Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (104)

June, 2009 w archiwum

Obozowe życie

Ale sobie narobiłem! Prowadzę ponad czterdziestoosobowy obóz, złożony z grupy harcerzy z Białorusi oraz naszych (skądinąd sympatycznych) harcerzy z Warszawy. Ale sobie narobiłem! Jest to kurs. Na jakim poziomie? Dla drużynowych? Przybocznych? Zastępowych? Nie wiem. Od jutra dzielimy nasz obóz na pół i prowadzimy dwa szkolenia - na wyższym i niższym poziomie. Dlaczego? Niestety nasi potencjalni kursanci są na bardzo różni i nie da przeprowadzić dla wszystkich takich samych zajęć. I nie jest to nowość. Zawsze z Białorusi przyjeżdżają osoby od miesiąca należący do organizacji, zawsze pojawiały się trzynastolatki na kursie przewodnikowskim, zawsze coś nie grało, zawsze… Ale czy na kursach dla polskich harcerzy bywa inaczej? No, czasami bywa…
Dlatego najpierw bawiliśmy się, biegaliśmy po lesie, organizowaliśmy gry terenowe. Pojechaliśmy na wycieczkę autokarową na Kaszuby i do Gdańska. Uczyliśmy się nowych piosenek, budowaliśmy prycze… Była olimpiada i festiwal kulturalny. Powiecie: banał. Ale z takich elementów składa się nasz dzień. Takie harcerstwo jest. Normalne, sympatyczne, radosne. To moje harcerstwo nie jest napuszone, sztywne, ortodoksyjne.
Choć raz piana wystąpiła mi na usta. Rano nie ma na maszcie flagi. Wiem, co się stanie… Rzeczywiście pojawia się trzech druhów koło południa: - Czy chcielibyście wykupić waszą flagę? - Co? - pytam. - Od złodziei niczego nie kupuję? - Ależ my nie jesteśmy złodziejami, tylko harcerzami. - Jak to harcerzami? To harcerz skacze przez ogrodzenie i odcina flagę państwową? A może umawialiśmy się na podchody? - Nie, ale flagi państwowej trzeba strzec!!! - odpowiadają mi druhowie. - Nie, flagi państwowej nie wolno kraść - mówię. Nie dogadaliśmy się. Mamy chyba inne poglądy, co wypada, a czego nie wypada robić w harcerstwie. Flaga, niewykupiona, wisi na naszym maszcie.
Wróćmy do moich podopiecznych. Owa nierówność, niedojrzałość jest w przypadku harcerzy spoza granic kraju większa niż u nas. Działają na dużym obszarze kraju w małej organizacji i nie potrafią dopracować się jednolitych standardów. Ileż ja się naprosiłem, aby wszyscy drużynowi byli mianowani i zwalniani w rozkazie. Nie da się! A przecież z takich małych elementów składa się jakość całej organizacji. Ileż ja się naprosiłem, aby ustalono jednolite standardy zdobywania stopni harcerskich, zdobywania (a nie rozdawania) stopni instruktorskich. Ileż ja… Szkoda mówić.
Nic to. Jest fajnie. Obóz trwa. Jeszcze o nim na tej stronie napiszę.

A w Syrenie

To zawsze jest eksperyment. Iść do teatru, aby autentycznie się pobawić, pośmiać, myśleć, jak może toczyć się do końca akcja na przedstawieniu wszak rozrywkowym. Nie, wcale nie jest to częste w teatrze, zazwyczaj oglądamy makbety i hamlety albo, jak ja niedawno “Upiora w operze”. Wtedy już całkiem wszystko wiadomo. Tak jak w autentycznej operze. Przecież kolejne Carmen (i wszystkie inne Halki oraz Motylki) muszą pięknie umrzeć.
Bo w Teatrze Syrena grają Agatę, oczywiście Christie. “Pajęcza sieć” - nazywa się owo przedstawienie, na którym, ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, w środku tygodnia w sezonie ogórkowym zapełniona była prawie cała widownia. Krwawy kryminał. Jest trup (który nawet w pewnym momencie ożywa a później znika albo decyduje się, by znaleźć się w objęciach kolejnych bohaterów. Jest młoda żona i stary mąż, są typowi angielscy dżentelmeni, jest ogrodniczka, która wcale nią nie jest i tak dalej, i tak dalej.
Ma być wesoło, akcja ma się toczyć wartko, widz ma się nieco bać, ale przede wszystkim bawić. Aktorzy mają być “prawdziwymi” Angielkami i Anglikami. Łącznie z lokajem.
I tak jest. Intryga i jej rozwiązanie jest dosyć logiczne, widz jest w stanie uwierzyć w to, co dzieje się w pięknej willi gdzieś na prowincji. I wydaje się, że owa sieć skutecznie oplątuje widzów, którzy dobrze sie bawią, podejrzewają różnych bohaterów o dokonanie morderstwa i tak naprawdę długo nic nie zrozumieją, by na końcu głośno stwierdzić: - Ależ to było prymitywne.
Tylko że ja nie dałem się przez cały czas oplątać. Mnie to, co działo się na scenie, koszmarnie nudziło. Byłbym skłonny, gdyby nie to, że starałem się być dobrze wychowany, usnąć na godzinę w fotelu i obudzić się w chwili, gdy artyści kłaniali się widzom.
Dlaczego nudne to było wielce? Może dlatego, że angielscy dżentelmeni lepsi bywają na przykład w “Pigmalionie”. A może dlatego, że trup w szafie wcale zabawny nie jest. Może dlatego, że angielski policjant nie musi być pokazywany jako prymitywny głupek, który jednak dość sprawnie (mimo kłamstw całego towarzystwa) rozwikłuje zagadkę. I to machanie rękami, ten podniesiony głos, to przekonywanie widowni, że oglądamy sztukę obyczajową…
Nie, po raz kolejny widowisko na dużej scenie Syreny nie wcale mi się nie podobało. Ale może dlatego, że wolę oglądać hamlety.

Projekty, projekty

Warto, warto pracować w szkole metodą projektów. Co prawda wymaga to od nauczyciela, by poświęcił na pracę z dziećmi dodatkowy czas, nie mówiąc już o dodatkowym wysiłku, ale jakie efekty!!! Przez ostatnich kilka lat przeczytałem setki (a może tysiące) opracowań, pomysłów, koncepcji, podsumowań różnych projektów. Wymyślonych przez nauczycieli i dzieci (młodzież też). Ocenianych przez różnych ekspertów, bo projekty były w większości realizowane przez “Szkoły z klasą”. Ostatnio jestem ekspertem w jednym z kursów internetowych dla nauczycieli i z tego powodu znalazłem się w czasie minionej niedzieli w Liceum Batorego w Warszawie na wielkim pokazie sumującym całoroczną pracę Centrum Edukacji Obywatelskiej. Centrum prowadzi chyba z dziesięć różnych programów, i z każdego z nich zaproszono na pokaz kilka - kilkanaście szkół.
Nasza edukacja z internetem to mały pryszcz, ale takie “Ślady przeszłości” to program monstrum.
Zachwycony chodziłem po korytarzach liceum. Co prawda miałem za zadanie (ja, polonista) docenić pracę grupy gimnazjalistów, którzy pracowali nad liczbami pierwszymi. - Czy to jest ciekawe? - zadałem im najgłupsze pytanie pod słońcem. - Oczywiście, proszę pana, to jest pasjonujące. - Jeżeli więc liczby pierwsze mogą być pasjonujące jako jądro projektu, to co powiedzieć o innych tematach?
W Kołobrzegu “Solny Kołobrzeg” (ten przedwojenny), w Nowej Rudzie “Kapliczki i krzyże pogranicza”, w Sosnowcu “Trójkąt trzech cesarzy”, w Warszawie - życie codzienne na Powiślu w czasie Powstania Warszawskiego. Gimnazjaliści czytają przedszkolakom, inni adoptują drzewa, ktoś pasjonuje się spodniami Talesa, ktoś jeszcze oszczędza energię. Tam ekologia, tu historia, w innym miejscu wychowanie obywatelskie, gdy młodzi głosowali. I jeszcze samorządy szkolne, i jeszcze jakieś programy kulturalne.
W czasie spotkania ekspertów każdy z nas miał powiedzieć kilka słów własnych refleksji na temat projektów. Ja zająłem się nauczycielami. Świetnymi, takimi, którym się chce. Mówiłem o nich. Dziś wszyscy narzekają na polskie szkoły, a tu setki nauczycieli i tysiące uczniów robią rzeczy niebywałe, z zapałem, z pasją. Jeżeli nasza szkoła jest tak beznadziejna, jak nam się opowiada, to ja jestem szachem perskim.

Zmęczyć widza

Nie jest to zupełnie nowatorski pomysł - zmęczenie widza. Ale co robić, gdy stało się ono modą w teatrach? Teatr rozrywkowy, teatr dydaktyczny, teatr klasyczny nie istnieje wśród krytyków. Nie może być produkcją wybitną. Wybitny teatr musi być “inny”. Owa inność ma różny charakter. Najważniejsze, aby zaskoczyć widza, zmusić go, by wyraził swoją opinię z ekspresją, mocno, aby nie był obojętny, niezależnie, czy mu się dramat podobał, czy też nie. Tak jest u Warlikowskiego, Jarzyny, Zadary (ten ostatni siedział w minioną środę na widowni bez czapeczki na głowie - przyszło nowe), tak jest u Mai Kleczewskiej. W Teatrze Narodowym wyreżyserowała ona sztukę “Marat/Sade” Petera Weissa, która emocję widowni na pewno wzbudza. Emocje, ale i zmęczenie. Niektórzy postanawiają się nie emocjonować i po prostu w trakcie trzygodzinnego spektaklu wychodzą. Z tego, który oglądałem, wyszło pewnie z dziesięć osób (no tak, ale nie było przerwy, wyjście z teatru w czasie spektaklu jest swoistym bohaterstwem). Niektórzy jednak byli zachwyceni - ot, udało mi się wysłuchać opinii na temat “Marata” 20-letniej studentki MISH. Powiedziała, że to było naprawdę wspaniałe. Ja bym tego nie powiedział.
Co Kleczewska ze sztuki Weissa zrobiła? Nic nadzwyczajnego. Zapatrzyła się na Roberta Wilsona i postanowiła zaproponować widzowi uczestniczenie we wpatrywaniu się w sceny plastyczne. Bo przecież zupełnie nieistotne jest, co aktor (aktorka, grupa aktorów - odpowiednie skreślić) mówi. I takie przedstawienie - pełne barw - Kleczewskiej się udało. Fortepian i koncert na początku, taniec z lalkami, końcowe ćwiczenia grupy “wojskowej”, lalki - rozrzucone zwłoki, “tłum skandujących rewolucjonistów”, nawet “ślub” i akcja “po ślubie” - wszystkie te sceny, w większości wzmacniane lustrami na scenie, wywołują znakomite wrażenie. Tylko cały czas zastanawiamy się, cóż te piękne obrazy mają wspólnego ze sztuką Weissa. Jesteśmy zmęczeni, piekielnie zmęczeni siedzeniem w jednym miejscu, zostaliśmy poddani torturom, treści sztuki w ogóle do nas nie docierają. A więc pozostaje pytanie, po co, dlaczego takie widowisko w szacownych murach Teatru Narodowego zostało wystawione. Nie wiem. Ale może dyrektor Englert liczył na to, że modna pani reżyser stworzy dzieło, dzięki któremu teatr, dostojny wielce, będzie mógł zajmować czołowe miejsca na festiwalach i przeglądach teatrów. Obawiam się, że z nadziei dyrektora Englerta będą nici.

A było tak miło

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami. W gazetach, w radio, w telewizji słyszymy kolejne podsumowania, kolejne analizy… ten wszedł, tamta nie weszła. Ten wygrał. Któraś kandydatka - prawie pewna - ku ubolewaniu swych wyborców do Brukseli nie pojedzie. Jeszcze dzień, dwa i wrócimy do codziennego życia. Nasi przedstawiciele będą nas znakomicie reprezentować lub kompromitować - czeka nas i jedno, i drugie. My pozostaniemy w kraju - szaraczki, elektorat partii rozlicznych.
O nas szaraczkach będzie ten felieton. O mojej rodzinie. Dwie informacje są na początku niezbędne - po pierwsze wszyscy głosujemy, i starsi (seniorka lat 93), i młodsi (juniorka lat 24). Wszyscy. Po drugie generalnie mamy poglądy lewicowe. Jakos tak jest, że interesujemy się polityką, i choć tylko ja do jakiejś partii należę, nasza wiedza o tym, co dzieje sie wokół nas, w naszym przypadku na pewno przekra cza średnia krajowa.
I było przed kilku laty tak miło, Szliśmy do lokali wyborczych i mogliśmy się zastanowić, czy warto glosować na pana X, czy na panią Y na jednej, naszej lewicowej liście. I co nam się zdarzyło? Wszystko się pobabrało. Wcale już nie lubimy (tak rodzinnie) naszych młodych lewicowych przywódców, wcale im nie ufamy, wcale część z nas nie chce na nich głosować. Zniechęcił nas styl kierowania państwem sprzed lat (tego SLD wielu nie wybaczy), zniechęcili ci współcześni - bez autentycznej, prawdziwej socjaldemokratycznej koncepcji. Jacys niedokształceni, słabiutko mówiący po polsku. Nie podoba się nam (globalnie) bardziej lewicowa, rozłamowa lewica, ta mniejsza, wśród której jest kilka znanych, mądrych osób. Nie podoba nam się też (generalnie) “lewica” PO, którą jednak też część nas bardzo sobie ceni.
W efekcie nasze głosy dostała pani Huebner, dostał Olejniczak, dostał Rosati. Wcale mi się to nie podoba. Bo dawniej było tak miło. Dlatego czekam, aż SLD przekona nas, że wszyscy powinniśmy głosować na tę właśnie partię. Ciekaw jestem, czy się kiedykolwiek doczekam.

Next Page »