Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

October, 2008 w archiwum

Ciężki los

Tak się cieszyłem z istnienia Wikipedii, z możliwości szybkiego sięgnięcia do artykulików, notek, zapisów pomocnych w codziennej pracy. Cieszyłem się, cieszyłem i cieszyć przestałem.
Bo jako nauczyciel szkoły średniej zostałem do Wikipedii uwiązany. Nie, nie przywiązałem się samodzielnie. Uwiązali mnie (a właściwie siebie) moi uczniowie.
Zaczęło się od ulicy Miodowej i okolic. Nieważne są powody, dlaczego właśnie chodziło mi o tę ulicę, ważne ich - uczniów zadanie. Mieli oni zrobić przewodniczki po ulicy lub innych leżących w okolicach. Pomyślałem sobie - pójdą na jesienny spacer, zrobią zdjęcia, sięgną do źródeł z przewodników, encyklopedii, poczytają nieco w internecie - powstaną materiały, które dostanę w formie elektronicznej lub tradycyjnej. Przewodniczki powstały, większość uczniów nie poszła jednak na spacer po Warszawie. Usiadła przed komputerami, wypisała adresy w Wikipedii i skopiowała odpowiednie zdjęcia i notki. Jeden kościół w zimowej oprawie oglądałem kilkanaście razy. Pomysł to ja miałem. I co z tego?
Tarcza Achillesa. Rysowanie tarczy jest interesującym zajęciem. Wyobrażenie sobie, jak wyglądały poszczególne sceny wykuwane przez Hefajstosa. To może być zadanie pasjonujące. Wziąć tekst i śledząc go wyrysowywać poszczególne obrazki. Ale tu nie. Tarczę Achillesa można przecież skopiować z Wikipedii. Nauczyciel może dostać kilkanaście takich samych rysunków, tak samo ułożonych poszczególnych scen, tych samych symboli…
Nauczyciel musi dziś być dobrej klasy śledczym. Czy wypracowanie przepisane jest ze “ściągi” w stu procentach, czy tylko w pięćdziesięciu? Czy uczeń przeczytał tekst, czy tylko streszczenie zamieszczone łącznie z utworem? Czy wykonana praca domowa (taka właśnie tarcza Achillesa) jest po prostu kopią materiału z Wikipedii, czy też uczeń wprowadził tam jakieś swoje pomysły? Ciężki jest los nauczyciela. bardzo ciężki.
O czym uprzejmie donoszę.
A.C.

Odkryłem “Koło”

Uwaga, uwaga. Wielkie odkrycie. Moje własne, prywatne. Działa w Warszawie teatr offowy, którego nie znałem, w którym nigdy nie byłem, o którym, z ręką na sercu, myślałem jako o teatrzyku amatorskim, podobnym do tych, które funkcjonują (z sukcesami) w dzielnicy Białołęka.
A tu niespodzianka. Oglądam dwa przedstawienia Studia Teatralnego Koło - pełny profesjonalizm. Aktorzy zawodowi, dobre scenariusze, dobra reżyseria. Pełna widownia. “Koło” przeniosło się do Montowni, to znaczy nie do Montownia, która przeniosła się na Wolę, a ich niebanalna sala przy Konopnickiej to nie Mointownia, lecz Centralny Basen Artystyczny z kawiarnią “Naparstek”, w której nie mogłem w poniedziałek napić się kawy, bo na basenie trwał spektakl, a na sali gimnastycznej, gdzie grało “Koło”, już było po spacerach Spacerowicza (to jeden z tych dwóch spektakli, o czym zaraz).
A więc “Koło” ma w repertuarze pięć spektakli, w tym “Spacerowicza”, który (ponownie uwaga) od stycznia będzie grany na scenie prawdziwego, prestiżowego Teatru Narodowego. Ktoś stwierdził, że to wybitne przedstawienie. I chyba się nie mylił. Prościutka opowieść o życiu człowieka, który idzie, kroczy, spaceruje przez życie. Normalny (no prawie normalny, bo autor “Spacerowicza” jest Austriakiem) świat młodego mężczyzny. Takiego, który nie założył jeszcze rodziny, a już ma pierwsze sukcesy zawodowe. Sukcesy? On sam, marzący, by zostać dobrym pisarzem, nie chce egzystować jako zwykły normalny urzędnik, nie chce założyć marynarki, będącej tego urzędu symbolem, bo nigdy nie da jej sobie dopasować.
A “Taksówka”? Prosta (niegdyś sfilmowana) opowiastka o taksówkarzu, do którego samochodu w Wigilię Bożego Narodzenia wsiadają (i wysiadają) klienci. Tak jak “Spacerowicz”, tak i “Taksówka” składa się z oderwanych scenek, tym razem prezentującą naszą polską rzeczywistość spod Pałacu Kultury. Głębi tam ani na lekarstwo, raczej skecze, które bawią widzów. Zastanawiamy się, kogo jeszcze może zagrać i jak się przebrać dwójka aktorów wsiadających do “taksówki”. Miły wieczór przypominający, że Święta już za pasem.
Bardzo ucieszyłem się z mojego nowego odkrycia. Duża sprawa.

Przebudzona wiosna

Tekst z końca XIX wieku. Modernizm połamany z naturalizmem. Utwór “odważny”, jak na tamte czasy niezbyt cenzuralny. Wszak jest w nim mowa nie tylko o paskudnym drobnomieszczaństwie, o strasznej szkole z bezdusznymi pedagogami czy o nieumiejętności wychowywania dzieci, a przede wszystkim o pierwszych miłościach (męsko-damskich i męsko-męskich), o przerwanej ciąży i o tym, że dzieci prawdopodobnie nie przynosi bocian, wpadający z małym zawiniątkiem przez komin. A więc banalna ramotka w stylu naturalistycznych powieści Gabrieli Zapolskiej, z której jednak wyziera odważne zmierzenie się z ówczesnymi, sprzed ponad wieku, problemami społecznymi.
Na inscenizację “Przebudzenia wiosny” Franka Wedekinda porwał się Teatr Powszechny. Można tę sztukę wystawić dwojako.
Po pierwsze jako obrazek sprzed lat, ot, przypomnienie sytuacji, problemów, zachowań, które nas bardziej śmieszą niż smucą (ten stały, aż do pewnego momentu śmiech na sali…). Ta matka, która ma tak zasadniczy kłopot z uświadomieniem czternastoletniej córki. Ta rada pedagogiczna - banda głupków, przy której nauczyciele z “Ferdydurke” to pestka… Można przy tym pośmiać się z naiwności dorosłych, z przebiegłości dzieci. W którymś momencie nawet uronić łzę.
Można też spróbować pokazać “Przebudzenie wiosny” jako tekst uniwersalny, z drugim, trzecim i czwartym dnem. Tekst o wartościach nieprzemijających, metaforycznie, poetycko, nastrojowo. Akcja może się wszak dziać w jakimś “tutaj”, w jakimś “wszędzie”.
To, co pokazano w teatrze jest pomieszaniem tych dwóch koncepcji. Polsko-angielska reżyser Helena Kaut-Howson coś miała na myśli, coś chciała po swojemu w wielkiej sali wykładanej ciemnoniebieskimi kafelkami zaprezentować. Ale jak ukazać ową uniwersalność problemów dorastania na tekście naiwnym, dziś na pewno nie szokującym? Co znaczą figury znajdujące się w tle klasy szkolnej, domu i lasu? Nie, nie rozumiem tej koncepcji. Ale pewnie znajdą się uczeni w piśmie, którzy dokonają odpowiedniich interpretacji i całą głębię inscenizacji zaprezentują. Ja nie.

Czerwone światło

Światło się zapala. Krzyczy: “Uwaga!”. Tak, coś tu wokół mnie nie gra. Patrzę i nie rozumiem. Przecież wcale tak bardzo w naszej organizacji nie zmieniliśmy zasad, reguł, stylu bycia. Ale jednak… Czerwone światło zapłonęło.
Popatrzmy. Dwójka instruktorów chce wziąć urlop i przez kilka dni intensywnie pracować na rzecz ruchu harcerskiego. Są znakomitymi specjalistami od takich właśnie działań, mają wieloletnie doświadczenie, można być pewnym, że osiągną sukces. Lecz ktoś, kto jest postawiony “wyżej”, mówi “nie”. Dlaczego “nie”? Dlatego, bo on, ważny instruktor, tak powiedział. Po prostu “nie”, bo “nie”. Argument, z którym nie da się dyskutować. Taki jest rzeczowy. O co chodzi? O nowe, nieznane reguły? Nie wiem.
Często dyskutujemy w naszej organizacji na temat stylów kierowania. I zawsze dochodzimy do wniosku, że po pierwsze konieczne jest stosowanie podstawowych zasad demokracji i po drugie obowiązuje nas przestrzeganie metody harcerskiej. A więc na przykład niezbędna jest praca w małych grupach (przecież nie dotyczy to wyłącznie zastępów!) na każdym szczeblu - tak w drużynie, jak i w Głównej Kwaterze ZHP. W GK wszyscy jej instruktorzy stanowią jakby drużynę, a może szczep - zbiórka tej drużyny odbywa się przy okazji Wigilii lub Dnia Myśli Braterskiej. A gdzie jej normalne zbiórki robocze? Bo to, że zbiera się “rada drużyny (szczepu)”, czyli statutowa Główna Kwatera, to naprawdę mało.
Jak inaczej jest “na dole”. Jestem od pewnego czasu w mojej macierzystym hufcu członkiem komendy - stanowimy typową małą grupę, ot, taki instruktorski zastęp. Uczestniczą w jej pracach różni zaproszeni goście - a to namiestnicy, a to przewodniczący komisji rewizyjnej. I wszystko dzieje się normalnie. Zupełnie normalnie. Nawet, gdy zabraknie nam czasem na zbiórce naszego komendanta, świat się nie wali, zespół pracuje.
Lecz to na dole. A jak postępują władze? Czy akceptują pogląd, że “nie”, bo “nie”. Czy uważają, że decyzje mogą być podejmowane bez najbardziej zainteresowanych, którzy będą wykonawcami danego zadania? Czy akceptują fakt, iż komuś powiedziano “tu konieczne są zmiany”. I od roku nie wrócono do rozmowy na temat tych zmian? Czy można być przełożonym jakiejś grupy, decydować o niej i za nią, prowadzić jakąś własną politykę, za którą odpowiada owa grupa i spotykać się z nią raz na pół roku. (Zresztą na tej grupy żądanie). Pytania można mnożyć.
Może się czepiam, może nie mam racji. Może system kierowania i system informacji jest wzorcowy, a ja gdzieś z niego wypadłem.
Ale czerwone światło wali mnie po oczach. Dlaczego, pierwszy raz w życiu, widzę przed harcerstwem jakąś kosmiczną katastrofę?

Zastępstwo

Czasami dyrekcja powie: “Panie Adamie, pójdzie pan do klasy (tu wymieniony jest odpowiedni numer) na zastępstwo”. Nauczyciel nie może dyskutować, po prostu na zastępstwo idzie.
Dziwna to lekcja. Nikt nie musi zachowywać się tak, jak na normalnej lekcji. Uczniowie nie znają nauczyciela (i poznać go nie chcą). Nauczyciel nie zna klasy (i jej nigdy nie pozna). Spotykają się więc dwie strony na neutralnym, tym razem, gruncie. Nie ma między nimi najważniejszyego nauczycielskiego atrybutu - możliwości wystawiania stopni. A więc nauczyciel powinien zaciekawić uczniów, by chcieli z nim współpracować.
Tym razem mi się nie udało. Klasa druga (pomińmy literkę) postanowiła udowodnić, że jest grupą głupków, z którą nic zrobić się nie da.
Bo o czym świadczy odpowiedź na pytanie, jak zrozumieć tytuł “Ars poetica?” o treści mniej więcej nastepującej: “My nie wiemy, bo nie uczymy się łaciny”. Piękna odzywka naszego przyszłego młodego inteligenta. Coś mi się wydaje, że ów uczeń nie wie też, co znaczy słowo inteligent.
O czym może świadczyć fakt, że do przeczytania utworu zgłasza się uczeń, który nie umie czytać po polsku? Chce pokazać swe nieprzygotowanie do uczenia się w liceum? Mnie chce pokazać? Po co? Aby rozśmieszyć klasę? Pewnie tak…
A o czym świadczy ogólna opinia (wyrażali ją chłopcy), że utwór jest niezrozumiały, niejasny, że “My tego nie rozumiemy”. Czego? Prostych zdań, które, fakt, zostały ujęte w monolog liryczny. To nieprawda, że jest niezrozumiały, należy go tylko przeczytać ze zrozumieniem.
A niby dlaczego polscy siedemnastolatkowie nie mają znać słowa dajmonion? Za mali? Za głupi? Może tylko niedouczeni? Wydaje mi się, że to ostatnie, ale dlaczego nie chcą się czegokolwiek nauczyć?
Walka klasa druga (bez literki) kontra nauczyciel zakończyła się remisem. Chciałbym tam jeszcze kiedyś mieć zastępstwo. Muszę ich przekonać, że nie są durniami, po prostu tylko takich grają.

Next Page »