Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

September, 2009 w archiwum

Startówka 09

Kilka lat temu znów do niej wróciliśmy. Instruktorski początek roku harcerskiego - startówka. Lubię startówki. Ciekawe miasto do zwiedzania, czasem gra miejska, czasem spacer z przewodnikiem, może jakaś inna atrakcja. No tak, sam to w dużej części wymyślam, więc mogę się cieszyć.
Ale najważniejsze na startówce zawsze jest spotkanie drużynowych. Niestety nie wszystkich. Szkoda. Jeden szczep (wiedząc od czerwcowego święta hufca, że w dniach 25-27 września będzie spotkanie kadry hufca) jedzie na biwak - uważa, że nie ma możliwości zorganizować owego biwaku w innym terminie, nie interesuje go, co proponuje drużynom hufiec, chorągiew, Główna Kwatera. Ów szczep nie musi wiedzieć, czym żyje Związek, kadra nie musi (ba, nawet nie powinna) integrować się w gronie instruktorskim hufca. Nie wiem, nie rozumiem. W hufcu i poza hufcem. Dlaczego???
A na startówce różności. co najważniejsze, jeżeli mamy tak mało czasu? Może warto przypomnieć o inicjatywie druha Romanowskiego - wydania na 100-lecie harcerstwa wielkiej księgi środowisk warszawskich. A może porozmawiać o zlocie w Krakowie? Tylko kto wymyślił, że 10-dniowy obóz ma kosztować 750 złotych? Nawet najbardziej atrakcyjny zlot, super program, świetne jedzenie 75 złotych dziennie? Co prawda chorągiew obiecuje, iz zdobędzie jakieś pieniądze, ale obiecać, że zlot dla uczestników kosztować będzie 450 złotych, nie chce. A za 750 złotych można zorganizować obóz trzytygodniowy. Może więc dać sobie spokój z wielkim zlotem i pojechać do lasu???
A co myślimy o strategii hufca? Czy ma być jedynie wytyczną do pracy dla komendy? Czy to nie za mało? Strategię mamy dobrą, lecz chyba najlepiej jej nie wykorzystujemy. Na początku listopada czeka nas zjazd sprawozdawczy. Może w trakcie tego zjazdu strategię zmodyfikować?
Czy Kodeks Instruktorski został przez nas wprowadzony do codziennej samooceny i oceny kadry? Czy już jest nam znany?
I tak mozna kontynuować tematy, temaciki, problemy. Dla mnie najciekawsze było dowiedzenie się, jakie marzenia mają poszczególne środowiska. Do czego chciałyby dojść za rok? Okazało się, iż w większości przypadków brakuje nam kadry, że chcemy się rozwijać, ale nie mamy dostatecznie dużo kadry. A więc szkolić, szkolić i dbać o aktualną kadrę. Motywować, dopieszczać, cenić.
Przed nami RMK, pieczone ziemniaki zuchów, gra miejska 11 listopada itd., itd. Będzie dobrze.

Drzewo, czyli genius loci

Dwa tematy w jednym, jest o czym pisać. Ale moje felietony nie mogą zajmować zbyt wiele miejsca. Dlatego o stowarzyszeniu, które założono przedwczoraj w Wilanowie, o interesującej dyskusji na temat kultury i jej przestrzeni oraz powiązanym z tym genius loci może jeszcze kiedyś jakiś tekst powstanie. Dziś o drzewie według Myśliwskiego, a właściwie według Myśliwskiego i Stefana Szmidta. Szmidt zgromadził na dzisiejszych polskich kresach, w Biłgoraju, grupę zawodowych aktorów, wsparł ich amatorami z Biłgorajskiego Centrum Kultiury i wyprodukował spektakl-misterium “Drzewo”. Może to być jawor, może stary buk, może też wilanowski dąb.
“Drzewo” jest dramatem prostym. Tak jak proste są egzystencjalne rozterki autora w każdym z jego utworów. To nowe czasy kontra pamięć, kontra przeszłość, kontra zastana obyczajowość. Ot, ma być wybudowana autostrada i trzeba wyciąć nieco drzew. Także to, które jest najważniejsze dla całej wsi. To drzewo, które pamięta przeszłość i jest świadkiem teraźniejszości. Wokół drzewa, a może w nim krążą duchy przeszłości. Zmarła przy porodzie żona głównego bohatera. Partyzant, który przeżył wojnę, i właśnie odbywa się jego pogrzeb. Wpada na chwilę pod drzewo, może sobie jeszcze porozmawiać, ma trochę czasu przed złożeniem go do grobu. I Pan z Panią - dziedzic z dziedziczką - nie ma już dworu, wszystko się zmieniło. A oni przychodzą czasem pod drzewo jak za dawnych lat na spacer. Starzy i nadal w sobie zakochani.
Na drzewie, na starym dębie wilanowskim, może pamiętającym czasy Jana III, siedzi Duda. Chłop, gospodarz, ojciec Zośki, dziadek Jędrka. Nie zejdzie z drzewa, nie zezwoli na wycięcie. Będzie walczył sam, samotnie, przeciwko całej żyjącej części wsi, przeciwko robotnikom, milicjantowi, inżynierowi… Nie zejdzie - prędzej się powiesi. Duda jest sumieniem całej społeczności uwikłanej w realia PRL-u. Z jednej strony nowa, śmiesząca nas rzeczywistość (ten milicjant spisujący absurdalne raporty), z drugiej przeszłość, która jest w nas i która tkwi w starym drzewie. Bo jeżeli ścięte zostanie ostatnie drzewo we wsi, to zginie przeszłość, zginie pamięć, po prostu nas nie będzie.

Skrzyżowanie

Kilka wieczorów na koncertach warszawskiego skrzyżowania kultur. Najpierw uroczyste otwarcie w Sali Kongresowej, później już dzień codzienny w bardziej siermiężnych warunkach namiotu przed Pałacem Młodzieży. Raz na krzesełkach, raz na stojąco. W namiociku przylegającym do tego wielkiego (tysiąc miejsc siedzących) do kupienia płyty i najgorsza kawa świata. No ale miało być skrzyżowanie kultur - niekoniecznie najlepszych. Ważne jednak były koncerty…
Festiwal przed czterema laty budził wielkie nadzieje. Różne kultury, różne tematy, bardzo różne formy. Piosenka, teatr, cyrk, literatura. I wszystko, co nie mieści się w jasnych, czytelnych ramach jednorodnych form. Skrzyżowanie pod Pałacem Kultury dojrzewało i gdy ukazało się nam po raz piąty, okazało się, iż jest ono muzyczne, wyłącznie muzyczne. Jednorodne i równocześnie bardzo atrakcyjne dla widzów. Tanie bilety (gdzie dziś w Warszawie można spędzić wieczór za 15 złotych?) i oryginalni (zdecydowanie skrzyżowani kulturowo) wykonawcy. Dlatego może żal, że nie ma cyrku, ale może festiwal dalej będzie się zmieniał?
Na razie mieliśmy mieszankę wybuchową. Ten kubański rap, ten polski folk, ta portugalska fado, brazylijska bossa nova. I jeszcze senegalski hip hop. I muzyka hinduska, i to, i tamto… I w namiocie tłum.
Zadziwiające, ale wykonawcy występujący jako pierwsi, a więc jako grupy supportowe, podobali mi się bardziej. Może dlatego, że byli bardziej naturalni, oryginalni, ciekawsi. Może nagrali mniej płyt i są jeszcze na pograniczu amatorstwa i zawodowstwa? Dlatego Youssou N’Door (nawet z Anną Marią) nie zachwycił. Ot, zwykły pop, jaki usłyszeć można w każdej rozgłośni radiowej. Śliczna i młodziutka Ana Moura śpiewała wspaniale. I nic więcej. Szkoda. A Tcheka z Wysp Zielonego Przylądka był fascynujący. Albo Brazylijczyk Marcio Faraco, nie mówiąc już o cudownym polskim kwartecie Kwadrofonik.
Festiwal za nami. Pełna Sala Kongresowa, co wieczór namiot pełen publiczności. Sukces. Jaki będzie festiwal za rok? Czy jeszcze jakoś organizatorzy zmienią formułę? Może jednak czymś jakoś imprezę wzbogacą, bo dziś wydaje się ona bardzo skromna. Jednak za skromna.

Mewy, oj mewy

Dzięki Fundacji Marka Kamińskiego i jego projektowi “Ekspedycja Wisła” (Wisłą ponad tysiąc kilometrów płynie grupa kajakarzy, z czego kilkoro to harcerze) wziąłem udział w konferencji “Płynie Wisła, płynie po polskiej krainie”. Nie, to nie była konferencja dla przedszkolaków i o wychowaniu przedszkolnym, nie była ona nawet dla uczniów pierwszych klas szkoły podstawowej. Zorganizowano ją w Sejmie, firmowała ją Polska Akademia Nauk. Poważna sprawa.
Dzięki znanemu podróżnikowi Markowi Kamińskiemu mogłem więc dowiedzieć się, jak to z mewami pospolitymi bywa. A bywa ciekawie. Mewy, jak wszyscy wiemy, żyją parami. W parach wysiadują jajka, w parach wychowują potomstwo. I byłoby wszystko pięknie, gdyby nie dwa mewie problemy. Po pierwsze czasami (można powiedzieć, że często), jajka z gniazdka (kilka patyków na przykład na piasku) wiosenny przybór wody spłucze do Wisły. Mewy starają się więc o powtórne złożenie jaj, czasmi jest ich nawet więcej niż trzy (trzy to norma). Ale taka mewica, zmęczona drugim składaniem jaj, wcale za bardzo nie chce je wysiadywać. W normalnych warunkach dzieli siedzenie w gnieździe pół na pół ze swym partnerem. A tym razem może jedną trzecią czasu ona jajka wysiaduje i odpowiedzialność za potomstwo spada na mewę-samca! Gdy już małe piskątka się wylęgną, on też nie za bardzo chce się swym potomstwem zajmować - maleństwa muszą iść do adopcji! Tak, adopcji, muszą sobie znaleźć innych rodziców.
A drugi problem to potomstwo sąsiada. Mewy trzymają się parami, ale czasami samczyk odleci. Co robi sąsiad? Wpada do mewy-samiczki na amory i z takiego kontaktu powstają jajka pozapartnerskie! Wysiadywane są w zgodzie przez parę, ale gdy się małe wylęgną, jakoś niechętnie mewa-samczyk opiekuje się dziećmi, które jego nie są. No i ten sam problem - malutkie mewie kurczaczki muszą szukać sobie nowego domu, w starym są skazane na śmierć z zimna lub głodu.
Małe, którymi nie za bardzo się rodzina zajmuje, wybierają się na spacer w poszukiwaniu rodziny zastępczej. Raz im się uda ją znaleźć, drugie razem nie. I co się okazuje? Gdy maluch “pozamałżeński” trafi do swego prawdziwego tatusia, ten go raczej zaakceptuje i zajmie się jego wychowaniem! Inne maluchy (te z dugiego miotu) mają znacznie mniejsze szanse.
O takich to badaniach zwyczajów ptasich w dolinie Wisły słuchaliśmy z zapatrym oddechem na konferencji. Nie, nie będę streszczał innych referatów i prezentacji. Obyczaje mew - adopcje, zdrady “małżeńskie”, wychowywanie potomstwa - zupełnie jak u ludzi. Nawet nie dziwi chęć ojców do zajecia się własnym potomstwem. Tylko to są zwykłe dzikie ptaki a nie człekokształtni! A obyczaje jakby wzięte z opisów w miesięcznikach kobiecych. Kto wie, może mewy poczytały sobie trochę dziwnych opowieści przebywając na plażach razem z opalającycni się ludźmi? Może…

(A)pollonia

Gdzieś przeczytałem, że to przedstawienie ma na celu pokazanie różnych sytuacji, gdy człowiek poświęca swoje życie dla innych. I gdy oglądałem “(A)pollonię”, cały czas miałem te słowa w pamięci. Tak, zaczęło się w prologu od Korczaka - najpierw obrazek z getta. Tam symbol - praca Wielkiego Wychowawcy z dziećmi, by ich dzień był takim “jak zawsze”, jak w czasach sprzed wielkiej zagłady. Zaprezentowane jest szkolne przedstawienie teatralne, które jednak ma wiele wspólnego z tragiczną rzeczywistością, bo to przedstawienie o marzeniach. A Korczak w efekcie poświęca życie swym wychowankom. “Pomoże dzieciom wspiąć się na najwyższy szczebel drabiny uczuć - na stopnie wagonu”.
A później różni bohaterowie - Ifigenia, Klitemnestra, Apollo, Alkestis językiem Eurypidesa, ale także współczesnym mówią o śmierci, i mówią o miłości, mówią o życiu. W różnych czasach, w różnych sytuacjach prowadzą dyskurs o najważniejszych problemach egzystencjalnych. Nawet gdy uczestniczą w teleturnieju, odpowiadając na proste pytania, o miejsce ulubionych wakacji i o tym, czy lubią teściową. Ot pytania egzystencjalne.
Pointą jest śmierć Apollonii, ratującej żydów, zamordowanej przez Niemców, Sprawiedliwej wśród Narodów Świata.
Wśród bohaterów najważniejsze są trzy postacie: Ifigenia, Alkestis i Apollonia. Pierwsza poświęcona dla dobra ojczyzny, druga oddaje swe życie za życie męża, trzecia ginie, próbując ratować kilkadziesiąt istnień ludzkich. Autor przedstawienia Krzysztof Warlikowski każe nam zastanowić się nad sensem tych śmierci. I czyni to bardzo interesująco.
Nie lubię długich, wielogodzinnych przedstawień. Ale tym razem nie narzekam. To, co nam pokazano (nawet monolog Costello - temu monologowi warto poświęcić odrębny felieton), nie nużyło. Może tu zasługa wspaniałej Renate Jett i jej piosenek - komentarzy, przerywników. piosenek dla Apollonii? Może scenografii - przestrzennej, ale połączonej z modnymi dziś projekcjami wideo? Nie wiem. Dobrze, ze Warlikowski, dyrektor teatru bezdomnego, stworzył to mądre, przejmujące widowisko.
PS Kusi, by dokonać pełnej egzegezy tytułu. Tylko że to byłoby bardzo banalne, aż za bardzo. Więc sobie darowałem.

Next Page »