Adam Czetwertyński » 2009 » December

Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (259) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

December, 2009 w archiwum

Jarek, Ryszard i styl

W ZHP zawrzało, Jarek - komendant Chorągwi Wielkopolskiej - zwolnił z pracy swego zastępcę - Ryszarda. Filip Springer (instruktor z Poznania, co jest istotne) napisał w tej sprawie protest, który w chwili, gdy piszę ten tekst, podpisało równo trzysta osób, jedna z nich była przeciw. Wśród podpisujących się pod protestem są znani i cenieni instruktorzy, znający Ryszarda nie tylko z jego działalności w hufcu czy chorągwi, ale z pracy na szczeblu ogólnopolskim.
Z petycji Filipa, który opisuje dość precyzyjnie zaistniałą sytuację, ja jednak wysnuć mogę tylko jeden czytelny wniosek - dwaj druhowie - przełożony i jego podwładny - nie dogadywali się, mieli na temat pracy etatowej w organizacji inne poglądy. I po pewnym czasie jeden z nich (czyli przełożony) miał już dosyć, przerywając współpracę ostro i jednoznacznie.
Żeby było jasne - bardzo cenię sobie obu druhów, jednak znacznie bliższe jest mi harcerstwo uprawiane przez Ryszarda. Gdybym miał wybierać, z kim chciałbym organizować zlot, imprezę patriotyczną czy z kim wolałbym po prostu zmieniać harcerstwo na lepsze, to właśnie z nim. Nie kwestionuję osiągnięć Jarka, prowadzi przecież jedną z najlepszych chorągwi ZHP, ale Ryszard jest instruktorem z charyzmą. I w moim, naiwnym być może, rankingu zwycięża.
Protest dotyczy jednak zwolnienia z pracy instruktora. I to nie jest wcale takie proste, jak wynika z tekstu Filipa. Uważam bowiem, że każdy szef ma zawsze prawo do wybierania sobie współpracowników, także w harcerstwie. Uważam też, że nasza organizacja jest na tyle duża, że każdy może w niej znaleźć sobie takie miejsce społecznej służby, aby nie stwarzać sytuacji konfliktowych. Wszak jesteśmy jedną wielką rodziną. I nie musimy, jak to w rodzinie, wszyscy się kochać. Wcale nie żartuję
Dobrze jest podawać przykłady z własnego życia. Ot, jeden z moich byłych komendantów hufca zakomunikował mi kiedyś, że nie chce, abym w hufcu zajmował się kształceniem, bo prowadzone przeze mnie kursy są na zbyt wysokim poziomie. Naprawdę! Przyjąłem tę decyzję z pokorą - i rzeczywiście, kolejne kursy drużynowych były już na poziomie znacznie niższym. Chciał, to miał.
Albo moja decyzja sprzed dwóch lat, kiedy oficjalnie zrezygnowałem z pełnienia jednej z funkcji, gdyż moim przełożonym mianowano druha, z którym porozumieć się nie umiem.
I co w obu przypadkach? Stało się dobrze. Naprawdę dobrze.
To, co boli w przypadku Ryszarda (nie będę tym razem przedstawiał podobnych przykładów z własnej instruktorskiej służby, też mi się w życiu harcerskim raz czy drugi dostało), to styl, sposób rezygnacji ze współpracy. Nieumiejętność wytłumaczenia w szerokim gronie instruktorskim (to ważne!), iż określone decyzje personalne służyć będą dobru organizacji, że nie są tylko złośliwością w stosunku do danej osoby. Nie umiemy w harcerstwie z godnością czy ze zrozumieniem się rozstawać. W Chorągwi Wielkopolskiej to nie pierwszy głośny przypadek. Przypomnę odejście Bronka (którego cenię sobie ogromnie). Do dziś się zastanawiam, dlaczego w taki sposób Jarek ze współpracy z Bronkiem zrezygnował. I tego nie rozumiem. Dziś nie rozumiem wymówienia, które wręczono Ryszardowi. (To bardzo podobne sytuacje!!!).
I nie opowiadajcie, że brudy trzeba prać we własnym domu. Bo wszyscy jesteśmy… tak, tak… jesteśmy rodziną. Bo harcerstwo to nasz dom. I nie wątpię, że obaj, Jarku i Ryszardzie, chcecie naszą rodzinę wzmacniać. Macie, druhowie, jeszcze szansę.

Nova scena

Nowa scena w Warszawie to prawie jak nowy teatr. A po mieście poszła fama - premiera rzuciła wszystkich na kolana.
I rzeczywiście. Na najbliższe spektakle “Zabawek Pana Boga” nie można kupić biletów. Ale na “Ulicę szarlatanów” można się było dostać bez kłopotu. A więc zainaugurowałem bywanie w “Novej scenie” Teatru Roma na widowisku według Gałczyńskiego. Szefem sceny jest Jerzy Satanowski i on opiekuje się poszczególnymi spektaklami. Słowo reżyseruje nie najlepiej tu brzmi. Gałczyński, a więc “Ulica szarlatanów” - Zbigniew Zamachowski ślicznie czytający poezje wielkiego maga liryki popularnej i kilkoro aktorów Romy pięknie śpiewający piosenki według mistrza Ildefonsa. Piosenki od Turnałowej “Pompy” - znanej od dawna - po teksty, które słyszałem pierwszy raz. Wszystko podane kulturalnie, spokojnie, wśród jesiennych liści, parkowych ławeczek i latarni. Po wyjściu z teatru powiedziałem: - A teraz proszę o nagranie tego na płytę i będę sobie ją słuchał w celu poprawienia samopoczucia. Mogę też pójść powtórnie do Romy, usiąść na widowni, zamknąć oczy i w ten sposób uczestniczyć po raz kolejny w tym spektaklu. Cóż, spektakl dobry, bardzo dobry, ale nie porywa. Nie wzrusza, nie wywołuje emocji. Tak miało być?
Wywołuje emocje na scenie “Novej” Stanisława Celińska. Jej “Domofon, czyli śpiewniczek Stanisławy C.” są majstersztykiem pani w średnim wieku. Jak ona śpiewa! Jak ona się rusza! A przecież ograniczenia ruchowe ma ogromne, wchodzenie po dwóch schodach sprawia jej kłopot. I nagle, śpiewając “Zorbę” staje się innym człowiekiem. Przestajemy widzieć grubą, starą kobietę - przed nami młodziutka dziewczyna, pięknie tańcząca. I za chwilę prawie zalewa ją fala w czasie wielkiego sztormu. Głos Celińska ma wspaniały. Silny, barwny. Może dlatego wyjątkowo zachwyciłem się jej interpretacją dwóch czy trzech songów Brechta. Jej śpiewniczek mógłby się składać wyłącznie z takich piosenek. Nie, nie narzekam. Każdy fragment recitalu to odrębna perełka wokalna i interpretacyjna. Znakomite!
W styczniu kilka spektakli. Niektóre oryginalne, niektóre to wcześniejsze produkcje (tak jak spektakl Celińskiej). Nigdy nie zachwycały mnie ogromne widowiska dyrektora Wojciecha Kępczyńskiego prezentowane na dużej scenie Romy. Ale te na małej to może być to!

Re:wizje

Bardzo dużo, wyjątkowo dużo w sferze kultury dzieje się w Warszawie. Jak to wszystko ogarnąć? I jeszcze opisać? Nie, nie potrafię. Tu czy ówdzie bywam, to i owo oglądam i ciągle się czuję, jakbym o warszawskiej kulturze nic nie wiedział, nawet ta część “teatralna” staje dla mnie nieczytelna. Nic to, pogodzić się z tym muszę i odnotowywać, nawet z opóźnieniem, ile się da, niektóre wydarzenia.
Jak sen złoty przeleciał festiwal “re:wizje”. Przez trzy dni kilkadziesiąt różnorodnych spektakli, projektów, występów, seansów filmowych. Cóż, zwykły zjadacz chleba może pójść popatrzeć na jedno czy drugie przedstawienie i już do Pałacu na cały zestaw różnorodności nie zawitać. Tak było ze mną.
Zdumiewające zjawisko - teatr offowy i ten dotowany przez miasto lub ministerstwo nie różną się poziomem. A może w takiej ocenie ten offowy nawet zwycięża? Nie są ograniczony jest sceną. Może być bardziej oryginalny, spektakle są krótsze, bardziej metaforyczne. Ten offowy nie musi się też tak bardzo przejmować recenzjami i faktem, czy przyjdzie publiczność, która wcześniej zapłaci za bilety. Można zagrać dla rodziny i przyjaciół. I często zagrać znakomicie. Idąc na “Szwindel” jestem przekonany, że oglądać będę amatorów, a okazuje się (ta moja niewiedza), że występuje szóstka młodych profesjonalistów, absolwentów Akademii Teatralnej, tworzących Grupę Dochodzeniową. Wśród nich Agata, zaczynająca swą teatralną karierę w naszym szkolnym teatrze.
A więc “Szwindel”, jak autorzy spektaklu dopisali: “piosenki kabaretu międzywojnia”. Ot - wieczór piosenek niemieckich. Dobre tłumaczenia, muzyka na żywo, próba tworzenia fabuły i charakteryzowania poszczególnych postaci. Sprawnie zagrane, zaśpiewane, z dobrze przemyślanym ruchem scenicznym. Czy w czasie, gdy siedzę na widowni, rozumiem głębię przesłania autorów wieczoru wszak kabaretowego? Nie za bardzo. Nic to, produkcja bardzo dobra, powinna być długo eksploatowana, być może w tejże “Kamienicy”, gdzie w czasie “re:wizji” ją oglądaliśmy.
Kolejnego dnia wyprawa na Pragę. Ulica 11 listopada, drugie czy trzecie piętro starej przedwojennej kamienicy. Siedziba Teatru Academia. Teatr tańca. Próba fabularyzacji prościutkich relacji międzyludzkich zamknięta wątkiem niezapiętego mankietu od białej, wizytowej koszuli. Tu też w zapowiedziach spektaklu czytam o głębi przesłania. A pokazuje nam się czyściutkie, świetnie wykonane etiudki: oni; one; on i ona oraz kilka innych układów i relacji. Występują także zawodowcy - nawet nazwisko jednej z aktorek powtarza się. Wykorzystano skromne możliwości jednego stołu z otworem, przez który wyłonić się może w głowa oraz dwóch ścianek, po których dosłownie można chodzić. Ślicznie. Bardzo ślicznie.
Cieszę się, że już trzeci raz odbyły się “re:wizje”, co roku oglądam coś ciekawego - czy gdyby nie ten festiwal, pojechałbym na Pragę do “Academii”? Na pewno nie. I to też jest plus takich wydarzeń, jak “re:wizje”.

Róża

Życie czasami staje się intrygujące. Pobudza wyobraźnię. Po raz pierwszy czy drugi nie zwróciłem na nią specjalnej uwagi. Ale po raz kolejny…
Wychodzę rano z mieszkania kilka minut po siódmej. I na naszym osiedlowym patio, na granitowym stoliku, na którym latem dziewczynki układają swoje lalki, bawią się w sklep lub przy którym prowadzą długie poważne rozmowy, leży równo ułożona róża. Po prostu leży. Piękna, świeża. jakby przed chwilą ścięta w ogrodzie. Późna jesień, chłodno, jeszcze ciemno. Deszcz na nią nie pada, bo to miejsce jest zadaszone. Co robi róża w miejscu, którędy rano przechodzi kilkanaście a może nawet więcej osób? Kim jest ten ktoś, kto pozostawia rano róże na stoliku? Chłopak? Dziewczyna? Jednak chyba chłopak. Zostawia różę rano, wcześnie rano.
Ona na pewno doskonale wie, kto róże zostawia. Nie daje jej osobiście. Czyżby Ona nie chciała od niego róż przyjmować? Pewnie przechodzi w tym samym czasie przez patio, gdy ja spieszę się do szkoły. A może po mnie. Widzi różę. Zabiera ją? Pozostawia? Co myśli o Nim? Bo on jest wytrwały, cierpliwy. Ciekaw jestem, ile czasu będzie jeszcze chciał przynosić kolejne róże, nie mając pewności, że dotrą one do adresatki.
Właśnie około siódmej zaczyna pracę dwóch panów, sprzątających teren naszego domu i jego okolic. Zamiatają, zbierają śmieci. Czy traktują różę jako swoistą zdobycz? Zabierają ją i zanoszą do domu? A może jednak zostawiają różę, by zabrała ją właścicielka?
Różę, dowód czyjegoś uczucia.

Po XXXVI

Sumować miniony Zjazd ZHP? Trudne zadanie, na pewno pojawią się protesty: - Tak nie jest, mylisz się. - Cóż, człowiek omylny jest. Ale Zjazd odnotować w tym miejscu po prostu wypada.
Jaki był? Skromny, tradycyjny i z pewnymi sukcesami.
Pamiętacie, jak przed laty kochał nas Prezydent, kochał Premier? Dziś, co charakterystyczne, naszą organizację najbardziej ceni sobie Kościół. Wszak najwyższym dostojnikiem na sali w dniu rozpoczęcia Zjazdu był prymas Glemp. Dalej dopiero dwójka ministrów belwederskich. Skromnie. Tak, Kościół o nas nie zapomina, choć my często zapominamy o nim. Iluż to, druhowie (i druhny) delegaci było z Was na porannej niedzielnej mszy świętej? Jaki procent?
Z głosów gości najważniejsze było krótkie i rzeczowe przemówienie min. Katarzyny Hall. Szkoła to najważniejszy nasz partner, czy zawsze doceniany? Minister Edukacji Narodowej przypomniała nam o tym. I zaproponowała zacieśnienie związków między ZHP a MEN (a szerzej - z polską szkołą). Nic nie stoi na przeszkodzie, by plan pracy drużyny stał się częścią planu wychowawczego szkoły, nie powinno być problemów, by nauczyciel prowadzenie przyszkolnej drużyny (a nawet opiekę nad drużyną) zaliczał sobie w ramach tzw. godzin z Karty nauczyciela. Trzeba taką możliwość tylko obu stronom uświadomić.
Kto nas ceni? Wojsko (i to ceni autentycznie), niektórzy parlamentarzyści - posłanka Fabisiak, poseł Gosiewski, dostojnicy związani niegdyś z ZHR - senator Wiatr (o Kaziu warto by było napisać tu odrębny materiał), wiceminister Stanowski (twierdzę tak wbrew krążącym wśród nas opiniom). Ławka przyjaciół jest bardzo krótka. Nad tym zjawiskiem powinni zastanowić członkowie GK. Bo z kogo składa się nieformalna Rada Przyjaciół Harcerstwa? Z wymienionych tu osób Ministra Sprawiedliwości i i Włodka Paszyńskiego?
Piszę - zjazd tradycyjny. Może to nie najlepsze sformułowanie. Może nowatorski? Bo, co za paradoks, zjazd nie uchwalił zmian w Statucie, a więc zachował kadencyjność władz. Walka była ostra. przez ową kadencyjność nie przeszły inne, rozsądne zmiany. Ale coś za coś. Uwaga - zachowanie zapisu o kadencyjności jest zwycięstwem grupy nowatorskiej, dążącej do unowocześniania organizacji. Naprawdę. Zwolennicy likwidacji kadencyjności (mowa jest o dwóch kadencjach, czyli maksymalnie prowadzeniu bez przerwy hufca czy chorągwi przez osiem lat) twierdzą, iż mamy za mało kadry, byśmy mogli pozwolić sobie na ową kadencyjność. Zwolennicy zmian (przed kilku laty było ich więcej!) uważają, że w ten sposób wieczni komendanci hufców blokują wychowywanie młodych, nowych kadr. Tu jeszcze mamy rozdźwięk między hufcami z miast uniwersyteckich a hufcami z tzw. prowincji. Bo ponoć to prowincja nie jest w stanie zmieniać swych komendantów i normalnie się rozwijać.
Czy rzeczywiście? Zobaczymy.
Pomimo wielu dyskusji przez zjazdem okazało sie, iż władze mamy w ogólnym zarysie te same. Naczelniczka i zastępca, przewodniczący - w efekcie sala głosowała na nich. Lecz uwaga - naczelniczka otrzymała 113 głosów na 200 głosujących. Nie jest to imponujący wynik. Dla Gosi to ważny wskaźnik. Musi tak pracować, by większa liczba instruktorów ją akceptowała. (Lepszy wynik, znacznie lepszy, miał Krzysztof - zastępca, ale i ewentualny w perspektywie kandydat na naczelnika).
No i walka przewodniczącego - Adama z kontrkandydatem - Jasiem. Jaś walczył o tę funkcję długo i z otwartą przyłbicą. Za to mu chwała. Ale Jaś obiecywał Związkowi gruszki na wierzbie i wielu delegatów w Jasiowe obietnice uwierzyło! Dopiero po wyborze Adam stwierdził: - Ja wiem, jaka jest rola Przewodniczącego ZHP. I zadań statutowych będę się trzymał.
Janek chciał częściowo przejąć funkcję naczelnika Związku! Nieporozumienie. Zresztą także z innych powodów Jaś nie byłby dla ZHP dobrym przewodniczącym. Na sali zjazdowej o tym nie mówiliśmy. To dobrze. Naprawdę, już ja byłbym lepszym kandydatem na przewodniczącego.
Drodzy czytelnicy tych zapisków. Może chcielibyście zadać mi jakieś pytania? A może podyskutować? Zapraszam. A do notatek zjazdowych jeszcze wrócę.

Next Page »