Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

July, 2008 w archiwum

Kenia, czyli maszynka do wypoczynku

Wypoczynek w Kenii nad Oceanem Indyjskim nie różni się zbyt wiele od wypoczynku w Turcji, w Grecji czy Tunezji. Maszynka wczasowa jest tak samo dobrze zorganizowana. Hotel, basen przyhotelowy, plaża, restauracje i bary, program dzienny (gimnastyka w wodzie, gimnastyka na plaży, siatkówka, nauka nurkowania, tenis itd.), program wieczorny (miejscowy folklor, występy cyrkowe, prezentacja zwierząt z boa dusicielem włącznie, duet śpiewający stare dobre przeboje itd.) - tak jest wszędzie. Może tylko przypływy i odpływy oceanu są (jak to w oceanach) znacznie lepiej widoczne a goście hotelowi znacznie lepiej strzeżeni.
Wieczorna rozmowa ze strażnikiem hotelowym: - Nas tu całą noc jest czterech, dwóch od strony wjazdowej, dwóch od plaży. Dlaczego aż tylu? Tu nie chodzi o pojedynczych złodziei, lecz bandy wyrostków, które są w stanie zaatakować hotel. Chłopcy świetnie wspinają się na balkony, wchodzą przez otwarte drzwi i obrabowują turystów.
Tak, pobyt w Kenii wydaje się czasem niebezpieczny. Zresztą w tym sezonie turystów jest znacznie mniej niż przed rokiem. To efekt opinii o tym kraju po styczniowych zamieszkach, w czasie zginęło prawdopodobnie około tysiąca osób. Na safari tego nie widać, ale w hotelach - owszem.
Pilnowani byliśmy nie tylko w hotelu. Przez kraj zamieszkały przez samych Masajów jechaliśmy na przykład w ich (cywilnym) policjantem, który w ręku trzymał zwykłego kałasznikowa. Raczej zniechęcano nas też od samodzielnych spacerów po Mombasie, a gdy w pewnym momencie szliśmy sobie po szosie, wzbudzaliśmy powszechne zainteresowanie mieszkańców. Białych na szosie się nie spotyka.
A więc wypoczynek ograniczany. Choć z tego, co pamiętam, to nie tylko w tym państwie turyści nie powinni chodzić gdziekolwiek i o którejkolwiek godzinie. Przecież maszyna do produkowania zadowolonych wczasowiczów pracuje bez zgrzytów i nikt nie powinien mieć własnych pomysłów i łazić tam, gdzie go nie proszą.

Kenia, czyli o Masajach

Piękny kraj, biedny kraj, bogaty kraj. Każdy epitet da się uzasadnić. Bo nie da się o Kenii napisać jednoznacznie. Dlatego dziś będzie nieco o Masajach. To dobry przykład na ową niejednoznaczność. Myśląc o tym plemieniu najpierw należy odrzucić wszystkie nasze pozornie słuszne zasady, reguły, poglądy. Ponieważ przykładanie europejskich norm do tej społeczności nie ma większego sensu.
Jest to plemię biedne, brakuje Masajom pieniędzy, ale postanowili oni żyć życiem swoich przodków, zgodnie ze swą bogatą tradycją i kulturą. Ich decyzja jest w pełni świadoma. Są więc jednym z ostatnich ludów wędrujących ze swymi stadami bydła po Afryce, nie bacząc, że przecież gdyby się osiedlili, mieliby możliwość wybudowania normalnych osiedli (ze studniami - problem, zasadniczy problem, nie tylko na terenach masajskich, to brak wody) i szkołami. (Masajowie w dużej części to analfabeci, zaczęli jednak posyłać dzieci do szkół - oczywiście nie z każdej wsi, muszą przecież, chcąc mieć jakieś zarobki, znać angielski i język państwowy - suahili). Prowadzą więc życie koczownicze niewiele różniące się od tego sprzed stu czy dwustu lat. Nadal ich podstawowym pożywieniem jest mleko i krew. Gdy patrzy się na dzieci, nie widać po nich, by były głodne. Mają okrągłe, roześmiane buzie (fakt, że brudne, ale jak zachowywać higienę na sawannie, gdy wody praktycznie prawie wcale nie ma?). Wyrastają na ludzi szczupłych, wręcz chudych i stosunkowo wysokich. Ludzi silnych, bo tylko takich nie jest w stanie zniszczyć Afryka.
Żyją w związkach poligamicznych, przeciętnie mężczyzna ma cztery żony - każda z nich ma swoją chatę, zbudowaną własnymi rękami. We wsi chaty jednej rodziny oddzielone są od chat innych rodzin, jednak cała wieś ma wspólny płot, by zwierzęta z sawanny nie wchodziły na teren. Chaty stoją w wielkim kręgu - w środku jest miejsce dla bydła.
Masajowie są dumni ze swej historii, z tradycyjnego sposobu życia, ze strojów, zdobienia twarzy, z rozciągniętych małżowin usznych, ze swych tańców (mężczyźni w czasie tańca jak najwyżej skaczą, nie używa się instrumentów muzycznych). I choć mogliby chcieć się “ucywilizować”, świadomie tego nie czynią. I cóż z tego, że są biedni? Jeżeli są szczęśliwi?
PS Gdy sprzedają za jakieś niebotyczne sumy swe pamiątki, zarobione przez jedną wieś pieniądze wędrują do wspólnej ogólnomasajskiej kasy. Przecież nie w każdej wiosce można zarabiać, a pieniądze przydadzą się wszędzie. Taki prosty afrykański socjalizm.
Państwo namawia Masajów do osiedlenia się, ale efektów tych działań jeszcze nie widać.

O czym nie napiszę

Interesujące jest oglądanie produkcji młodych i obiecujących aktorów - niekoniecznie pobierających nauki w Akademii Teatralnej. Dlatego gdy przeczytałem, że można obejrzeć produkcję uczniów szkoły, prowadzonej przez państwa Machulskich, zrezygnowałem z jednego z “meczy o wszystko” naszych dzielnych chłopców kopiących piłkę w Austrii i pobiegłem do starej zniszczonej hali-warsztatów Technikum Kolejowego, gdzie spektakl “Zachodnie wybrzeże” był wystawiany.
No tak… Rzecz wystawiona jak u Warlikowskiego czy Lupy. Hala wykorzystana maksymalnie…
Tak kilka tygodni temu zacząłem notatkę, a może krótką recenzję…
Miałem w niej ostro przejechać się po młodych aktorach i reżyserze. Ale czy warto?
Uważny czytelnik moich zapisków zauważy, że nie pisałem nigdy o Teatrze “Polonia” (wyjątkiem był “Lament na placu Konstytucji”). To nieco wstyd - nie bywać na spektaklach u Krystyny Jandy. Więc gdy tylko miałem okazję, pobiegłem na Marszałkowską, by obejrzeć monodram o skoku do basenu (tak jakoś to brzmiało. Pomysł znakomity, tekst też. Tylko dlaczego pani Krystyna tak totalnie lekceważy publiczność?
Tak… To początek oceny komedyjkochałturki. Dalej mogę pisać w tym samym tonie. Nie, nie napiszę tej oceny - po wizycie w “Polonii” pozostaje niesmak.
W Teatrze Komedia ostatnia premiera sezonu. “Show” Giny Gionfriddo. (W oryginale “After Ashley”). Ludzie, jeżeli chcecie zobaczyć złe przedstawienie, źle napisane, źle wyreżyserowane i źle zagrane - idźcie do Komedii. Na dodatek kierownictwo teatru zamieściło na plakatach napis dla naiwnych “spektakl tylko dla widzów dorosłych”. Naiwni będą więc pchać się na “Show” drzwiami i oknami…
No kto mi powie, czy opisywanie takiego spektaklu ma sens?
Nie, nie będę tracił czasu na recenzowanie takich “wydarzeń teatralnych”. I w efekcie moje teksty pojawiać się będą rzadziej. Ale wybaczcie, o gniotach, nieporozumieniach i złych, po prostu złych przedstawieniach pisać nie warto.