Adam Czetwertyński

Harcerstwo (177) Kuchnia (22) Kultura (262) Polityka (37) Pożegnania (25) Szkoła (74) Varia (104)

May, 2009 w archiwum

Trzy siostry

Niektóre marzenia mijają. Czas płynie, ludzie rodzą się i umierają, nowe nadzieje gdzieś powstają, trwają lub i rozwiewają się. Może za chwilę wykwitnie gdzieś kolejne? Nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki. Nigdy. W “Trzech siostrach” czas stanął. Prawie się zatrzymał. Pewnego dnia siostrom zaginęła Moskwa. Miasto - mit. I wrócić do niego nie można. Dlaczego? Przecież jest niedaleko, jakby na wyciągniecie ręki, Tuż, tuż. I nie się jej dotknąć, nie da się do Moskwy pojechać. Jest małe miasto, jakich są tysiące. W nim mieszkać się nie da. Bo to nie jest Moskwa.
Siostry do końca życia pozostaną ze swoimi marzeniami. Marzeniami o miłości, o godnym życiu, o przestrzeni, która jest w wielkim mieście, a której nie na polach i łakach wokół miasteczka. Wszystko na odwrót, nic, co normalne, normalne nie jest.
Obejrzałem dwa przedstawienia - jedne “Trzy siostry” Teatru Norwida z Jeleniej Góry pokazane w ramach Warszawskich Spotkań Teatralnych, a więc, wydawałoby się, że przedstawienie najlepsze z najlepszych. Drugie w wykonaniu tegorocznego czwartego roku warszawskiej Akademii Teatralnej.
Które zachwyca? Stop. A czy w ogóle musi zachwycać? To pierwsze nadmiernie eksponujące nadwrażliwość bohaterów. Zagrane ostro, z wyeksponowanym erotyzmem w niektórych scenach. Ma być uniwersalne, takie dzisiejsze, współczesne. Nawet aktorzy ubrani jak widzowie. Wyrwać się z Jeleniej Góry do Wrocławia? Takie ambicje miał Krzysztof Minkowski? Nie wiem.
Drugie “Trzy siostry”- młodzieżowe - są bardzo stonowane. Stroje z epoki, ruchy wysublimowane. Akcja toczy się powoli, abyśmy mogli smakować tekst Czechowa. Siostry są młodziutkie. To bardzo dobrze. Ale także nie razi młodość pozostałych bohaterów. Tylko doktor, który jest starszym człowiekiem, jako młodzieniaszek wygląda nieco zabawnie. Przedstawienie szkolne, więc młodzi aktorzy muszą wykazać, że potrafią grać każdą rolę. Wydaje się, że swe zadanie wykonali dobrze.
I co się dzieje? Nowatorska inscenizacja z Jeleniej Góry, w której reżyser chciał dołożyć miejscowym notablom, wydaje się słabsza. Może dlatego, że uwspółcześnianie dawnych dramatów nie zawsze bawi, nie zawsze się udaje. Może taki widz, jak ja, chciałby obejrzeć sztukę w wersji “oryginalnej”. Ciągle mi się wydaje, że takie komentarze nie zawsze są udane. Dlatego z dużą przyjemnością obejrzałem przedstawienie Akademii Teatralnej. Po prostu.

W Operze Kameralnej

Kiedy byłem po raz ostatni w Warszawskiej Operze Kameralnej? Nie pamiętam. W “dużej” operze bywam, ale jakoś ta przy al. Solidarności była mi nie po drodze. Może dlatego, że zawsze mi się wydawało, iż zdobycie biletów w WOK graniczy z cudem. I stało się. Nieco przypadkiem obejrzałem “Matrimonio con variazione” Józefa Kofflera. Pewnie nie tylko ja wcześniej nie słyszałem o Kofflerze, choć w dwudziestoleciu międzywojennym ponoć był uznany za drugiego, obok Karola Szymanowskiego, najwybitniejszego, najlepszego polskiego kompozytora modernistycznego. No cóż, trzeba biegłym w piśmie uwierzyć.
Czym jest “Matrimonium…”? Operą, “grą”, operetką, zabawą sceniczną a może kabaretem? Autor nazwał swe dziełko “grą”. A więc nie chciał precyzyjnie definiować utworu - i miał rację. Opowieść o Światowym Biurze Matrymonialnym jest bardzo umowna. Tekst Joanny Kulmowej (oryginał czy też zachowane libretto zachowało się po niemiecku). Poetka miała dokonać tłumaczenia opowiastki o biurze ogłoszeń popularnego dziennika, a w efekcie powstał zupełnie nowy utwór, akcja nie toczy się w redakcji pisma, lecz w owym Biurze (zdecydowanie pisanym dużą literą - ciągle nam powtarzano, iż jest ono Światowe). I jest to utwór bardzo wdzięcznie napisany. Dodekafoniczna muzyka bardzo nowoczesna, współczesna, wydaje się - dość trudna w odbiorze. Nie ma tu melodyjek łatwo wpadających w ucho. Ale pomimo to całą “grę” można wysłuchać z zainteresowaniem.
Lecz przede wszystkim urocza jest sama inscenizacja. Na miniaturowej scenie mieszczą się trzy pary tancerzy, kilkunastu wokalistów, czasem do tego dwóch mimów i Boss - mistrz ceremonii. Ślicznie wszyscy ubrani - stroje z dwudziestolecia międzywojennego, pary zakochanych lub pogniewanych kochanków - bardzo autentyczne, piękne stroje ślubne.
Banalna opowieść o prawdziwej miłości, która rozwinęła się wbrew zasadom biura matrymonialnego. Jak to w operze - nie zawsze jest zrozumiała. Ale nic to. Można naprawdę przez ponad godzinę czuć się w świecie przeszłym. Nieco kabaretu, nieco lokalu, w którym załatwia się ciemne interesy.
Śliczny, zabawny spektakl. No tak - jeszcze jedna informacja - bardzo dobrze zaśpiewany. Dobrze, że dyrektor Stefan Sutkowski odkurzył dziełko sprzed kilkudziesięciu lat, które wydawało się za zaginione (odkryto je w Berlinie kilkanaście lat temu) i je wystawił. Bardzo dobrze.

Ifigenia

Efekty pracy Zadary nie zawsze mi się podobają. Cóż z tego, że młody reżyser uznawany jest za najzdolniejszego twórcę młodszego pokolenia, cóż z tego, że bardzo się stara, jest oczytany, ma niezłe skojarzenia, cóż z tego, że widać go na kolejnych własnych przedstawieniach, jeżeli ma na swoim koncie produkcje powierzchowne, w rzeczywistości mało interesujące. Ciągle w pamięci mam wychwalanego, ale w rzeczywistości bardzo przeciętnego “Wałęsę”.
Tym razem jego dramat o Ifigenii można nazwać wybitnym. Przywiózł je na Warszawskie Spotkania Teatralne Teatr Stary z Krakowa. Przede wszystkim imponuje pomysły formalne Zadary. forma. Bo przecież treść jest znana od czasów Eurypidesa. A więc forma - wykorzystane promptery, z których aktorzy “czytają” swe teksty. Promptery, na których ukazuje się tekst nie tylko po polsku, ale także po angielsku - genialny pomysł - z “Ifigenią” można jeździć po całym świecie. Dla obcokrajowców dramat idealny. Na scenie widzimy wielką ścianę “okrętu”, na której także wyświetlany jest tekst. Ściana, będąca tłem, ale równocześnie, jako burta umożliwia granie na dwóch planach, także na górze, “na statku”.
Aktorzy cały czas pokazują nam dystans między nimi - aktorami - a granymi przez siebie postaciami. Widać, że Peszek to Peszek grający Agamemnona. I nic więcej. Tu nie ma Konrada z dramatu Wyspiańskiego. A grają koncertowo, mówią tak, że ich słyszymy, a ruch na scenie, wymagający niekiedy bardzo dużej sprawności fizycznej, zasługuje na same pochwały.
Zadara wykorzystał tekst Racine’a. lecz widowisko uczynił absolutnie współczesnym, Żaglowce nie mają pójść na Na wojnie nie liczy się bitwa, nie liczy zwycięstwo. Na tej wojnie wszyscy martwią się, co środki masowej informacji o walkach napiszą, jak ich akcję ocenią. Więc zawsze, niezależnie od tego, co mogłoby sie dziać na polu, trzeba dobrze wypaść. Może nie jest to zbyt nowatorskie, ale wykorzystany na pewno w niewielu dramatów. I jeszcze jeden pomysł - zamiast ciszy morskiej jest wiatr, wicher, który wieje nie tylko na scenie, ale i na widowni.
Jak zwykle siadamy na widowni, by obejrzeć klasykę, a tu wszystko jest współczesne. I nadal autentyczne.

Frank V

Wśród przedstawień prezentowanych w czasie Warszawskich Spotkań Teatralnych znalazło się widowisko (przedstawienie, dramat?) Friedericha Durrematta. To komedia bankierska “Frank V”. Krakowski Teatr Słowackiego jak umiał, tak nam owo dzieło (dziełko, dziełeczko?) pokazał. A starał się ogromnie. Tak bardzo, że na Spotkania Teatralne został zaproszony.
Aktorzy grają, jak najlepiej potrafią. Robią surowe miny albo przestraszone, poruszają się z powagą, śpiewają z zapałem. I wydaje się, że ładnie artukułują wszystkie głoski. Orkiestra (prawdziwa orkiestra na zywo!) gra prześlicznie. A reżyser? Każe aktorom otworzyć klapę na scenie i kopać grób albo przejść się w okienku zainstalowanym na wysokości piętra. Daje im walizkę jako rekwizyt wieloznaczny. Może z ubraniami…, a może pełną pieniędzy? I ubiera ich zazwyczaj na ciemno - w banku i na pogrzebie to właściwy strój.
Oglądając “Franka V” cały czas zastanawiamy się - to świat szwajcarskiego autora “Wizyty starszej pani” czy świat niemieckiej “Opery za trzy grosze”? Bo wydaje nam się, że za chwilę pojawi się Macky Majcher, przecież gdzieś tam na zapleczu znajdują się jego kumple i zaśpiewają kolejny song.
Komedia bankierska, która oglądamy, to ponoć utwór, w którym dużo jest z Brechta i dużo z Szekspira. Dlaczego tego drugiego? Bo trup, niczym w “Hamlecie”, pada gęsto? Chyba nie. Gdzies tej głębi szeksirowskiej jakoś nie czuję i dlatego bliski jest “Frank V” “Operze za trzy grosze”. Przede wszystkim dlaczego? Ponieważ mamy piosenki, powiedzielibyśmy - songi. Ale to nie muzyka Weilla. Niestety.
Oglądamy świat zła. Świat banku (tak, to pomimo wszystko metafora), w którym nie liczy się honor, raz dane słowo czy przyjaźń. Liczy się władza, pieniądz (a może pieniądz i władza). Może czasem trzeba się liczyć z kobietą. Tam, w banku, nigdy nie wiadomo, kto kolejny trafi do trumny lub zostanie pochowany bez jakichkolwiek ceremonii. Może mamy zło we krwi? Może tak toczy się historia i okazuje się, że syn jest jeszcze gorszy niż ojciec. Bo chcąc odsunąć ojca od władzy bez skrupułów syn go zamorduje.
Cóż z tego, że “Franka” nazwano komedią. Czasami “czarną komedią”. Śmiać się w czasie przedstawienia nie będziemy, a po obejrzeniu spektaklu możemy sobie powiedzieć: Jak dobrze, że to tylko świat zdegenerowanego kapitalizmu. U nas, w kolejnej Rzeczpospolitej nic takiego wydarzyć się nie może.

Matura dla gimnazjalistów?

Opowiedziałem w klasie szczerze, co myślę: nie warto było w tym roku uczyć się do matury z polskiego. Uważnie ją przeczytałem, przeanalizowałem i doszedłem do wniosku, że dzisiejsi gimnazjaliści w tym roku maturę by zdali. A jeżeli tak, to po co się uczyć dodatkowo przez trzy lata? Po co czytać lektury? No nie, oczywiście są lekcje, są podstawy programowe, są oceny, w tym ta bardzo ważna - na zakończenie szkoły ponadgimnazjalnej, jest program nauczania. Ale nagle, nie wiadomo dlaczego, tajemnicze siły zdecydowały, iż należy oderwać maturę od tego, czego uczymy w liceum.
Gdzieś tam, cichcem, starałem się dotrzeć do “tajemniczych sił”, od nich dowiedzieć, co myślą o efekcie swojej pracy. Są one bardzo zadowolone i opowiadają, że pomimo, iż matura była tak banalna, to nadal trafiały się wypracowania o Telimenie, który zakochał się w Zosi. Ale czy do pisania egzaminu z języka polskiego należało dopuszczać kretynów? (Pewna nauczycielka języka angielskiego cieszyła się, gdyż w sprawdzanych przez nią pracach znalazło się kilkanaście czystych. A za każdą pracę dostaje takie samo wynagrodzenie. Tylko czy to znaczy, że łatwa matura na poziomie podstawowym ma być jeszcze łatwiejsza, aby osoby nie znające języka też ją napisały?).
Kilka szczegółów. Matura z polskiego składa się z tzw. testu, czyli odpowiedzi na pytania ze zrozumienia tekstu, zazwyczaj popularnonaukowego. Tegoroczny był tak banalny, tak prosty, napisany dla uczniów podstawówki. Twierdzę, że na dwadzieścia możliwych do zdobycia punktów normalny uczeń trzeciej klasy gimnazjum zdobyłby ponad pięćdziesiąt procent.
Część druga to wypracowanie. Do tej pory trzeba było napisać je na podstawie danego maturzystom tekstu i znajomości utworu, z którego dany fragment został zacytowany. A więc fragment “Dziadów” i punkty za analizę tego właśnie fragmentu oraz za wykorzystanie wiedzy o całym utworze. Proste. A co się wydarzyło w tym roku? Znikła, rozmyła się znajomość całego tekstu, tym razem “Pana Tadeusza” lub I tomu “Chłopów”. Wystarczyło przeczytać cztery cytaty o Zosi i Telimenie lub niecałą stronę na temat starego Bylicy i napisać wypracowanie. Ciekaw jestem, czy za rok nie będziemy mieli tematu “Napisz do kolegi list z wakacji”. Bo do czego potrzebne są fragmenty utworów? Aby uczeń udowodnił, że Telimena jest kobietą?
O co chodzi? Czy po prostu wszyscy mają zdać maturę z polskiego, by nie trzeba było dla niedouków organizować kolejnych corocznych egzaminów o charakterze poprawkowym? Czy nowe kierownictwo Centralnej Komisji Egzaminacyjnej chce mieć supersukces - większą statystycznie “zdawalność”? Nie, ja tego nie rozumiem. Bo takiej polityki oświatowej zrozumieć się nie da.

Next Page »