Adam Czetwertyński

Harcerstwo (174) Kuchnia (22) Kultura (261) Polityka (37) Pożegnania (24) Szkoła (74) Varia (103)

January, 2010 w archiwum

Znów Merlin

To była słynna historia, którą raz już widziałem. Jedna z najsłynniejszych, jaką widział świat. O słynnym królu Arturze, o słynnych, najlepszych w całym świecie rycerzach, gromadzących się wokół okrągłego stołu. Mieli swoje cudowne miecze, swe konie, swe zamki. Wyróżniał się wśród nich najsłynniejszy Lancelot z Jeziora, który kochał królową Ginewrę a królowa jego. Przez tę miłość zginęło wielu rycerzy. Ale to tak zawsze jest, gdy uczucie przesłania ludziom rozsądek.
To była opowieść o Merlinie mędrcu, który z Brytanii chciał stworzyć królestwo doskonałe. To także słynna historia poszukiwania świętego Graala, który ponoć był, ale którego nikt nie widział. Gdy na dodatek każdy z rycerzy chce dokonać dobrego uczynku…
Tak, z tymi dobrymi uczynkami było ciekawie, bo rycerzom nic się nie udawało. A przede wszystkim nie udawało im się uratować kolejnej pięknej dziewicy, gnębionej przez kolejnego obrzydliwego średniowiecznego zwierza. Cóż, dobrymi chęciami ponoć jest piekło brukowane.
Całą opowieść o Merlinie jako “Inną historię” ślicznie opisał niegdyś Tadeusz Słobodzianek, a przed kilku laty wystawił sztukę Teatr Narodowy. Grana była przez kilka lat z dużym sukcesem. Bo rycerze są średniowieczni, ale ich problemy znacznie wykraczają poza świat ówczesnej Brytanii.
Teraz, z niewielkimi zmianami (jak mi się wydaje) autor i reżyser przenieśli swe przedstawienie (zdjęte już czas jakiś temu z afisza Narodowego) do piwnicy przy Olesińskiej. Jest ogromny stół (może ten sam, który oglądaliśmy przy Wierzbowej?), są metalowe fotele, jest podwójna obsada - ta “stara” i ta “nowa”. Teraz, w połowie stycznia, grała nowa. Grała dobrze. Nie, nie będę tu opisywał poszczególnych aktorów. Reżyser spektaklu - Ondrej Spisak potrafi ich zmusić do pracy zespołowej, co jest zwykle niesłychanie trudne. Jak ma się wypowiadać chór ustawiony z różnych stron stołu? Poszczególne sceny - perełki były czymś prostym, ot, takie ćwiczenia ze szkoły aktorskiej. Najczęściej widzieliśmy w wykonaniu najlepszych rycerzy różne sposoby jazdy konnej i operowania białą bronią. Drobiazg. Ale gra całego zespołu wymaga wielkiego trudu. I za to “nowym” składam szczere gratulacje.
Teatr przy Olesińskiej jest ciekawym zjawiskiem. Fakt - Słobodzianek jest człowiekiem konfliktowym i kontrowersyjnym. I równocześnie skutecznym. Walkę o swój teatr chyba wygrał, co mnie cieszy, bo temu teatrowie kibicuję od początku.
A o nowo powstających teatrach warszawskich, tych repertuarowych (jak Laboratorium Dramatu), i tych o charakterze w pełni rozrywkowym (jak, wydaje się, teatr na 6 piętrze), niebawem napiszę.

I znów nie napisałem

Co jakiś czas przyłapuję się na tym, że znów nie napisałem kolejnej opinii o przedstawieniu, o widowisku, o recitalu. Gdzieś umyka kawałek moich przeżyć, jakiś jeden, drugi trzeci dzień… Cóż, może trzeba spisywać ulotne wrażenia, krótkie, powierzchowne?

Piwnica pod Baranami
Co takiego jest w tym zespole, że z taką radością idzie się na ich koncert? I to niezależnie od tego, czy śpiewają w swoim starym, znanym repertuarze, czy śpiewają kolędy i pastorałki. Przed Bożym Narodzeniem pojawiają się w Warszawie i śpiewają… to duża radość słuchać ich, a na dodatek chłonąć ich dowcipy prosto spod Wawelu.

Tristan
Jakiż to piękny balet! Jaka muzyka, jaka scenografia, jaki taniec. I nic to, ze nie każda scena opisana w programie nie do końca jest czytelna. Można siedzieć na widowni i nie starac się przypomoinać, co artyści pzredstawiają. I też dobrze. Naprawdę, balet z elementami tańca współczesnego ma głęboki sens. Dobrze, że przeniesiono go ze Sztokholmu…

Marylin
Czy Lupa prezentuje nam coś więcej niż tylko błahą opowiastkę o słynnej artystce? Czy jej tragiczne losy to coś więcej niż melodramatyczne dzieje dziewczyny, która była nikim i stała się niespodziewanie dla samej siebie ikoną XX wieku? Czy to przedstawienie w Dramatycznym na pewno zasługuje na na miano najlepszego spektaklu roku 2009? Nie wiem. Choć poczytałam także sporo recenzji na temat tego widowiska, naprawdę nadal nie wiem.

Trip 71
Od czasu do czasu piszę tu o magii teatru, o tym, jak ważne jest, by przedstawienie nas urzekło, zafascynowało, byśmy jak w starożytności wyszli ze spektaklu duchowo oczyszczeni. Taką szansę na prawdziwy teatr miał “Trip” - podróż do Las Vegas w fascynujących amerykańskich latach siedemdziesiątych. Strasznie się aktorzy starali, bardzo reżyser studia Koło się starał. Dwójka aktorów (w tym Agata Buzek) grała dziesięć ról. I co? Przejmiemy się parą nieudaczników? Wzruszymy się? Zainteresujemy ich losem? Nie. Ogromna szkoda.

Uwaga! Ponoć Centralny Basen Artystyczny kończy swą działalność. Już nie mogę się doczekać, co w murach starej YMCA’y będzie się w najbliższym czasie działo.

PS Tkacz doskonała
Już po napisaniu powyższego tekstu byłem na recitalu Krystyny Tkacz. Śpiewała w “Syrenie” piosenki Tucholsky’ego. Ktoś powiedział, że w Ameryce byłaby ona prawdziwą, wielką gwiazdą. Jak ona śpiewa! Tylko że inscenizacja w przeciętnym teatrze warszawskim jest przeciętna. Powinna porywać, wzruszać, fascynować. A jest to tylko cudowne wykonanie. Kupiłem płytę ze spektaklu. Mogłem nie iść do teatru i wysłuchanie piosenek w domu (powtarzam - świetnie wykonanych) zupełnie wystarcza.

30 lat po

To był wieczór o harcerzu, który raz na całe życie… Na sali kilkaset osób, które były z Nim związane. Czują się Jego wychowankami. I czują się związani ze sobą do końca swych dni.
Druh Władek - hm. Władysław Skoraczewski - odszedł od nas nieco niespodziewanie równo 30 lat temu. Nie był stary - nie ukończył jeszcze sześćdziesięciu lat. Jeszcze nie pora mu było iść na emeryturę, nie mówiąc o odejściu do innej, ponoć lepszej rzeczywistości.
Pozostawił orkiestrę, chóry - cały Centralny Zespół Artystyczny ZHP i kilka tysięcy, może nawet ponad dziesięć tysięcy wychowanków. Nie pozostawił po sobie następcy, nie sądził chyba, że może zdarzyć mu się to, co każdego nas czeka, ale nie wiemy, kiedy to nastąpi.
Wieczór w Teatrze Roma to wspomnienia - o druhu Władku, zawsze chodzącym na obozach w krótkich spodenkach i czapce z ogromnym daszkiem. O jego miłości do dzieci, do zuchów i harcerzy - członków zespołów, jakie prowadził. O odpowiedzialności, dobrej robocie, pasji. O wartościach, jakie niesie ze sobą idea harcerska. Może też o pięknie muzyki - każdej. Tej prostej, reprezentowanej przez piosenkę harcerską. I tej trudnej, poważnej - w “Widmach” Moniuszki czy “Pasji” Pendereckiego.
Orkiestra wychowanków, chór wychowanków, sala…. Na lewo ode mnie kobieta w średnim wieku - rozśpiewana. Zna wszystkie piosenki prezentowane przez chór. Śpiewa głośno, jakby była na estradzie. Słyszę więc solistkę (śpiewa także partie męskie) i kilkadziesiąt głosów z estrady. Z tyłu za mną były członek orkiestry, dziś nadal czynny muzyk. usta mu się nie zamykają. Czasami zagłusza orkiestrę, czasami orkiestra zagłusza go. Proszę kobietę z lewej, aby nie przeszkadzała. - Proszę pana, ale ja jestem tak podniecona - słyszę w odpowiedzi. Cóż, czy mogę zamknąć usta kobiecie, która śpiewając przypomina sobie młodość?
Siedzę na sali i nagle zaczynam rozumieć, czym jest harcerstwo, jakie mam wokół siebie. Stworzył je jeden człowiek. Osobnik z charyzmą, dla setek dziś dorosłych ludzi autorytet, wzór, drugi ojciec. Dlaczego dziś takich mamy tak mało? Nikt go nie szkolił, nikt nie kazał mu czytać podstaw wychowawczych i nie zmuszał do pisania strategii. I miał zespół, który liczył prawie pięciuset członków. Harcerzy, zwykłych harcerzy i zwykłych harcerek. Znał Prawo i Przyrzeczenie. I był sobą - artystą na scenie Teatru Wielkiego oraz instruktorem w swym ukochanym zespole.
Siedzę na sali i zastanawiam się, jacy byliby oni dziś, gdyby niegdyś nie należeli do zespołu druha Władka? Lepsi? Gorsi? Nie wiem, ale jedno jest pewne - dzięki druhowi Władkowi w nich jest harcerstwo. W nich też do końca życia.

Po Orkiestrze

Nie oglądałem w tym roku transmisji telewizyjnych, nie współczułem młodszym i starszym, którzy ze sztucznym entuzjazmem wykrzykiwali przed kamerami sumy zebranych na WOŚP pieniędzy, machali łapkami, pokazywali symbole swego miasta, szkoły, sztabu. Nie patrzyłem na człowieka-orkiestrę Jurka Owsiaka, który schrypniętym głosem (a może w tym roku było inaczej?) pytał, interesował się, wspomagał, wchodził i wychodził, łączył i łączył się, budził entuzjazm, zainteresowanie, zachwyt.
W tym roku towarzyszyłem naszej hufcowej Orkiestrze, naszemu sztabowi, który po raz pierwszy od kilku lat profesjonalnie razem z Urzędem Dzielnicy i naszym Centrum Promocji Kultury przeprowadził całą dzielnicową akcję. Od kilku lat (tak, organizujemy sztab od niedawna) próbowaliśmy różnie. Samodzielnie w hufcu, organizując przy pomocy dzielnicy estradę na Gocławiu, prowadząc imprezę w obiekcie pod dachem - niedawno oddanym CPK. I chyba wypracowaliśmy optymalną koncepcję. Centrum organizuje koncerty, my aukcję i sztab kierujący wolontariuszami. Spokojnie, bez zbytniej nerwowości.
Patrzyłem na wolontariuszy (łącznie 150 osób!) przychodzących z miasta. Wcale nie tacy zmarznięci, jak głosili co poniektórzy. Patrzyłem na szczęśliwą młodzież. I na tych, którzy mieli w puszkach po ponad tysiąc złotych, i tych, którzy zebrali tylko kilkadziesiąt.
Oglądałem nasz “skarbiec”, w którym liczono pieniądze. - O, zobacz - powiedziała Ela. - W tym roku jest znacznie więcej “papierków”. Tak, choć na ulicach było znacznie mniej osób (śnieg, śnieg, śnieg…), ludzie byli bardziej hojni.
Była jeszcze kawiarenka dla wolontariuszy (chronili się w niej także policjanci - u nas było sympatycznie i ciepło). Pierniczki, pączki, kawa, herbata. To już zapewniliśmy my - hufiec.
I koncert - Anita Lipnicka wraz z Johnem Porterem. Uśmiechnięci, na luzie. Ona opowiada o dziecku i o tym, że była na łyżwach, on - stara się jak najlepiej mówić po polsku i z wdziękiem kaleczy polszczyznę. I śpiewają, ślicznie śpiewają…
Zebraliśmy ponad 51 tysięcy złotych, w ubiegłym roku około 20 tysięcy. Czy pobijemy swój rekord za rok?