rozmawiać z duchami “wielkich”, których wywołuje na scenę zupełnie jak Guślarz z II części “Dziadów”. Wczoraj Wielka Basia Fioletowa Wachowicz zaprezentowała w warszawskiej podchorążówce swój kolejny spektakl, tym razem o Oldze i Andrzeju Małkowskich. Było wszystko, jak zwykle: Krzysio Jakubiec, którego warto sklonować, gromadka siedmiolatków, odpowiadająca na pytania wierszykiem Bełzy (Kto ty jesteś?… - Polak mały), śpiewająca Ewa Błoch, która jak zwykle nas wzrusza; no i liczne dygresje: na temat telewizji, Sienkiewicza, Żeromskiego, lektur szkolnych (oj, nie zna się Basia na tym, a opowiada, opowiada), na temat Wigilii polskich, Szarych Szeregów i druha Śwista itd., itd.
Zapytacie, czy tam się zmieścił jeszcze druh Andrzej i druhna Oleńka… Otóż Basi udało się zręcznie opowiedzieć (z licznymi cytatami prezentowanymi przez Justynę i Krzysia) dzieje założycieli harcerstwa w ponaddwugodzinnym spektaklu. Uzupełniał widowisko Chór Reprezentacyjnego Artystycznego Zespołu Wojska Polskiego.
Niektórzy (i było ich niemało) wzruszali się, niektórzy, znając koncepcję kominków prowadzonych przez Basię, przyjmowali widowisko chłodno. Ale bardzo dobrze się stało, że w Roku Olgi i Andrzeja Małkowskich taka impreza się odbyła. Przybliżyła nam ona naszych Założycieli. Oby takich więcej.
PS W Świątyni Egipskiej w Łazienkach została otwarta wystawa Muzeum Harcerstwa “Olga i Andrzej Małkowscy” - dobra ekspozycja, chyba najlepsza z organizowanych w tym miejscu, to cieszy, że muzeum działa coraz bardziej profesjonalnie, brawo!

Maestro

Czy wystawiać takie sztuki jak “Maestro” Jarosława Abramowa-Newerly’ego? Dla starszego pokolenia czytelne, jasne, będące opisem polskiej rzeczywistości stanu wojennego. Nie ma tu wielkiej polityki, nie ma działaczy podziemia, internowanych, szykanowanych czy bitych przez milicję. Obrazek z pobytu wielkiego Żyda (czyli Polaka), wirtuoza skrzypiec (choć w rzeczywistości fortepianu) w ojczyźnie, której jest potrzebny do uwiarygodniania władzy przed Zachodem. Jak na tacy podane mamy problemy roku 68 i Holocaustu, działaczy kultury i tajnych służb, miłości i nienawiści. Gdzieś ginie wielkość maestra w konfrontacji ze starą żoną i nową (już piątą), w rozmowie z przyjacielem - ostatnim przywódcą powstania w getcie… Wolność twórcy? Wolność człowieka? Maestra?
Dlaczego przedstawienie może się podobać? Napisane przed dwudziestu pięciu laty, opisujące świat wokół nas. Pełen brudu, ale i piękna. Taki, jaki był on przed laty. Nie, autor nie silił się na napisanie wielkiego metaforycznego dramatu narodowego pokazującego coś więcej niż świat z pierwszych stron gazet, no, może z drugich. Fakt, prezentuje on świata “Trybuny Ludu”, bardziej podziemnych gazetek Solidarności.
Wystawiony “Maestro”w Laboratorium Dramatu może się podobać. Prosta nieudziwniana reżyseria, dobra gra aktorów, poprawna scenografia (Laboratorium ma kłopot z zabudową swej skromnej scenki). W czasie premiery nadkomplet widzów, siedziałem gdzieś na skraju podestu o metr od aktorów. Nie żałuję. Ciekaw jestem, czy kolejne przedstawienia też cieszyć się będą tak wielką popularnością. Bo, moim zdaniem, warto wybrać się na Oleśińską - nie po to by zobaczyć Sztukę, lecz rzecz o naszym niedawnym świecie, który (na szczęście) już nie wróci.

Superpornografia

Na premierze Gombrowiczowskiej “Pornografii” w Teatrze Powszechnym przypomniałem sobie, jak po raz pierwszy zetknąłem się z tą powieścią. Było to dawno, dawno temu, kiedy tego tekstu nie opublikowano w Polsce, a wydawnictwa paryskiej “Kultury” były na indeksie. Można jednak było na Koszykowej wypożyczyć ten tekst do czytelni i pomimo mało komfortowych warunków po prostu go przeczytać. Czytałem więc “Pornografię” i szukałem w niej… pornografii. Było to, powtórzę, strasznie dawno temu i nie powiem, z lekka byłem rozczarowany. Pornografia bez pornografii? Ale Gombrowicza student polonistyki znać powinien, więc go poznawałem. Autor tłumaczył się, że to tak naprawdę “uwiedzenie”. Ale i z autentycznym uwiedzeniem niewiele ten tekst ma wspólnego.
Jak wystawić tę powieść na scenie? Powieść mało sceniczną? Nie znam się, nie wiem, nie potrafię. A Waldemar Śmigasiewicz potrafi. Widz siedzi na widowni i cały czas wzdycha: - To taki typowy Gombrowicz.
Może tak. Gombrowiczowskie problemy - walka płci, elementy homoseksualne, wieczny kłopot z dojrzewaniem i niedojrzałością bohatera (dwóch bohaterów jako ego autora), wojna (akcja toczy się w Polsce w czasie II wojny światowej), cynizm autora, elementy erotyzmu, analiza naszej inteligencji (a może mieszczaństwa?), tej wywodzącej się z dworków szlacheckich… To może się podobać.
Po premierze usłyszałem kilka charakterystycznych zdań, że to najlepsze przedstawienie w Warszawie, że Teatr Powszechny wreszcie pokazał swą klasę, że nowy dyrektor odniósł wreszcie niekwestionowany sukces. Takich poglądów nie wypowiada się wyłącznie z kurtuazji.
Zastanawialiśmy się, czy przedstawienie będzie czytelne dla uczniów liceum, czy warto zapraszać ich na “Pornografię”. Może tak? Jednak po przeczytaniu “Ferdydurke”, po analizie jednego tekstu Gombrowicza. Za dużo na scenie słów, które mogłyby być zupełnie nieczytelne, gdyby wrzucić młodzież na głęboką wodę i kazać im z tego widowiska cokolwiek zrozumieć.

Next Page »