Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (256) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (73) Varia (103)

October, 2008 w archiwum

Trudny temat

Jak o tym mówić? Jak pisać, by nie wywoływać głosów oburzenia, mających charakter mało merytoryczny, a wyłącznie emocjonalny? W jaki sposób uświadamiać sobie, że w czasie wielkiej wojny wśród zachowań bohaterskich, patriotycznych, godnych pochwały i zasługujących na medale, zdarzały się także takie, o których chciałoby się jak najszybciej zapomnieć, czyny podłe, kryminalne, zbrodnicze… Doskonałym przykładem jest przypadek Jedwabnego i naszych poglądów na zbrodnie, których autorami (współautorami?) byli Polacy. Jak pisać o stosunku Polaków do Żydów w czasie wojny? Jak opisać prawdę, całą prawdę?
Ciekawą koncepcję zaprezentował Piotr Rowicki w dramacie “Przylgnięcie”, którego warszawska premiera właśnie miała miejsce w Laboratorium Dramatu. Przecież może w zwykłego polskiego młodego bandytę, szykującego się do ślubu, wstąpić dybuk małej żydowskiej dziewczynki zamordowanej przez Polaków w czasie wojny. Miasteczko, starsi jego mieszkańcy wiedzą, jak było naprawdę. Wiedzą, że na działce starego Ślusarza zakopano żywcem trzy Żydówki - matkę i jej dwójkę dzieci. Wiedzą i nikomu nie powiedzą.
Dybuk w ciele młodego polskiego mafioso? Czemu nie? Płaczący, potrafiący mówić ustami Pytona. Rowicki przerysowuje i upraszcza charaktery swych bohaterów. Pyton, jego dziewczyna, ksiądz, stary Żyd, kumple Pytona - postacie nieco jak z kreskówek. Ale ich poglądy, ich zachowania są typowe. Tak, to nasi rodacy z ich wadami, ale także (o zgrozo) zaletami. Tak, to ich ojcowie i dziadowie chronili Żydów, ale także nie wahali się, by ich zamordować. Jak kociaki (co mówi jeden z bohaterów), które trzeba zlikwidować świeżo po urodzeniu.
Zlikwidoać też trzeba Pytona, niech nie gada po żydowsku, niech nie tworzy zamieszania.
Rowicki porusza też problem wspólczesnego antysemityzmu, który jest malutki, ale często nieobliczalny. Jeden z bandytów mówi: “Żyd jest jak pająk: mały, brzydki, wredny i wszaędzie ma swoją sieć”. Wtedy potraktowaliśmy Żydów jak kociaki, może dziś dziś trzeba zgnieść pająka. Na szczęście ten wątek nie jest kontynuowany. Po prostu tacy jesteśmy. Dobrze, że Rowicki o tym napisał.

Szczęśliwy dzień pani Komorowskiej

Jak grać w takim przedstawieniu? W pierwszej części jeszcze można się skłonić, wychylić do tyłu. Jeszcze pracują ręce, można coś wyjąć z torby, założyć okulary, otworzyć parasolkę i schronić się przed słońcem. To unieruchomienie, ten brak nóg jakby zupełnie nie doskwierał, jakby nie był istotny. Jest, jak jest, informuje nas bohaterka dramatu Becketta. Codziennie jest tak samo. Przecież codziennie jest szczęśliwy dzień.
Jak grać jednak Winnie, gdy już się tkwi w ogromnym kopcu po szyję, gdy na głowie ma się kapelusik, którego poprawić nie sposób, gdy absurdy codziennego życia, które bawiły widzów przed przerwą, stają się tragedią, a szczęśliwy dzień, kolejny szczęśliwy dzień znów nadszedł?
W pierwszej części mąż czasami odpowiadał, monolog Winnie mógł być praerwany jakimś “Tak”. W części drugiej mąż jest? A może go już nie ma? Może wszedł do swojej jamy w nieodpowiedni sposób i tam już został? I gdy pokazuje się on w ostatniej scenie - robaczek (?), skarlałe zwierzątko (?), mężczyzna w garniturze pełzający i nieodzywający się - jest to nam, widzom, obojętne. Tragiczne życie Winnie już się kończy, jej monolog o otaczającym ją świecie musi zamrzeć. Wielka góra wchłonie ją bez reszty.
Jak grać taką rolę? Można zobaczyć to w Teatrze Dramatycznym. Bo naprawdę świetna jest Maja Komorowska w dramacie Becketta. W pierwszej części, gdy nas jeszcze śmieszy. I w drugiej, bardzo trudnej do zagrania, gdy Winnie zbliża się do unicerstwienia, i gdy widzimy tylko głowę, bo żyje tylko mówiącaq głowa.
Po trzynastu latach Maja Komorowska wróciła do tej samej roli na tej samej scenie. Była to jednak, po tylu latach, ponowna premiera. I tu można jedno napisać zupełnie na serio - pani Komorowska miała znów swój szczęśliwy dzień.
PS To zdumiewające. Na niewielkiej widowni złożonej wszak z przyjaciół wielkiej aktorki znalazły się osoby, które postanowiły zepsuć przedstawienie. A to głośnym, kilkukrotnie powtarzającym się dzwonkiem telefonu (po dłuższej chwili osobnik - właściciel telefonu - postanowił odebrać go poza widownią). A to wyjątkowo głośnym, bezsensownym na cały głos śmiechem, zagłuszającym monolog Winnie. Nie wiem, czy niedługo, jak na stadionach piłkarskich, w salach teatralnych nie trzeba będzie zatrudnić postawnych ochroniarzy…

Alicja

To obowiązkowa lektura dla wszystkich. Obok “Kubusia Puchatka” i “Małego księcia”. Dla dorosłych i dla dzieci, dla tych bardziej i mniej doświadczonych życiowo. Lektura uniwersalna.
Spektakl według “Alicji w krainie czarów” i “Alicji po drugiej stronie lustra”, który pokazano w Teatrze Dramatycznym, raczej jest przeznaczony dla tych bardziej dojrzałych. Cóż, surrealizm Lewisa Carrolla z trudem przekładalny jest na język teatru, tak by mogły zachwycać się nim maluchy. Ale ci starsi? Dlaczego nie??
Powinienem teraz pozachwycać się grą aktorów, szczególnie Barbary Krafftówny (lat osiemdziesiąt), ale o tym za chwilę. Powinienem pozachwycać się scenariuszem. Wyborem wątków, sformułowań, pomysłów.
Ale to, co okazało się rewelacją na skalę ogólnopolską, to scenografia. To trzeba zobaczyć. Przed widzem zbudowano długi, długi korytarz, wydawałoby się, że wpadający gdzieś w środek Pałacu Kultury! Można na nim grać w krokieta albo w szachy wg oryginalnej koncepcji Carrolla. Albo występować i śpiewać jakąś oryginalną (bo po angielsku) piosenkę. Z lewej strony bufet, drugi bufet, trzeci bufet, czwarty… Gdzieś tam króluje czerwona Królowa. Z prawej okna (jedno okno, drugie, trzecie…) jakiegoś ogromnego przedziału w monstrualnym pociągu, nad nimi półki. Może na nią wskoczyć Królik, może Alicja (ta młoda). Przed nami, daleko, daleko rozsuwane drzwi, przez które wkracza biała Królowa. I wielkie głębokie fotele, dwadzieścia?, dwadzieścia kilka? Mogli sobie aktorzy grać, a ja wpatrywałem się w baropociągowy korytarz. I już.
Dwie Alicje - tak samo ubrane; dziewczyna i staruszka - dwie, ale będące tą samą osobą. Wszak można, jak wiadomo, przypominać sobie wydarzenia, które będą rozgrywać się w przyszłości. Dlatego bohaterki mogą być dwiema i jedną zarazem. Krafftówna - rewelacyjna; chłodna i ciepła zarazem; staruszka - dziewczynka. Obraca się w świecie, którego w jednym momencie nie rozumie, a chwilę później nie tylko rozumie, ale nawet nim manipuluje. I zdumiewająco dobra druga Alicja - z dystansem patrząca na świat - młoda (jeszcze) Klara Bielawka.
Tam gdzieś w prawdziwym świecie Pan Prezydent gra w śmieszną grę z Panem Premierem, a Pan Minister Spraw Zagranicznych prosi Pana Prezydenta na kolanach, by nie wsiadał do samolotu. Tu zabawa w luźne skojarzenia według starego już tekstu. Muszę przyznać, że gdy porównuję te dwa spektakle - wolę ten w Teatrze Dramatycznym.

Jaki Hemar?

Marian Hemar był instytucją. Napisał koło trzech tysięcy tekstów piosenek, w większości przeznaczonych do kabaretu. W tekstach Hemara można znaleźć wszystko, choć (co oczywiste) najwięcej jest o Niej i o Nim - w różnych sytuacjach, rożnych nastrojach, mających różne charaktery, śpiewających i recytujących. Dlatego z materiałów, jakie pozostawił po sobie wielki rymotwórca można ułożyć dowolne widowisko (przypomina mi się równie jak Hemar genialna Agnieszka Osiecka, z której piosenek usiłowano nawet stworzyć przedstawienie o charakterze politycznym - było to interesujące - Osiecka jako opozycjonistka).
Można też Hemara potraktować jak twórcę, z którego piosenek zrobi się sałatkę owocową. Trochę słodyczy, trochę czegoś ostrzejszego, dalej lukier, później coś kwaśnego. Pomieszanie z poplątanie pod hasłem “robimy prawdziwy przedwojenny kabaret”. Taka sałatka nie jest, nie może być dobra.
Oglądając w poniedziałek premierowy spektakl w Teatrze Rampa miałem wrażenie, że twórcy tego wieczoru kabaretowego układali poszczególne punkty nie z jakimś zamysłem artystycznym, jakąś logiką wydarzeń, lecz w taki sposób, aby zgadzali im się wykonawcy. Bo muszą oni zmieniać stroje. Więc raz aktorka, raz aktor. Raz trójka pań, potem dwóch panów. I tak na zmianę, czasami koedukacyjnie, byle nie załamać rytmu kolejnych wejść na scenę. Gdy zachodziła obawa, iż aktorzy z przebieranką nie zdążą, bawił nas przez chwilę konferansjer.
Czy tak w XXI wieku pokazuje się utwory wielkich (tak, Hemar był wielki) twórców? Jakby organizowano przedstawienie w remizie strażackiej przez koło gospodyń wiejskich? Rozumiem - podjęto decyzję, iż reżyserem będzie starszy pan z Londynu, który mógł zasmakować u źródła owej hemarowej atmosfery. I tę atmosferę przedwojennego warszawskiego i powojennego londyńskiego kabaretu chciał nam przekazać. Ale trzeba być wysokiej klasy twórcą, by nie wpaść w sztampę, w banał, w słodko-kwaśny sos do dań chińskich. A tu tak się stało.

PS To się może niektórym podobać. Wyobrażam sobie na widowni zachwycone panie w różnym wieku. I nie zdziwię się, gdy przeczytam w gazetach dobre recenzje. Wszystko jest możliwe.

Strach przed “ojcem Klaudiusza”

W październikowym numerze “Czuwaj” Grześ Całek opublikował tekst zatytułowany (jeżeli dobrze pamiętam) “Operacja Klaudiusz”. Otóż jakiś “ojciec” wysłał do 17 komend chorągwi pytanie, jak zapisać swego syna Klaudiusza do harcerstwa. Oczywiściue podał on, iż mieszka na terenie działania danej choragwi. Jedne komendy odpowiedziały natychmiast, inne po jakimś czasie. Niecierpliwy tata Klaudiusza nie pisał do tych mało rozgarnietych (a może nie chcących korzystać z internetu) chorągwi, że musi, że natychmiast, że jacy są oni nieodpowiedzialni, iż nie chcą syneczka przyjąć pod swe harcerskie skrzydła. “Tatuś Klaudiusza” zrobił ranking komend dbajacych o swój wizerunek i wymienił komendy, którym wizerunek jest obojetny. Okazało się, iż jedną z najgorszych pod tym względem chorągwi jest moja macierzysta Chorągiew Stołeczna. Dlaczego? Czyżby nie miał kto odpisywac rodzicom na ich maile? Nie wiem. Czy tak, czy inaczej, zrobiło mi się z tego powodu przykro.
Tu jednak, poza tym, iż mi jest smutno z powodu niewłaściwego stylu działania mojej komendy choragwi, narodziła mi sie pewna refleksja. Otóż od czasu do czasu jakiś druh lub druhna przysyła mi pytanie. Na przykład, jakie w ostatnim czasie były w ZHP zmiany w regulaminie mundurowym. Albo gdzie można znaleźć obowiązujący nas regulamin musztry. I dziś zacząłem sie zastanawiać - czy przypadkiem nie pisał do mnie “ojciec Klaudiusza”, który po prostu sprawdzał, czy harcmistrzowie znają odpowiedzi na takie pytania. Albo napisała do mnie (a wiem to tylko z maila) 27-letnia dziewczyna, która chciałaby wstąpić do ZHP. Odpowiedziałem jej, ale myślę, że to był kolejny test “ojca Klaudiusza”? I nie wiem. czy zdałem go na piątkę, czy na dwójkę. Teraz cały w strachu czekam, aż “ojciec Klaudiusza” przyśle mi kolejne pytanie. A może będzie to pytanie kogoś rzeczywiście zainteresowanego harcerstwem? I nie powinienem się bać, iż jestem tylko obiektem badań? Tylko jak odróżnić “wirtualnego ojca Klaudiusza” od rzeczywistej osoby? Nie wiem.

« Previous PageNext Page »