Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (23) Szkoła (74) Varia (103)

February, 2009 w archiwum

Biblii czytanie

Niezwyły wieczór na Olesińskiej. Czytanie Biblii. Ba, żeby były to najpiękniejsze fragmenty Pisma. Nie. Było to czytanie jednego - fragmentu o stworzeniu świata - czyściusieńkie, króciusieńkie (choć poparte jednym z psalmów i fragmentem Księgi Hioba) genesis. Dwie godziny o początku. O świadomym początku i o tym, że przed nim niczego (a więc i czasu) nie było.
No, jeżeli się zastanowić, może nie tylko o tym, bo Piotruś Matywiecki, skądinąd świetny poeta, eseista i badacz literatury, zaserwował nam tekst o roli poety jako stwórcy (Stwórcy?), jako tego, który też widzi się jako ten, przed którym (a raczej przed którego wierszem) nic nie było. Bo od niego - poety - też bierze się początek. Piotruś się zna, przed spotkaniem opowiadał mi, że dyskursy o Biblii już publicznie prowadził. Choć tym razem myślał, że spotka się z grupką kilunastów zapaleńców. I tu się zawiódł. Sala była pełna.
W roli lektora wystapił Władysław Kowalski (ten jego niski ton - może się podobać), a w roli profesor Świderkówny - Paweł Śpiewak. Też może nie do końca, bo profesor Śpiewak patrzy na Biblię jako na Torę, a więc jako świętą księgę Żydów. Profesor Świderkówna analizowała ten sam tekst jako świętą księgę chrześcijan. Ale wiedza profesora jest tu imponująca. Wszak jest on socjologiem a nie kształconym teologiem-bibilistą.
Słabo znamy Pismo, ja też. Czy wiem już więcej? Czy rozumiem coś więcej? Na pewno tak. Choć, jak wiemy nie od dziś, Pismo jest na język obcy nieprzetłumaczalne, co nam w czasie spotkania wielokrotnie udowadniano.
Za miesiąc na Olesińskiej rzecz o stworzeniu człowieka. Proch i żebro Adama. Może być interesująco.
PS. Przed spotkaniem Mistrz Słobodzianek zastanawiał się, czy rozmowy takie są w rzeczywistości potrzebne, jak się sprawdzi ta inicjatywa Laboratorium Dramatu. O dziewiętnastej, gdy spojrzał na salę, nie miał wątpliwości, że miał dobry pomysł, a uwagi zgłoszone po spotkaniu na pewno umocniły go, że to nie tylko dobry pomysł, lecz że jest to duży sukces.

Poprawić, czyli popsuć

Przeczytałem projekt. No i teraz czuję się nieco nieswojo. Czy mogę pisać o dokumencie, o którym Rada Naczelna dyskutować będzie za tydzień? Jeżeli decyduję się napisać poniższy tekst, to tylko dlatego, że ja, w rzeczywistości szeregowy harcmistrz, nie miałem i nie będę miał w innej formie zabrać głosu w dyskusji na ten temat. A cóż to za przyjemność krytykować coś, gdy mleko się już wyleje.
Do rzeczy. Otóż grupa świetnych skądinąd instruktorów postanowiła poprawić nasze regulaminy, dotyczące zdobywania stopni instruktorskich. Podstawowe proponowane zmiany są dwie. O jednej, czyli możliwości zostania opiekunami prób podharcmistrzowskich przez podharcmistrzów, pisać nie będę. Nie podoba mi się to, ale pal sześć, jeżeli ma to cokolwiek polepszyć w ZHP, niech sobie tak będzie.
Ale druga zmiana dla naszych komisji stopni instruktorskich jest mordercza. To, że hufcowa KSI ma możliwość otrzymania prawa prowadzenia prób podharcmistrzowskich, było normą. Spodziewałem się więc, że zmiany będą szły w kierunku umożliwienia silnym hufcom (i na przykład posiadającym komisję złożoną z co najmniej pięciu instruktorów w stopniu harcmistrza, z których każdy był już opiekunem próby harcmistrzowskiej) otwierania i zamykania prób harcmistrzowskich. Ale nie, autorzy projektu uchwały poszli w drugą stronę. Czytamy więc: “Komendant chorągwi po uzyskaniu pozytywnej opinii KSI chorągwi nadaje KSI hufca na okres maksimum trzech lat prawo prowadzenia prób na stopień podharcmistrza. Na dwa miesiące przed ukończeniem tego tego terminu hufiec musi wystąpić do komendanta chorągwi o przedłużenie na następne trzy lata”. Cóż się będzie działo? Czy dzięki takim zapisom lepiej będą pracować komisje stopni w hufcach? Oczywiście, że nie - komisje te muszą tylko raz na trzy lata uruchomić “tryb biurokratyczny” i napisać odpowiednie pismo do komendanta chorągwi. Komendant chorągwi “po uzyskaniu pozytywnej opinii…” przedłuży, co ma przedłużyć. Pisma będą krążyć. Ale na jakiej podstawie komisja chorągwiana wyda (także na piśmie) pozytywną opinię? Nic, tylko będzie musiała przeprowadzić wizytację komisji hufcowej. Sprawdzić papiery, obejrzeć próby, być pewnie na zbiórce/posiedzeniu komisji. Wyobrażacie sobie, ileż to dodatkowej pracy będzie miała komisja chorągwiana! W naszej chorągwi systematycznie będzie monitorować pracę pewnie dwudziestu pięciu komisji hufcowych.
Oczywiście można nie przejmować się uchwałą Rady Naczelnej i jak było do tej pory komendant chorągwi decydować będzie o możliwości lub niemożliwości prowadzenia prób podharcmistrzowskich przez hufiec. Ale czy powinniśmy akceptować lekceważenie uchwały? Druhowie nieprzejmujący się uchwałami naszych władz naczelnych nie powinni być komendantami chorągwi lub członkami komisji stopni instruktorskich. Wyobrażam sobie te dwudziestoosobowe komisje stopni, których przedstawiciele wędrują po hufcach i tworzą opinie, wnioski, notatki. Dwudziestoosobowe, bo przecież mniejsze nie dadzą sobie rady z biurokracją i wypełnianiem zadań postawionych im przez Radę Naczelną. No tak, mamy wielu harcmistrzów, na pewno w każdej chorągwi znajdziemy grono, które z zapałem zajmie się taką pracą.
Podobnie ma się z komisją stopni, pracującą przy Głównej Kwaterze. Dziś liczy pięcioro instruktorów, pełniących także inne funkcje w ZHP. Ta komisja niespodziewanie staje się “nadkomisją” w stosunku do komisji chorągwianych. W projekcie uchwały czytamy: “Naczelnik ZHP po uzyskaniu pozytywnej opinii KSI GK ZHP nadaje KSI chorągwi na okres maksimum trzech lat prawo prowadzenia prób na stopień harcmistrza. KSI GK ZHP wydaje opinię, biorąc pod uwagę: poziom prób dotychczas prowadzonych przez KSI chorągwi, jakość pracy prowadzonej z opiekunami prób, doskonalenie pracy komisji między innymi przez udział w formach kształceniowych przeznaczonych dla członków KSI, wspieranie i nadzorowanie hufcowych KSI”. Niech mi ktoś udowodni, że tego rodzaju opinię można sporządzić bez zwizytowania komisji chorąwianej. Jak śmiesznie brzmi zapis, że komisja w GK musi liczyć co najmniej pięciu członków. Pięciu członków monitorujących i wizytujących siedemnaście komisji? I prowadzących próby dla tych chorągwi, które nie mają zgody na przyznawanie stopnia harcmistrza? Nie śmiałbym i tym razem przypuszczać, że w GK znajdą się instruktorzy (wszyscy w stopniu harcmistrza), którzy zlekceważyliby sobie proces tworzenia opinii i nie sprawdzili “poziomu prób”, “jakości pracy z opiekunami” i “oraz wspierania i nadzorowania”. Będzie ich pewnie też około dwudziestu - każdy na przykład odpowiedzialny za jedną komisję chorągwianą.
Lada chwila zostanie przyjęta uchwała, która zamiast poprawić naszą pracę, zdecydowanie ją nam ją utrudni. Znów w ZHP będzie więcej sprawozdań, ocen, wizytacji. Czy to jest owo “stawianie wyzwań” zapisane w Misji ZHP? No tak, w misji napisano o wychowaniu młodego człowieka. Harcmistrzowie mają stawiane wyzwania przez ograniczanie - smutny paradoks.
PS Dopisane pod koniec marca. Rada Naczelna zatwierdziła owe zasady pracy komisji stopni instruktorskich. Tłumaczono mi później, że to dzieje w interesie instruktorów, żeby upodmiotowić komisje i opowiadano takie inne bzdurki. A ja z uporem twierdzę, że wymyślamy i zatwierdzamy sobie sami przepisy, które wcale nie doprowadzają do polepszenia pracy środowisk. Ale jestesmy twardzi, i to jakoś przeżyjemy. I następne regulaminy, zasady, instrukcje, wytyczne…

Wypisy z Różewicza

Oglądać najstarszy rocznik studentów Akademii Teatralnej należy nie tylko jako przyszłych wokalistów, ale także jako aktorów dramatycznych. Pobiegłem więc na Miodową, by zobaczyć w najnowszym przedstawieniu dyplomowym.
Cała dwunastka gra w “Scenach z Różewicza”. Ich profesor - Wiesław Komasa wpadł na dobry pomysł. Powielić bohaterów. Wszak ten z “Kartoteki” to osobnik o wielu imionach, to Różewiczowski Pan Nikt. Więc mogą grac go w poszczególnych scenach różni aktorzy. Podobnie jest z jego partnerkami. Na dodatek niektóre fragmenty są powtarzane, więc można o panience. którą bohater podglądał w okresie dojrzewania, usłyszeć ze cztery razy - za każdym razem inaczej interpretowanej. To ciekawy eksperyment. Słyszeć dobrze wyartykułowane “ty krowo”. Na szczęście żadna z młodych aktorek gruba nie jest, więc pozostajemy ciągle w świecie konwencji teatralnej. Z dramatu reżyser wyjął fragmenty męsko-damskie, jakby “Kartoteka” była utworem o miłości. Scena z myciem nóg nie zmienia ogólnego wrażenia.
W drugiej części przedstawienia oglądamy fragmenty “Grupy Laokoona”. Może nawet ten dramat o światopoglądzie człowieka jest nieco ciekawszy? Bo Różewicz inaczej bawi się z nami w jednym i drugim dramacie. Tyle że ten drugi nie jest tak dobrze znany, więc wystawienie go budzi większe zainteresowanie.
Jak grają? Dobrze. Bardzo dobrze. Równo. Wydaje się, że rocznik jest udany, będą z wszystkich (no, może prawie wszystkich) świetni aktorzy (bo jeżeli ktoś ma zadyszkę nie mając jeszcze 25 lat, to co będzie za dziesięć czy dwadzieścia lat?). Ale nie przejmujmy się. Dziś i tak popularność zdobywa się grając w niezliczonych serialach a nie na scenie. Na razie nikt się nie wyróżnia. Poczekajmy kilka lat - staniemy na korytarzu Akademii, spojrzymy na tablicę z nazwiskami absolwentów roku 2009 i będziemy widzieć nazwiska znanych i nieznanych. Bo na pewno nie genialnych i słabych. Tych słabych przecież nie ma.

Czarny młyn

Czarny młyn to przeciwieństwo czerwonego - tego najbadziej znanego kabaretu będącego przez całe lata obok Wieży Eiffla symbolem Paryża. Ten czerwony to zabawa - piękne kobiety i przystojni mężczyźni, wielkie podświetlone schody, po których może zejść w kierunku publiczności gwiazda dnia, to kankan, to piosenka o miłości i szampan, który pije się z wielkiego rozłożystego kieliszka…
Czarny młyn, wyczarowany na malutkiej scence Baraku Teatru Współczesnego, też jest kabaretem, a może, jak twórcy spektaklu go nazwali - antykabaretem. Lecz nie ma tu radości, uśmiechu i jasnych barw - złóżony jest z mrocznych piosenek, w których pojawia się morderca, prostututka, alfons, gdzie mowa jest o najgorszych stronach życia, gdzie wspólczesne ludzkie nieszęście jest gonione przez nieszczęście. Nawet jeżeli pojawi się na scenie klaun, to też jest przegrany i na pewno nie będzie bawił publiczności swymi żartami. Zaczyna się występ “Śmiercią, która nie jest kresem” Boba Dylana, a kończy “Rozpaczą płynącą rzeką przez świat” Toma Waitsa. W środku piosenki Nicka Cave’a, Martyna Jacquesa i tegoż Waitsa.
W czarnym młynie znakomicie śpiewają ballady, nazywane także piosenkami aktorskimi młodzi absolwenci i studenci ostatniego roku warszawskiej Akademii Teatralnej. Śpiewają, jakby znali paryską (i nie tylko) ulicę z jej najgorszej strony. Jakby wcześniej śpiewali Weilla, z tekstami może bardziej wyrafinowanymi, z kilku dramatów Brechta. Słuchając kolejego występu można się zastanawiać, czy za chwile nie zadźwięczą słowa o rekinach w oceanie. Nie, jednak nie - to teksty bliższych nam w czasie twórców.
I przez półtorej godziny wokół nas czai się zło, w czarnym młynie sznur, na którym można się powiesić, zwisa przez dłuższy czas czekając na swój ciężar. Czy taki jest świat? Czy oprócz “Moulin Rogue” musi gdzieś istnieć “Moulin Noir”? Podejrzewam, że tak.
PS Nie wierzcie temu, co widzicie powyżej. W rzeczywistości ten tekst ma numer 300. Nieprawdopodobna liczba…

Wołodia

Wysocki to mit. Mit artysty, kochanka, Rosjanina, wiecznego buntownika. Wysocki to mit człowieka, który umiera młodo, za młodo. Mógłby przecież jeszcze tyle dokonać. Gdyby żył, nie miałby dziś jeszcze siedemdziesięciu lat… Starszy pan…
A tak pozostaje nam Wysocki, który już nigdy się nie zestarzeje. Do dziś budzi ogromne zainteresowanie. Może dlatego od póltora roku w Teatrze Syrena grany jest (i nadal oglądany) spekkakl złożony z jego piosenek i wierszy zatytułowany “Ósmy grzech”. Cóż to za widowisko? Jak je ocenić?
Od razu sobie powiedzmy - ja to lubię. Lubię, gdy aktorzy śpiewają piosenki, gdy przedstawienie niesie za sobą jakąś wiedzę lub przesłanie. O kilku takich widowiskach mógłbym napisać - było znakomicie!
Z “Ósmego grzechu” wyszedłem średnio zachwycony. Dlaczego? Bo chciałbym, aby słuchając (dobrze śpiewających aktorów!) ciarki chodziły mi po skórze. Przecież to Wysocki! Chciałbym się wzruszyć, na ile to w teatrze jest możliwe. Chciałbym współczuć poecie, a może go skrytykować, a może wzruszyć ramionami. Chciałbym, aby autorzy widowiska dali mi szansę wyrażenia jakichkolwiek uczuć. Bo przecież to Wysocki!
A tu co? Ano nic. Wszystko było poprawnie, wszystko było bardzo dobrze. I znakomita scenografia, i świetny zespół grający na żywo, i niezły ruch sceniczny, i dobre (co powtarzam) wykonanie. I zupełnie żadnych emocji to, co nam pokazywane jest na scenie, nie wywołuje. Dobre, poprawne, dobre. I tyle.
Nie wiem. Może znamy, pamiętamy inne aranżacje. Może pamiętamy inne tłumaczenia tekstów? Coś w tym musi być, że nawet “Narowiste konie” i “Obława” w tym wykonaniu i tłumaczeniu to zupełnie nowe piosenki, z którymi wcześniej się nie zetknęliśmy. Nie chciałbym być niesprawiedliwy - czy jednak wszechstronnie uzdolniony i tłumaczący z różnych języków (będący także reżyserem przedstawienia) Roman Kołakowski na pewno czuje ducha ballad i piosenek Wysockiego? Boję się, że nie.
PS Poczytałem sobie recenzje na temat “Ósmego grzechu”. Między innymi Wojtka Dąbrowskiego. Zupełnie inaczej odebrał całe widowisko. Jemu ciarki chodziły po skórze. Dziwne, bardzo dziwne.

Next Page »