29/03/2010
Beethoven
Siódmy raz w Warszawie Festiwal Beethovenowski. Pełne dwa tygodnie muzyki klasycznej. Takiej, którą znamy od dziecka - w tym roku wiele Chopina i Schumanna - wszak to rok obu wielkich kompozytorów - równolatków. I Beethovena - bo przecież to jego festiwal. I wielu, wielu innych. także takiej, o której najstarsi ludzie nie słyszeli. Chyba dobrze, bo festiwal nie jest nużący.
Pani Elżbieta Penderecka tegoroczną edycję rozpoczęła nie tylko chińską orkiestrą z Szanghaju, ale także chińskimi kompozycjami. W jednej brzmią dalekowschodnie dźwięki, ale w tej drugiej? Ktoś powiedział, że sam mistrz Penderecki podobnie mógłby komponować. Pewnie tak jest, że muzyka nie zna granic i na całym świecie brzmi dziś podobnie.
Nie, nie podejmuję się recenzować tych kilku koncertów, jakich wysłuchałem w ubiegłym tygodniu - tego inaugurującego w Teatrze Wielkim, tych w Filharmonii i tego w Sali Kongresowej. Ten ostatni to niebywały koncert Misi - tak naprawdę znakomitej pieśniarki (piosenkarki?) fado. Tym razem (i to nie po raz pierwszy) śpiewa Chopina ale raczej śpiewa w okolicach Chopina. A czyni to fascynująco. Pojedyncze teksty śpiewa po polsku. Z trudem wydobywa nasze wszystkie sz i rz. Więc kaleczy polszczyznę okropnie. Ale jak śpiewa!
Więc jak? Jakie to były koncerty? Jak się spisywał dyrygent? Nie wiem. Dla mnie wszyscy byli wspaniali. Ale cóż taki laik jak ja może powiedzieć. Znacznie łatwiej poplotkować. Widziano ministra Boniego - zupełnie nie wiedziałem, że Michał jest melomanem. Jak co roku pokazał się marszałek Borowski. Wierny festiwalowy jak ja. W Teatrze Wielkim Miller. A nie widać pani Prezydentowej. Co się stało? Czyżby opiekowała się teściową, która jest w szpitalu? Mało, bardzo mało twarzy z pierwszych stron gazet. Ale cóż to jest w porównaniu z tłumami codziennie tkwiącymi w filharmonii. I Elżbietą Penderecką, która spina wszystkie koncerty swoja osobą. Piękne dni, piękny festiwal.

Komentarze(3)