Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2008 w archiwum

Tydzień po Re:wizjach

Gdzieś mi w natłoku przygotowań przedświątecznych umknęło napisanie notki o “Re:wizjach”. Ten festiwal środowisk niezależnych, offowych, zapoczątkowany w szalony sposób w ubiegłym roku (tak to bywa, gdy miasto ma wolne środki niewydane na kulturę), w tym stał się bardziej stateczny, choć nie powiem, by w pełni profesjonalnie zorganizowany. Kto na przykład wpadł w przeddzień rozpoczęcia festiwalu do punktu, w którym festiwalowe nici się łączyły na placu Konstytucji, wie, w czym rzecz. I właściwie dobrze, że dostawałem maile, iż nie udało mi się wziąć wejściówki i mogę ją odebrać, gdy tę wejściówkę miałem w kieszeni a zależało mi na całkiem innej.
A więc kilkadziesiąt przedstawień, imprez, pokazów, instalacji w wielu punktach Warszawy z punktem kulminacyjnych (a właściwie zbiorem punktów) w sobotnią noc w Pałacu Kultury. Nie, nie widziałem wiele. Trochę więcej opowiadali mi członkowie mojej rodziny, którzy znaleźli się w innych miejscach niż ja. A więc na przykład w Pałacu nie dało się z powodu tłumu normalnie w pokazach uczestniczyć. A na Lubelskiej było wspaniale.
Ja skromnie - obejrzałem produkcję Sceny Współczesnej - Brechta w Starej Prochowni. Kolejny Brecht to zawsze dla mnie ciekawe doświadczenie. Wiersze (nieznane) i songi (znane). Czwórka aktorów z miasta zła, miasta domów publicznych, miasta (jak to u Brechta) ludzi, którzy mają marzenia. Może trochę mi tych marzeń w widowisku zabrakło, ale nie ja układałem scenariusz. Czworo aktorów, z nie najlepszymi warunkami głosowymi. Weill na szczęście tak komponował melodie, że można je nie tylko śpiewać, ale i melodeklamować. Jakoś wyszło. Udało się też “żeńskie” songi zaśpiewać jako partie “męskie”. No cóż - miłość to nie tylko domena dziewcząt. W sumie “Elementarz dla mieszkańców miasta” ogląda się z przyjemnością. Czuć w przedstawieniu atmosferę Brechtowskich, ciemnych strona życia człowieka. Słychać też nadzieję.
A w Basenie “Święto wiosny” - muzyka (na żywo!) Igora Strawińskiego, na scenie kilkoro profesjonalnych tancerzy i chyba trzydziestka amatorów. Tańczą dobrze, z zapałem. Nie wszyscy mają właściwe warunki fizyczne. Ale na scenie czują się dobrze, widać, że mieli wiele ćwiczeń. Samo widowisko podoba mi się. Może nie tak, jak publiczności, która zgromadziła się w Basenie. Tłok, okropny tłok. Ale jeżeli każdy z kilkudziesięciu wykonawców miał na widowni choć pięciu krewnych lub znajomych? To czy nie zapełniliby Teatru Wielkiego? Nic to. Nic się nie posypało, kocioł nie spadł mi na głowę. Podobało mi się.
A Re:wizje? To na pewno kolejny warszawski festiwal, który powinien być kontynuowany w przyszłych latach.
PS To festiwal dla młodych. Popatrzyłem na widownię w Starej Prochowni. Chyba tylko jedna osoba (skądinąd pani profesor z Akademii Teatralnej) była w moim wieku - pozostałe mogłyby być moimi dziećmi.

Febe (czytaj “fibi”)

Na małej, malutkiej trzeciej scenie Powszechnego po trzech latach premiera. On, Ona i pies. Pies wabi się Febe i na szczęście widzom się nie pokazuje.
Od jakiegoś czasu nieśmiało tu wypisuję, że mamy w Warszawie bardzo dobrych aktorów, zazwyczaj (niestety, nie zawsze) niezłych reżyserów i przeważnie słabe teksty. Co po premierze Maciej Wojtyszko przekonywał, iż z każdego marnego tekstu można zrobić znakomite przedstawienie, ale użył argumentów, które do mnie nie przemawiają. Opowiadał o swoim starym widowisku, złożonym z tekstów zawartych w elementarzach i podręcznikach do nauki języka polskiego. Jakież to były perełki językowe! Jak znakomicie powiązane z czasami, gdy je czytano! Może były one niesceniczne, ale na pewno bardzo dobre.
Na szczęście “Febe, wróć” też jest tekstem dobrym. Oni - młodzi i ambitni, zajęci swą karierą, tak naprawdę żyjący w jednym domu, ale sobie obcy. Przerysowani, bardzo przerysowani, lecz chyba o to autorowi i reżyserowi (zapamiętajmy nazwisko - Adam Guziński) chodziło. I wystarczy pies przyjaciół, podrzucony na tygodniowe przechowanie, by yappi powoli zaczynali się zmieniać, by zaczynali zachowywać się nie jak zaprogramowane roboty, lecz jak ludzie, zwykli ludzie. I wystarczy, by Febe (czytaj “fibi”) uciekła, a świat, ich ustabilizowany świat wali im się na głowę. Zaczynają czuć, myśleć, przeżywać brak psa, który pozornie był dla nich obciążeniem, a w rzeczywistości zmieniał ich stosunek do siebie i innych.
Nie będę tu opisywał, jak szukali psa, z kim się spotykali. jest tu i zdrada małżeńska, jest i śmierć. On i Ona przejść muszą przez kolejne kręgi piekła, by zostać oczyszczonymi i by mogli rozpocząć prawdziwe życie.
Zapytałem Dominikę Ostałowską, grającą Helen, dlaczego w pierwszych scenach są tacy sztuczni, tacy nieprawdziwi… Dominika twierdzi, że tacy są bohaterowie, tacy naprawdę. Nie wiem, czy autor to miał na myśli. Na szczęście po pół godzinie akcja wciąga nas, aktorzy, grający na wyciągnięcie ręki, rozkręcają się i już jesteśmy z nimi, już staramy się myśleć o Febe (czytaj “fibi”) jako autentycznym uciekinierze, który gdzieś niedaleko szuka swoich państwa w pobliskim parku. I nawet nie przeszkadzają tak bardzo jak na początku niewygodne krzesełka.
Dominika i jej partner - Łukasz Gimlat - grają dobrze. Ale najbardziej mnie cieszy, że grają dobrą kameralną sztukę o nas samych.

Szkolny (?) “Otello”

Z klasą w Narodowym na “Otellu”. Gdybym był sam, nie byłoby problemu. Napisałbym tu kilka okrągłych zdań, że widziałem w życiu lepsze spektakle szekspirowskie, że ten w 1975 w Polskim był klarowniejszy, że umalowany na brązowo Ignacy Gogolewski to dopiero był zazdrośnikiem. A jak dusił, to dusił. Napisałbym coś o muzyce, dobrze skomponowanej, napisałbym o tym, że starzejący się Człowiek z Marmuru (i z Żelaza) jest niezłym aktorem, tylko nieszczęśliwie tym razem trafił.
A tu taki kłopot. Oglądała ze mną przedstawienie grupa 16-latków, której powinienem odpowiedzieć na kilka pytań.
- Jaką koncepcję miała pani Olsten ubierając aktorów we współczene, codzienne ubrania? Czy chodziło, aby ukazać, że każdego nas dziś dotyczą problemy dzielnego Maura?
- Czemu służyły przesuwające się plastikowe ściany, budujące scenografię i utrudniające aktorom porozumiewanie się? Bo przecież chyba nie były one po to, by raz czy dwa w nie uderzyć lub w nie czymś rzucić?
- A ta kanapa? Czy to miejsce wypoczynku aktorów czy bohaterów? Może gdzieś na zapleczu była zbędna, ktoś postanowił ją wyjąć i postawić na widocznym miejscu?
- Dlaczego aktorzy sączą tekst tak spokojnie i wyraźnie? To, że wyraźnie, to dobrze, bo przez płyty nie byliby słyszani. Ale to artykułowanie poszczególnych słów powinno czemuś służyć. Tylko czemu? I te przerwy między zdaniami… Przecież nie były one po to, by widz spokojnie usnął.
- A ten dość współczesny taniec - takie machanie rękami? O co tu chodziło? Nie mówiąc o ekspesyjnych ruchach pana Radziwiłowicza, gdy się strasznie denerwuje i już mówić nie może. Czy to ma nam pokazać tragizm bohatera? I wtedy Jago go parodiuje. Dlaczego?
- Czemu zamordowanie Desdemony odbywa się, jakby Otello dusił dużego pluszowego miotającego się misia? Spokojnie, w sposób wyrachowany zabiera się bohater do dzieła. Czy na pewno był taki nieporuszony? Dusi i układa żonę na podłodze. Okaz spokoju.
- Czy wątki homoseksualne czemuś służyły?
- I jakie jest przesłanie tej sztuki? Ludzie są ludźmi? Ludzie są źli? Zazdrość zabija? Patrz wokół, bo twój przyjaciel może być twoim wrogiem? Nie wierz pozorom? Ufaj bliźniemu swemu? A może: Jak wejdziesz nie do swojego towarzystwa, to musisz ponieść tego konsekwencje?
Tylko że niczego nie da się na podstawie tego przedstawienia kompleksowo sensownie wyjaśnić. Jakby “Otello” w Narodowym istniał obok “Otella” Szekspira. Więc czeka mnie opowiedzenie, co chciał pokazać Szekspir i co pokazano na scenie. Może gdzieś coś z tych porównań wyniknie.
Przede mną trudna praca.

Pytania do Adama

Za chwilę wydany zostany 250. numer “Czuwaj”. Redakcja zadała mi kilka pytań. Nie wiem, co ukaże się w druku. Dlatego odpowiedzi drukuję w pełnej werski poniżej.
Byłeś redaktorem naczelnym od 1994 r. do 2003 roku. To prawie dziesięć lat. Jak stało się, że zostałeś naczelnym?
Gdy naczelnik Ryszard Pacławski zaproponował mi przejęcie pisma, miał prośbę: „Zrób z Czuwaj pismo żywe, pokazujące Związek takim, jakim jest. Pismo krytyczne. To nie ma być to gazeta grzeczna, niech złości, niech denerwuje, niech pobudza do myślenia”. Pamiętajmy, że miałem za sobą ośmioletnie kierowanie Drużyną – Na Tropie, która – ceniona przez czytelników – nie było ulubionym czasopismem ówczesnej (przed Zjazdem Bydgoskim) Głównej Kwatery. Ryszard wiedział, na co mnie stać.
Jak gazeta odpowiadała na potrzeby Związku?
Związek w tych latach przeżywał swoje wzloty. Czuwaj towarzyszył cały czas każdemu ważnemu wydarzeniu naszej organizacji. Jednym z nich było wejście do skautingu. Obserwowaliśmy, komentowaliśmy. Mieliśmy przez jakiś czas felietonistę, jakiego nie ma dzisiejsze Czuwaj – był nim druh Stefan Mirowski, przewodniczący ZHP. Chciałbym, aby dziś ktoś nas wszystkich w taki sposób potrafił kształtować.
Związek przeżywał też swoje upadki – coraz słabsze obozownictwo, ciągłe kłopoty (to problem aktualny) z przestrzeganiem przez kadrę Prawa Harcerskiego, zmniejszanie się stanu liczebnego organizacji itd., itd. Czasami w związku z tym byłem brutalny, niektórzy chyba do dziś mają mi za złe, że opisałem pijaństwo w czasie jednego ze spotkań komendantów chorągwi na Głodówce.
Jak zmieniał się Czuwaj przez ten czas?
Byłem w komfortowej sytuacji. Brałem udział w posiedzeniach Rady Naczelnej, zbiórkach Głównej Kwatery. Wiedziałem, co się dzieje w harcerstwie na szczeblu centralnym, a przecież cały czas byłem aktywnym instruktorem Hufca Praga Południe (dziś jestem członkiem komendy), więc wiedziałem, jak pracują „doły” organizacji. I jeszcze praca w zespole GK ds. Polaków na Wschodzie. Czuwaj był częścią ZHP. Obrazem, dobrego i złego, w organizacji i ruchu. Zmieniał się? Pewnie tak, ale jak to ocenić?
Jak scharakteryzowałbyś misję twojego Czuwaj ?
Cały czas mówiliśmy, że jesteśmy pismem informacyjno-publicystycznym, nie zapominaliśmy też o tradycjach i historii organizacji. A więc pisać o tym, co się dzieje W pewnym momencie zwróciliśmy baczną uwagę na kontakty międzynarodowe. Nawet usłyszałem, że publikujemy za dużo informacji o wyjazdach zagranicznych. Ale był to świadomy kierunek zwracania uwagi instruktorom, że jesteśmy w rodzinie skautowej, że granice (przecież Polska nie była jeszcze w Unii) nie mogą nas dzielić. Misja Czuwaj? Robić lepsze harcerstwo. Coraz lepsze.
Jakie były osiągnięcia?
„Moje” Czuwaj miało bardzo dobry kontakt z czytelnikami, napływało mnóstwo listów, mniej więcej w połowie wypełnialiśmy nimi numer. I była grupa (na jej czele druh Przewodniczący) stałych znakomitych współpracowników: Jarek Balon, Anita Regucka, Paweł Weszpiński, Grzesio Całek (tak, tak), Jacek Chlebda, Wojtek Kuczkowski, Jadwiga Skiba, Basia Smoła, Ola Filińska, Ewa Lachiewicz, Ludka Ryll, Staszek Dąbrowski, Paweł Ambrożewicz i wielu innych. Wziąłem do ręki (przypadkowo) numer z września 2001 roku. Piszą tam (poza stałymi współpracownikami): Janusz Homplewicz (rzeszowski profesor, harcmistrz, poeta), ksiądz Jan Ujma, Agnieszka Kazek, Hania Radziszewska (Łódź), Piotr Borys (sprawy zagraniczne), Maciej Pietraszczyk, Henio Pytlik, Ania Filipow (Warszawa), Henryk Leśniewski (Olsztyn), Wiesio Laskowski, Agnieszka Gan (Gdańsk), Barbara Małecka (Bydgoszcz) … To nadal się czyta!
Mieliśmy co roku spotkania korespondentów – takie wielkie kolegium, które myślało o tym, co było, i o tym, co będzie. Ci ludzie – z Gdańska i Krakowa, z Warszawy i Lublina, z Dębicy i Opola – byli grupą przyjaciół, mówiącą i myślącą podobnie o harcerstwie.
No i jeszcze ważne osiągnięcie – pisemka wydawane przez zespół redakcji, ale przede wszystkim przez naszych współpracowników na zlotach: Czuwaj (Zlot Zegrze 1995 – 13 numerów, i to jakich!!!), Na Tropie (PZHS „Perkoz 97” – 5 numerów), Czuwaj na SANie (zlot SAN 99 – 6 numerów w czterech językach). Czy ktoś wydał lepsze pisma od naszych na którymkolwiek z kolejnych zlotów?
Co się nie powiodło?
Zdecydowanie nie powiodło się zakończenie mojej pracy jako naczelnego Czuwaj. Nie dane mi było wydać ostatniego, przygotowanego już numeru. Materiały poszły do kosza. A był tam między innymi pasjonujący tekst o nieznanych nam fragmentach życia gen. Roberta Baden-Powella i przyczynach narodzin skautingu z taką, jak ją znamy, obrzędowością.
Tak, nie umiemy w ZHP rozstawać się z klasą. Ale tak naprawdę powiodło się. Wydaje mi się, że wydawaliśmy pismo potrzebne Związkowi. Lata mojej służby na funkcji naczelnego Czuwaj nie były zmarnowane.

111 lat

Co się stało? Warszawskie teatry zaczynają żyć marzeniami. Pokazywać marzenia. Może to ma być odpowiedź na widoczny brak magii teatru, takiej prawdziwej, jaką każdy widz kocha? Idę “Na Wolę” - dramat o marzeniach, idę do “Capitolu” - marzenia, w Basenie Artystycznym nowo odkryte przeze mnie Studio Teatralne Koło pokazuje marzenia. Niedawna (i ostatnia) premiera w “Teatrze Ochoty” - marzenia. Są one różne, mniej lub bardziej ciekawe. Ale jednak. Festiwal marzeń?
“Na Woli” obchodziliśmy 80-lecie cudownej małej aktorki wielkiej duchem i jakością głosu - Barbary Krafftówny. Były kwiaty, życzenia od Prezydenta poczynając na burmistrzu dzielnicy Wola kończąc (z tych oficjalnych najlepsze, najładniej napisane, od naszej Prezydent Warszawy, nie było typowego dla pani Gronkiewicz cytatu z naszych wielkich poetów - i dobrze). Był ogromny tort urodzinowy, w który jubilatka, zdmuchując świeczki, dosłownie prawie wpadła (”Jak w filmach amerykańskich” - wykrzyknęła pani Barbara, krztusząc się ze śmiechu). Była sztuka Remigiusza Grzeli “Oczy Brigitte Bardot”, napisana specjalnie dla jubilatki. Bohaterka - Anastazja, kobieta stara, postanawia pojechać w podróż swego życia do południowej Francji. I bierze ze sobą jako kierowcę zwykłego prostaka - taksówkarza (świetny Marian Kociniak). Czy realizowane są potrzeby Anastazji, czy też Szofera - pana Zbynia? A może to wspólne, takie same marzenia obojga bohaterów, przypadkowo połączonych osób z zupełnie różnymi doświadczeniami życiowymi?
“Oczy…” to komedia. Musi kończyć się dobrze. W kasynie Anastazja wygrywa ogromne pieniądze, ukradziony stary samochód można zamienić na nowiuśki. Szofer podkochuje się w starszej pani. A jako pointa pojawia się bohaterka jako młoda, piękna istota, do której Szofer może powiedzieć: “Ja wiedziałem, że pani nie kojfnie…”. Barbara Krafftówna na scenie gra i śpiewa jak młoda, jakby czas się dla niej nie liczył, oby nam długo nie kojfnęła. Oświadczyła publicznie, że dożyje 111 lat. I niech tak będzie.
PS Nadal nie napisałem o kilku przedstawieniach, które oglądałem na przełomie listopada i grudnia. Może się jeszcze zmobilizuję, bo żal, że na tej stronie nie będzie o nich śladów. Muszę się zmobilizować.

Next Page »