Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

March, 2009 w archiwum

O nauczaniu języka polskiego

Nie tak dawno napisałem felietonik, wydawało mi się, że zabawny, o tym, jak usprawiedliwiają się nieprzygotowani na lekcje moi uczniowie. Zacytowałem tego i owego, troszkę zmieniłem pojedyncze słowa, aby nie można było dotrzeć do autora tekstu. I okazało się, że felietonik wywołał pewne zainteresowanie. Część komentarzy pozostawiłem pod tekstem. Dlaczego do tego materiału wracam? Bo komentarorzy nie napisali “Ale śmieszne” lub “Robią pana w… (i tu jakieś mało parlamentarne słowo)”. Nie, okazało się, że komentarze były na temat niechęci uczenia się mojego przedmiotu, o planach życiowych uczniów, którym ten język polski do niczego nie jest potrzebny (w odróżnieniu od fizyki, matematyki, geografii, biologii czy chemii).
Jeżeli problem uczenia się “niepotrzebnego” przedmiotu stał się ważny, może warto napisać o tym, co się naprawdę przyda. Nie, nie będę nikomu udowadniał, że fizyka, matematyka itd. jest zbędna. Bo udowodniać tego nie należy. Porozmawiajmy, po co jest nauczany język polski. Powiecie, że można to wszystko wyczytać w podstawach programowych. Pewnie tak. Ale ja napiszę po swojemu.
Uczę przyszłych lekarzy, inżynierów, ekonomistów, politologów, policjantów, a może także polskie gospodynie domowe mówienia po polsku. Twierdzicie, że przecież każdy po polsku mówi. No tak, ale zależy, jak mówi! To nie jest obojętne, jaką polszczyzną się posługujemy. Jak mówią lekarze, inżynierowie, ekonomiści… Co prawda trudno się uczy w trzydziestoosobowej klasie, ale jakieś sukcesy można mieć.
Uczę ich także, by mieli o czym mówić. Są co prawda tacy, którzy uważają, iż nie znając literatury oraz szeroko rozumianej kultury polskiej i światowej też mają o czym rozmawiać. No tak. Rozmowa o tym, jakie nogi ma dziewczyna oraz czyj samochód jest lepszy, nie wymaga znajomości Sofoklesa i Herberta. Ale mnie zależy, by nasi uczniowie choć w skromnym stopniu poczuli, iż są inteligencją, ludźmi, dla których świat to więcej niż miejsce zdobywania pieniądzy. Żeby czytając wiersz nie tylko wyczuwali intuicyjnie jego piękno (to proste), ale potrafili go zrozumieć. Czyż lekarz rozmawiający o twórczości Szymborskiej nie jest kimś nieco lepszym, niż ten, który tylko potrafi opowiadać o swych trudnych przypadkach?
Staram się pokazać (skromnie, nic na siłę), że można być szczęśliwym, żyjąc skromnie i dając z siebie wiele innym. A na pewno więcej dając niż biorąc. Nie jest to modne. Interesować się współczesną kulturą, tkwić w centrum innego świata niż ten reprezentowany przez klub i dyskotekę. Albo być społecznikiem… Trudne zadanie.
Uczę, że świat jest złożny, że wszystko, na co patrzymy, wszystko, o czym czytamy, tkwi w kulturze, która jest siatką, pajęczyną łączącą przedszłość z teraźniejszością, ale także jeden obiekt z drugim. Tak jak twórczość Herberta tkwi w antyku, Twardowskiego w Biblii (tej czytanej przez św. Franciszka) a w naszej współczesnej szkole ciągle można zobaczyć Bladaczkę z jego osiągnięciami dydaktycznymi.
Złożoność świata, połącznie różnych wątków pokazałem, dość przypadkowo, moim tegorocznym uczniom na przykładzie warszawskiej ulicy Miodowej. Mieści się tam księgarnia PWN, gdzie mieli kupić podręczniki. Wysłałem ich tam, a później po jakichś nieporozumieniach okazało się, że wiedza tychże uczniów o naszej stolicy jest nikła. Więc na Miodowej poszukali twórcy epoki baroku, osiągnięć naszego oświecenia, motywu dotyczącego twórczości Mickiewicza (trochę naciągane, a jednak), miejsc związanych z “Lalką” Prusa. Nie zajmowałem się odrodzeniem (reformacja) i wiekiem dwudziestym. Też by można. Mam pełną świadomość, że niektórzy uczniowie nadal na Miodowej nie byli. Ale o ile mądrzejsi stali się ci, którzy spenetrowali zabytki tej ulicy! Tak, mają o czym rozmawiać.
Uczę też moich uczniów pisać. Co? Że to zbędna umiejętność? Tak. Ale co będzie, gdy własne dziecko mojego ucznia poprosi “Tato, pomóż mi z wypracowaniem”. Tato wynajmie korepetytora? Nikt mnie nie przekona, że można być inteligentem i nie umieć napisać po polsku dowolnego tekstu. Nie tylko cv.
Albo znajomość “Bogurodzicy” na pamięć. Malutki tekst. Tylko czy wypada Polakowi nic nie wiedzieć o tym tekście? Ot, tylko tyle, że śpiewano ją pod Grunwaldem?
Globalnie - uczę myśleć. Niektórzy się bronią. Są twardzi jak skała. Szkoła przez dziewięć lat ich tego nauczyła. Nauczyć się do egzaminu i lecieć dalej. Nauczyć się, zdać i zapomnieć. A tu trudno. I bywa coraz trudniej. Z miesiąca na miesiąc.
Zadano mi dziś pytanie: “Czy mogę poprawić ubiegły semestr?”. Po co go poprawiać. Przecież ważne jest, jak dziś mówisz, jak dziś myślisz, co dziś wiesz.
Uczyć życia. Ktoś zaraz mi napisze “Nie uda się panu”. Może troszeczkę się uda. Nie więcej. Przecież spotykamy się tylko przez cztery godziny w tygodniu…

Galgenberg

Galgenberg - tajemnicza góra w Brukseli, to na niej stawiano szubienice, na których wieszano wszelkich opryszków i morderców. Góra zła, europejska Golgota, na szczycie której stoi ponoć belgijski Pałac Sprawiedliwości. Agata Duda-Gracz chciałaby, by było tam więzienie, ale chyba jej koncepcja pozostanie tylko marzeniem. Szubienicza góra
Z Krakowa na festiwal “Gorzkie żale” zjechali aktorzy Teatru im. Słowackiego z przedstawieniem, którego scenariusz powstał z fragmentów kilku sztuk Michela de Ghelderode. Zjechali ze spektaklem znanym, pokazywanym w Polsce, ocenianym i docenianym. Ot, Warszawa jeszcze “Szubieniczej góry” nie widziała i przy okazji festiwalu miała możliwość zobaczyć. Nie wszystkim się to widowisko podoba, oj nie wszystkim. Ale czy jest ktoś, kto by mógł wszystkim dogodzić?
Gdzieś tam, daleko, na tejże górze jest szpital i połączony z nim przytułek dla starców(?), dla ludzi bezdonych, którzy nie mają się gdzie podziać(?), szarych, jakby przypruszonych, przegranych. Ludzi czekających na śmierć. Ma ona przyjść, musi po nich przyjść. Będą biły dzwony i na pewno nadejdzie. Na kanwie tej opowieści w scenografii jakby z poszarzałych obrazów Boscha i Breughela toczą się przypowieści o ludziach złych, o ludziach głupich, naiwnych. No tak - warto zauważyć, że postacie są przerysowane, że autor (i reżyser) ironicznie traktuje wszystkie wydarzenia. One muszą się wydarzyć, bo śmierć (ów Kościej z jednej z tłumaczonych na polski sztuk de Ghelderode’a) cały czas musi krążyć. Nie, nie da się jej oszukać. Końcowa scena o tym świadczy - na ziemi leżą zwłoki bohaterów, sypie się na nich z góry deszcz piasku. Jeszcze chwila i zasypie ich całkowicie. To nie tylko ich los.
Śmierć krąży - zabiła Chrystusa. Jeszcze ciepłe są zwłoki Pana, jeszcze nie zmartwychwstał, a już kłócą się o niego kobiety, które na świetnym widowisku - śmierci przez ukrzyżowanie były. Każda z nich jest ważna - i Maria, zazdrosna o swe dziecko, i na przykład Weronika z chustą, której kobiety cenić nie chcą.
Śmierć krąży. Cóż z tego, że ojciec spowodował zmartwychwstanie swej szesnastoletniej córki, jeżeli ta córka wyznaje najtajniesze, głęboko schowane tajemnice rodzinne, łącznie z zabójstwem nowo narodzonego dziecka (owszem, z nieprawego łoża). Córka musi umrzeć z ręki ojca. tajemnice pozostaną tajemnicami.
I nie dziwimy się, iż ludzie są źli, że tyle nieprawości jest w nas. Przecież tacy jesteśmy - twierdzi de Ghelderode. Tacy jesteśmy - uważa Duda-Gracz.
Nie, po obejrzeniu spektaklu nie będziemy lepsi, żadne katharsis nie nastąpi. Każdy pozostanie na swoim miejscu - dziwka, Marta, córka, Mistrz i dwóch ministrów, którzy kłócą się ze sobą jakby wyjęci byli ze wspólczesnego kabaretu. Lepsi nie będziemy, ale pod powiekami zostanie szarość i pamięć o zdumiewającym widowisku. A to już wiele.

Teatr TM

Pisałem swojego czasu o przedziwnej decyzji naszego miejskiego Biura Kultury. Miasto postanowiło, że nie przedłuży umowy z dotychczasowym dyrektorem Teatru Ochoty Tomaszem Mędrzakiem na kierowanie tą instytucją. Ponoć nie wystąpił z odpowiednią prośbą na piśmie we właściwym czasie, ponoć się obraził, ponoć pisał interwencyjne listy i petycje nie do tego, do kogo trzeba. Ale równocześnie upowszechniano informację, że teatr to słaby, że nie rozwija się, że premiery mało ciekawe, a na pewno nie oryginalne. Że dyrektor albo sam reżyseruje, albo sam występuje w większości spektakli. Co ponoć w instytucji miejskiej jest niedopuszczalne. rozejrzyjmy się wokół - nie jest to prawda. No i wymyślono, ze teatr zostanie przekazany jakiejś instytucji kultury, aby ta się mogła rozwijać na niewielkiej scence przy ulicy Reja.
Miasto (co oczywiste) nie ugięło się pod naciskiem dyrektora Mędrzaka i jego przyjaciół. Dyrektor ze swymi zwolennikami wylądował na lodzie. Rzecz ciekawa, nie poddał się - postanowił (z lekka rozgoryczony) założyć Teatr TM. I grać nadal. Grać sam i z przyjaciółmi na razie dwa przedstawienia w nowych dekoracjach.
Wieczorem w poniedziałek 16 marca tłum podążał do Centrum Promocji Kultury na warszawskim Grochowie, na inagaurację nowej sceny. Zaprezentowano starutką, graną już od dziesięciu lat sztukę o miłości od pierwszego wejrzenia, czyli “Johna and Mary”. Sztuczka jak sztuczka, kto chciał, już ją widział. Jedni lubią takie komedyjki, nieco łóżkowe, nieco pikantne. Trochę uczucia, odrobina realiów amerykańskich. Wybitne dzieło to to nie jest. Ale ważna była sama inauguracja. Radosna i huczna.
Pytanie jednak, co dalej. Sala stosunkowo duża, na pewno mieszcząca 250 widzów - przedstawienie kameralne. Ile razy wypełni się widownia przy ulicy Podskarbińskiej? I co dalej? Na Grochowie grać TM będzie mógł choćby trzy razy w tygodniu. Bo Teatr TM powinien grać. Wbrew decyzjom urzędników, wbrew wichrom, które zmiotły dyrektora Mędrzaka z Ochoty. Ale centrum promocji nie jest trwałym rozwiązaniem. Teatrowi potrzebna jest własna sala. Ponoć w okolicy siedziby Teatru Ochoty znajdują się wolne przestrzenie, które można zagospodarować i stworzyć ciepły kąt z niewielką sceną. Może tam? No i potrzebna jest Teatrowi TM nowa jedna czy druga premiera. Szkoda tamtych przedstawień, choćby świeżutkiego “Titanika”. Ale życie toczy się dalej. Teatr TM istnieje, ściskajmy kciuki, aby mu się udało zaistnieć na kulturalnej (nie tylko towarzyskiej) mapie Warszawy.
PS A przy ulicy Reja po zimowym zastoju coś ruszyło, jakieś dawne przedstawienie, jakieś sprowadzane produkcje teatrów jednego aktora. Tylko o koncepcji przekazania całego budyneczku siłom społecznym jakoś cicho. Słyszałem, że jeszcze na jesieni był pomysł zagospodarowania Teatru Ochoty, że był już tajemniczy ktoś, kto w styczniu miał przejąć obiekt. Na razie mamy sytuację dziwną. Teatr Ochoty w zawieszeniu. Dawno czegoś takiego w Warszawie nie było.

Statystyka

Na ten temat już pisałem. Ale to taki bumerang - wraca, i to nie jeden raz. Mówimy, tłumaczymy, a efekty znikome. Rzecz ponownie o liczbie członków naszej organizacji. Niedawno mieliśmy spis - jest nas w organizacji mniej więcej tyle samo ile przed rokiem. Jakieś hufce nie dostarczyły o sobie danych i jeszcze dokładnej liczby nie znamy. Ale ja nie o tym.
Lada chwila spiszemy wszystkich członków naszej organizacji - precyzyjny system ewidencji zacznie funkcjonować. Od tego momentu będziemy znali bardzo dokładnie, ilu mamy zuchów, ilu harcerzy, instruktorów. Wiadomo - jest na liście, płaci składki, jest członkiem ZHP. Nie ma go w ewidencji - naszym członkiem nie jest. Ot, cywil. I nawet gdyby ktoś niewpisany do ewidencji przez godzinę zapewniał, że harcerzem jest się przez całe życie, to nie u nas, nie z nami. Dla nas jest “byłym”, ewentualnie “przyszłym”.
Rozmawiałem sobie o tym z instruktorem w stopniu podharcmistrza, a więc już dorosłym, rozumiejącym wiele procesów przebiegających w ZHP. I co ja słyszę?
- Przecież to jasne, że teraz i w przyszłości będziemy wpisywać do ewidencji minimalną liczbę członków, tylko tylu, by każdą z naszych drużyn można było spokojnie zarejestrować. Ale nie będziemy płacić składek za wszystkich. Ostatnio składki nam podniesiono, a myśmy i z tą poprzednią swmą się nie wyrabialiśmy.
- Jak to - w przyszłości? - zapytałem. - Przecież każdy musi być do ewidencji wpisany. Wyobrażasz sobie, co się będzie działo? Ten twój harcerz z ewidencji jest ubezpieczony, ten poza ewidencją - nie. Ten z ewidencji może dostać dofinansowanie na swój wyjazd na obóz - “cywil” płaci pełną odpłatność. W książce pracy prowadzić dwie odrębne strony? Dla członków ZHP i dla tych, którzy formalnie członkami naszej organizacji nie są? Gdzie prawo? Gdzie moralność?
Może dmucham na zimne. Ale rozmowa ta była charakterystyczna. Od dłuższego czasu twierdzę, że jest nas w ZHP więcej niż podają statystyki. Że drużynowi obniżają stany liczebne z powodu składek. I sądziłem, że w chwili wprowadzenia ewidencji coś się zmieni. Czy naprawdę w naszej organizacji zmieni się tak niewiele?

Takie życie…

Po co jest uczeń? Uczeń jest po to, aby się uczyć. Nieuczący się uczeń nie jest uczniem. Jest osobnikiem, osobą, młodzieżą, dziecięciem, pacholęciem (choć, jak wiadomo, pacholę uczyć się powinno). Ale nie jest uczniem. System jest jednak bezlitosny. Masz szesnaście lat - chodź do szkoły. I nic cię od tego obowiązku nie zwolni.
A więc męcz się osobniku niepełnoletni, uczęszczaj, odrabiaj, oszukuj, kłam, uśmiechaj się, ściągaj. Rób wszystko, aby jakoś ten czas do pełnoletności, czyli w rzeczywistości do matury, jakoś spędzić. No, chyba, że jesteś uczniem. Wtedy sytuacja twoja jest inna. Masz cel, masz chęć (lub jej nie masz - bywa), masz szansę zostać człowiekiem wykształconym, może nawet intelektualistą. Uczniu, masz szanse.
Dostaję komunikaty. Częste komunikaty. Wymuszone. “Panie profesorze, z bólem serca zmuszony jestem do zgłoszenia nieprzygotowania z powodu nieustabilizowanego stanu emocjonalnego”. No, rozumiem. 16-latek ma prawo żyć czasem emocjami. I jeszcze4 serce go boli z mojego powodu. OK.
“Zgłaszam nieprzygotowanie, ponieważ zapomniałem wziąść (!) z domu zeszytów”. Biedactwo, zapomniało. Ale do szkoły przyszło. Prawdopodobnie ręce w kieszeniach i pełny luz.
“Mimo najszczerszych chęci nie udało mi się przygotować do lekcji z języka polskiego z braku natchnienia”. No, no. Przecież nie zadawałem napisania tekstu lirycznego. Natchnienie potrzebne do wypracowania? Szkoda, że nie wiedza.
“Szanowny panie profesorze, z przykrością oświadczam, że jestem nieprzygotowana. Przyczyną tego był brak chęci. Świadoma błahego charakteru mojego argumentu przepraszam i obiecuję poprawę”. Stylistyka przeciętna. Ale obietnica poprawy rozczula.
“Nie wziołem (!) polskiego bo zapomniałem”. Tak, to tekst osobnika, który nie bierze, bo zapomina zasad ortografii. Bez szans na ocenę dostateczną.
“Nieprzygotowanie do lekcji j. polskiego z powodu pomyłki”. Ciekawe, co to za pomyłka. Może trafił (lub trafiła) nie do tej szkoły? Ale należało napisać wypracowanie. Cóż się pomyliło? Nie wiem.
“Nieprzygotowanie, ponieważ miałem trudną sytuację uczuciową i nie mogłam się skupić”. To drugi podobny przypadek. Bywa.
“Jestem nieprzygotowana z powodu braku czasu i natchnienia”. Czas czy natchnienie? Ot, dylemat.
“Jestem nieprzygotowany, ponieważ zapomniałem, że dzisiaj jest j. polski”. Ciekawe oświadczenie. Ta pamięć, ta pamięć. Gdyby tylko była lepsza. Pamiętałem, że jest fizyka i wf, ale o polskim zapomniałem. Wyrzucić polski z pamięci - dla nauczyciela duży cios.
“Chcę zgłosić nieprzygotowanie, bo nie mam zielonego pojęcia co było zadane”. Siedzi sobie uczeń na lekcji, siedzi i bladego pojęcia nie ma. Szkoda.
“Chciałbym zgłosić nie przygotowanie bo nie posiadam notatki”. Kolejny przypadek beznadziejny. Ortografia, interpunkcja i nicnierobienie. Kolejny nie-uczeń.
Ja tu sobie żartuję, a rzecz jest poważna. Przede mną zadanie. Zrobić z nieuczniów - uczniów, zachęcić do pracy, przygotować do matury, nauczyć myśleć. Wszystkiego po trochu. Spokojnie. Nie mamy dużo czasu, ale mamy nadal szanse. Tylko na te stany emocjonalne nie znajdę lekarstwa. Każdy musi przez nie przejść indywidualnie. I w tym przypadku nawet nie jest ważne, czy usprawiedliwienie o tym charakterze to żart, czy szczera prawda. Bo taki dzień, że zupełnie nie chce się myśleć o szkole, każdy szesnastolatek mieć musi. Takie życie.
Pisano w piątek, trzynastego

Next Page »