Adam Czetwertyński

Harcerstwo (173) Kuchnia (22) Kultura (255) Polityka (37) Pożegnania (22) Szkoła (73) Varia (102)

March, 2010 w archiwum

Beethoven

Siódmy raz w Warszawie Festiwal Beethovenowski. Pełne dwa tygodnie muzyki klasycznej. Takiej, którą znamy od dziecka - w tym roku wiele Chopina i Schumanna - wszak to rok obu wielkich kompozytorów - równolatków. I Beethovena - bo przecież to jego festiwal. I wielu, wielu innych. także takiej, o której najstarsi ludzie nie słyszeli. Chyba dobrze, bo festiwal nie jest nużący.
Pani Elżbieta Penderecka tegoroczną edycję rozpoczęła nie tylko chińską orkiestrą z Szanghaju, ale także chińskimi kompozycjami. W jednej brzmią dalekowschodnie dźwięki, ale w tej drugiej? Ktoś powiedział, że sam mistrz Penderecki podobnie mógłby komponować. Pewnie tak jest, że muzyka nie zna granic i na całym świecie brzmi dziś podobnie.
Nie, nie podejmuję się recenzować tych kilku koncertów, jakich wysłuchałem w ubiegłym tygodniu - tego inaugurującego w Teatrze Wielkim, tych w Filharmonii i tego w Sali Kongresowej. Ten ostatni to niebywały koncert Misi - tak naprawdę znakomitej pieśniarki (piosenkarki?) fado. Tym razem (i to nie po raz pierwszy) śpiewa Chopina ale raczej śpiewa w okolicach Chopina. A czyni to fascynująco. Pojedyncze teksty śpiewa po polsku. Z trudem wydobywa nasze wszystkie sz i rz. Więc kaleczy polszczyznę okropnie. Ale jak śpiewa!
Więc jak? Jakie to były koncerty? Jak się spisywał dyrygent? Nie wiem. Dla mnie wszyscy byli wspaniali. Ale cóż taki laik jak ja może powiedzieć. Znacznie łatwiej poplotkować. Widziano ministra Boniego - zupełnie nie wiedziałem, że Michał jest melomanem. Jak co roku pokazał się marszałek Borowski. Wierny festiwalowy jak ja. W Teatrze Wielkim Miller. A nie widać pani Prezydentowej. Co się stało? Czyżby opiekowała się teściową, która jest w szpitalu? Mało, bardzo mało twarzy z pierwszych stron gazet. Ale cóż to jest w porównaniu z tłumami codziennie tkwiącymi w filharmonii. I Elżbietą Penderecką, która spina wszystkie koncerty swoja osobą. Piękne dni, piękny festiwal.

W Żydowskim

Teatr Żydowski - przedziwna instytucja uratowana niegdyś dzięki Szymonowi Szurmiejowi, dziś już bardzo leciwemu dyrektorowi tej placówki. O historii teatru - tego powojennego, tego z Królewskiej i tego z pl. Grzybowskiego napisano już tyle, że ja nic nowego w tym tekście nie dodam. Ot, bardzo dobrze, że jest, dobrze, że przypomina nam o tradycjach narodu, który już obok nas tak naprawdę nie istnieje.
Nie tak dawno przejął ten teatr samorząd warszawski, oddając Mazowszu Teatr Praga. To dobre posuniecie, bo Praga to teatr impresaryjny, z dużymi nadal szansami na oryginalne przedstawienia w sali, którą można (co nie raz widzieliśmy) interesująco zaaranżować.
Teatr Żydowski to nie tylko teatr tradycyjny, teatr nostalgiczny i edukacyjny. Gdyby tak było, cieszyłbym się ogromnie. To także teatr o najbardziej banalnej, schematycznej, naiwnej, prościutkiej reżyserii, jaką można zobaczyć w całej Warszawie. Nie wierzę, że tematyka przedstawień wymaga takiego stylu gry - przerysowanego, ostrego, jakby amatorskiego. (A przecież w tym teatrze wystawiono i jest grany z dużym sukcesem “Skrzypek na dachu” - o dziwo - wystawiony bardzo dobrze, na bardzo przyzwoitym poziomie!).
Ale nie należy narzekać, opowiadać bez komentowania konkretnych przedstawień. Przecież kolejne przedstawienia mogą być inne, lepiej wyreżyserowane, lepiej zagrane. Dlatego poszedłem obejrzeć przedstawienie na małej, nowo otwartej scence Żydowskiego, na “Lejzorka”. To tekst - samograj. Lejzorek Rojtszwaniec jest Żydem, jest Rosjaninem i jest nowym, takim z początków XX wieku Kubusiem Fatalistą. Ileż on się naopowiada… Dwóch Żydów rozmawia ze sobą: – „Co to jest puchacz?” „To jest ryba.” „Dlaczego ona siedzi na gałęzi?” “Bo zwariowała”. Więc najprawdopodobniej jestem ptakiem albo rybą, jednym słowem, czymś zwariowanym. Lejzorek ma pecha, wielokrotnie w różnych miejscach naszego globu z różnych powodów trafia do więzień. Mądry tekst Ilji Erenburga wzbogacony jest dobrze zaśpiewanymi piosenkami z epoki. I co? Ano nic. Nie bawi, nie wzrusza, nawet nie daje do myślenia. Aktorzy starają się, jak mogą. Siedzą wraz z widzami przy stolikach kawiarnianych i wydawałoby się, że stworzą atmosferę a to kabaretu, a to prezentacji obrazków z życia Lejzorka, tak by widzów spektakl zainteresował. Szkoda.
Ale aby potwierdzić moją opinię o teatrze, wybrałem się też na recital Doroty Salamon. Śpiewa ona piosenki (bardzo ładne piosenki) Icyka Mangera. Aaa. Śpiewa ładnie. W większości w jidisz, nieco po polsku. Mamy tłumaczenia, mamy dobrego akompaniatora (tak, o nazwisku Salamon). I mamy słabiutki spektakl. Bo cóż z tego, że Manger wielkim kompozytorem był. Ale jak z “Ferdydurke” - ma wzruszać, ale nie wzrusza.
Dlatego proszę o profesjonalną reżyserię. Pierwszy lepszy teatr amatorski ma lepszych reżyserów niż profesjonalny Teatr Żydowski. Przecież nie sposób chodzić do teatru tylko ze względu na treść przedstawienia.

BP - wilk czy hiena?

To zabawne. Ni z tego, ni z owego odbrązawia nam się cenionego powszechnie w skautingu ojca-założyciela lorda BP. No tak - wywiady teraz nie w modzie, a on był wszak oficerem brytyjskiego wywiadu. Tylko że pułkownikiem Kuklińskim nie był. Fakt. Był wiernym poddanym korony brytyjskiej. Może dlatego o generale Baden-Powellu ostatnio głośno? Zbudowł skauting, aby młodzi ludzie byli wierni swemu królowi. I by czynili na świecie dobro. Pojawili się więc wrogowie lorda - czciciele zła? Nie będę poszukiwał przyczyn. Okaże się na przykład, że jakieś dziennikarz chciał po prostu zarobić i napisał, co napisał. Ponoć wyjęto ostatnio jakieś tajne dokumenty z archiwów brytyjskich i znalazły się tam różne kwity na Baden-Powella, które są interpretowane dość dowolnie. Dobrze, że nie wyjęto papierów na generała trzy lata temu, gdy obchodziliśmy stulecie skautingu. Jakby to wyglądało - tu dmiemy w róg kudu, a tam lord BP w Kenii zachwyca się “Mein Kampf”.
No, żeby niezorientowani, na przykład ci, którzy nie śledzą twórczości panów dziennikarzy publikujących w “Rzeczpospolitej”, nie dziwowali się za bardzo - wytłumaczę, w czym rzecz. Szpiedzy różnych chyba nacji donieśli przed laty, że naszemu Generałowi bardzo podobało się wychowanie młodzieży w hitlerowskiej III Rzeszy. I patrzył okiem przychylnym na faszystowskie Niemcy. Taki z niego numerant. Tu setki tysięcy młodych wychowuje się zgodnie z metodą skautową w lesie i na polu, uczy się samarytanki i terenoznawstwa - a tam BP chce się z Hitlerem zaprzyjaźniać.
Żarty? Żarty. Ale w popularnym dzienniku poczytać takie głupstwa można. Zacytuję: Założyciel i pomysłodawca skautingu, który do dziś stawiany jest za wzór do naśladowania harcerzom na całym świecie, był sympatykiem Trzeciej Rzeszy. Mało tego – zamierzał się nawet spotkać z Adolfem Hitlerem, co wynika z ujawnionych właśnie dokumentów brytyjskiego kontrwywiadu z lat 30. Co z tym fantem zrobić? Jak tu zaprotestować? W tym samym tekście czytamy: W swoim dzienniku z 1939 roku zaś napisał: „Wylegiwałem się cały dzień. Czytałem «Mein Kampf». Cudowna książka, z tyloma świetnymi pomysłami”. W czasopiśmie “Focus. Historia” ten cytat brzmi… z dobrymi pomysłami w zakresie oświaty, zdrowia, propagandy, organizacji itd. Czy tak, czy inaczej - zachwyt.
No tak. Można takiego artykuliku nie zauważać. Ale czy o “Wilku, który nigdy nie śpi” należy takie bzdurki publikować? (O właśnie - przy okazji odbrązawiania BP okazało się, że ów wilk ponoć nie jest wilkiem, tylko hieną, więc BP hieną nieśpiącą został).
Władze WOSM jednak protestują. Obawiam się, że mało skutecznie. Piszą: Światowa Konferencja była jeszcze bardziej precyzyjna, gdy przegłosowała rezolucję 15/37 zatytułowaną „Patriotyzm”: Konferencja postanawia zobowiązać Komitet Międzynarodowy, by uczynił wszystko, co możliwe, dla zapewnienia aby Skauting i Wędrownictwo we wszystkich krajach, wychowując w duchu prawdziwego patriotyzmu, autentycznie trzymały się zasad międzynarodowej współpracy i przyjaźni, bez względu na rasę i wyznanie, tak jak zawsze wskazywał Skaut Naczelny (Baden-Powell). Stąd każde działania w kierunku militaryzacji skautingu lub wprowadzanie celów politycznych, które mogą prowadzić do nieporozumień i ograniczyć naszą pracę dla pokoju i dobrej woli między narodami i ludźmi, powinny być zupełnie pomijane w naszych programach.
Bo skauting z ruchem narodowo-socjalistycznym nie miał i nie mógł mieć nic wspólnego. Baden-Powell nie mógł się zachwycać “Mein Kampf”, nie chciał się spotykać z Hitlerem (który zdelegalizował skauting w III Rzeszy), nie był także sympatykiem tego państwa. Nie, nie i nie.
A czy nie popełnił w życiu ani jednego błędu? Żarty. Znacie kogoś takiego? Ja nie.

Oj, te trupki

Trzy trupki. Jeden uduszony, drugi zadźgany nożyczkami, trzeci powieszony. I wszystko uczynił jeden aktor ubrany w piżamę. No, nie zawsze, gdy już zabiera się do wieszania, jest ślicznie rozebrany. co akurat mnie specjalnie nie wzrusza, ale starsze panie na widowni być może zachwyca. Całość od osiemnastu lat. I słusznie.
Aktor, to znaczy nie aktor, lecz bohater, którego ten aktor gra, ma lat trzydzieści pięć i morduje swą mamuśkę i dwie ciocie. Wie, co robi. My - widzowie - też. Aktor, to znaczy nie aktor, lecz bohater, którego ten aktor gra, jest umęczony do granic wytrzymałości. Tak umęczony, że postanawia nie mówić. Wie, co robi, popełniając trzy morderstwa. Wie, co robi, gdy nic nie mówi. Trzy starsze panie znęcają się nad nim. Świadomie? Nieświadomie? Kto to wie… My obserwujemy ten cyrk. I tak sobie cicho mówimy: - Samo życie. - Nadopiekuńczość mamuśki może samymżyciem jest, ale ten zestaw nadopiekuńczości??? Bzdura.
No tak - te trupki to nie tylko trupki, lecz także Trupki. Autor, reżyser i przy okazji dyrektor Teatru na Woli (niech nazwisko jego nie będzie wymienione w tym tekście) tak sobie śmiesznie i tragicznie wymyślił. Siostry nazywają się Trupki. Bardzo śmiesznie. Niezależnie od tego, że dwie miały mężów. Też Trupków?
Ale tak w ogóle to wszystko jest precyzyjnie wymyślone. W jednej scenie aktor (to znaczy nie aktor itd.) obcina paznokcie (nie sobie, nie sobie - cioci) a później zostawia te nożyczki w biuście mamuśki. Żeby było weselej - (bardziej tragicznie???) zabita za kulisami mamuśka na chwilę ożywa i przychodzi na scenę pomalowana czerwoną farbą i z owymi nożyczkami w biuście, bu umrzeć na naszych oczach na dobre.
Zastanawiam się. A gdyby tak aktor (to znaczy nie aktor…) w dziesiątej minucie tego bezsensownego przedstawienia ubił mamuśkę i dwie ciocie - czy nie byłoby lepiej? My - widzowie - nie musielibyśmy przez dwie godziny siedzieć na widowni, aktorzy (w tym dobre trzy aktorki!!!) mogliby się zająć czymś sensowniejszym, na przykład w domach posprzątać albo odkurzyć. I wszyscy bylibyśmy zadowoleni.
No, pewnie przesadzam. Na pewno są tacy (na przykład twórcy przedstawienia i ich rodziny), którym się “Siostry Trupki” podobały. A ja na pewno się czepiam.
PS Był jeden jasny element tego widowiska. Muzyka. To było to. Zupełnie atmosferą nie pasująca do wydarzeń na scenie. Ale jako kontra do siostrzyczek i ich postawy - znakomita. Zmieniam zdanie - do tamtych dziesięciu minut, które zaproponowałem jako spektakl, trzeba doliczyć jeszcze dziesięć minut muzyki i pięć minut umierania. Niech więc będzie razem (nie będę drobiazgowy) pół godziny. Wystarczy.

Najlepsi, najsłabsi

Opublikowano tegoroczną listę drużynowych, wyróżnionych z okazji Dnia Myśli Braterskiej listem Naczelnika ZHP. Ponad dwieście nazwisk wzorcowych, najlepszych oraz, jak wiemy, najważniejszych funkcyjnych w Związku. Młodych ludzi, którzy nie ukończyli 21 lat. Kwiat naszej organizacji. Powiecie - nazwiska jak nazwiska. To prawda. Ale ileż można wyciągnąć z takiej listy interesujących wniosków!
Najpierw zauważmy, jakie mamy najlepsze, z młodą najbardziej aktywną kadrą, hufce w Polsce. Wymienię trzy miejsca. Ten najlepszy to Wrocław - z szesnaściorgiem wybitnych drużynowych (a właściwie z piętnastoma drużynowymi i jednym drużynowym; co to, chłopaków wam w mieście brak?). Dwa hufce zajmują ex aequo drugie miejsce. To Radom-Miasto i Wadowice. W hufcach tym wyróżniono po trzynastu drużynowych. trzecie miejsce zajmuje Hufiec Podkrakowski - 12. Jakież to muszą być wspaniałe zespoły! Cały Związek powinien to wiedzieć. Wyobrażam sobie, jak takie środowisko z wzorcowymi szesnastoma czy trzynastoma młodymi drużynowymi musi się rozwijać! Na przykład 13 x 25 członków w każdej wzorcowej drużynie (nie wyobrażam sobie innej sytuacji) to 325 zuchów lub harcerzy w znakomitych środowiskach. Jeżeli dopiszemy do tego drużyny prowadzone nieco słabiej lub przez starszych drużynowych to mamy 1000-osobowy hufiec, którym powinna się każda chorągiew szczycić na co dzień. Autentycznie szczycić.
Najsłabsza w Związku jest Chorągiew Kujawsko-Pomorska. Wyróżniono w niej dwójkę drużynowych z Hufca Toruń. Zobaczcie, w Wadowicach lub Radomiu (fakt, dawnym mieście wojewódzkim) 13, a w Bydgoszczy ani jednego, tylko Toruń broni honoru całej chorągwi. przedostatnia jest Chorągiew Ziemi Lubuskiej - troje wyróżnionych. Cóż, pewnie w tych chorągwiach nie ma młodych drużynowych, których można było wyróżnić listem Naczelnika. Pewnie ci wzorowi są po prostu starsi. Tak też może być. Ale żeby w całych chorągwiach? We wszystkich hufcach? Zadziwiające.
Mamy też dość ciekawą sytuację, kiedy drużynowymi, najlepszymi drużynowymi w Związku Harcerstwa Polskiego są wędrownicy (bo wszak ci najlepsi ukończyli lat 16?), którzy nie zdobyli jakiegokolwiek stopnia lub mają pierwszy, najniższy stopień harcerski, który zdobywa się normalnie w wieku lat 11. Ci drużynowi, bez stopnia lub dumnie podpisujący się młodzik, mają oczywiście w swym rozkazie prawo przyznawania dowolnego stopnia młodzieżowego. Jak ciekawie musi wyglądać rozkaz druhny bez stopnia, która przyznaje jakikolwiek stopień. I komendant hufca, i komendant chorągwi tę druhnę uważa za najlepszą drużynową. Taki wzór dla harcerzy (i zuchów też). Jeżeli najlepsi nie zdobywają stopni, to jacy są ci słabsi?
Wydaje mi się, że Wadowice (nasz wzorowy hufiec) po prosu zapomniały dopisać na właściwych formularzach stopnie swych drużynowych. Wyobrażacie sobie? 13 wzorcowych drużynowych i ani jeden nie ma żadnego stopnia, nawet młodzika/ochotniczki? (Co prawda we Wrocławiu prawie wszystkie drużynowe mają stopień samarytanki - też ciekawe). Ale jak duża jest grupa tych bez stopnia w innych hufcach! Chciałbym wiedzieć, jak pracuje drużyna druha młodzika w Podkrakowskim lub w Sierpcu. A druhny ochotniczki z Ostrowa Wielkopolskiego? I tych licznych, licznych, najlepszych. Na pewno najlepszych?

W nieco zmienionej wersji felieton ten ukaże się w lutowym numerze “Czuwaj”

Next Page »