Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

January, 2009 w archiwum

Kontyngenty ZHP

Kontyngent:
1. obowiązkowe, określone umową lub nakazem świadczenia w naturze, dokonywane przez ludność na rzecz państwa, gminy itp.
2. określona ilość lub granica, dolna lub górna, jakiejś wielkości, limit, norma
3. ekon. obowiązkowe lub dobrowolne ograniczenie importu, eksportu lub tranzytu w ciągu pewnego okresu, stosowane jako instrument polityki handlu zagranicznego państwa; może być określony ilościowo lub wartościowo
4. wojsk. jednostki wojskowe jakiegoś państwa pełniące służbę w międzynarodowych siłach zbrojnych

Ręce mi już opadły. Od lat nie udaje mi się wytłumaczyć naszym prominentnym instruktorom, czym jest, a czym nie jest kontyngent. Stąd mój dzisiejszy felieton. Wypisałem na początku w miarę powszechne definicje tego słowa. I co tu jeszcze można powiedzieć na temat nieszczęsnych kontyngentów w harcerstwie? Kto, jakiż to językoznawca-lingwista harcerski (mam swoje podejrzenia, ale nie powiem) zrezygnował w ZHP z wyrazu “reprezentacja” na rzecz słowa, które w żadnym znanym mi słowniku języka polskiego lub słowniku wyrazów obcych synonimem reprezentacji nie jest. Wielka jest siła tajemniczego językoznawcy. Bo cóż widzimy (i słyszymy)? Na Jamboree na stulecie skautingu wyjeżdża ogromny jakiś kontyngent (czy może byliśmy tam jako jednostka wojskowa pełniąca służbę w międzynarodowych siłach zbrojnych?), na niedawnej Silesii Kowlak dowodził, a jakże, polskim kontyngentem (może nasi harcerze byli czymś w rodzaju świadczenia w naturze na rzecz Śląska?), niedługo Czoczo wywiezie nam na Islandię kontyngent (pewnie tym razem nasi wędrownicy będą jakąś górną, bo nie dolną, granicą ilościową). Uff!!! Jak sobie przypomnę, że moje własne dzieci były niegdyś (tfu, tfu!) kontyngentem w Portugalii (pewnie jako instrument polityki handlu zagranicznego), włos mi się jeży na głowie.
Instruktorzy moi kochani, decydenci organizacyjni - przyjmijcie do wiadomości, że drużyny i zastępy ZHP czasami wspólnie reprezentują naszą organizację lub nasz kraj za granicą. Ale nie są jej kontyngentem. Więc ostrzegam, lojalnie ostrzegam. Jak zobaczę jeszcze jakiś jeden harcerski kontyngent, będę dla twórcy tego sformułowania bezlitosny. Zostanie nazwany świadczeniem w naturze. I nie będzie to dla niego miłe, zobaczycie.

Kursowych wieści ciąg dalszy

Po zakończeniu każdego kursu drużynowych zastanawiam się, analizując postawę i wiedzę poszczególnych kursantów, który z nich zostanie znakomitym drużynowym, który wyląduje na funkcji wiecznego przybocznego, a który wykruszy się po trzech miesiącach i ślad po nim szybko zaginie.
Bardzo trudno być prorokiem we własnym domu. Bardzo trudno. Kilka razy wydawało mi się, że właśnie wychowaliśmy nowego komendanta hufca (który oczywiście podejmie się pełnienia swej funkcji kiedyś, za lat kilka), a okazało się, iż wychowaliśmy na przykład lenia, nieroba i człowieka, który z harcerstwa stara się jak najwięcej wziąć, a jak najmniej organizacji z siebie dać.
Jak będzie tym razem? Nie nie wypada mi pokazywać publicznie moich nadziei, typów pewnych i prawdopodobnych. A już zupełnie nie można pokazywać naszych “słabych ogniw”. Przecież zawsze mogą się one wzmocnić i wszystkich, a mnie najbardziej, zaskoczyć.
Dlatego tylko ogólna refleksja. Zajęć było wiele. Praktycznych (jednak ogniska na deszczu nie zapłonęły) i teoretycznych. Szanse mają wszyscy. Choć niektórzy bardzo wiele jeszcze muszą zrobić. Normalne. Zwróciłbym jednak uwagę na jeden problem. Musieliśmy zorganizować przyrzeczenie dla grupki harcerek, skierowanych przez drużynową na kurs. Powtarzam: musieliśmy zorganizować przyrzeczenie kursantkom! Marzena - ich drużynowa - była “za”. Tylko się jakoś złożyło, że wszystkie - i te, które poprowadzą drużynę harcerską, i te przyszłe drużynowe zuchów - czekały i czekały na harcerski krzyż. Dlaczego? Nie wiem. Co jest takiego w niektórych naszych drużynach, że aby złożyć przyrzeczenie, trzeba czekać rok, dwa lub trzy? Pracujemy (my - zespół kształcenia) od kilku lat, by zmienić tę sytuację i znów pojawił nam się taki kwiatek.
Na końcowym kominku snułem refleksję na temat tego, co każdy z kursantów może robić za trzy lata. Być wzorcowym drużynowym? A może coś więcej? Na razie czeka naszych milusińskich realizacja kilku zadań i za dwa miesiące biwak - prawdziwe zakończenie kursu.
No i za dwa miesiące coś o kursie bardziej konkretnego. Będziemy przecież już w końcu “po”.

Kursowe wieści

Pod Warszawą, a jak daleko. Zamknięty świat harcerskiego programu i harcerskiej metody. Trwa nasza hufcowa “Wielka Gra”. Kurs drużynowych. W jednym roku liczniejszy, w drugim mniej liczny, ale zawsze nasi drużynowi mogą liczyć, że kolejna partia młodych zapalonych harcerek i harcerzy zostanie przeszkolona. Dalej nie zawsze od zespołu kształcenia zależy, czy kursant podejmie się trudu prowadzenia drużyny. Ale my w kilkuosobowym gronie robimy wszystko, by każdy chętny miał wiedzę i umiejętności niezbędne do poprowadzenia drużyny.
Mówimy im - Wy, kandydaci na drużynowych przez jakiś czas będziecie musieli intensywnie pracować, by być dobrymi instruktorami, byśmy mieli wzorcowe szczepy i świetne drużyny. Będziecie popełniać błędy, nikt ich nie uniknie. Ale wcześniej czy później będziecie mieli satysfakcję - wychowacie kolejne pokolenie młodych Polaków na mądrych obywateli, ludzi zaangażowanych, ideowych.
Przez nasz kurs przewinie się nie tylko nasz stały zespół, ale wielu instruktorów, których poznać powinni przyszli drużynowi: komendant hufca, przewodniczący KSI, inni członkowie komisji, przedstawiciel komisji rewizyjnej, szczepowi, niektórzy drużynowi. Co najmniej dwadzieścioro instruktorów będzie miało możliwość poznać naszych podopiecznych, a oni doświadczoną (choć często bardzo młodą) kadrę hufca. Bo uważamy, że jest bardzo ważne, aby kursanci szybko włączyli się w pracę naszej hufcowej wspólnoty.
No cóż - kurs trwa. Przed nami jeszcze wiele zajęć. Ciekawych, bo ciekawa musi być nasza harcerska “Wielka Gra”.
Dlaczego napisałem ten tekst? To proste. Od czasu do czasu powtarzam - jesteśmy normalnym hufcem, niekiedy wstrząsanym różnymi wydarzeniami, które wybijają nas z codziennego rytmu pracy. Ale nic to, nasza normalność procentuje. ciągle, pomimo owych kłopotów, nasza mrówcza działalność przynosi efekty. I dobrze.

Między bublem a arcydziełem

Wpadł do mnie druh S. - Czy to twój tekst jest w ostatnim “Czuwaj”? - zapytał. - Ten o wydawnictwach i ten o czytaniu pisma? Tak, to moje materiały. - No właśnie - powiedział druh S. - Bo ja uważam, i nie ja jeden, że takich opinii nie powinieneś publikować. - A cóż to za opinie? - zapytałem. - Cóż takiego napisałem, z czym druh by się nie zgadzał? - Jak to? Posłuchaj - i druh S. odczytał mi następujący fragment:
Co się dzieje, gdy za wydawanie czegokolwiek biorą się entuzjaści, nieprofesjonaliści, widzieliśmy kilka razy i lepiej tego nie oglądać.
- I to jest takie bulwersujące? - Tak - odpowiedział druh S. I wyjaśnił, że przecież gdyby nie entuzjazm różnych instruktorów, to nie wydano by wielu bardzo potrzebnych publikacji, a że są w nich czasem błędy? Któż nie popełnia błędów? Moje sformułowania zniechęcają owych entuzjastów. A zniechęcać ich nie wolno.
Drogi druhu S. Chodzi mi o jedno. I tylko jedno. Nie chcę, aby po nas, po naszym instruktorskim pokoleniu pozostały na wieki w bibliotekach (i muzeach) buble, które obśmiewać będą ci, którzy przyjdą po nas. Nie chcę, by młodzi ludzie - członkowie naszej organizacji czytali teksty w “nibypolszczyźnie”, powinni je w Związku Harcerstwa Polskiego czytać po polsku.
Przecież nie chodzi mi o piękne wiersze druhny Ostaszewskiej z Białegostoku, nie chodzi o materiały Ruchu Drużyn Grunwaldzkich, wydawane właśnie przez entuzjastów, nie chodzi o liczne monografie hufców czy drużyn (czy także nie jest entuzjastą Grzesio Nowik, który w trzech pokaźnych tomach opisał swe ukochane “22″ i przy tym inne środowiska Grochowa? ).
Nie są to (i mnóstwo, mnóstwo innych wydawnictw) rzeczy pisane na kolanie, publikowane jakkolwiek z jakąkolwiek zawartością. Przypomnę jedno z nich - dobrze nam znane wydawnictwo historyczne, które miało być rozdawane trzy lata temu na zjeździe ZHP. Tak, o takie pozycje mi chodzi. Naprawdę lepiej, by ta publikacja w takim kształcie się nie ukazała, lepiej, by wcześniej teksty były zrecenzowane (bo na tym też polega profesjonalizm), by były zredagowane (to także p.), by krytyka, jaka w tej publikacji była zawarta, była tak przemyślana, aby była skuteczna (właśnie p. się kłania). Bo nie jesteśmy dziećmi w piaskownicy. Nie powinniśmy się nieodpowiedzialnie bawić.
No i jeszcze jedna uwaga, druhu S. - amator może być znakomitym profesjonalistą. Nie trzeba ukończyć polonistyki, by być redaktorem i wydawcą!

Przytulanki na Woli

W czasie premiery na widowni obsada kilku polskich seriali. Obsada radosna, czująca się jak u siebie w teatrze, swobodna, poddająca się grupce fotoreporterów, którzy potrzebują dużo zdjęć, by zapełnić łamy “Gali” lub “Vivy”. Celebryci. Tym razem warszawka tłumnie zapełniła Teatr na Woli - od redaktora Michnika poczynając na biznesmenie Niemczyckim kończąc. Ba, nawet znalazł się na widowni mój kolega M., którego ostatnio widziałem w Teatrze Roma sześć lat temu. Warszawka przybyła, bo premierę “Sióstr przytulanek” poprzedziła dobrze rozegrana w naszej prasie fama spektaklu skandalizującego, którego tekst na początku reżyser totalnie odrzucił, ale nieco później, gdy się zastanowił, postanowił jednak zrealizować.
Czym są “Siostry przytulanki”? Pozornie skandalem, ale poza witrażami Wyspiańskiego na scenie i kilkoma modlitwami nic tam zdumiewającego widza nie ma. Akcja toczy się w męskim klasztorze, do którego zapraszane są raz w miesiącu dwie panienki lekkiego całkiem prowadzenia. Autor, Marek Modzelewski, który wyszedł spod ręki Tadeusza Słobodzianka, wydaje się, że już dosyć doświadczony twórca, przekazuje nam kilka banalnych informacji. Że zakonnicy są mężczyznami i w związku z tym myśl o kobiecie nie jest im obca. Nawet w snach jawią im się rozebrane niewiasty. Że w kobiecie zakonik może się zakochać. Że nie można sprzeniewierzyć się zasadom i przysięgom raz złożonym - dwulicowość przynosi fatalne efekty. Że w zakonie trafiają się też (jak to w życiu) homoseksualiści. Że przeszłość zakonników jest bardzo różna a ich wcześniejsze doświadczenia z kobietam bywająi mało budujące. Że klasztor może być ucieczką przed światem, w którym wcześniej pełniło się rolę cynicznego drania. Że zło, jakie otacza człowieka, można zniszczyć albo niszcząc siebie (tu mamy przykładowe samobójstwo), albo uciekając (tu z klasztoru, jak to uczynił przeor). Itd., itd. Słowem - banał, podlany sosem wielkiej tajemnicy, jaką dla widzów (i dla autora także) stanowi powołanie.
Czy opowieść o dwóch prostytutkach, nazwanych przytulankami (mogą być urszulanki i karmelitanki, mogą być przytulanki), będzie nosić jakieś cechy uniwersalne? Jakoś nie za bardzo. Miłość, nienawiść, próba poznania problemów męskich zakonów. Nie, nic tam nie ma takiego, co świadczyłoby o Wielkim Skandalu. Ale także o Wielkim Przesłaniu czy Wielkim Dramacie. Dramacik, malutki, skromny dramacik malutkich ludzi. Prostota w treści i dosłowność w realizacji. I nic więcej.

Next Page »