Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (263) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

April, 2009 w archiwum

O karach

W czwartek Zuzia powiedziała, że wtorkowe warsztaty w hufcu nic jej nie dały, że ciągle wysłuchuje albo dyskutuje o tym samym, że tak samo było rok, dwa i trzy lata temu. Niczego nowego się nie dowiedziała, a te wszystkie rady, aby nie karać alarmami i dodatkową pracą, są słuszne, ale zupełnie nieskuteczne. Jej zuchy nie słuchają się i już (kto zna Zuzię, najspokojniejszą istotę pod słońcem, wcale się nie dziwi). Na dodatek zuchy Zuzi wyrobiły sobie w hufcu opinię najniegrzeczniejszych zuchów w okolicy. (Są w hufcu też zuchy Iwony, o których mówimy, że są zuchami najgrzeczniejszymi, podobno kumulują swoją niegrzeczność na kolonię).
Cóż więc poradzić Zuzi, której zuchy są grzeczniejsze, gdy zostaną ukarane partią karnych przysiadów wbrew jakimkolwiek zasadom i regułom?
Po kolei - dziecko kilkuletnie, takie w wieku zuchowym musi bywać niegrzeczne. Przecież nie zawsze zna i rozumie przepisy, reguły dorosłych, na dodatek chce, aby je zauważono w tłumie innych dzieci. Każdy zuch jest inny, potrzebuje własnego indywidualnego ciepła ze strony dorosłych, zainteresowania własną osobą, pokazania (nawet gdy się jest istotą ośmioletnią) swej osobowości.
Co może zrobić Zuzia?
Po pierwsze przed kolonią powinna omówić z zuchami reguły zachowania się na wyjeździe. Omówić bardzo szczegółowo. A więc zuchy muszą wiedzieć, jak przebiega dzień od pobudki do ciszy nocnej, co im wolno, a czego nie. Jakie są sytuacje, gdy bywają strofowane (ot, na przykład na stołówce) i jak do sytuacji konfliktowych nie doprowadzać. Zuchy muszą poznać wszystkie regulaminy kolonijne w maju i czerwcu. Na miejscu Zuzi także porozmawiałbym indywidualnie z najmniej grzecznymi chłopcami (albo dziewczynkami) na przykład o biciu kolegów lub koleżanek.
To samo powinni wiedzieć rodzice. Znać (na piśmie!) regulaminy i na ich temat rozmawiać ze swoimi dziećmi. Im kłopotliwsze zuchy, tym więcej rozmów z rodzicami i rodziców z zuchami.
Po drugie z zuchami, które już czytają i potrafią pisać (a takich jest większość), można zawrzeć kontrakt na piśmie - umowę o regułach zachowania, bardzo uroczyście podpisany w obecności rodziców, a może nawet osób trzecich. Tekst i podpisanie umowy powinno mieć formę obrzędową. U starszych dzieci naka umowa bardzo często przynosi znakomite efekty.
Po co te wszystkie zabiegi przed kolonią? Aby można było w każdym momencie odwoływać się do ustaleń, reguł, regulaminów. Indywidualnie.
Po trzecie Zuzia może popracować indywidualnie z trudnymi zuchami. Każdy z nich (nie tylko “trudny”) może mieć na kolonii odpowiedzialne, ważne zadania. Im więcej zadań (rozliczanych) otrzyma zuch, im bardziej jest zaangażowany w różne kolonijne zadania, tym będzie grzeczniejszy, nie będzie miał czasu na nudzenie się. Ale te zadania warto mieć przemyślane przed kolonią, być może, że wpisane do kontraktu.
Po czwarte - zuchy muszą lubić swojego drużynowego (a właściwie w naszym hufcu swoją drużynową). Także te ubóstwiające rozrabianie zuchy Zuzi muszą ją strasznie, strasznie lubić. Tak mi się wydaje, że lubienie Zuzi nie jest specjalnie trudne, więc zuchom powinno się to udać. Gdy się lubimy (cenimy, szanujemy), karanie jednej strony przez drugą nie wchodzi w rachubę. Jak być niedobrym zuchem w stosunku do najmilszej druhny i jak ukarać swego najsympatyczniejszego zucha? Karać go przysiadami? Ośmieszać przed gromadą? Nie przystoi.
Dawno dawno temu byłem drużynowym zuchów. Powiecie - inne to były czasy. Czasy były inne, bo nie było internetu, kolorowej telewizji i telefonów komórkowych. Ale dzieci były dziećmi. Gdy na naszym korytarzu walczyły w sztafecie albo pląsały, to szkoła drżała w posadach. Jednak ja lubiłem moich chłopców a oni mnie. Od sporów był krąg rady, a nie wrzask czy kary. Muszę przyznać, że nie pamiętam, bym na koloniach moich malców karał (oszukuję - raz ukarałem Krzysia, bo wykradał kurom świeżo zniesione jajka). Ale żeby chłopcy coś psuli, bili się, nie słuchali mnie? Dlaczego tak miałoby być? Przecież byli zuchami.
Po piąte wydaje mi się, że powinniśmy częściej czytywać “Antka Cwaniaka”. I na nim sie wzorować. Powiecie, że to postać w pełni fikcyjna? Aleksander Kamiński każe nam wierzyć, że było inaczej i wierzmy druhowi Kamykowi.
PS Jeżeli będziecie chcieli, to jeszcze o karach (a także braku kar) na kolonii napiszę.

Nie taki Statut!

Otrzymaliśmy projekt statutu - podstawę do dyskusji o najważniejszym dokumencie ZHP. Pod projektem podpisało się grono zacnych instruktorów, reprezentujących wszystkie władze naczelne Związku. Pracowano nad tym dokumentem (chyba) dobrych parę miesięcy…
Aby stworzyć statut, który będzie powszechnie zaakceptowany, należy najpierw porozmawiać o koncepcji zmian - formalnych i merytorycznych. Następnie odpowiedzieć na pytanie - tworzymy statut od podstaw czy wprowadzamy do istniejącego zmiany i brać się do pracy.
W naszym przypadku wydaje mi się, że najpierw wzięto się do pracy, dokonując jakichś poprawek w istniejącym Statucie, a następnie stworzono ową koncepcję. Jeżeli było inaczej - to po materiałach tego nie widziać.
W efekcie mamy projekt, który na pierwszy rzut oka stara się zaspokoić ambicje, bieżące ambicje twórców tego materiału (o roli Rady Naczelnej będzie jeszcze mowa). Pisany jest nie dla rozwijającej się organizacji mającej 100-letnią tradycję i najlepszą ze znanych metodę pracy z dziećmi i młodzieżą. Nie dla organizacji o ogólnopolskim autorytecie, mogącej reprezentować młode pokolenie Polaków w kraju i na świecie. Organizacji demokratycznej, skupiającej setki instruktorów poświęcających swój wolny czas na rzecz swych zuchów, harcerek i harcerzy.
Mamy projekt statutu związku słabowitego, ledwo funkcjonującego, z zadyszką i tysiącami ograniczeń (ta szczegółowość zapisów!), w którym nie ceni się starych instruktorów (likwidacja sądów harcerskich w hufcach), a zarazem dopuszcza się, by kierowali nim przez dziesiątki lat ci sami ludzie, którzy powinni już działać w komisjach historycznych (brak liczby kadencji dla komendantów hufców i chorągwi). Dlaczego takie reguły się proponuje? Abyśmy się nie rozwijali jako Związek? Czy mam tu przekonywać, iż po dwóch kadencjach instruktor wypala się i nie będzie już nowatorem, człowiekiem twórczym, mającym setki nowych pomysłów? Po co wypisywać takie banały? Przecież to od lat wiemy. Co? Za wielu mamy hufcowych w stopniu przewodnika a za mało w stopniu harcmistrza Polski Ludowej? (Tylko mi nie mówcie, że nie wiem, co piszę, nie tłumaczcie, że takiego stopnia nie ma). Czyli proponuje się mnie, bym przejął kierowanie hufcem?
Kilka uwag o innych tzw. założeniach, na podstawie których opracowano projekt staronowego statutu.
W zakresie praw członkowskich wprowadzono zamieszanie, osobno definiując członka ZHP a osobno zucha i harcerza. Niby coś uproszczono, a nie uproszczono.
W zakresie władz (bo zwijamy organizację, kadr nie mamy) zlikwidowano komisje rewizyjne na szczeblu centralnym i chorągwianym. Pozostawiając je w hufcach! Dziś rada naczelna miała co robić i, delikatnie mówiąc, nie do końca jej wszyscy członkowie byli aktywni. Od grudnia RN ma mieć mniej więcej dwa razy więcej zadań, będąc zarazem ciałem uchwałodawczym, kontrolnym i kierowniczym (to pierwsze i drugie jest czytelne, funkcja zastępowania Głównej Kwatery przez Radę - mniej, ale poczytajmy uważnie projekt statutu…). Z jednej strony łączenie różnych zadań przez społeczne ciała centralne i chorągwiane, z drugiej strony - pozostawienie szczątkowego, dotychczasowego ciała kontrolnego w hufcu. Szczątkowego, bo dziś działalność komisji rewizyjnych jest skromna, ale gdy pozostaną organem tylko na szczeblu hufca, ich praca ustanie.
W zakresie władz naczelnych brak jednolitego pomysłu, jaka ma być rola Przewodniczącego (Związku? Rady Naczelnej?) i równocześnie wybór przez Radę Naczelną naczelnika i Głównej Kwatery. (Słabą mamy pamięć historyczną - dlaczego to, drodzy moi, Zjazd wybiera naczelnika? Nie wiemy, nie pamiętamy???). Zaproponowano możliwość odwołania przez Radę w każdym momencie naczelnika - kto zgodzi się nim zostać, ilu mamy samobójców w organizacji (pamiętamy przy tym, że naczelnikowi i Głównej Kwaterze odebrano część kompetencji, ale nie odebrano odpowiedzialności za organizację).
W zakresie władz chorągwi - minimalny skład komendy to trzy osoby. Potrafią rozwijać działalność ma swym terenie? Ale minimalna liczba członków rady chorągwi to też trzy osoby (będą one radą i komisją rewizyjną zarazem). Już w przeciętnym hufcu takie grono kierownicze jest za małe. A w chorągwi?
Pozostawiono przy tym załączniki do statutu. Tu znów niepamiętanie o niedawnych dziejach ZHP się kłania. To nie wiemy, że z tego powodu sąd nie chciał nam aktualnego statutu zaakceptować? Znów będziemy musieli toczyć z sądem boje o statut? Po co nam to? Uwagi można mnożyć.
Nie, nie taki Statut. Naprawdę już lepiej, aby pozostał stary, może niezbyt doskonały, ale da się z nim dalej pracować. Uchwalmy na Zjeździe, iż za dwa lata odbędzie się Zjazd Statutowy. Przez dwa lata napiszmy dobry, nowy, nowoczesny statut i zatwierdźmy go. A delegatów na Zjazd Statutowy będziemy wszak mieli tych samych. O dotychczasowej dyskusji nie zapomną.

A w Teatrze TM…

Cichcem, bez specjalnego zapraszania pomknąłem na Podskarbińską do naszego Centrum Kultury, by zobaczyć kolejny spektakl Teatru TM. Nie na premierę, gdy sala wypełniona jest w połowie znajomymi i znajomymi znajomych. Pomknąłem na zwykłe, codzienne, chciałoby się rzec, przedstawinie. Choć nie - w TM przedstawień codziennych nie ma. Grają wszak rzadko, na dodatek na okropnej scenie.
Kochana pani Basiu! (Zwracam się do szefowej Centrum). Kto ten koszmarek w tak znakomitym obiekcie zaprojektował? Cudowne Centrum w w środku bubel. Bo miało być uniwersalnie? Wesela chcieliście tam organizować? No, może zespół akordeonistów będzie z tej sali zadowolony. Ale teatralny? Słuchy chodzą, że coś “kulturalnego” będzie budowane na Saskiej Kępie. Niech salka teatralna (nie na 80, ale na 100 osób) będzie teatralną! Błagam!
Obejrzałem “Piranie w akwarium”. Obejrzałem z dużą przyjemnością. Ponoć przed kwietniową premierą była ta sztuka grana tylko jeden raz. Trochę to widać. Może zabrakło czasu i możliwości na takie rozegranie się aktorów, by potrafili od początku na luzie podawać tekst Ryszarda Marka Grońskiego. Może spiął aktorów temat - akcja wszak pierwszej części toczy się w stanie wojennym. Wraz z reżyserem uważali, że ważne są strzały i okrzyki na temat “Solidarności”. A jeżeli tak, to w tekście w gruncie komediowym znaleźć się musiała odrobina patosu i podniosłego tonu. Ale to początek spektaklu. Gdy na scenę wchodzi Cezary Morawski w obie panie (sceniczną żonę i sceniczną kochankę) wstępuje nowy duch. I grają znakomicie.
Cóż, temat wyklaskanego w roku 82 partyjnego aktora jest prawdziwy, ludzki, dobrze umotywowany. Przecież ciągle tkwimy w resztkach PRL-u. I na Różewiczowskie pytanie z “Kartoteki” - Klaskałeś? - odpowiedzieć można jak Wujek: - Wszyscy klaskali. - W stanie wojennym juz nie wszyscy, więc wyklaskanie było możliwe.
Druga, ta współczesna część dramatu, jest lepsza. Cóż z tego, że mężokochanek zmarł, zmarł też drugi, poniekąd wspólny mężczyzna obu pań. Mamy czas seriali telewizyjnych, i już się chcemy zastanawiać, którą to babcię gra Halina Rowicka. Świetnie napisane dialogi, zabawne zwroty akcji. Troszkę szkoda, że tak nie było od początku.
Dyrektor Tomasz Mędrzak zastanawia się, jak długo będzie go chciało gościć Centrum Promocji Kultury. Dziś dla obu stron to komfortowa sytuacja. Do centrum przychodzi nowa publiczność (zdumiałem się, widząc wypełnioną widownię) na profesjonalnie przygotowane spektakle, TM ma gdzie grać.
I tylko, tak jak w poiprzednim felietonie na temat Teatru TM, możemy westchnąć z cicha: - ale po co to całe zamieszanie, czy nie mógł spokojnie istnieć Teatr Ochoty?

To był tydzień!

Pisuję felietoniki na tej stronie i nagle zdałem sobie sprawę, że takie zapiski są swoistą formą pamiętnika. A ja pamiętnika nie piszę. Zgroza. I wszyscy, którzy chcą, mogą dowiedzieć się, iż chadzam do teatru a na przykład nie bywam w szkole. A pzrecież w szkole spędzam znacznie więcej czasu niż w teatrach, a w GK ZHP więcej czasu niż w szkole. Gdzież tu zdrowe proporcje? gdzież tu uwagi na temat pokoju nauczycielskiego albo pokoju mojej bezpośredniej harcerskiej przełożonej w harcerskiej centrali? A gdzie choć raz o codziennej kawie z Misią? Albo o kolegiach redakcji “Czuwaj”? Ileż tam można usłyszeć ciekawych poglądów! No i jeszcze nic o ciekawym kursie ezi (edukacja z internetem). A wszak jestem tam ekspertem.
To co? Jaki był tydzień? Krótki, za krótki.
Poniedziałek
Rano początek rozmowy o “Makbecie” z Ic. Zawsze dylemat - zrobić sprawdzian z tekstu czy sobie darować? Ale najpierw warto coś przypomnieć dzieciom o teatrze szekspirowskim. To ciekawe - przerabiali w gimnazjum “Romea i Julię” a w liceum rozmawiamy jakby Szekspir był uczniom zupełnie nieznany. Mam nadzieję, że po naszych lekcjach coś w głowach im pozostanie.
Wieczorem na Festiwalu Beethovenowskim występ Orkiestry z Monte Carlo. Schubert i Mendelssohn. Schubertowskie symfonie “Niedokończona” i “Wielka”. Miły Wieczór w Teatrze Wielkim. Sala prawie pełna. W loży dla vip-ów dwie panie prezydentowe - Kwaśniewska i Kaczyńska. Ale to nie z ich powodu orkiestra grała tak wspaniale.
Wtorek
Drugi raz oglądam “Czarownice z Salem” - tym razem z klasą szkolną. Długie i rozwlekłe w niektórych miejscach przedstawienie, które oglądałem na premierze, zostało bardzo rozsądnie przez Izabelę Cywińską skondensowane. Trwa niecałe dwie godziny. Dla uczniów liceów, bo tacy w większości zasiadali na widowni, bardzo dobre widowisko z grupą dobrych wykonawców. (Oczywiście, co nie jest niczym nowym, dominuje Zbigniew Zapasiewicz). Na sali także znalazła się przedziwna grupa chłopców w koszulkach i bluzach w paski. Trzydziestu młodych krótko strzyżonych. Bluzy chyba kupowane na jednym bazarze. Ale to dobrze, że pani nauczycielka wyciąga taką grupę do teatru. W przeciwnym wypadku mogłoby się okazać, że do końca życia ani razu w teatrze nie byli.
Środa
Doświadczam przygody kształcenia indywidualnego. Byłem u D., który uczy się w domu. Nie pytałem, dlaczego. W efekcie lekcja przebiegała mniej więcej tak, jak korepetycje, których udzielałem dwadzieścia lat temu. D. nie był ani lepszy, ani gorszy. Może łatwiej mu przychodziło mówienie “nie pamiętam”. Ale czy takie odseparowanie od szkoły służy mu? Czy rzeczywiście ma szansę na bardziej intensywną, lepszą naukę? Wątpię. Warunki szkolne zmuszają do pracy - w sytuacji “szkolnych korepetycji” uczeń się rozleniwia. Ale nie ja jestem tym, który będzie decydować o dalszej nauce D.
Po południu “jajeczko” w Głównej Kwaterze. Ten obyczaj tak się rozpowszechnił, że staje się równie popularny jak rozliczne grudniowe wigilie. Nie wiem, czemu to przypisać, ale dla mnie to spotkanie było smutne. Czy zabrakło mi tam kilku osób? Czy ci, którzy przyszli, byli, jak dla mnie, za mało “wielkanocni”? Może stoję za bardzo z boku głównego nurtu wydarzeń w naszej organizacji? Nie wiem.
Wieczorem (i nocą) narada w niewielkim gronie instruktorów naszego hufca. Czasami trzeba dokonać nieformalnych podsumowań, nieformalnie zaplanowania pracy. Po kończonym aktualnie kursie drużynowych powstanie prawdopodobnie pięć nowych drużyn. Ale czy we wszystkich środowiskach dzieje się dobrze? Czy żadne nam się nie rozpada? Było o czym mówić.
Czwartek
W ciągu dnia bawiłem się w osobnika spełniającego życzenia mojej bezpośredniej szefowej. Wcielałem się w druha X lub druhnę Y i pisałem krótki tekst jego lub jej językiem. Mógł to być na przykład list albo życzenia, mógł być jakiś komunikat. Było to zabawne, ale wykonałem kawałek znaczącej przedświątecznej pracy w GK. Mam nadzieję jednak, że nie będę na stałe w ten sposób wykorzystywany. Wolę, naprawdę wolę pisać we własnym imieniu.
Wieczorem w Filharmonii recital Rudolfa Buchbindera. Pięć sonat Beethovena. Ze wszystkich wieczorów festiwalowych ten był dla mnie najbardziej udany. Piękna muzyka, piękne wykonanie. Cudowny relaks. I jeszcze miłe spotkanie w przerwie, o którym pisać tu nie należy. Cieszę się, że niektórzy mnie tak dobrze pamiętają.
Piątek
Ostatni, finałowy koncert Festiwalu Beethovenowskiego. Chyba byłem w złej formie. Jakoś nie mogłem skupić się na pięknej wszak muzyce Haendla. Pasja z tekstem Brockesa powinna zachwycać, a nie zachwycała. Powinna uwznioślać, a nie uwznioślała. I co mam na to począć?
Sobota
Święcenie pokarmów za każdym razem jest takie same, ale zawsze można usłyszeć coś nowego. Tym razem zostaliśmy pouczeni, że w czasie kropienia wodą święconą nie powinniśmy się żegnać, gdyż święcone są pokarmy, a nie wierni. Więc jeżeli ktoś jest jajkiem albo kabanosem, to niech uczyni znak krzyża - ludzie tego czynić w tym momencie nie powinni. Okazało się, że w gronie około stu osób znalazły się tylko dwa jajka.
Nie nie, niecały tydzień tu opisałem. Więcej pracowałem, więcej przygotowywałem się do świąt. I jeszcze sobotnie popołudnie, jeszcze niedziela. Ale to już inna, rodzinna historia.

trzynasty wielkanocny

Nie pamiętam, czy pisałem o tym w którymś z poprzednich felietonów. Ale bardzo sceptycznie podchodziłem do pomysłu przeniesienia festiwalu beethovenowskiego do Warszawy. Ówczesny prezydent miasta zobowiązał się do przyznania festiwalowi ogromnej dotacji i budziło to nie tylko moje wątpliwości. Na dodatek okazało się, że Kraków się cieszy, że spuścił festiwal do drugiej stolicy. Prawdziwa stolica na południu Polski odetchnęła. I jeszcze rózne poglądy miejskich urzędników (szczególnie tych od kultury).
Wejście do Warszawy Elżbieta Penderecka miała jak najgorsze. Rok pierwszy - pustawe sale w czasie niektórych koncertów, skandaliczny występ do kotleta w Teatrze Polskim, brak wejściówek (taka była zasada - sala mogła być pusta, ale aby wejść na koncert trzeba było zapłacić niemałe pieniądze. Studentów, emerytów, którzy mieliby szanse wejść za 10 złotych - wyeliminowano).
Tak było na początku. Jeszcze ten przepych, te stroje hostess (mnie, co chyba nie dziwi, bardzo się podobały), prezydent RP choćby raz na którymś z koncertów. Piękne - Europa, pół świata w Warszawie i jakos nie przystające do naszych poglądów na krzewienie sztuku wysokiej w stolicy. Gdzie te dzieci ze szkół muzycznych wypełniające wolne krzesła, gdzie te warszawskie chóry akadmickie słuchające profesjonalisów z widowni…
Czas płynął. Czy festiwal się zmienia, czy ja? Czy ja staję się coraz większym melomanem, czy program jest budowany dla takich zwykłych nieprofesjonalistów? Nie wiem. Ale dziś bez wysłuchania kilku koncertów w czasie dwóch tygodni przed świętami Wielkiej Nocy życia sobie nie wyobrażam.
Pod koniec ubiegłego tygodnia Elżbieta Penderecka powedziała: - Dziś mamy doskonały występ. I z każdym dniem będą one coraz lepsze. Nie wiem, może tak jest. Gdy słuchałem orkiestry Monte Carlo też miałem podobne wrażenie. Wtedy byliśmy już po półmetku. Przede mną jeszcze dwie wizyty w Filharmonii.
I już myslę o festiwalu przyszłorocznym - Penderecka wciąga. I to mnie. Któż by przypuszczał?
PS Ten festiwal jest trzynastym. Udany, dla takich jak ja bardzo udany, choć trzynasty.

Next Page »