Adam Czetwertyński » 2008 » September

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

September, 2008 w archiwum

Pod jasnym niebem

Gdzieś w Rosji. A może na Białorusi lub Ukrainie? Jednak w Rosji, wszak scenariusz napisano według opowiadania Turgieniewa. Umiera kobieta. Wcale nie taka stara - przecież tylko od siedmiu lat jest przykuta do łóżka. Przed kilku laty miała wyjść za mąż, była młoda.
Teraz umiera, samotna, odwiedzana przez nielicznych. Nauczyła się już nie jeść, często chce się jej pić. Żyje jeszcze, leży wpół sparaliżowana po upadku z ganku domu, w którym mieszkała. Czasem chciałaby umrzeć, ale próba samobójstwa jest nieudana. Śni, marzy, mówi sama do siebie. Zastanawia się - czy to sen, czy rzeczywistość? Zrzuca na ziemię metalowy kubek. Słychać dźwięk - a więc tym razem to świat realny, nie marzenie. Czy jej życie ma sens? Czy w sytuacji, w jakiej się znajduje, ma szansę cieszyć się życiem, widzieć w życiu jakiś sens?
Jest przy niej kobieta, taka ze snu. Zdrowe alter ego bohaterki, ale także zakonnica, kusicielka czy kobieta ze wsi. “Ta druga” śpiewa, pieknie śpiewa o dzieciach, przyjaźni, radości życia. Chora bohaterka straciła już głos, jest za słaba, aby konkurować z “tą drugą”, która na końcu, jako Parka, przetnie nić życia Łukierii.
Na scenie Teatru Praga (tego w Fabryce Trzciny) kolejna w tym sezonie premiera. Proste przesłanie (bo życie ma sens) i znakomite, naprawdę znakomite wykonanie. Może dlatego, że jedną bohaterkę gra Ukrainka -Roksana Wikaluk, a drugą Białorusinka - Olena Bogdziewicz? Może dlatego, że reżyserem spektaklu jest Rosjanka - Żanna Gierasimowa? Zapamiętujemy jednak nie tylko piękne pieśni (skomponowane przez Wikaluk, ale chyba przede wszystkim świetny ruch sceniczny. Bohaterki są czasami podobne, czasami są sobie przeciwstawne. Leżąca lub siedząca “pierwsza” (chyba, że śni, wtedy wstaje, chodzi, tańczy), i aktywna “druga”. Grają ręce, tułowia, głowy. Grają sumbole - od latarenki na początku do kołowrotka i cięcia “nici życia” na końcu.
Ciekawy spektakl, warto go obejrzeć.

A w Płocku…

Ładna była pogoda w sobotnim słonecznym Płocku. To nadzwyczajne uczucie - chodzić po ulicach i udawać znudzonego turystę. Pierwsze wrażenie? Jestem w mieście, w którym życie toczy się powoli, w mieście czystym, remontowanym, zadbanym, w którym wszędzie jest pustawo. Dobrze zwiedza się Płock idąc od ZOO do kościoła mariawitów. Czego to nie ma po drodze!!! Kościół dominikanów (którego część to socjalne mieszkania komunalne…) i monumentalny, groźny pomnik Władysława Broniewskiego. Z oddali wygląda jak wielki blok skały. Piękna katedra, w której pochowano dwóch polskich królów i naprzeciw niedawno od nowa urządzone muzeum diecezjalne (jak dobrze, że otrzymujemy fndusze europejskie). Codzienne południowe widowisko pasowania na rycerza Bolesława Krzywoustego na wieży ratusza (pierwszy raz w życiu wysłuchałem hejnału miejskiego) i sanktuarium oraz muzeum świętej Faustyny Kowalskiej (chyba już kiedyś pisałem o obrazie Jezu, ufam Tobie”. Najstarsze liceum w Polsce (słynna Małachowianka) i kościół starokatolicki mariawitów z pochowaną w nim uważaną za świętą przez wyznawców tego kościoła Feliksę Kozłowską. A przecież to tylko fragment tego, co warto obejrzeć w Płocku.
Ja nie mogłem wyjść z muzeum secesji. Czy szkło z przełomu wieków, czy obrazy, czy codzienne wyposażenie zwykłych mieszczańskich siedzib sprzed około stu lat może być interesujące? Oczywiście. Gabinet, biblioteka, sala jadalna, buduar pani domu, pokój dziecięcy, sypialnia - wszystko jak prawdziwe, jakby mieszkańcy tych pomieszczeń przed chwilą wyszli z domu i za jakiś czas mieli wrócić. Chyba się dobrze stało, że Muzeum Mazowieckie ma swą nową ssiedzibę przy Farnej, że buduje się obok nowy gnach, w którym także eksopnowane będą zbiory (a przecież są jeszcze w spichlerzu). Jeżeli zapytacie mnie, dlaczego znów chcę wrócić do Płocka, odpowiem bez wahania - ponownie pochodzić po muzeum secesji. Wolno mi, nieprawdaż?

Pisać (i drukować) każdy może

Dostałem tekst. Poproszono mnie: - Masz tu taka broszurę, wyprodukowało ją grono zapalonych instruktorów. Poczytaj to. Może napisałbyś recenzję? Znając twoje pióro, które nie zawsze jest obiektywne, bardzo cię proszę, spójrz przychylnie na ten materiał. Druhowie liczą na pozytywną ocenę. Nie zapomnij o tym.
No dobrze, nie zapomniałem, niech będzie bez złośliwostek, powiedziałem sobie. Stać mnie przecież na spokojną, rzeczową ocenę.
I wziąłem tekst do ręki. I zacząłem czytać. I nóż (spokojny, rzeczowy i obiektywny!!!) otworzył mi się w kieszeni. Było to w momencie, gdy czytałem na stronie piątej taki kawałek (zapis oryginalny, bez jakichkolwiek ingerencji):
Nadal jak to w skautingu przystoi, zakładamy fundamenty, dzięki którym dorosły człowiek będzie działał z “klasą” w wybranej przez siebie dziedzinie. Mamy nie płonną nadzieję, że w dziedzinie społecznie użytecznej promowane przez prawo i państwo, w ogólnej historii harcerstwa rozwinięcie historii wychowawczej wzbogaci nasze rozumienie w wartości skautingu dla wychowania pozaszkolnego. A kolejny numer “Rocznika stanie się “przyczynkiem” poznania.
Rozumiecie to? Ja nie. Koszmar, jeden wielki koszmar.
Tak się przypadkowo złożyło, że dwa dni wcześniej rozmawiałem o tym wydawnictwie z kilkoma osobami. Jedna z nich powiedziała: - Takie wydawnictwa powinny być zakazane. - Jak to - stanąłem w obronie druhów-zapaleńców - przecież walczyliśmy o to, by nie było już cenzury, by każdy mógł wszystko, co chce, drukować.
- Tak, ale szkodliwe wydawnictwa harcerskie, pretendujące do miana popularnonaukowych, nie powinny się ukazywać.
- Na bezrybiu i rak ryba - stwierdziłem mało odkrywczo i zadałem pytanie: - A może druhowie powinni dawać przed opublikowaniem swe teksty nie cenzorom, ale recenzentom?
- Owszem, to jest jakieś rozwiązanie - tylko czy druhowie, którzy wszystko wiedzą najlepiej, będą chcieli poddać się autentycznej krytyce? Wątpię - usłyszałem. - Dziś naprawdę drukować każdy może.
I dlatego ręce opadają.

O prasie harcerskiej słów kilka

W minioną sobotę niespożyty phm. Marek Popiel zaprosił do Tarnowa instruktorów, którym leży na sercu los prasy harcerskiej. Nie mogłem sobie odmówić przyjemności wzięcia udziału w rozmowie. Przy okazji miałem możliwość obejrzenia nowiutkiego, dzień wcześniej odsłoniętego pomnika Andrzeja Małkowskiego, spotkania się z polskimi i czeskimi kolekcjonerami skautowymi oraz zetknięcia się z grupami harcerzy biorącymi udział w zlocie Chorągwi Krakowskiej. Ale konferencja redakcji harcerskich była najważniejsza.
Jak dziś wygląda stan tej prasy w ZHP? Hm… Niezbyt korzystnie. “Czuwaj” - jedyne ogólnopolskie drukowane pismo instruktorskie, “Skaut” - redagowane przez Marka internetowe pismo historyczne, “Na tropie” i “Zuchowe Wieści” - pisma programowo-metodyczne, które (czasami z przerwami) ukazują się w internecie oraz drukowany metodyczny kwartalnik “Zuchmistrz” - dziecko hm. Stefana Romanowskiego, instruktora starszego już pokolenia. Mało? Mało. Największy problem na rynku wydawniczym naszej organizacji to brak na rynku drukowanego pisma metodyczno-programowego, które jeszcze niedawno rodziło się jako “Twoja drużyna” i po ukazaniu się dwóch numerów zmarło śmiercią naturalną. Brakuje nam także pisma o profilu prezentowanym niegdyś przez “Harcerstwo”, a więc miesięcznika (kwartalnika) publikującego prace naukowe i popularnonaukowe o tematyce historycznej i pedagogicznej. Kiedy znajdą się entuzjaści, którzy wznowią te pisma lub utworzą nowe? Uczestnicy konferencji na te pytania nie odpowiedzieli.
Zajęliśmy się też problemem archiwizowania czasopism harcerskich - reprezentowane były dwa ośrodki: Muzeum Harcerstwa w Warszawie i Muzeum Harcerskie w Zakopanem. Cóż - wydawana w kraju prasa chorągwi i hufców zazwyczaj nie wzbogaca zbiorów obu muzeów oraz centralnych bibliotek, które także powinny egzemplarze obowiązkowe otrzymywać. Gdyby tak wszystkie numery zawieszone gdzieś w internecie trafiały w wersji papierowej do bibliotek, nasi prawnukowie bez kłopotu odtworzyliby historię harcerstwa z początku XXI wieku. A tak problemy mieć będą.
Nasza rozmowa o prasie harcerskiej dopiero się zaczęła. Umówiliśmy się na jej kontynuację za rok na II Konferencji redakcji czasopism harcerskich. Może już z nową “Drużyną” lub “Harcerstwem” w ręku?
PS Nie wiedziałem, że Andrzej Małkowski był taki gruby i miał zeza. Po obejrzeniu pomnika naszego ojca-załozyciela już wiem.

Słoneczni…

Długo czekaliśmy na tę premierę, wszak była zapowiedziana na wiosnę i gdy już wpisaliśmy sobie do kalendarza termin pierwszego spektaklu - jak grom dotarła do nas wiadomość - premiera odwołana - “Słonecznych chłopców” z tymi aktorami wyreżyserować się nie da. Jak to? “Słoneczni chłopcy” są idealnym tekstem dla Zapasiewicza i Pieczki. Grać wiekowych aktorów to dla starych, ale przecież bardzo sprawnych aktorów idealna sytuacja.
No i stało się w sobotę premiera się odbyła. Wziął się za spektakl Maciej Wojtyszko i udało się! Mogliśmy przez półtorej godziny bawić się nie tylko śledząc akcję utworu, ale także zachwycając się grą aktorów. Jak oni grali! Jak precyzyjnie opracowany jest ruch sceniczny. jak pięknie podawany tekst! Willy (Zapasiewicz) - stary cynik, lekceważący wszystko i wszystkich, marzący jeszcze o scenie ale niepotrafiący przystosować się do obowiązujących reguł, na przykład sposobu kręcenia reklam telewizyjnych. Chory - ale czy ta choroba nie jest tylko grą? Bo Willy nie przestaje udawać, kłamać, zgrywać się. I Zapasiewicz czyni to cudownie.
Al (Pieczka) - przed laty lepszy od Willego aktor grający z Willym w teatrach rewiowych jeden, jedyny skecz; Byli partnerami ponad trzydzieści lat. Al jest na pozór szczęśliwszy, spokojniejszy, rozsądniejszy… Lecz w pewnym momencie zwierza się, iż musi wyprowadzić się od córki do aktorskiego domu spokojnej starości. Takie to szczęście.
Willy tak nienawidzi Ala, że żyć bez niego nie może. Bo Al pluje w czasie, gdy wypowiada głoskę “t”. Bo Al dźga palcem Willego w pierś, a ten tego nie znosi. Willy żyje Alem, nienawidzi go i kocha zarazem. Chce i nie chce zagrać z nim po latach skecz, który był w ich repertuarze ponad 3 dziesięciolecia.
Powtórzę. Jak oni grają! Bajka. Jak oni nas bawią!
Teatr Powszechny w ostatnich latach nie zbierał dobrych ocen, choć repertuar miał cały czas ciekawy. W ubiegłym roku ruszyło, a w tym roku po prostu hit sezonu - “Słoneczni chłopcy”. Bardzo obiecujący początek. Bardzo.

Next Page »