Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

July, 2009 w archiwum

Rocznica

Kolejna rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego. Uroczystości już się rozpoczęły, będą trwały przez kilka dni. Ja nie umiem od lat wzbudzić w sobie euforii z powodu zwycięstw i klęsk naszych powstańców. Po prostu nie umiem zaakceptować decyzji o rozpoczęciu walki. I nadal po latach rozmów, analiz, dyskusji ciągle uważam, że naiwność lub polityczne wyrachowanie decydentów - tych z Londynu, i tych z Warszawy - doprowadziła do śmierci 200 tysięcy warszawiaków. Czy potrzebnie?
Między wieloma zginęła w Powstaniu osoba mi najbliższa. Wyszła z domu przed godziną W i nigdy nie wróciła. Dlaczego mądrzy skądinąd ludzie uważali, że uda się Armii Krajowej “przechytrzyć” Rosjan i zająć stolicę przed nimi? Przecież mieliśmy bardzo doświadczonych polityków, wcześniej na Wschodzie zorganizowano armię Andersa i armię Berlinga. Ta druga już wykrwawiła się pod Lenino, zbliżała się do Warszawy.
Tak, tak - upraszczam. Bo w Warszawie nie była to tylko walka AK, bo nie były to tylko decyzje Londynu. Między innymi wielokrotnie opisywano atmosferę w stolicy na początku lata, gdy na wschodzie Polski powstawały zręby władzy związanej ściśle ze Związkiem Radzieckim.
Nikt, także oczywiście ja, nie kwestionuje bohaterstwa powstańców. Tylko czy pokazanie owego bohaterstwa było niezbędne? Przecież nie byliśmy w sytuacji Żydów w warszawskim gettcie, którzy rozpoczęli walkę nie o zwycięstwo, lecz o honor narodu. Dlatego tamto maleńkie powstanie z 1943 roku naprawdę miało sens. Ale dlaczego musiało wybuchnąć powstanie latem 1944?
Cóż, po raz kolejny obchodzimy rocznicę 1 sierpnia. Panowie politycy mogą zaprezentować swój patriotyzm. Złożyć kwiaty, uścisnąć rękę coraz mniejszej grupie żyjących powstańców. Pięknie wygląda uroczysta zmiana wart, msza przed kościołem na Długiej, spotkanie przed pomnikiem Gloria Victis. Piękne jest także muzeum Powstania. A dla mnie to dzień i dni żałoby. I niech już tak zostanie.
PS Dopisuję to zdanie już po wszystkich uroczystościach. Oczywiście można by było ten zapisek rozwinąć. skomentować kilka wypowiedzi (najbardziej poruszyła mnie nie beztroska w formułowaniu zdań naszego prezydenta, lecz opowieść o K.K.Baczyńskim, który gdyby nie poległ w Powstaniu, zostałby aresztowany przez UB i zmarłby na Syberii). Ale czy to coś zmieni?

Nissyros

Powstanie wyspy Nissyros wiąże się, jak to zwykle w Grecji, z czasami mitologicznymi. Utworzył ją Posejdon. Przypadkiem. Któregoś dnia zdenerwował się na jednego z gigantów, nadział na swój trójząb część wyspy Kos i rzucił nią w morze. Wcelował w giganta. Do dziś leży on pod wyspą i do czasu do czasu wzdycha lub sapie. Czasem też mocniej się poruszy. Wtedy z krateru Stefanos wzlatują jakieś siarczane opary albo nawet krater zaczyna aktywniej dawać znać o sobie.
Geologowie twierdzą, że wszystko przez to, że Nissyros leży na połączeniu płyty europejskiej z afrykańską. Gdzieś tam przedostaje się lawa, gdzieś wydostają opary z wnętrza ziemi i takie są efekty. Ale kto by wierzył geologom?
Mała wyspa, niecały tysiąc mieszkańców, górzysta, jedno miasteczko, dwie wsie i krater wulkanu. Cały czas czynnego. Może nietypowego, bo nie leży na wierzchołku góry, lecz w dolinie. Zupełnie nietypowego, bo jego cechą są opary (ale także otaczająca go skała) siarki. Pachnie więc (śmierdzi?) tam siarkowodorem. Na zewnątrz krateru mniej, wewnątrz – znacznie mocniej. No ale da się wytrzymać, byle nie podchodzić za blisko do otworów, skąd ta siarka może w każdej chwili wypłynąć. Nie, nie przesadzajmy, nie wypłynęła z czynnego wulkanu już od ponad dwustu lat. Ale jeżeli gigant mocniej westchnie, to kto wie? Krater jest hydrotermiczny, największy na świecie.
Nie warto więc siedzieć zbyt długo na dnie krateru, lepiej pojechać do jednej z dwóch wiosek – Emporio lub Nikia. Wjechać tylko trzeba ponad czterysta metrów nad poziom morza. Z obu widać dno krateru, ale jest on na szczęście daleko. Tam siarkowodoru się nie czuje. Opuszczone, wyludnione wioski ostatnio odżywają. Dzięki pieniądzom gminy (wielkie zyski, największa w Grecji wytwórnia-kopalnia pumeksu) i dotacjom Unii Europejskiej kolejne domki są remontowane. Wioski (malutkie – jedna uliczka, dwie restauracje, jedna cerkiewka) zaczynają przypominać te na Santorini. Wąsko, górzyście, pięknie. Widoki wspaniałe. W jednym miejscu autentyczna grota-sauna, w drugim cerkiew jakby wczoraj odnowiona, w trzecim jeszcze rozpadające się mury domu kontrastujące z tymi bielusieńkimi, nowiuteńkimi. W kawiarni właściciel jakby z dziewiętnastego wieku. Nie spieszy mu się, bo po co? Cóż z tego, że turysta chciałby wypić kawę natychmiast. Można przecież usiąść i poczekać, kiedyś kawa będzie gotowa, bo kiedyś będzie zaparzona.
Piękne jest też jedyne miasteczko na Nissyros – Mandraki. Nad miasteczkiem klasztor, a w miasteczku urocze uliczki, sklepy, restauracje i kafeterie. Nie należy mieć pretensji do Posejdona. Niegłupio zrobił, tworząc tę wyspę.

All inclusive (w dwóch częściach)

Część I – Dlaczego wolę All
Ta forma spędzania wczasów jest droższa niż inne. Porównywałem z apartamentami, gdzie sami musimy przygotowywać sobie posiłki, z wczasami BB i HB. Z wyliczeń wynika, że przepłacam, zawsze przepłacam będąc na wyjeździe All. I co z tego wynika? Przepłacam i chcę przepłacać. Z jednego powodu. Nie chcę będąc za granicą liczyć, zastanawiać się – iść na kawę czy nie iść? Warto kupić nektarynę czy nie warto? A może stać mnie na coca colę? A może nie stać? I choć wiem, że kawa plus nektarina plus coca cola razem są tańsze niż wczasy All, to owo myślenie, zastanawianie się, kupowanie psuje mi samopoczucie, psuje pobyt nad ciepłym morzem.
Dlatego chcę od siódmej rano zjeść śniadanie, od dziesiątej mieć możliwość wzięcia czegokolwiek z trzech barów (tam też ciasta i kanapki), zaraz po południu pójść na lunch (do restauracji, ale także do baru na plaży), ciągle korzystać z barów, by o 18.30 móc iśc na kolację (także do restauracji włoskiej lub greckiej). Gdzieś koło północy w barach praca się kończy. Można iść spać. I mieć w lodówce w pokoju różne napoje, za które też dodatkowo płacić nie trzeba.
Nie, nie chodzę od miejsca, gdzie się je, do drugiego miejsca. Ja płacę za możliwość pójścia tam, gdzie chcę, być kulturalnie obsłużonym (o tej obsłudze powinienem napisać odrębny felieton) i zjeść (oraz wypić), co chcę.
Naiwne? Prostackie? Może tak, ale ja właśnie z takiego powodu wolę All.

Część II – Zdziwienia
Zawsze mi się wydawało, że ludzie, którzy przeżyli trudne czasy, którzy nie zawsze mieli dostatecznie dużo jedzenia, ludzie, którzy nie jadali dobrze, smacznie, będą żywność szanować. Będą jeść tyle, ile są zjeść w stanie. Będą na talerz nakładać tyle, by nic się nie zmarnowało.
Zawsze mi się wydawało…
Dlatego szczęka mi opada, gdy patrzę na naszych braci Słowian, którzy mieszkają na wschód od Polski. Nie będę opisywał kolejnych sytuacji, zaprezentuję jedną. Restauracja włoska. Uroczysty wieczór. W odróżnieniu od codziennych kolacji, gdy samemu trzeba sobie włozyc jedzenie na talerz, tu obsługuje kelner, jest karta dań, pełna kultura. Zamawiam jako przystawkę penne, później jem pierś kurczaka z rusztu. I jeszcze tiramisu. Jestem pełny.
Obok trzyosobowa rodzina. Zamawiają zupy, później przystawki, następnie sałaty, spaghetti lub makarony (i tu już wymiękli). Nie powiedzieli jednak kelnerowi, że rezygnują z kolejnych dań. Dlatego na ich stół wjeżdżają trzy pizze (wracają do kuchni prawie nieruszone) a później dania główne (nie zostały zjedzone) oraz desery. Popijają (jak to w kuchni włoskiej) tradycyjnym szampanem.
Dwie trzecie jedzenia, które do nich trafiło, wyrzucono.
Zawsze mi się wydawało i nic już mi się nie wydaje, przecież to All.

Zapas

Prowadzę własny ranking najwybitniejszych współczesnych aktorów. Czasem o tym piszę przy okazji kolejnych premier. Mam także spis tych, których co poniektórzy uważają za wybitnych. Ja nie. Lista tych drugich jest długa. Może kiedyś napiszę, dlaczego wszyscy „Cybulscy” na owej długiej liście się znaleźli.
Na tej pierwszej, tych prawdziwych mistrzów słowa, wśród aktorów starszego pokolenia na czołowej pozycji znajdował się Zbigniew Zapasiewicz. I to chyba od czasów „Barw ochronnych” (wówczas oczywiście aktorem starszego pokolenia nie był). Dlaczego był najlepszy? Każdy może mieć własne zdanie – ja ceniłem go za umiejętność podawania każdego słowa – jasno, czytelnie, bez tracenia jakiejkolwiek głoski. Podawania tekstu rozumnie. Dlatego z tak dużą przyjemnością nie tak dawno słuchałem „Kwiatów polskich” połączonych w jednym wieczorze z Tuwimowskimi zapisami autobiograficznymi. Jak te „Kwiaty…” były mówione! A przecież tekst ten wymaga od aktora i recytacji patetycznej, i stylizacji na gwarę warszawską, i próby mówienia głosami łódzkich uliczników. I Zapasiewicz to potrafił.
Przy okazji uwaga – taki wieczór to typowa aktorska chałtura. Aktor plus żona, dobry tekst recytowany lub czytany wielokrotnie. I w czasie takich chałtur każdy aktor się sprawdza – zaprezentuje się dobrze, przypadkowej wszak często publiczności, czy zlekceważy widzów, mówiąc tekst jakkolwiek, byle go wypowiedzieć.
Ceniłem Zapasiewicza. Dwa razy byłem na „Czarownicach z Salem”. Najpierw na premierze – tam siedziałem na scenie, a potem, kilka miesięcy później, na zwykłym, powiedziałbym „szkolnym” przedstawieniu na krześle na widowni. A więc patrzyłem na aktorów z różnych perspektyw. W czasie premiery były dwie rewelacyjne postacie – jedną z nich grała młodziutka uczennica szkoły baletowej, drugą (a jakże) Zapas. W tym drugim przedstawieniu role dziewcząt zminimalizowano i pozostał On, Sędzia, Pan życia i śmierci obywateli Salem. To była rola!
W jednoaktówkach Becketta niezbyt mi się podobał. Choć krytycy pieli zachwyty na temat jego gry. Pewnie ciągle miałem w pamięci „Ostatnią taśmę…” z Łomnickim. Gdzieś zapis na ten temat na tej stronie jest. Nie chciałbym się powtarzać. Można jednak zadać pytanie – czy jest ktoś, kto zagrałby te role dziś lepiej?
No i ostatni wielki sukces – rewelacyjny spektakl: „Słoneczni chłopcy”. W tandemie z Pieczką. Na ”Chłopców” wybierałem się po raz wtóry. Świadomie, nie przypadkiem. Już się nie wybiorę. Wielki aktor - Zbigniew Zapasiewicz - nie żyje.

Asklepios z wyspy Kos

Kos, niewielka wyspa (można ją wzdłuż przejechać w godzinę), której kształt przypomina podobno krewetkę, jest najważniejszym miejscem związanym z medycyną w całym basenie Morza Śródziemnego. A to za sprawą dwóch wielkich lekarzy: Asklepiosa i Hipokratesa. Z tym drugim rzecz jest prosta – był postacią historyczną, urodził się na Kos, leczył, stosując bardzo konkretne środki medyczne, uważał się za potomka Asklepiosa, pozostawił po sobie aktualną do dziś przysięgę, którą znać musi każdy lekarz.
Z tym pierwszym jest sporo problemów (żeby nie było nieporozumień – jego rzymskie imię brzmi Eskulap). Był herosem, synem Apollona. Jego matka Cornonis, gdy była już w ciąży, zdradzała Apolla. Ten skazał ją (a także jej kochanka) na śmierć przez spalenie na stosie. Gdy płonęła, Apollo przypomniał sobie o swym nienarodzonym potomku i dokonał pierwszego w historii cesarskiego cięcia. Na szczęście dziecko żyło jeszcze w brzuchu martwej matki – tak narodził się Asklepios. Wychowywał go centaur Chejros, on nauczył herosa sztuki leczenia. Asklepios miał kilkoro dzieci, wszystkie zajmowały się leczeniem. Pamiętamy jednak tylko Higienę, inne nie miały tak znaczących imion.
Nie był on nigdy bogiem olimpijskim, ale jego sława – uzdrowiciela, a nawet wskrzesiciela – rozprzestrzeniała się po całej Grecji. Miał on łącznie, większych i mniejszych, 320 świątyń. Sława o nim przyćmiła sławę wielu greckich bogów. Gdy przyszły nowe czasy i nowa religia – chrześcijaństwo – on jeden realnie konkurował z Chrystusem, wszak także uzdrowicielem, który potrafił wskrzeszać umarłych.
Na wyspie Kos, leżącej tuż u wybrzeży Turcji, znajdowała się największa, najsłynniejsza świątynia Asklepiosa, a właściwie cały wielki obiekt – Asklepion – który nazwalibyśmy dziś sanatorium dla osób znerwicowanych. W spokoju, w dobrych warunkach, zdrowieli. Na jej progu mogli przeczytać napis: „Wejdź, dobry człowieku, wyjdziesz stąd jeszcze lepszym”.
Asklepios nie wymagał, jak inni bogowie, darów. Leczył bezinteresownie wszystkich, nie pobierając żadnych opłat. Przyjeżdżali do niego z całej Grecji chorzy, którzy chcieli uzyskać poradę na temat swego stanu zdrowia. Asklepios, także wielki mag, przekazywał swe uwagi choremu przez sen. Ale gdy chory nie mógł przyjechać, to na przykład kuzynowi lub przyjacielowi chorego.
Asklepion zbudowano na górze. Zachowały się wielkie schody, cztery tarasy i wiele fragmentów zabudowań. Tych, gdzie mieszkali chorzy i lekarze i tych, w których była szkoła medyczna, i miejsce, gdzie przebywali trędowaci, i mała świątynia Asklepiosa z IV w. p.n.e. I wielka świątynia w stylu doryckim. (Tu pytanie tylko trochę na temat – wymieńcie podstawowe cechy kolumny doryckiej. Co, że można w pięć sekund znaleźć pełną informację w internecie? Oj, rozum i rozum elektroniczny to nie to samo – prawda? I nie opowiadajcie o zaśmiecaniu umysłu zbędnymi informacjami…).
Zachowała się pamięć o pierwszym wielkim lekarzu przedstawianym z laską i wężem. Zachowała też się pamięć o Asklepiosie na „krewetce” - wyspie Kos.

Next Page »