Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

August, 2009 w archiwum

Nie tylko we Lwowie

We Lwowie byłem tylko raz - chyba jakieś dziesięć lat temu. Miasto poznałem bardzo powierzchownie, ot pamiętałem katedrę, kaplicę Boimów, rynek, jedną z dwóch polskich szkół. Teraz miało stać się inaczej - przygotowywałem wyprawę naszych harcerzy w ramach podsumowania Roku Małkowskich, mogłem więc mieć zasadniczy wpływ na program, na to, co oglądaliśmy, o czym rozmawialiśmy. A ponieważ wycieczkę prowadziłem, więc musiałem wiele o Lwowie i okolicach miasta poczytać. Ale nie o harcerskiej wycieczce tu napiszę. Będzie o polityce.
Przed kilku laty byłem w Kijowie pod koniec pomarańczowej rewolucji, miałem możliwość posłuchać miejscowych notabli, być w ukraińskim parlamencie. Padło wiele sformułowań. jak to na Ukrainie, gdy rządy będą w pełni demokratyczne, wszystko się w państwie zmieni i państwo to szybko dogoni rozwinięte państwa Zachodu, o Polsce nie wspominając.
Teraz mogłem porozmawiać z mieszkańcami Lwowa o zmianach w kraju.
Niestety, wszystkie wypowiedzi były bardzo pesymistyczne. I to zupełnie niezależnie, czy rozmawia się o Euro 2012, czy o zabytkach kultury. Ot, na przykład pytamy, jak przebiega budowa lwowskiego stadionu piłkarskiego. Odpowiedź, jaką słyszymy, mniej więcej brzmi: - No tam chyba coś się buduje. - Bo mieszkaniec Lwowa uważa, że ten stadion na Euro nie zostanie zbudowany!!! Że chyba coś się buduje!
Brakuje pieniędzy, na przykład Lwowska Galeria Sztuki administruje pięknymi zamkami wokół Lwowa, zamkami, które przed laty także należały do rodziny Sobieskich. I cóż się okazuje? Na odbudowę wspaniałych rezydencji nie ma środków, aby to, co zostało zniszczone w czasie minionych kilkudziesięciu lat, odbudować sprawnie i efektownie. A nawet gdy środki się znajdą, to nie są sensownie wykorzystywane. Powstają ekspozycje mało interesujące, które Polacy oglądają, bo to jakieś resztki zachowanych polskich pamiątek. Fakt. Niszczono na Ukrainie Zachodniej ślady dawnej Polski. Rujnowano kościoły, pałace, zamki. Piękne obiekty stały się ruinami. Teraz potrzebne są ogromne pieniądze, by zabytki te odzyskały dawny blask. Lecz pieniądze, nie wystarczą, muszą być one właściwie wydawane. A w to nikt nie wierzy.
Zmienia się na korzyść zewnętrzny wygląd Lwowa. Są remontowane poszczególne obiekty. Kawiarnie niczym się nie różnią od lokali w Europie. Miasto pełne jest młodzieży. Może się podobać. Ale powierzchowny wygląd to mało, bardzo mało. Zapał, radość, entuzjazm, nawet taki, jaki widać w Polsce, na Ukrainie nie jest widoczny. Szkoda.

Dwa harcerstwa?

Jeden zlot czy dwa zloty? Harcerstwo puszczańskie czy harcerstwo gier i zabaw? Spotkanie kadry w celu rozwoju intelektualnego czy pokazania atrakcyjnych form pracy? Harcmistrz to mistrz harców a przewodnik jest tym, który szuka swej drogi w życiu? Czy może harcmistrz to mistrz przygody i intelektu a przewodnik to osobnik, szukający w harcerstwie różnorodnej rozrywki?
Takie pytania zacząłem sobie zadawać na Zlocie Kadry. Dodatkowym katalizatorem była konferencja harcmistrzowska, w czasie której miedzy innymi analizowaliśmy nie tylko sytuację harcerstwa w czasach okrągłego stołu (o tym napiszę osrębny felieton), ale także mówiliśmy o dzisiejszej organizacji.
Bo tak się ułożyło (czy na pewno świadomie założyli to organizatorzy zlotu?), że wizerunek, koncepcja harcerstwa prezentowana na Letniej Akcji Szkoleniowej (skierowanej do członków komend, zespołów kadry kształcącej, liderów w hufcach) zasadniczo różniła się od koncepcji Ogólnopolskiej Zbiórki Drużynowych.
Od razu powiedzmy - styl OZD nie odpowiada mi. Nawet polowe zbiórki harcerstwa starszego (a było ich wszak kilkanaście), kierowane bezpośrednio do harcerzy zwanych dziś wędrownikami, w czasie których proponowano im różnorodne zajęcia, były mniej rozrywkowe, bardziej harcerskie w sferze obrzędowości i stylu kierowania imprezą. Czy na owo luzactwo OZD tak mocno wpłynął drugi wieczór z kabaretem DNO w roli głównej? Nie sądzę. Czy niemożliwość zgromadzenia wszystkich uczestników zlotu w czasie spotkania z gośćmi o czymś nie świadczy?
W czasie ostatniego wieczora zbiórki drużynowych zorganizowano ogniska. Pojawiły się dla mnie niespodziewanie, w ostatnim możliwym momencie. Jakby dla uratowania harcerskości imprezy. Ktoś coś niepokojącego w OZD zauważył.
Fakt, należy zadać sobie pytanie - w jakim celu spotkali się drużynowi. Czy po to, aby się dobrze pobawić pod koniec wakacji? Czy to nie za mało jako cel zbiórki?
Dlatego, jakby kontrastowo reprezentująca inny styl i formę Letnia Akcja Szkoleniowa podobała mi się. LAS odbywał się w lesie. Pokazano nową odmianę “gry w ruchu” (Jolu, wybacz, czas już na nowsze pomysły, grozi nam, że tegoroczna jesienna rywalizacja komend hufców będzie taka sama). Przeprowadzono kilkanaście zajęć warsztatowych wzbogacających (autentycznie!) w wiedzę i umiejętności kadrę hufców. Spotkania wieczorne miały charakter kameralny i ogniska były od poczatku wpisane w program LAS-u. W dwóch zdaniach nie oddam tego, co nazwać można ogólnie atmosferą harcerską.
Tak się zdarzyło, że przewodnikom (drużynowym) zaproponowano luz, rozrywkę i biwak, podharcmistrzom (kadrze hufców) sztywne ramy organizacyjne, konsekwentne kształcenie i noclegi w namiotach dziesięcioosobowych.
To jakby w pigułce dwa harcerstwa. Młode i stare. Poczekajmy nieco, a młode zwycięży. Mnie w nim (co oczywiste) już nie będzie.

Zlotowe braterstwo

Wybrałem się na zlot kadry ZHP. Nie powiem, chciałem. Zlot drużynowych, akcja szkoleniowa, zlot harcmistrzów. Trzy w jednym. Jedno w trzech. Kilkuset młodszych (w większości) i starszych (zdecydowanie w mniejszości) członków naszej organizacji chcących się czegoś nauczyć, czegoś dowiedzieć i przeżyć swoją kolejną harcerską przygodę.
O samym zlocie jeszcze napiszę. Teraz będzie o równych i równiejszych. Dlaczego o tym piszę? Bo zlot kadry ma być wzorcem dla nas wszystkich. Nie tyle wzorem, jak poprowadzić obóz, ile jakie powinny być relacje między instruktorami, między kadrą a uczestnikami, między nami – harcerzami.
I dlatego zmartwiłem się, gdy nagle znalazłem się w gronie równych, ponieważ znaleźli się inni – równiejsi. Zmartwiłem się, że są ci, którzy mają opaski na rękę w jednym kolorze i mogą wchodzić do konkretnych pomieszczeń, a inni w innym kolorze i część terenu jest im niedostępna. Pal sześć moje ambicje, nie muszę korzystać z toalety w rejonie dla mnie zamkniętym. Ale okazuje się, że nie mam szans na porozmawianie z naszym harcerskim vipem, ponieważ ów vip wymyślił reguły uniemożliwiające z nim kontakt. Oczywiście mogę stanąć na terenie mi dostępnym i czekać aż vip się pokaże. Albo do niego dzwonić. Mogę…
Przykład drugi – ktoś podjął decyzję – tylko sześciu wybrańców będzie miało dostęp do sieci bezprzewodowej. Sieć jest, można by było z niego korzystać, ale nie. Są równiejsi (ważniejsi, ci, którzy mają władzę), którym można ufać… Pozostali mogą korzystać z sieci przewodowej. No dobrze, mogą…
Powtórzę – niby nic wielkiego, tamto wejście nie dla wszystkich, tamta sieć dla zaufanych. Ponoć mamy w ZHP rok braterstwa. Na pewno?
PS Ktoś mi powie, że w takiej masie, gdy na stosunkowo niewielkim terenie przebywa kilkaset osób, inaczej nie można. Ależ można, można. Zdejmijmy po prostu z rąk kolorowe opaski.
PS 2 Na szczęście wśród nas jest Krzysztof. To dobrze, że jest.
PS3 Mogę wejść, gdzie nie mogłem, mam internet. Ale co się stało, to się stało. Są instruktorzy, dla których braterstwo nie jest pustym słowem. To fakt.

Obrazki ze Szwecji (3)

To były czasy, gdy nie mogliśmy (my, Polacy) poruszać się swobodnie po Archipelagu Sztokholmskim. Przecież Szwecja była krajem należącym do NATO i każdy Polak był w tym kraju potencjalnym szpiegiem. A wyspy koło Sztokholmu były małymi twierdzami. Nie bez powodu od czasu do czasu gazety podawały, że po raz kolejny namierzono u wybrzeży radziecki okręt podwodny…
Dziś sytuację mamy komfortową. Dawne zamknięte obszary możemy dowolnie penetrować i obserwować rozpadające się stare umocnienia. Ale nie o niedawnej historii chcę napisać. Wyspy to miejsce na dziesiątki wycieczek. Między Sztokholmem a wyspami kursują stateczki Waxholmbolaget i tak naprawdę całe wakacje można spędzać, codziennie będąc w innym miejscu. O której więc wyspie więcej napisać?
O Grindzie, na której jest schronisko, sklep, restauracja, piękne plaże i mały port dla jachtów? Grinda jest także wyspą-rezerwatem przyrody, miejscem, gdzie można wynająć mały domek wakacyjny lub biwakować na polu namiotowym. W całej Szwecji można jedną noc bezpłatnie biwakować na prywatnym terenie, ale nie na terenie rezerwatu.
A może opisać Sandhamn, na której jest największy port jachtowy, najpiękniejsza piaszczysta plaża (sand to piasek) i najlepsze bułeczki cynamonowe na całym archipelagu? Sandhamn jest dość dużą wyspą, płaską (co jest rzadkością), pokrytą pięknym świerkowym lasem. Gdy podpływa się do wyspy, wita gości piękny wiatrak stojący na wzgórzu…
A może poświęcić więcej miejsca Uto? Na wyspie tej znajduje się najlepszy znany mi sklep z wędzonymi rybami oraz butik z ubraniem i wyposażeniem mieszkań. Drogo, ale tam zakupy są z klasą. Uto zwiedzamy jednak z powodu jej starych kopalni rudy żelaza. Po kopalniach pozostały nieliczne domki robotników i wielkie dziury w ziemi napełnione dziś wodą…
A może Ingaro? To właściwie nie wyspa, tak już zrośnięta jest z lądem. Na niej zabytkowy kościół i dwie piękne znane mi plaże. Lecz przede wszystkim co roku obiecuję sobie, że pochodzę po tym kawałku wyspy (ogromnej), na której w latach trzydziestych odbył się zlot starszych skautów. Wacław Błażejewski napisał po tym zlocie niezłą książkę. Obiecuję sobie i nic z tych obietnic nie wynika.
Ciekawy jest Landsort. To jedna z tych wysp niegdyś dla Polaków “zabronionych”. Wygląda jak gąsienica. Długa i wąziusieńka. Na jej szczycie piękna czynna latarnia morska. Obok niej przepływają wszystkie promy z Polski. Na Landsorcie nadal stacjonują żołnierze, nadal bronią wybrzeży Szwecji. Lecz spacer wzdłuż kamienistej wyspy bardzo przyjemny.
No tak… Wysp do wymienienia, do opisania, tych, które dobrze znam, jest wiele. Każda z nich (także każda z czterech, na których dłużej mieszkałem) wymagałaby odrębnego felietonu. Może kiedyś je napiszę…

Obrazki ze Szwecji (2)

Archipelag Sztokholmski - to podobno dwadzieścia tysięcy wysp i wysepek. Zaczyna się właściwie w mieście, bo część Sztokholmu położona jest na wyspach, i rozciąga na północ i południe. Dlatego samo miasto nie miało nigdy murów obronnych - wystarczyło na drodze morskiej wybudować twierdze obronne i miasto było (prawie) bezpieczne. Zdobywanie go od lądu było bardzo trudne. Z twierdz tych najznaczniejsza jest na Waxholmie. Można ją oglądać, lecz poza znakomicie zachowanymi murami i tu, jak zwykle w Szwecji, autentycznych zabytków jest niewiele. Gdyby nie wojny w XVII wieku z Polską i rabunek naszych miast, w muzeach Szwecji byłoby znacznie mniej eksponatów.
Wyspy – te mniejsze i te większe – są zamieszkane. Na większych, niektórych z lądem połączonych mostami, są ludzie mieszkają przez cały rok, na mniejszych to zazwyczaj tylko latem. Na szczęście jeszcze są chatki i domki, które można wypożyczać. Niektóre o standardzie dla prawdziwych skautów, niektóre na poziomie hotelu pięciogwiazdkowego. Jak zwykle wszystko zależy od sumy, jaką chce się przeznaczyć na wypoczynek.
W tym roku mamy dom z widokiem na główny szlak żeglugowy do miasta. Przepływają więc nam przed oknami wielkie promy, łączące Sztokholm z Finlandią i Estonią. Do domu zaglądają nam pasażerowie statków wycieczkowych i setek małych jachtów. A my zaglądamy do nich. Promy płyną cicho. Czasami nie można ich usłyszeć w odróżnieniu od motorówek, skuterów wodnych, ślizgaczy i innego sprzętu buszującego wśród wysp. W Szwecji nie ma stref ciszy, wód jest bardzo dużo (także tych śródlądowych), więc każdy może sobie warczeć na wodzie zupełnie dowolnie. A promy płyną jak wielkie powolne szafy, gdyż mają one ograniczoną możliwość hamowania i skręcania. Dlatego cała drobnica musi mieć czas, aby im ustąpić z drogi.
Nasz dom, w własną łódeczką, przystanią, plażą jest zwykły. O wyposażeniu nie ma co pisać. Wszystko, co jest jego zaletą, to owe widoki, to woda, to miejsca do opalania i kąpieli. Dobrze jest odciąć się od cywilizacji (do sklepów w Waxholmie łódeczką 45 minut, statkiem pół godziny, ale to w obie strony kosztuje około 50 złotych), od stałego dostępu do internetu, od codziennych kontaktów z ludźmi. Patrzeć wokół na przyrodę – skały, wodę, las. Wypoczynek człowieka z miasta. Duża rzecz.

Next Page »