Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

February, 2010 w archiwum

Ploty

Niech będzie - opowieści o “Mateczniku” (a właściwie o naszym hufcu) ciąg dalszy. Ploty. Choć nie będzie kto z kim i dlaczego. Takie żywiutkie ploteczki chyba można tylko spisywać w pamiętniku. Ot, niektórych (a może większości) plotek nie przystoi publikować, przecież wtedy przestałyby być plotkami.
Więc najpierw historia. Kiedyś, to już było sto lat temu, kiedy waszych, Ado, Dominiczko, Moniczko rodziców jeszcze nie było na świecie, moje zuchy przyszły do mnie i zakomunikowały: - Druha dziewczyną jest druhna Ewa. - Nie, moją dziewczyną nie była druhna Ewa, drużynowa naszej żeńskiej 133 drużyny zuchów. Zuchy widziały nasza współpracę i sobie dopowiedziały ciąg dalszy. Wtedy najbliższa mi była Danusia, także drużynowa zuchów.
No tak, ale plotka już powędrowała w świat. Zuchy wiedziały lepiej. Ewa to Ewa. Hufiec nam wtedy rósł, powstawała drużyna za drużyną. Było nas więcej i było coraz lepiej i wszystko nam się harcerskoprywaciło. Więc i opowiadano o Ewie, i pewnie o Danusi, i jeszcze o… Nie, zapomniałem, jak ona się nazywała, co za wstyd. No tak, o Eli. To były czasy!
Ale plotkowaliśmy nie tylko o dziewczynach Na przykład tematem była Cytryna, żona naszego komendanta. Zawsze skrzywiona, zawsze niezadowolona, zawsze krytycznie nastawiona do nas wszystkich. Były więc plotki o Cytrynie zazdrosnej (oj, miała ona rację, nie lubiąc niektórych instruktorek), o Cytrynie wściekłej (też bym się wściekł na jej miejscu, gdybym musiał, jak ona, wyjmować ulubionego pieska - Kacperka - z latryny). O Cytrynie prawie kierującej hufcem. Historia, historia…
Dziś jest inaczej? On, ona, oni. Ada słucha, wie. Brawo Ada. Każdy chciałby wiedzieć coś więcej. Wystarczy w powietrzu narysować palcami kształt serca - bo ponoć czyjeś cerce bije w określonych sytuacjach silniej. I już mamy plotkę.
No tak. Jak to jest - gdzie się kończy żart a zaczyna prawda? Czy spotkanie za pół roku lub za dwa dwa lata jest wymyślone na serio, czy się wyłącznie wygłupiamy? Tylko sobie żartujemy? A gdy mówię, że któraś z dziewcząt ma kształt modelki, to kpię, czy rzeczywiście sądzę, iż dziewczyna jest śliczna? No, proszę bardzo, możemy sobie poplotkować. Na dodatek Zuzia stwierdziła, że gryzę. Skąd to Zuzia wiedziała? Z plotek?
Ale na kursie możemy rozmawiać nie tylko o dziewczynach. Na przykład zastanawiamy się, czy nasz kursant będzie dobrym drużynowym. Czy ma fantazję. Czy ma wiedzę. Jaki ma stosunek do innych osób. Do swoich harcerzy. I zastanawiamy się, czy wysiłek, jaki włożyliśmy w jego kształcenie, nie poszedł na marne. Oj, tutaj też można poplotkować.
No cóż - poplotkujemy? Kto z was będzie dobrym drużynowym? I kto chce nim zostać? Na serio?
Pozdrawiam.
PS Po naszym kursowym “Iwanowie” może chcielibyście pójść razem (ze mną, owszem) znów do teatru? Jakaś środa… (Nie jesteście w hufcu i raczej nie macie zbiórek). Gdy się zgłoszą trzy osoby - już idziemy. A później o sztuce będziemy mogli porozmawiać… No, macie temat do plotek…

Nagrody

Zdziwiłem się ogromnie. Rozmawialiśmy w czasie kursu (tak, tak, wracam w tym tekście do naszego “Matecznika”) o karach i nagrodach. Zajęcia - zwykłe, typowe - prowadził Karol. Na każdym kursie takie muszą się odbyć. Omówienie tego tematu nie zajmuje zbyt wiele czasu, jeżeli wszyscy jednoznacznie rozumiemy, czym jest pojęcie “godność”.
Jeżeli tego, czym jest godność każdego naszego wychowanka, nie musimy zbyt długo tłumaczyć, zajęcia stają się proste. I tak było tym razem. Dlatego w sprawie kar byliśmy dość jednomyślni. Raczej nie karać. Nie karać pracą, nie karać “tradycyjnymi” karami - alarmami ciężkimi czy mundurowymi, nie mówiąc o pompkach lub innych karach fizycznych. Nie kara, lecz nagroda powinna dominować na obozie harcerskim, na zbiórce, na rajdzie. Jeżeli nasi kursanci nie potraktują naszych uwag jako teorii, by całkiem inaczej [postepowac w praktyce - będzie dobrze.
Kryzys w czasie zajęć pojawił się, gdy zaczęliśmy mówić o nagrodach. Pochwała, cukierek, prawdziwa nagroda, na przykład busola lub książka, dyplom, list do szkoły, do rodziców. To wszystko jest zrozumiałe. Kursanci przyjęli koncepcję nagradzania. Lecz w pewnym momencie padło magiczne słowo: przyrzeczenie, a z nim następny magiczny zwrot: krzyż harcerski. Bo okazało się, że dla większości naszych harcerzy wręczenie krzyża harcerskiego jest nagrodą. Taką porównywalną z otrzymaniem busoli lub polaru (z wyhaftowanym na nim logo hufca). Nagroda, po prostu nagroda. Oniemiałem.
Więc złożenie Przyrzeczenia Harcerskiego nie jest przyjęciem na siebie bardzo trudnych do zrealizowania codziennych wymagań, lecz nagrodą? Nie jest ważne zobowiązanie się do przestrzegania norm harcerskiego Prawa, lecz najważniejsza jest, satysfakcjonuje nas estetyczna błyskotka na mundurze?
Nie, miłe druhny i druhowie. Przyrzeczenie Harcerskie i związane z nim wręczenie krzyża harcerskiego to swoista umowa każdego z nas z organizacją. Organizacja mówi “masz być lepszym człowiekiem”. Każdy z nas mówi: - Tak, chcę być harcerzem. Na całe życie. - Jako symbol owego kontraktu każdy z nas - harcerzy - nosi na mundurze krzyż.
Dlaczego krzyż został potraktowany jako nagroda? Wszak nagrodą nie jest. Odpowiedź na to pytanie jest banalnie proste. Nasi harcerze w drużynach czekają na złożenie Przyrzeczenia rok, dwa, trzy. I po tych trzech latach, gdy już się jest od dawna harcerzem, przychodzi ten tajemniczy moment: Przyrzeczenie. Harcerz już dawno zapomniał, w jakim celu składa się owo ślubowanie. Ważny staje się krzyż, tylko krzyż. Urasta on do wymiarów pięknej nagrody.
Nieporozumienie, po prostu nieporozumienie, moi mili kursanci.

Chopin w Warszawie

Rok Chopinowski nabiera rumieńców. W Filharmonii codziennie grają Chopina. W kościołach warszawskich - Chopin. O Muzeum Chopinowskim i wielkiej inwestycji czytujemy co kilka dni. W Akademii Teatralnej oglądać możemy zabawnego Chopina w Ameryce. Chopinomania rozwija się. Na mp3 rozdają dwugodzinne nagranie różnych utworów Chopina. Niedługo każdy Polak będzie mógł mieć w uszach słuchaweczki i słuchać dzieł mistrza. I dobrze.
Dlatego uroczysta premiera “Chopina w Warszawie” nie dziwi. To film promujący stolicę i dwudziestoletni pobyt młodego artysty w Warszawie. Jak wiadomo, mamy obowiązek zakochać się w Warszawie. Mamy obowiązek także zakochać się w Chopinie. Chopin promuje Warszawę, Warszawa promuje Chopina - pełna koegzystencja.
Cóż więc może dobrego lub złego się przy okazji wydarzyć? Na przykłąd możemy dowiedzieć się, że Chopin ma różnie interpretowany życiorys. W czasie premiery dowiedziałem się, że w PRL-u specjalnie nie eksponowano warszawskich czasów z życia kompozytora, bo miał on kontakty z arystokracją, a nie z ludem pracującym ciężko na wsi. Stąd Żelazowa Wola, gdzie się urodził, a gdzie przecież nie mieszkał. (Też się zdziwiłem, ale to przy innej okazji, gdy dowiedziałem się, że dworek w Żelazowej Woli to produkt PR-owców sprzed lat). Podoba mi się taki “antyarystokratyczny” punkt widzenia - czego to jeszcze nasi oceniacze minionych lat nie wymyślą? Przypomniało mi się, jak kilka lat temu, pisząc rozdział podręcznika do historii dla piątej czy szóstej klasy szkoły podstawowej musiałem uwzględnić w nim Chopina. I co? Pokazałem go w Warszawie? Nie, małego Frycka wysłałem na wakacje, gdzie pisał list, grał, bawił się. Teraz poczułem się, jakbym chciał pomniejszyć rolę stolicy w życiu kompozytora. Mały Chopin na wsi. Po co? Powinien poruszać się między Pałacem Kazimierzowskim a kościołem Wizytek. Tak koło dwustu metrów. I ani metra dalej.
Premiera. Czy da się dziś zrobić fascynujący dokument o owych dwudziestu latach? Pokazać Warszawę tamtych lat (zabory, zabory), tamto Krakowskie Przedmieście, tamtą atmosferę i we właściwym świetle wielkiego małego kompozytora? I nałożyć na owe laty czasy dzisiejsze? Pokazać współczesne miasto z jej nowym symbolem - Pałacem Kultury? Może się da. Ale Kordianowi Piwowarskiemu się nie udało.
Cóż, chyba nie jest najmądrzejszym pomysłem eksponowanie Pałacu Kultury i wiązanie go z Chopinem. Chyba nie jest najlepsze pokazywanie statycznego miasta Chopina (jakie ma być, jeżeli pokazywane są stare pocztówki) i przeciwstawianie go z nocną współczesną Warszawą, gdzie na ulicach odpowiednio przyspieszone przesuwają się samochody w formie długich świetlnych linii. Chyba niejednorodna kolorystyka - pomysł być może reżysera, a może przypadku - to też dziwactwo. Chyba narracja o etapach życia Frycka mogłaby choć nieco zaciekawiać. Bo informacje encyklopedyczne tylko nużą. Chyba…
Jako film kierowany do szkół, przypominający Chopina, niech sobie będzie rozpowszechniany. Ale czy dzięki niemu zakochamy się w kompozytorze i przy okazji w Warszawie - wątpię.

W “Mateczniku”

Powinienem napisać: w “Jędrusiu”, czyli “Mateczniku”, czyli u nas, na naszym kursie drużynowych. Super kursie. Kursie najlepszym z najlepszych.
Na kursie najważniejsze było przekazywanie harcerkom i harcerzom wiedzy i umiejętności. Szło nam nie najgorzej. Wrzucaliśmy im i jedno, i drugie z dużą prędkością. Ci, którzy są w harcerstwie dłużej, nie będą mieli kłopotów. Będą wiedzieli i umieli wszystko. Ale ci, którzy są krócej? Nie wiem. Bo nie wiem, czy nasi przyszli drużynowi zapamiętali podstawową zasadę, którą powtarzałem kilka razy: - Jeżeli chcesz być autorytetem dla swoich harcerzy, jeżeli chcesz być dobrym instruktorem, masz więcej od nich wiedzieć, więcej od nich umieć i być od nich we wszystkich sferach (no, może prawie we wszystkich) lepszy.
Ponoć wszystko można znaleźć w internecie, przepisać, skopiować, nawet plan pracy drużyny. Ale cóż to za drużynowy, który nie potrafi odpowiedzieć na większość pytań swych wychowanków? Jeżeli nie umie wyznaczyć azymutu? Jeżeli w namiocie ma większy bałagan niż trzech zastępów obozowych razem wziętych? Jeżeli Mirowski myli mu się z Kamińskim? A o Kamińskim wie, że wielkim instruktorem był? Jeżeli nie wstaje razem z harcerzami na pobudkę, bo uważa, ze ma inne prawa niż uczestnicy? Jeżeli pamięta na zbiórce o przemienności jej form, ale nie pamięta o tym, by była ona elementem wielkiej harcerskiej gry? Jeżeli nie jest przyjacielem, starszym bratem swych wychowanków? I tak dalej, i tak dalej. Pamiętać, umieć, wprowadzać w życie.
Tak, tak. Dobre rady zapisane są w rozlicznych poradnikach, podręcznikach i stronach www. Ale trzeba tysiąc informacji mieć w głowie. I modyfikować je na bieżąco. Ciągle spotykam się z druhami starszego pokolenia, którzy budowaliby Związek zgodnie z tym, jak pamiętają go sprzed lat. Nie czytają, nie słuchają, wiedzą…
Owa przemądrzałość grozi każdemu z nas. Tegorocznym osiemnastolatkom też. Ile potrafią (lub nie potrafią) - już napisałem. Ale równocześnie wiedzą, jakie harcerstwo być naprawdę powinno. Bo, zupełnie jakby byli od stu lat w naszym ruchu, “tak było od zawsze”. Od jakiego “zawsze”? Od zawsze były takie kolonie, jak w naszym hufcu? Oczywiście nie. Od zawsze tak wyglądało Przyrzeczenie, jak na naszym kursie? Nie. Pewne tradycje są tworzone, pewne zanikają, niektóre wracają. Druhna Anna zdecydowała, że nasze codzienne kominki będą zaczynać się i kończyć nietradycyjnie. “Płonie ognisko…” odeszło nagle do lamusa. Na kursie tak może być. Ale źle by było, gdyby nasi przyszli drużynowi zapamiętali, że “tak jest od zawsze”. Nie, każde środowisko musi wypracowywać własne zwyczaje. A “Płonie ognisko” nie jest najgorszą pieśnią.
Kurs był ciekawy. Radosny, twórczy. Czasem zdumiewający (nie tylko dotyczy to owego posługiwania się busolą). Dlatego mam już przygotowane dwa kolejne felietony na jego temat. Kursanci - drżyjcie! Będzie tam o was!

Iwanow

“Iwanow” miał złe recenzje. Pisano, że jest rozwlekły, nierówny, że każdy z aktorów gra swego bohatera jakby z innej sztuki. I że w ogóle na przedstawienie w Narodowym iść nie warto.
Ze zdumieniem więc zobaczyłem, iż na wtorkowym spektaklu jest pełna widownia. Na tak przeciętnej inscenizacji!
„Iwanow” nie należy do najczęściej wystawianych sztuk Czechowa. W repertuarze teatrów znacznie częściej znaleźć można „Trzy siostry” (nadal grane w teatrze Jandy) czy „Wiśniowy sad”. A „Iwanow”? Rzecz o rosyjskiej duszy, rosyjskiej wódce i miłości. I, co oczywiste, przegranym życiu i wielkich marzeniach. Czechow jak Czechow.
No i na rosyjskiej duszy potknął się Jan Englert w swej inscenizacji. Jakaś dumka w tle, jakaś wódeczka, którą Lebiediew (Gajos) pije nieumiarkowanie. Anna (Stenka) jest w sytuacji tragicznej i umiera. Zinajda (Szapołowska) jest sknerą i w efekcie kobietą bogatą. Sasza (Soliman) kocha Iwanowa a Iwanow (Frycz) nie wie, co ma zrobić ze swoim życiem. Każdy sobie, każda z postaci osobno, każdy aktor (znakomity!) gra, jak potrafi – czasem wolno, czasem szybko, cicho lub głośno – a cały czas pokazując ową duszę.
Dlaczego więc we wtorek na widowni było tak wiele osób? Po pierwsze – jednak Czechow – nie najgorszy autor. Po drugie – jednak Teatr Narodowy. Po trzecie – jednak Gajos, Frycz, Seniuk, Lasota, Stenka itd. – znakomici aktorzy. Po czwarte – Andrzej Łapicki. Ostatnio było o nim głośno, bo ma młodą żonę, bo wrócił rolą Szabelskiego do teatru po ponad dziesięcioletniej przerwie. Po piąte – jednak przedstawienie ogląda się z zainteresowaniem, co dziwi, ale jest prawdą. Więc nie żałuję.

Next Page »